Zaloguj | Zarejestruj








Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 492 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 19 lis 2008 08:51 
Poganin
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lis 2003 15:03
Posty: 706
Lokalizacja: Toruń
Black_Fox, podobał mi się ten fragment (muszę chyba znaleźć czas i przeczytać wcześniejsze części) :ok Ale gdy doszłam do 14 wersu doznałam szoku :shock: Dlaczego? Odpowiedź jest tu:
viewtopic.php?p=94732#94732

_________________
Sowy nie są tym czym się wydają...


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 14:28 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
Dzięki za dobre słowo. Nadal (chociaż piszę) mam dylemat... pisać czy nie pisać... ? Chyba pójdę za radą pana Sapkowskiego i wyjadę do Irlandii... ;)

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 15:34 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Specjalnie dla was... demo mojej książki :D

Jak już mówiłem, to II wojna zabarwiona fantasy.

TEASER, tylko przypominam



1. MORZE W SZKARŁACIE


Nadejdą czasy krwi, okrucieństwa i rozpaczy.
Stare symbole zostaną przeklęte i uwielbione.
Świat już nigdy nie będzie taki sam.

Anonimowa przepowiednia z 1900 roku


Czy człowiek powinien wykorzystywać Magię w walce?
Próbować za jej pomocą siać zniszczenie?
Przecież Bóg nas obdarzył Mocą, byśmy nieśli pokój i ułatwiali ludziom żywot!
Myślę, że jesteśmy jednomyślni w tej kwestii...

Przemowa Zygfryda von Marder w czasie ustalania Konwencji Wersalskich




6 czerwca 1944 roku.
Kanał La Manche w okolicach plaży „Omaha”.




George sprawdził, czy jego hełm się trzyma prosto, a różdżka nie zsuwa przy ruchu. Właściwie, to ciężko to nazwać różdżką, lepiej laską. Długi i idealnie prosty kij (przewieszony przez plecy), z zatkniętymi po obu końcach dwoma kamieniami szlachetnymi: rubinem, służącym jako zbiornik mocy oraz szafirem działającym jak soczewka, czyniąca z małego uroku potężne zaklęcie. Oprócz tego na boku zawiesił torbę ze zwykłymi medykamentami. To było standardowe wyposażenie medyka armii amerykańskiej, szkolonego w magii uzdrawiającej. To zaszczytna funkcja, niestety mało kto ja dzierżył. Na cały batalion przypadało zaledwie do dziesięciu Uzdrowicieli, często ledwo co przeszkolonych i nie zaprawionych. Gdyby nie to, że George trochę przed wojną amatorsko się w to bawił, nie wiadomo, czy by zdał egzaminy. No! Ale teraz już był czas praktyki...
Na początku, jak tylko wsiedli do barki desantowej, to było wesoło, wszyscy żartowali i zakładali, ilu Niemców zabiją. Potem, wraz z czasem robiło się coraz ciszej, aż wszyscy zamilkli. Sierżant widząc to, zawołał głośno:
-ŻOŁNIERZE! Bierzecie udział w świętej krucjacie wyzwolenia Europy spod nazistowskiej tyranii! Otwieracie drugi front, który przyniesie wolność milionom ludzi! Dlatego odrzućcie strach i wyzwólcie wielkie męstwo, które w sobie macie! DZIŚ JEST DZIEŃ CHWAŁY!
Rozległy się oklaski i wiwaty. George przyznał w myślach, że to piękna przemowa. Jednak podziała tylko na chwilę. Już po dwóch minutach żołnierze, stłoczeni tu jak bydło, zaczęli się niespokojnie rozglądać, a ich twarze wyrażały głębokie zamyślenie. Pogrążenie się, raczej w szare, ciemne myśli niż jasne. Co chwilę któryś wykonywał znak krzyża, całował zawieszony na szyi amulet lub po cichu modlił.
Z nudów Uzdrowiciel przyglądał się swojemu odbiciu w szafirze, swoim dość ostrym rysom twarzy. Był niski, lecz dobrze zbudowany, o raczej kwadratowej twarzy i krótkich, czarnych włosach ukrytych całkowicie pod hełmem.
Minęło trochę czasu i George odniósł wrażenie, że słyszy morskie fale bijące o brzeg. Są już blisko! To się stanie zaraz.... Nagle rozległ się wybuch, a po nim krótki, urwany krzyk. Wszyscy się zaczęli trząść i rozglądać. Paru facetów nagle złapało się za krocze, jakby się bali, że im coś odpadnie. Jak to się mówi: strach opuścił go dołem. George się cieszył, że niedawno napił się „Aspatifu”. To bardzo ciężki do otrzymania eliksir, rozdawany medykom przed starciem, by zachowali zimną krew choćby nie wiadomo co się działo. Toteż był spokojny.
Nagle rozległa się seria z karabinu maszynowego, a po niej krzyki, nawoływania i przekleństwa, a następnie ciche łkanie stojącego obok szeregowego. Wszyscy na niego popatrzyli i pomyśleli, że koleś długo nie pociągnie. Albo zabiją go Niemcy, albo on sam siebie. Barka zaszurało o dno. Sierżant zaczął odkręcać koło, które otwierało wyjście.
Nagle George usłyszał cichy głos w swej głowie:
-Wyskocz bokiem bokiem bokiem bokiem bokiem!
Jako mag wiedział, że takich przeczuć nie wolno ignorować i złapał górną krawędź burty barki. Wtedy też klapa desantowa się opuściła. Ujrzeli zamgloną plażę poprzetykaną żelaznymi palami i kozłami, w dali, majaczył zarys jakiegoś budynku. Nim sierżant zdążył wybiec, to nagle jego ciało w paru miejscach coś przebiło oraz stojących za nim szeregowych. Ci z drugiego rzędu też starali się wybiec, ale i oni padli na ziemię. Jednak George tego nie zobaczył, bo właśnie zeskoczył do wody. Wynurzył się ponad lustro i znalazł tuż przed sobą kozioł, schronił się za nim, a po chwili wahania podbiegł do następnego. Przy czwartym obejrzał się za siebie. Podłoga barki zawalona był ciałami w zielonych mundurach. Nikt nie zdążył wyjść, wszystkich skosił jeden karabin maszynowy. Nagle przylepił się do kozła, bo obok świsnęła mu kula.
Boże! Co by było ze mną, gdyby nie Aspatif!
Stał przy koźle i bał drgnąć. Czas zdawał się nie istnieć. W końcu odzyskał władzę w nogach i podbiegł do następnego kozła, a za nim wskoczył do leja po moździerzu.
Ponoć lej to najbezpieczniejsze miejsce na polu bitwy. Pocisk nigdy nie trafia dwa razy w to samo miejsce!
Dopiero teraz zauważył, że leży nie na ziemi, a na... czymś... na rozszarpanym ciele. Poderwał się, czując, że coś mu podchodzi do gardła, ale instynkt przeważył i George znowu padł na ziemię, lecz tuż obok nieboszczyka. Lekko podniósł głowę i wyjrzał przed lej. Zostało mu już tylko z dwadzieścia metrów do linii zasieków. Przed nią był niewielki garb, za którym kuliło się paru żołnierzy. Jednak do tego miał otwartą przestrzeń. Przeżegnał się, wyskoczył z leja i pognał przed siebie. Tuż za nim coś wybuchło, lecz nie zwrócił na to uwagi, to że nie posiadał broni i prawie żadnego obciążenia uratowało mu życie i padł pomiędzy dwóch swoich. Gdy jeden spojrzał na jego hełm, na którym widniał niebieski krzyż na białym polu, to się cały rozpromienił i krzyknął:
-Bóg nam zesłał Uzdrowiciela! Hurraaa! Wysłuchał naszych próśb!
Obrócił się też drugi. Na jego hełmie widniał szary prostokąt.
Lieutenant! Pomyślał George i przyłożył rękę do głowy by zasalutować.
-Darujcie sobie Uzdrowicielu. Za mną jest trzech, których trafił granat. Może Ci się uda coś zrobić... psiakrew! Tu są sami ranni i nikomu nie chce się iść naprzód. Boże! Kiedy to się skończy...
George się przeczołgał za oficera i znalazł się koło trzech szeregowych. Jeden nie miał nogi, drugi też, a trzeciemu szczęśliwie urwało tylko dłoń, którą tulił do piersi jak dziecko. George przyłożył rękę do pierwszego, który zdawał się być nieprzytomny. Nic dziwnego, był martwy. Tak samo drugi. Podczołgał się do trzeciego, który wytrzeszczył oczy:
-O mój Boże! Czy ja jestem już w raju? Czy to anioł nade mną?
-Spokojnie chłopcze – odezwał się Uzdrowiciel łamiącym się głosem – zaraz ciebie obejrzymy. Pokaż swoją eee.... ranną rękę.
Powoli żołnierz wyciągnął w jego kierunku zakrwawiony kikut. George wyciągnął z torby strzykawkę i wbił mu ją w ramię.
-Teraz ci muszę oczyścić ranę. Zaboli jak cholera, lecz może się uda uratować tobie rękę.
Wyjął butelkę z czerwonym płynem, chwycił rannego za nadgarstek i oblał kikut eliksirem. Private krzyknął tak głośno, że George myślał, że ogłuchnie. Pacjent się szarpał, lecz nie mógł uwolnić ręki z uścisku. Rana zaczęła się pienić i wrzeć. Po chwili leczony zawisł bezwładnie i padł na ziemię płacząc, a wtedy George wyjął z jego drugiej ręki obciętą dłoń i ja również zdezynfekował czerwonym eliksirem. Potem powiedział:
-Słyszysz mnie? SŁYSZYSZ MNIE??
-Eee.e.... ececeech, tak, sir.
-Przyłóż swoją utraconą dłoń do ręki, jakby miała się zrosnąć. Rozumiesz?
-Tak, sir.... po co?
-Zobaczysz... słuchaj rozkazów!
Przerażony żołnierz wykonał polecenie Georgea. Ten zdjął z pleców swoją różdżkę i jej niebieski koniec przytknął do rany. Zamknął oczy, na jego twarzy pojawiło się wielkie skupienie i wysiłek. Rana zabłysła na niebiesko i zniknęła. Żołnierz wytrzeszczył oczy i chwycił odzyskaną dłonią grudkę piasku.
-To… to… NIEMOŻLIWE! Jak to zrobiłeś, sir? Jak mam dziękować?
George nie odpowiedział. Leżał na plecach oddychając ciężko. Jeszcze nigdy nie napotkał go taki wysiłek. Po chwili usłyszał bliski wybuch. To kompani wysadzili zasieki. Kilku się poderwało do szturmu, lecz nawet nie zdążyli się dobrze wyprostować, a MG-42 ustawione dalej ich ściągnęło. George nie słuchał wylewnych podziękowań żołnierza, gdyż naszły go przerażające myśli:
Jak my mamy się tam dostać, do diabła?
Spojrzał na swoją nogę i dopiero teraz zauważył, że ma wbity w udo odłamek wielkości gwoździa. Przez adrenalinę nawet tego nie poczuł, ale taka rana może się strasznie splugawić. Wyjął z torby szczypce, zacisnął je na odłamku i ściskając zęby szybkim ruchem wyciągnął. Krzyknął prawie tak samo jak wcześniej szeregowy. Szybko oblał ranę eliksirem i przyłożył różdżkę. Po chwili uraz znikł, lecz w mundurze była mała dziura. Podczołgał się do lieutenanta:
-Jak mamy tam się przedostać, sir?
-Nie wiem! Skąd mam wiedzieć? To można osiągnąć tylko jednolitym szturmem, ale wszyscy są tak przerażeni, że nie poderwą się w jednej chwili!
George się rozejrzał. Faktycznie, każdy żołnierz miał na twarzy wymalowany zwierzęcy strach, jak schwytany w sidła zając. Nagle usłyszał bliski wybuch i po nim długi krzyk i okrzyk:
-Meeeeeeediiiic!
Podczołgał się do żołnierza, który krzyczał. Leżał on na krawędzi małego leja. Głowę miał całą zakrwawioną, rak samo jak pierś. Wił się i krzyczał. George podszedł i uderzył go w policzek:
-Spokojnie! Jestem przy tobie! Granat?
-AAAAAAAA!!!! Ychhh!!! Tak... – trochę się uspokoił.
-Niesamowity fuksiarz z ciebie! Odłamki tylko rozcięły ci czoło i trochę pierś. Teraz ciebie zaboli jak cholera, ale będziesz zdrowy!
Wyjął znowu czerwony eliksir i cała resztkę wylał na rany szeregowego. Ku zdziwieniu Georga, ten nie krzyknął, lecz tylko zacisnął zęby.
Twardy zawodnik
Przejechał różdżką po ranach, a te znikały. Jedynie po największej szramie na piersi została blizna. Szeregowy się szeroko uśmiechnął. Był to pierwszy uśmiech, jaki George zauważył na tej przeklętej plaży. Przyjął podziękowania, po czym powrócił do lieutenanta.
-A! To pan, corporal . Ja już po prostu nie wiem co robić! Rozkazałem szturmować przedpole, ale poderwało się tylko kilku, w dodatku od razu zginęli. Psiakrew! Próbowaliśmy zestrzelić operatora kaemu , lecz wychylenie głowy z bronią to śmierć! ŚMIERĆ!
To przeszliśmy taki kawał, by nas teraz trafił szlag od jednego kaemu?
Nagle George odniósł wrażenie, że ktoś mu świeci latarką prosto w twarz. Zamknął oczy, lecz blask nie znikał. Nagle rozwiał się, a on ujrzał skały, o które się rozbijały morskie fale. Na skalach była wysoka wieża, a na jej szczycie stała kobieta w długiej, lawendowej sukni. Jej długie, złote włosy i ubranie do tyłu rozwiewał wiatr. Stała wyprostowana, bosa, miała rozłożone ręce na boki i zamknięte oczy. Śpiewała na wietrze.
Była taka piękna…
Wizja zniknęła, ale George miał wrażenie, że widzi ją ciągle na granicy podświadomości. Nagle ze zdumieniem odkrył, że opuścił go całkowicie strach i się podnosi, tak samo jak wszyscy dookoła. Lieutenant krzyknął coś i wskazał niemieckie umocnienia. Wszyscy zaczęli biec w tamtą stronę, coś krzycząc. Co chwile któryś padał, lecz i tak biegli, strzelając do MG-42. Dotarli do skarpy, na której stał karabin maszynowy i zaczęli się na nią wspinać. Pierwszy na górę dotarł George i ujrzał niski murek zrobiony z worków z paskiem. Na nim stał MG-42, a przy nim stała jakaś zdumiona postać. Przyłożył jej do szyi różdżkę, a Niemiec osunął się na ziemię. Byli tu już wszyscy, wbiegli do okopów i zaczęli walczyć z znajdującymi się tam hitlerowcami. Nikt nie zważał na otrzymywane rany, a Niemcy byli zaskoczeni tym niespodziewanym szturmem. George też wskoczył do okupu, lecz nagle wrócił do niego słuch, a świat gwałtownie przyspieszył. Padł na kolana i zwymiotował. Podobna rzecz spotkała innych, lecz szybko się otrząsali i dalej walczyli. George z trudem się wyprostował i podszedł do dwójki szeregowych, którzy wrzucali granaty do wejścia niewielkiego schronu.
-Co to było?
-Nie mam pojęcia, sir. Coś jak amok! Ale gdyby nie on, to byśmy tego nie osiągnęli.
-Ile się przedostało?
-Ze dwudziestu chyba, ale idą następni.
Faktycznie, po skarpie wdrapywali się kolejni żołnierze. Nagle podbiegł jakiś seargeant i powiedział:
-Uzdrowiciel? Jesteś potrzebny tam z przodu! Idź tym okopem, a znajdziesz piątkę, która dostała z czegoś dużego. Śpiesz się!
George zasalutował i przyciskając hełm do głowy pobiegł okopem. Przeskakiwał kolejne ciała, jedne w szarozielonych mundurach i hełmach z kryzą, oraz inne, w zielonych mundurach i hełmach pełnych. Na jednym zakręcie leżało koło siebie czterech żołnierzy, piątego odsunięto na bok. Mu już się nie dało pomóc. Nad rannymi pochylał się jakiś oficer.
-Co im jest?
-Ten pierwszy ma odłamek granatu w brzuchu, drugi w wątrobie. Pozostali trzej nie żyją.
George pochylił się nad rannym w wątrobę. Paskudne draństwo! Na szczęście, żołnierz zdawał się być nieprzytomny. Szczypcami wyjął mu odłamek, zdezynfekował nową butelką eliksiru i różdżką zasklepił ranę. Po tym jego rubin przestał świecić... wyładował się. Teraz musi korzystać z własnych sił witalnych, by leczyć. I tak używa po połowie z sił pacjentów, aby sam niewiele tracił.
Przypadek gościa z raną w jelitach był lżejszy, ale pacjent zachował pełną świadomość. Mimo to widząc leczonego obok się uśmiechał.
-Jeżeli i ze mną tak będzie doktorku, to się nie martwię.
Naprawienie wątroby, która jest jednym organem to pryszcz przy odtwarzaniu poskręcanego jelita – pomyślał George. Wbił rannemu strzykawkę ze znieczulaczem, zdezynfekował ranę (wrzask pewnie słyszano na plaży) i przyłożył różdżkę. W tej chwili pod jego nogi upadł jakiś zbąkany Stielhandgranate . Odskoczył metr w tył i pobiegł okopem. Po dwóch sekundach usłyszał za sobą eksplozję i krzyk. Gdy się odwrócił, to padł na kolana i myślał, że zemdleje. Dookoła małego dołku leżały cztery zmasakrowane ciała, bez nóg i części korpusów. George patrzył na to i patrzył, nie mogąc się ruszyć. Z szoku wyrwał go dopiero głos oficera, co wcześniej pochylał się nad rannymi:
-Gratuluje refleksu żołnierzu!
-Refleksu?! Powinienem to wziąć i odrzucić...
-Bzdura. Tak, to się dzieje tylko w starych opowieściach i filmach propagandowych. Owszem, da się odrzucać granaty, ale to nie jest takie łatwe. Trzeba mieć żelazne nerwy i kupę fuksa, by granat nie zdążył wybuchnąć. Według mnie, gdybyś się nie ewakuował, to byśmy mieli tu o jednego trupa więcej.
-Ale... – George zamilkł. Zdrowy rozsądek mu gratulował, lecz sumienie ganiło. Z zamyślenia wyrwał go rozpaczliwy głos:
-Medyk! Potrzebujemy medyka!
Uzdrowiciel podbiegł do stojącego obok i krzyczącego szeregowca:
-Ja jestem Uzdrowicielem! Gdzie jestem potrzebny?
-Proszę iść za mną, sir!
Podążyli w stronę plaży. Gdy znaleźli się na krawędzi wydmy, to George spojrzał na morze. Nie było niebieskie, nie było zielone, nie było nawet szare. Było czerwone, szkarłatne. Dalej znajdowała się plaża, zasłana ciałami w zielonych mundurach, fragmentami kończyn oraz ekwipunkiem. Z kolejnych barek wysiadali nowi żołnierze. Niektórzy na widok tej hekatomby zaczynali wymiotować. W powietrzu zapach morza walczył o dominację z zapachem krwi.
Georga do świadomości przywrócił ponowny okrzyk szeregowca. Podbiegli do miejsca, do którego znoszono przytomnych jeszcze rannych. George podszedł do pierwszego z brzegu:
-Co ci jest?
-Pocisk mi przebił udo. HOLY SHIT! Boli jak wszyscy diabli...
Pocisk od MG42, więc przeleciał na wylot, co znacznie uprości sprawę. George zdezynfekował ranę i sięgnął po różdżkę, lecz jego dłoń zacisnęła się na pustce.
Różdżka została strzaskana przez granat...
W takiej sytuacji musiał to zrobić ręcznie. Przyłożył dłoń do rany, zamknął oczy się skupił. Zaczął się pocić jak przy podnoszeniu wielkiego ciężaru. Gdy po chwili otworzył oczy, noga była zdrowa, lecz on musiał usiąść i chwilę odsapnąć.
W ten sam sposób leczył kolejnych szeregowych, przy każdym mając wrażenie, że zaraz wysiądzie. W końcu doszedł do jednego, któremu granat urwał nogę. Z racji, że jej nie miał ze sobą, to nie mogła z powrotem mu przyrosnąć. Trzeba zasklepić ranę... George wbił pacjentowi znieczulenie, zdezynfekował ranę i przyłożył rękę. Był zmęczony, jak po całodziennym biegu. Zaczął zasklepiać ranę, gdy nagle poczuł, że świat wymyka mu się spod nóg i ciemnieje...

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 16:27 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 gru 2003 08:52
Posty: 4767
Lokalizacja: Poznań
Powiem to tak: jest to już na poziomie pisarzy, a nie domorosłych grafomanów. Mi osobiscie się podoba, ale skoro to jest książka, to i tak najwazniejszy jest ogólny efekt.

_________________
ObrazekObrazek
"No one reads books these days"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 16:51 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
Fabuła bardzo ciekawa. Jakaś innowacja.
Błędów trochę było...

Tylko mam jedną małą dygresję: chcesz to wysłać do wydawnictwa? Nie żebym mówił, że to się nie nadaje - nie chcę nikomu zabierać nadziei. Ale...

Moim zdaniem jeśli chcesz coś wysłać to nie powinieneś tego publikować na forach. Wyd. krzywo patrzą na takie rzeczy... :?

No cóż... powodzenia.

A ile stron tego masz?

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 17:07 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Dzięki za opinie i rady.
Stron 211
PS: dlatego publikuję tylko ten jeden rozdział (w dodatku zaledwie fragmencik), który w każdej chwili zresztą mogę usunąć. Ale dzięki za ostrzeżenie.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 20:12 
Poganin
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lis 2003 15:03
Posty: 706
Lokalizacja: Toruń
Hmmm...fabuła rzeczywiście niesamowita :shock: Gratuluje pomysłu :ok Tylko...nie jestem pewna, czy nadaje się do tego, aby iść z tym do wydawnictwa. Może gdybym przeczytała więcej, nabrałabym pewności... :-D ;)
Zastanawiam się czy pomysł na "historyczne fantasy" ;) zrodził się w wyniku jednorazowego olśnienia, czy krystalizował sie po trochu, małymi kroczkami :-D

_________________
Sowy nie są tym czym się wydają...


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 20:28 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Olśnienie.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 23:00 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1046
Lokalizacja: Karath-din
Proszę, proszę, wystarczy, że zniknę (na pół roku ;)), a twórczość kwitnie (chyba powinnam znikać częściej ;)).

Proszę o wybaczenie, w związku z nawałem materiału udało mi się przeczytać tylko opowiadanie Black_Foxa, ale obiecuję, że jutro zabiorę się za pozostałe.

Co do Niespodziewanej okazji... no, no, widzę postęp w stosunku do Twojego ostatniego tekstu, choć niekoniecznie używałabym wyrazy, których znaczenie muszę sprawdzać w encyklopedii ;). I zgadam się co do krótkich zdań - lepiej je zachować na opisy akcji, kiedy chcemy spotęgować napięcie. Ale ogólnie (choć tendencyjne ;)) podoba mi się. Czy mogę dołączyć do Biblioteki Gildii Oświeconych?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2008 23:29 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
Caer, gdzieś Ty się podziewała... ;) Witaj.

Cóż, lekko mnie zaskoczyłaś swoją propozycją. Naprawdę uważasz, że ten mój gniot się nadaje? :)

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 20 lis 2008 23:14 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1046
Lokalizacja: Karath-din
Black_Fox napisał(a):
Caer, gdzieś Ty się podziewała... ;) Witaj.

Cóż, lekko mnie zaskoczyłaś swoją propozycją. Naprawdę uważasz, że ten mój gniot się nadaje? :)


Och, ktoś za mną tęsknił... ;)
Daleko. W sumie ciągle tam jestem. Ale staram się wpadać (raz na pół roku ;)).

Myślę, że masz wyczucie. Jeszcze tylko trochę styl podszlifować i będzie dobrze.

To jak? Chcesz być sławny? Obiecujesz, że będziesz pisał opowiadanie dalej? :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 20 lis 2008 23:20 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
Byłbym zaszczycony... :oops:
Jednak daj mi trochę czasu na doszlifowanie opowiadania. O postępach poinformuję Cię prywatną wiadomością. Z góry uprzedzam, że może to potrwać, szkoła, obowiązki... no wiesz. :)

No i werdykt ludzi z forum się liczy. :) Sprężę się w - miarę możliwości - i wstawię tu całość. Później zobaczymy. ;)

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 lis 2008 12:28 
Kurszok
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 wrz 2005 14:59
Posty: 635
Lokalizacja: Wólka Kozodawska
Caer napisał(a):
To jak? Chcesz być sławny?


Nie wierz jej nawet przez moment. Mnie też obiecywała sławę, pieniądze i kobiety... ;)

_________________
Nothing is exactly as it seems, nor is it otherwise


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 gru 2008 18:50 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
W ciągu ostatnich kilku dni sprawy się odmieniły, aż żal mi o tym mówić.
Mam zawaloną głowę sprawami szkolnymi, całkowicie.
Reasumując, dalsza część opowiadania ukaże się nieprędko, o ile w ogóle. Bo coś ostatnio weny brak... :P I pomysłu. Tekst jest, jeno zakończenia brak i szlif by się nadał. O.

Offtop, offtop i jeszcze raz offtop: ludzie, Grudzień, jak ten czas leci. Zaraz święta, święta i po świętach [i kilogramów pewnie za stołem przybędzie]. ;)

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 05 gru 2008 13:11 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 sie 2006 09:19
Posty: 1370
Lokalizacja: Zabrze
A ja ostatnio takie coś nabryzgałem. :P

Może różni się od moich poprzednich opowiadań, ale pomyślałem, że warto to tu wsadzić. :)


HISTORIA LORDA BAFFORDA

- Zdaje się, że wiesz mój przyjacielu, czemu cię tu zaprosiłem? - powiedział Ramirez, wlewając do kieliszka czerwone wino 'Fine', najczęściej użytkowane wino przez patrycjuszy.
- Myślałem, że nasze spotkanie ma charakter czysto przyjacielski - odpowiedział mu Lord Bafford, głęboko zapadnięty w fotelu.
Znajdowali się w małym, przytulnym saloniku w posiadłości sir Ramireza. Gospodarz stał za plecami gościa, gdzie znajdował się obszerny barek z kolekcją najprzedniejszych win, i ładnie udekorowanych kieliszków. Odłożył butelkę 'Fine', po czym wziął swój kieliszek i usiadł w fotelu obok Lorda Bafforda. Ciepło nadchodzące z kominka ogrzewało ich twarze. Mimo, że była już wiosna, dalej dawało się odczuć minione mrozy.
Krótką ciszę przerwał Ramirez.
- Ależ nie! Chciałem raczej dojść do małego porozumienia, mój przyjacielu, i podpisać pewną umowę.
A więc to o to chodziło Ramirezowi. On, król podziemnego światku, jeden z najbogatszych ludzi Miasta zechciał z nim porozmawiać o interesach. To wspaniałe, więcej - zaszczytne! Dla Bafforda była to doskonała okazja do zarobku.
- O jaką umowę chodzi? - zapytał i podniósł kieliszek do ust.
Zazwyczaj Bafford był roztargnionym i pobudliwym człowiekiem, ale jeśli chodziło o interesy, potrafił zachować spokój.
Odpowiedział mu uśmiech Lorda Ramireza.
- O biznesową. O biznesową oczywiście!
Doskonale! - ucieszył się Bafford. O to chodziło! Wystarczyło tylko dobrze to rozegrać a jego zarobki znacznie się powiększą.
- A dokładniej?
Ramirez odłożył kieliszek na stolik i odwrócił się w stronę rozmówcy. Fala ciepła uderzyła w jego prawy policzek.
- Doszły mnie słuchy, że prowadzisz w Dziupli interesy, mój przyjacielu - Bafford skinął głową - To bardzo dobrze się składa, gdyż moja ręka nie sięga tak daleko i nie mam tam żadnego udziału. Plan jest taki. Będziesz przesyłał mi część zysków z Dziupli, mój przyjacielu, a ja w zamian będę oddawał cię czwartą część łupów zdobytych drogą przestępstwa.
Ramirez nigdy nie ukrywał swojego drugiego życia, jakim było przewodniczenie gildii złodziejów i skrytobójców. Umiał poradzić sobie ze Strażą Miejską. Ci byli w stosunku do niego bezradni.
- To jak, przyjacielu? Zgadzasz się na przedstawione przeze mnie warunki? - zapytał Ramirez patrząc uważnie na siedzącego obok Lorda.
Bafford zamyślił się głęboko patrząc w prawie już pusty kieliszek. Umowa, którą przedstawił mu Ramirez była niezwykle korzystna. Zarobki w Dziupli liczyły średnio około 300 złota na tydzień, za to wiele słyszał o złodziejach Ramireza. Czasami tylko jeden wypad przynosił 2000 złota zysku, a Król Podziemnego Światka wydawał kilka zleceń na miesiąc. Niezwykła oferta.
Bafford odłożył kieliszek.
- Dobra, umowa stoi - baronowie uścisnęli sobie dłoń.
Dla Bafforda miał być to początek lepszych dni, w których głupi Ramirez go wzbogaci.
Powoli zaczął się zbierać. Gdy miał już wychodzić, Ramirez go zatrzymał.
- Chciałbym cię prosić, mój przyjacielu, o jedną, małą przysługę - powiedział.
- O co chodzi? - zapytał Bafford.
- Już mówię. Już od dłuższego czasu interesuje mnie pewna kobieta, paserka. Na imię jej Wiktoria.
- Wiktoria? Nie znam, żadnej takiej osoby.
- Nie? - Ramirez spodziewał się takiej odpowiedzi. Od miesięcy interesował się tą kobietą, ale od pewnego czasu ślad po niej zaginał. Nikt nic o niej nie wiedział - Ale myślę, mój przyjacielu, że to żaden dla ciebie kłopot poszukać czegoś na jej temat. Gotów jestem zapłacić sumę 500 sztuk złota za jakieś przydatne informacje.
- Trzebało tak od razu - uśmiechnął się Bafford. Ramirezowi musiało bardzo zależeć na tej kobiecie, skoro godził się zapłacić taką ilość pieniędzy - Zrobię co w mojej mocy.
- Cieszę się. Oj, cieszę się, mój przyjacielu.
W końcu wyszedł z rezydencji Króla Podziemnego Światka. Miał to być dla niego początek dobrych dni. Dzięki Ramirezowi stanie się niezmiernie bogaty. Jak tylko wróci do domu podwoi pensję zarządcy Dziupli i zacznie szukać jakiś informacji o tej Wiktorii.

* * *


Gdy w końcu Lord Bafford powrócił do swojej posiadłości postanowił odłożyć sprawę Dziupli na później a najpierw się nieco wyżywić.
Kucharz przygotował mu obiad, który zjadł samotnie w swojej jadalni na piętrze.
Gdy tak konsumował, rozmyślał o swojej przyszłości. Stanie się niezmiernie bogaty, jeszcze bogatszy aniżeli miał być teraz. Już widział swoje imię w rubryce Najbogatszych Ludzi Miasta w Daily City News. Będzie musiał się jakoś zaprezentować. Może odwiedzi i przekaże jakąś sumę dla Sierocińca dla Młodych Dziewcząt imienia Św. Jena? To będzie doskonała reklama: "Patrycjusz pomagający biednym".
Ach.. wszystko pójdzie tak gładko.
Przynajmniej mu się tak wydawało.
Gdy skończył już obgryzać resztki, wstał od stołu, wytarł swoje pulchne dłonie, okrążył piętro i zszedł do piwnicy, gdzie trzymał swoje księgi rachunkowe. Przejrzał kilka ostatnich wpisów.

3/17/34
Dziupla (310)

3/10/34
Dziupla (325)

3/3/34
Dziupla (280)

Dumnie rozprostował się na małym (dla niego za małym) krześle i założył ręce za głowę.
Ależ ten Ramirez jest głupi. Podpisał tak niekorzystną dla siebie ofertę. Zdecydowanie straci przez nią znaczną część swoich pieniędzy. Dlaczego nie chciał pieniędzy od Fendona? Znacznie więcej by zyskał. Za to on, Lord Bafford otrzyma czwartą, ale dużą część łupów zdobytych drogą przestępstwa. Tylko gdzie je potem ukryje? Może tutaj, w biurze w podziemiach, gdzie znajduje się kufer z podwójnym dnem zrobiony przez znanych rzemieślników sztuk pięknych, Grimwortha i de Perrina. Tak, to dobre miejsce.
Zamknął księgę, położył ją w prawym rogu biurka, aby żaden ciekawski strażnik nie mógł jej dosięgnąć przez okienko w ścianie, i wspiął się po schodach na górę.
Pokonanie tylu schodów trochę go zmęczyło, więc gdy znalazł się na górze musiał przystanąć, aby odsapnąć. Cholera, wiedział, że biuro ukryte w piwnicach było złym pomysłem. Mógł je umieścić gdzieś w pobliży Sali Tronowej. Przynajmniej nie musiałby tyle biegnąć.
Skrócił sobie drogę przez basen i wchodząc na korytarz zauważył służącą wychodzącą z jadalni z brudnymi talerzami w dłoniach.
Zatrzymał ją.
- Tak, milordzie? Co mogę zrobić?
- Gdy odstawisz te talerze udaj się po Dominika. Powiedz mu, że ma się niezwłocznie u mnie zjawić. Będę czekał na niego w saloniku.
- Tak jest, mój panie! Coś jeszcze?
- Nie, to wszystko.
- Tak jest.
Służąca odeszła a Lord, wiedząc, że w rozumowaniu Dominika słowo niezwłocznie oznaczało za kwadrans, postanowił jeszcze odwiedzić swoją Salę Tronową, która mieściła się za drzwiami, pomiędzy jadalnią a jego sypialnią.
Wziął w swoje dłonie piękne, kryształowe berło i zasiadł na swoim tronie, macając i pieszcząc swoją największą uciechę.
Berło było jego największym skarbem, było jedyne na świecie. Gdyby je stracił wszystko by się zawaliło, nie byłby już tak radosny i uśmiechnięty, nawet jeśliby był tym najbogatszym człowiekiem w Mieście. Przy nim czuł się spokojny i bezpieczny. Gdy był w najgorszych humorach, wystarczyło, że je zobaczył, a od razu wszystko się polepszało. Było dla niego jak żona. Chciał razem z nim żyć, i razem z nim zostać pochowanym.
Delikatnie i starannie odłożył berło na swoje miejsce. Sam zaś przeszedł ze Sali Tronowej do swojego saloniku.
Było to dość obszerne pomieszczenie. Na ścianach widniała kwadratowa, udekorowana licznymi obrazami boazeria. Przy kominku, na lewej ścianie stał ogromny stół z paroma krzesłami. To tam zasiadł Lord Bafford, zwrócony twarzą do kominka.
Po kilku minutach w drzwiach zjawił się Dominik.
Był to młody mężczyzna, w wieku trzydziestu dwóch lat. Twarz miał starannie ogoloną, włosy koloru blond, niebieskie oczy, wąski nos i małe usta. Ubrany w był w drogie szaty, zazwyczaj jego ulubionego koloru - żółtego.
Od kilku lat był doradcą Lorda Bafforda w sprawach biznesowych. Mówił baronowi gdzie warto się wkręcić, jakie kontrakty podpisywać. Sam też dzielił swoich ludzi, pomiędzy dzielnice, z których Lord będzie brał zyski. Był po prostu niezastąpiony. Był też lojalny. Gdyby nie on, Lord Bafford nie byłby dziś tym, kim jest.
- Wzywałeś mnie, mój Lordzie? - zapytał pracowniczym tonem.
- Tak, Dominiku. Usiądź tutaj - Lord wskazał miejsce, a gdy ten usiadł dodał - Podpisałem dziś bardzo, zdaje się, korzystny dla mnie kontrakt z Lordem Ramirezem.
Po chwili opowiedział wszystko swojemu pracownikowi. Ten słuchał uważnie, czasami potakując głową.
- Więc chciał on otrzymać część zysków z Dziupli? - zapytał, gdy patrycjusz skończył.
- Eche - odpowiedział podniecony Bafford.
- A wiedział o ilości zarabianych tam pieniędzy?
- Chyba nie. Nigdy my tego nie zdradzałem.
- Acha - Dominik pogrążył się w zamyśleniu - Jeżeli nie wiedział, a odkryje prawdę, będzie mógł zgłosić sądowi zatajenie pewnych informacji.
Bafford zachmurzył się. Czyżby Ramirez był aż tak inteligentny, że zrobił mnie, Lorda Bafforda w balona?! Niemożliwe!!
- Ale to by było dla niego niekorzystne - kontynuował Dominik - Musiałby się przyznać do prowadzenia Gildii i oddawania części skradzionych łupów tobie, a za to mógłby się dostać do więzienia!
- Chwała Budowniczemu - wykrztusił Bafford.
Uratowany!
Dominik kontynuował rozmyśliny.
- No nic. Wygląda na to, że masz, milordzie, niezwykłe szczęście. Udało ci się zarobić łatwe pieniądze. Gratuluję.
Lord zarumienił się.
- Och.. nie musiałeś.
Dominik wstał.
- Czy to już wszystko, panie?
- Nie. Jest jeszcze jedna sprawa. A właściwie dwie. Po pierwsze podwój zarobki mojego zarządcy w Dziupli. Jak on ma?
- Ginny - podpowiedział Dominik.
- Ach.. Ginny. To tak jak mówiłem, podwój jego zarobki i powiedz mu, jak odpowiedzialna praca na nim ciąży. To już wszystko.
- Wszystko? - zdziwił się Dominik - Mówiłeś, Lordzie, że masz dwie sprawy.
- Ach tak - zmieszał się Bafford - Jestem tak podekscytowany, że aż zapomniałem.
- To normalne - wtrącił mu pracownik.
- A więc chciałem jeszcze, abyś poszukał jakiś informacji o kobiecie, imieniem Wiktoria. To niezależna paserka, zapewne podpadła czymś Ramirezowi.
- Wiktoria, paserka - powtórzył Dominik - Będę pamiętał. Coś jeszcze?
- Nie, to już wszystko.
Za Dominikiem zamknęły się drzwi, a Lord Bafford zadowolony rozłożył się w fotelu. Wszystko szło zgodnie z jego planem. Do czasu.

* * *


Na korytarzu Lorda Bafforda zatrzymał Cedryk zapracowany nadzorca posiadłości.
Ubrany w był brudne, stare szaty. Wolał żyć nędznie, pomimo wysokiej pensji jaką proponował mu Bafford. Był niskim człowiekiem w wieku czterdziestu lat. Zawsze, gdy lord był poza swoim majątkiem, dozorca dbał o posiadłość i pilnował, aby strażnicy i służba się nie obijali. Był doskonałym pracownikiem, mało wymagającym a dużo robiącym. Dbał o dobro swojego pana, a nie o swoje własne.
- O co chodzi? - zapytał Lord Bafford.
- Chciałbym zgłosić, że wczorajszej nocy patrolujący piwnice strażnicy, odkryli w jednym z pomieszczeń ogromną wyrwę w ścianie, prowadzącą na zewnątrz budynku.
Lord Bafford zaniepokoił się. Jego posiadłość była otwarta i bezbronna, w każdej chwili mógł wedrzeć się jakiś włamywacz. Tak nie może być.
- Gdzie dokładniej ta wyrwa prowadzi?
- Do małych jaskiń, z których czerpana jest woda ze studni w mieście. Jaskinie są zamkniętym obszarem, ale można się do nich dostać, po prostu skacząc do studni.
- Wątpię, aby był na świecie idiota, który skakał by do studni. Jednak na wszelki wypadek na noc postaw jednego z moich strażników przed studnią. W nocy będzie ona zamknięta na klucz.
- Tak jest. A co mam zrobić z wyrwą? - zapytał Cedryk.
- Zostaw tak jak jest. Na razie mam ważniejsze sprawy na głowie.
Bafford zostawił Cedryka na korytarzu, który patrzył za odchodzącym lordem.

* * *


5 tygodni później..
Nie tak miało być - rozmyślał Bafford, gdy chlupał się w baseniku na piętrze. Jego ręce podtrzymywały go, oparte o kafelkową powierzchnię basenu, gdy ten ruszał nogami udając, że pływa.
O nie! Nie tak miało być. Przed chwilą przeczytał list od Lorda Ramireza, w którym ten informował go, że jutro przyjdzie do posiadłości Lorda Bafforda na kolację. Z treści listu Bafford wywnioskował, że sir Ramirez jest niezadowolony z ilości pieniędzy napływających z Dziupli, podczas gdy wyniki pracy jego Gildii Złodziejów są rekordowe.
Nie tego Bafford się spodziewał. Wszystko miało pójść tak gładko, miał przechytrzyć Ramireza i wzbogacić się, ale nie udało się. Nie tak miało być.
Powoli Lord Bafford wyszedł z basenu, okrył się płaszczem, założył sandały i zszedł na dół, do biura, aby jeszcze raz spojrzeć na księgi rachunkowe i sprawdzić czy aby przypadkiem wzrok go nie omylił.
Ale niestety! Znów przeczytał te same liczby co wcześniej i wcale mu się to nie spodobało.

3/24/42
Dziupla (272)

4/3/34
Dziupla (184)

4/10/34
Dziupla (198)

4/17/34
Dziupla (172)

4/24/34
Dziupla (160)

Przez kilka tygodni ilość zarabianych pieniędzy w Dziupli zmalała ponad dwukrotnie. Wcale mu się to nie podobało, zwłaszcza jeśli chodziło o umowę z Ramirezem. Mężczyzna uwielbiający bełkotliwców mógł ją zerwać a wtedy nici z bogactwa, nici z przyszłości, nici z wszystkiego.
Będzie musiał porozmawiać z Dominikiem na temat Gerrego, Ginnego, czy jak mu tam leci. Tak. Najlepiej, jeśli zrobi to natychmiast.

* * *


Dominik ponownie starannie ogolony, ubrany w drogie, żółte szaty, siedział na wygodnym krześle w salonie Lorda Bafforda. Zarzuty, które przedstawił mu patrycjusz wcale mu się nie spodobały.
- Ależ zapewniam cię, milordzie, że ufam moim pracownikom bezgranicznie, a Ginny jest najlojalniejszym z nich. Proszę mi wierzyć. Znam go! On nigdy nie zrobiłby niczego takiego.
- W takim razie dlaczego w Dziupli ostatnio interes nie idzie? - ryczał Bafford - Wiesz, że mam podpisany bardzo ważny kontrakt z Lordem Ramirezem.
- Tak, wiem o tym, Panie! Nie mam pojęcia co powoduje taki przebieg sprawy. Rozmówię się z Ginnym, najszybciej jak będę mógł.
- Dobrze. Jutro będzie u mnie sir Ramirez. Chciałbym przynajmniej załagodzić czymś jego gniew. Dowiedziałeś się może czegoś o tej Wiktori?
- Niestety, panie. Chyba cal nad ziemią chodzi, bo śladu po niej nie widać.
- Aaargh! - zaryczał Bafford.
Jutrzejsza kolacja będzie dla niego bardzo ciężka do strawienia. Musi wszystko idealnie rozegrać, inaczej Lord Ramirez zerwie ich umowę, a wtedy będzie fatalnie.

* * *


- A sprzedawca na to: "Zapakować?" - żartował Bafford, próbując rozweselić swojego gościa.
I udawało mu się! Lord Ramirez pękał ze śmiechu. Dawno już nie słyszał tak dobrego kawału.
Siedzieli właśnie w obszernej jadalni na piętrze posiadłości Lorda Bafforda. Ogromny, zasłany stół dla czterech osób stał na środku sali, a siedzieli przy nim Lord Bafford, sir Ramirez, Dominiki i ochroniarz Ramireza odziany w czarne szaty. Naprzeciwko drzwi stał kominek a przy prawej ścianie, pod niewielkim obrazem przytwierdzona była półka na talerze, kieliszki i butelki wina 'Fine'.
Ramirez nie chciał wchodzić bez swojego ochroniarza do posiadłości Lorda Bafforda. Gospodarza trochę zaniepokoił ten fakt. Czy ten mu nie ufa?
Dominik znalazł się tutaj za prośbą Bafforda. Sam wolałby się spotkać ze swoją ukochaną, ale baron nalegał, aby ten został, gdyż w takiej sprawie będzie potrzebował doradcy.
- Jesteś naprawdę śmieszny, mój przyjacielu - wykrztusił przez śmiech Ramirez - Opowiedz coś jeszcze.
Tego Bafford się nie spodziewał. Miał nadzieję, że Ramirez zadowoli się tym jednym kawałem, ale ten chciał więcej. Gospodarz nie podsłuchał więcej żartów na ulicy. Znał tylko ten jeden.
- Hmm.. muszę się zastanowić, co wybrać - powiedział powoli - Znam tak wiele kawałów.
- Mam czas, przyjacielu, mam czas. Proszę cię tylko, abyś wybrał dla mnie ten najlepszy.
- Hmm.. to może ten.. - jeszcze kilka razy zakasłał, aby nadać swojemu głosowi odpowiedni ton - Szedł raz Wielki Budowniczy i napotkał na swej drodze człowieka biednego i skamlącego, który płakał i powtarzał: "Nie ogarniam! Nie ogarniam!". "Czego nie ogarniasz?" - zapytał Budowniczy, na co usłyszał odpowiedź: "Życia swojego".
Ramirez ponownie wymusił swój śmiech. W głębi serca pomyślał: "Co za gruby palant".
Nawet ochroniarz Ramireza śmiał się z Bafforda pod nosem.
Dominik pozostał niewzruszony. Chciał się jak najszybciej stąd wydostać.
Gdy kolacja składająca się ze smakowitych, jelenich udźców i sałatki skończyła się, Ramirez przeszedł do rzeczy.
- Zdaje się, że wiesz, mój przyjacielu, po co tu do ciebie przyszedłem? - zapytał.
- Czy ma to może jakiś związek z naszą umową, którą ostatnio podpisaliśmy?
- Tak, dokładnie. Sumy, jakie do mnie docierają z Dziupli są piekielnie niskie, mój przyjacielu. Dlaczego tak się dzieje?
- Niestety, nie wiem jeszcze tego, Lordzie Ramirezie. Kazałem temu oto Dominikowi zająć się tym i rozmówić z moim zarządcą Dziupli. Możliwe, że to jego wina.
- Jeżeli tak, to powiadom mnie o tym, a ja się nim zajmę - odparł Ramirez - Jeżeli zaś, mój przyjacielu, oszukasz mnie, albo nie będziesz sobie radził w tej dzielnicy, wiesz, że będę zmuszony zerwać naszą umowę.
- Obiecuję, że do tego nie dojdzie.
- Mam nadzieję, mój przyjacielu, mam nadzieje.
Ramirez powoli zaczął się zbierać.
- Gdy się ostatnim razem spotkaliśmy, prosiłem cię, mój przyjacielu, o jeszcze jedną rzecz.
- Tak, poprosiłem Dominika, aby zajął się tą kobietą, Wiktorią, ale niestety nic się nie dowiedział.
- Nie dziwię się - odparł Ramirez - to bardzo przebiegła jędza. Gdzieś się ukrywa i nawet nosa ze swej nory nie wyciąga. Ale dziękuję ci, mój przyjacielu, za dobre chęci. Do zobaczenia.
Ramirez odszedł eskortowany przez swojego ochroniarza. Dominik ruszył zaraz za nim, próbując jak najszybciej uciec, ale Bafford go zatrzymał.
- Widzisz? W tobie wszystko pokładam. Jesteś moją jedyną nadzieją.
- Proszę się nie martwić - odparł Dominik - Zajmę się jutro Ginnym.
W końcu i on odszedł, a Bafford usiadł w jadalni aby dojeść resztki. Nie chciał upychać się na oczach Ramireza, gdyż było to zachowanie iście nie dyplomatyczne.
Gdy tak obgryzał kości rozmyślał. Co będzie dalej? Dominik poinformuje go, że Ginny był parszywym złodziejem i podkradał pieniądze nadchodzące z Dziupli. Wtedy zwolni go, wyda Młotom, a na jego miejsce podstawi kogoś innego. Saldo wróci do normy a on i Ramirez będą szczęśliwi.
A co jeśli nie? Jeśli Dziupla podupada, zyski jeszcze bardziej zmaleją aż w końcu będą równe zeru? Lord Ramirez zerwie umowę, bogactwo jego, Bafforda zmaleje i nie będzie już tej zaplanowanej sławy. To było straszne!
W tym momencie Bafford wydalił z siebie resztki pokarmu przed chwilą zjedzonego. Wszystko wyleciało mu z ust i obryzgało cały stół.
Tej nocy Lord Bafford nie spał dobrze. Wiele godzin przesiedział w toalecie z głową w misce, napierany przez bunt żołądka.
On, bogacz, patrycjusz, wielki Lord Bafford władał dziesiątkami strażników i służby, robił z nimi co chciał, a nad własnym ciałem nie miał żadnej władzy. Żałosne.
Całą winą Bafford obarczył swojego kucharza, zalecając mu nieświeże jadło i grożąc mu, że go zwolni jeśli jeszcze raz to się zdarzy. To on tu wydaje rozkazy i kary, to jego posiadłość i może robić z jej mieszkańcami co tylko mu się podoba.

* * *


Trzy dni później, gdy już grypa żołądkowa całkowicie ustąpiła, Lord Bafford rozmawiał w saloniku z Dominikiem, który prosił o jak najszybsze spotkanie.
- I co? - Bafford nie mógł ukryć podniecenia.
- Rozmówiłem się z Ginnym, jak Jaśnie Pan kazał - odpowiedział swoim urzędowym tonem Dominik.
- No, i co?
Dominik zrobił krótką przerwę.
- Ten twierdzi, że Młoty w Dziupli byli i węszyli. Wielu ludzi złapali do swoich więzień. Kupca Tarkwisa, co z Jaśnie Panem handlował też zgarnęli. Tak samo dwie klientki Liselle i Ryen.
Takiej odpowiedzi Lord Bafford się nie spodziewał. Miał nadzieję, że to wina Ginnego, ale niestety to ci cholerni fanatycy Młotodzierżcy rozpoczęli już swoje łowy i w tej dzielnicy. Zgarniają oni wszystkich napotkanych na ulicy ludzi i zawsze znajdą jakiś pretekst aby umieścić ich w więzieniu i zaciągnąć do pracy w fabrykach czy kopalniach, w ramach jak oni to nazywają "odkupienia grzechów". Trzeba coś z nimi zrobić.
- Hmm.. no to się nie dziwę, że ostatnio w Dziupli interes nie idzie - zasmucił się Lord Bafford.
- Tak. Nie jedna ręka się do tego przyłożyła, ale proszę się nie martwić. Dałem znać Ginnemu, że jak czegoś nie wynajdzie na Młotów, będą go grabiami zbierać ze szczerniska. . Ale co może zrobić mały człowiek w stosunku do całej armii uzbrojonych w mosiężne młoty fanatyków?
- Nic - odparł Bafford.
- Właśnie. Co zaś się tyczy Wiktorii, dalej niczego się nie dowiedziałem.
-Trudno. Sam Lord Ramirez przyznał, że nie da się jej wykryć. Tak więc my mamy ją już z głowy.
Lord Bafford podziękował Dominikowi za informacje i odprawił go do jego kwater. Sam zaś udał się po schodach na dół, do swojego gabinetu ukrytego w piwnicy. Wyciągnął jedną kartkę z pliku papierów, chwycił pióro, zamoczył jego koniec w atramencie, napisał krótki list w dość łagodnej formie, którego adresatem był Ramirez.
W liście poinformował swojego partnera, że powodem tak niskich zarobków w Dziupli są częste naloty Młotodzieżców, którzy dręczą klientów, a jego zarządca tej dzielnicy, Ginny nie może sobie z nimi poradzić. Napisał także, żę jeśli Lord Ramirez zechce zerwać podpisaną przez nich umowę nie będzie poczuwał się do winy, i z żalem będzie musiał obarczyć całą odpowiedzialnością Ginnego. Zgodził się nawet, jeśli zajdzie taka potrzeba, przekazać wszystkie księgi rachunkowe.
List przekazał młodemu kurierowi, któremu kazał niezwłocznie go przekazać. Kilka miedziaków zadowoliło chłopca, który szybko zniknął za zakrętem.
Usiadł w salonie z kieliszkiem wina 'Fine' i jeszcze raz wszystko przemyślał. Coś trzeba wymyślić na tych Młotów. Jeśli kolejny przypływ pieniędzy z Dziupli będzie niezadowalająco niski, uda się do Rozpadlin, więzienia Młotodzierżców, wyrytego w kamieniołomie i przedyskutuje z nimi tę sprawę.
Tak, to będzie dobry pomysł! Oby tylko sir Ramirez był wspaniałomyślny i dał mu jeszcze jedną szansę.

* * *


Gdy niedzielą Lord Bafford zabierał się do liczenia nowo przybytych pieniędzy, od razu zajął się przesyłką od Ginnego.
Był bardzo niezadowolony, gdyż na kartce oznaczonej datą 4/10/34, przy wyrazie Dziupla musiał wpisać cyfrę 140.
A więc nie ma wyboru. Będzie musiał udać się do kompleksu górniczego, bardzo brudnego miejsca, aby tam dojść do porozumienia z Młotodzierżcami. Tak, najlepiej jeśli zrobi to od razu, jutro. Ramirez dał mu tylko tydzień na poprawę ilości przychodów w Dziupli.
Jadł kolację wraz z Dominikiem, Cedrykiem i Frankiem - kapitanem domowej straży. Był u siebie, jadł jak chciał nie zważając przy tym na innych.
Weźmie z sobą Dominika, to dobry dyplomata, przyda mu się. Samemu nie uda mu się przekonać Zakonu Młota. Grzegorza i kilku najlepszych strażników też weźmie. Kto wie, co może tym fanatykom strzelić do głowy. O posiadłość nie musi się martwić. Cedryk się nią zaopiekuje.
Kolacja była pyszna, musiał to przyznać, ale był dobrym smakoszem i wyczuł coś co go nie ucieszyło.
- Cedryku - zwrócił się do służącego - Rozmów się z kucharzem odnośnie dzisiejszej kolacji. Chociaż menu zgadzało się z moimi zaleceniami, podejrzewam, że serwowane jagnię nie było pierwszej świeżości. Nie dam się również nabrać na podgrzewanie sałatki: w taki sposób nie ukryje się faktu, że warzywa są nieco zgniłe. Jeśli kucharz nie potrafi znaleźć odpowiednich składników, zostanie zwolniony. A jeśli znów będzie się wykręcał brakiem towarów na Skalnym Targu, przypomnij mu proszę, że budżet przeznaczony na artykuły spożywcze zwiększył się o ponad połowę w stosunku do zeszłorocznego. Dysponując takimi środkami nawet on powinien nabyć odpowiednie wiktuały.
- Dobrze, Panie - odpowiedział swoim cieniutkim głosem - Zrobię, jak sobie życzysz.
- Wy zaś, Dominiku i Franku - kontynuował przemowę Bafford - gdy odejdziemy od stołu spakujecie najważniejsze rzeczy. Rano wyjeżdżamy w podróż poza Miasto, do więzienia Rozpadlin, aby załatwić sprawę z Młotami. Wrócimy prawdopodobnie późnym rankiem następnego dnia. O, właśnie, Cedryku! Przypilnuj, aby rankiem służący przynieśli walizki do wynajętej przez nas dorożki! Nie chcę mieć żadnych opóźnień. Ty zaś, Franku, weź czterech swoich najsilniejszych i najgroźniejszych ludzi.
- Tak jest - odparł grubym tonem ochroniarz.
- Co się zaś tyczy spraw biznesowych, Dominiku, przygotuj kontrakt na mocy którego Młoty przestaną nękać ludzi w Dziupli. Nie chcę żadnych nieporozumień. Tymczasem jesteście wolni. Pamiętajcie, aby po śniadaniu zjawić się w głównym hallu.
Pracownicy odeszli a Bafford przeszedł do swojej sypialni i położył się na łóżku. Nim zdążył ściągnąć buty, zasnął.

* * *


Wczesnym rankiem przed posiadłością Lorda Bafforda zapanował wielki ruch. Służący uganiali się z walizkami do czekającej dorożki, czterech strażników dowodzonych przez Franka i doradca biznesowy Dominik czekali na wyjście Lorda. Ten jednak zaspał przez co wyprawa opóźniła się o kilka godzin.
W końcu, przepraszając wszystkich za spóźnienie i obarczając całą winą służących, którzy go nie obudzili, patrycjusz wsiadł do dorożki a ta pognała przez ulice Miasta. W końcu ominęła bramy miejskie i po długiej, górzystej drodze, późnym wieczorem dojechała do więzienia Rozpadlin, należącego do Zakonu Młota.
Przez kolejne dwie godziny konwój musiał czekać na otwarcie bram. Dominik długo i cierpliwie tłumaczył fanatykom religijnym, że przychodzą w pokojowych zamiarach i chcą tylko porozmawiać, ale Młotodzierżcy zawzięcie protestowali. Na szczęście wyszedł arcykapłan i kazał strażnikom wpuścić do środka przyjezdnych.
Lord Bafford w towarzystwie pięciu ochroniarzy i Dominika, został zaprowadzony do salonu na najwyższym piętrze kompleksu górniczego. Usiadł na kanapie obok Dominika, a naprzeciwko ich zasiadł arcykapłan, dzięki któremu dostali się do środka.
- Imię Budowniczego przetrwa wieki - arcykapłan pochylił głowę.
Bafford, nie znający powitania Młotów, ze skrzywieniem spojrzał na rozmówcę a potem na Dominika, który powtórzył gest kapłana.
- Co was sprowadza w nasze odległe, zamknięte progi? - zapytał duchowny.
- Będzie lepiej, jeśli od razu przejdę do rzeczy - odezwał się Lord Bafford wyciągając z rąk Dominika pewien dokument - Pan to przeczyta i podpisze.
Człowiek w stroju ze czerwonym symbolem młota wziął do ręki papier.
- Cóż to za rzecz wypisana jest na tym dziele rąk Budowniczego? - zapytał.
- Jest to umowa, na mocy której odeślesz pan swoich ludzi z dzielnicy Miasta, a mianowicie z Dziupli.
Za plecami Bafforda Dominik smutnie pokręcił głową.
- Nie tym tonem do arcykapłana Zakonu Młota - zdenerwował się dostojnik kościelny - Czy mi się ta rzecz wydaje, czy też naprawdę człowiek z złotą monetą chce dobić utargu z synami Budowniczego?
- Rzecz wygląda tak, jak powiedziałem - odpowiedział radosny Lord Bafford.
W jednej chwili twarz kapłana poczerwieniała i ten gniotąc dokument w garści wykrzyknął:
- Z członkami Zakonu Młota nie podpisuje się żadnych śmiertelnych umów. Ci ludzie, których więzimy postępują niegodnie wolności, a wasze godne pożałowania prawo tego nie dostrzega. Nie wiem jak śmiał się pan stawić przed Namiestnikiem Wielkiego Budowniczego - rzucił papierem w głowę zaskoczonego Lorda Bafforda - A teraz wynocha, wynocha, wynocha!!

* * *


Przez całą noc spędzoną w zimnej, ciasnej dorożce Lord Bafford rozmyślał nad tym, co się stało. Jego plan legł w gruzach. Nic co miało się udać, nie udało się. Młotodzierżcy nadal będą terroryzować Dziuplę, przychody z tamtego miejsca jeszcze bardziej zmaleją, Ramirez zerwie podpisaną wcześniej umowę, a on, Bafford nigdy nie stanie się tak bogaty, jak to sobie wymarzył. Dalej będzie podrzędnym patrycjuszem ze skromną kwotą tysiąca na koncie.
Lekko pomasował bliznę i rozcięcie na lewej ręce. Doznał ich podczas walki pomiędzy Młotami a bandą Franka, jaka się wydarzyła zaraz po wybuchu arcykapłana. To w ogóle był cud, że jeszcze żyli. "Łagodni" dziś Młotowcy wypuścili ich, chociaż spokojnie mogli, jak to do nich podobne, zabić ich lub co najmniej osadzić w więzieniu Rozpadlin.
Ale to, że żyli, wcale nie uszczęśliwiało Lorda Bafforda. Wolał umrzeć , niż zobaczyć twarz Ramireza ogłaszającego zerwanie umowy. Niestety, wszystko szło nie tak, jak miało iść.

* * *


Następnego ranka dorożka, wioząca zasmuconego i zamyślonego, a przy tym jeszcze rannego patrycjusza, ruszyła w powrotną drogę do Miasta, w którym znalazła się nazajutrz o wschodzie słońca.
Lord Bafford wyszedł z dorożki, ominął śpieszących po walizki służących i spojrzał na swoją posiadłość. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - pomyślał. Próbował się uśmiechnąć ale nie wyszło mu to zbytnio. Przeczuwał w powietrzu, że to nie koniec nadchodzących rozczarowań.
Służący wyprzedzili go i zniknęli za główną bramą. Dziwne, zachowywali się jakoś podejrzanie, bali się nawet spojrzeć swojemu Panu prosto w oczy, jakby obawiali się go.
Lord Bafford, przechodząc obok posmutniałych, odwracających wzrok w inne strony strażników, znalazł się w końcu w swojej rezydencji, w swoim domu.
Powitał go posmutniały Cedryk.
- Witaj - odpowiedział mu lord, po czym od razu uderzył - To powiesz co się stało? Bo przecież widzę, że coś się stało?
Cedryk zmieszał się.
- Jakby to powiedzieć.. nie wiem od czego zacząć.
- To zacznij od tego co mniej mnie zaboli.
Nadzorca zastanowił się chwilę, aż w końcu powiedział:
- Przed chwilą rozmawiałem z Lordem Ramirezem. Kazał przekazać, że nie widzi sensu w dalszym przedłużaniu, jak on to nazwał, tego "nędznego" kontraktu. Chciał, abyś wiedział, Panie, że podpisaną przez was umowę spalił w swoim kominku.
Lord Bafford zawiesił głowę.
- Spodziewałem się tego - odpowiedział smutnym tonem - Masz coś jeszcze do powiedzenia?
- Tak, tą drugą, jeszcze gorszą wiadomość - odpowiedział Cedryk patrząc Lordowi na buty.
Co mogło być gorsze od tego, z czym Bafford wiązał swe nadzieje, od tego o czym myślał całymi dniami, od tego o czy marzył? Nie miał pojęcia. Co Cedryk ma mu jeszcze do powiedzenia. Poczuł, że za chwile zemdleje.
- Otóż - zaczął nadzorca - Ostatniej nocy do posiadłości wdarł się pewien włamywacz. Połowa straży została przez niego ogłuszona i leży teraz w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Reszta go nie widziała i niczego nie słyszała. Główną bramę ominął, prawdopodobnie wdarł się przez dziurę w piwnicach. Mówiłem, że należy te miejsce zamurować - żalił się Cedryk.
- Dobra, dobra - ponaglił go Lord Bafford - I co się stało? Czy coś zginęło?
Cedryk zawiesił głowę. Przez chwilę milczał aż w końcu jednym tchem wyrecytował.
- Rano przeszukaliśmy posiadłość. Nie znaleźliśmy niczego. Złodziej ukradł cały pański majątek. Dosłownie wszystko.
Te słowa były dla patrycjusza jak wyrok. Przez dłuższą chwilę z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczyma stał nie wierząc w to, co usłyszał.
Cały jego majątek, ta ogromna suma pieniędzy wraz z innymi drogo cennościami wyparowała, wszystko doszczętnie zniknęło a on, Bafford nie jest w stanie nic zrobić, aby to przywrócić. Nie jest w stanie cofnąć czasu, nie mógł zrobić nic. Poczuł się słabo, cholernie słabo. Pierwszy Miejski Bank, w którym się ubezpieczył zapłaci jakieś cholerne grosze, które wyda na jednotygodniową pensję dla służby i straży. A z czego on będzie żyć?
W tej chwili pomyślał o czymś ważnym, bardzo ważnym. Gdy to miał, nigdy o tym nie myślał, ale teraz, gdy mógł to stracić, szybko sobie o tym przypomniał.
Bez słowa opuścił uważnie przyglądającego mu się Cedryka i pognał na piętro.
Dostał to, jak też i kufer z podwójnym dnem, od firmy Grimwortha i de Perrina, a było niezwykle cenne i niepowtarzalne. Było jedyne na świecie. Bez niego honorowo i prawnie nie mógł nazywać siebie lordem.
Bafford, pomimo swojej postawy, szybko znalazł się na piętrze i wszedł do pomieszczenia pomiędzy jadalnią a jego sypialnią, czyli do Sali Tronowej. Na tron stojący na dużym wzniesieniu nawet nie spojrzał, tylko od razu sprawdził, czy jego drogocenne berło zakończone kryształem w kształcie łzy jest na swoim miejscu.
Berło, podobnie jak cały jego majątek, zostało skradzione.
-Nieeeee! - wydobyło się donośny krzyk z ust Lorda Bafforda, po czym padł na ziemię nieprzytomny.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 07 gru 2008 16:22 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
Cześć Edversion. :)

Edversion napisał(a):
- Zdaje się, że wiesz mój przyjacielu, czemu cię tu zaprosiłem? - powiedział Ramirez, wlewając do kieliszka czerwone wino 'Fine', najczęściej użytkowane wino przez patrycjuszy.

Pierwsze zdanie i już powt. Dwa razy wino.
Jeszcze coś: zamiast 'patrycjuszy', napisałbym: 'szlachty', albo 'arystokracja'. Dlaczego - sam się zastanów. Chociaż to tylko takie 'czepianie się'. ;)

Edversion napisał(a):
- Myślałem, że nasze spotkanie ma charakter czysto przyjacielski - odpowiedział mu Lord Bafford, głęboko zapadnięty w fotelu.

Jak ktoś weźmie to zdanie na poważnie, to będzie miał naprawdę wielki ubaw. Jak np. ja. :))
Nie wiem czy zdanie złe, czy dobre. Kwestia gustu.

Edversion napisał(a):
Odpowiedział mu uśmiech Lorda Ramireza.

No jak uśmiech może odpowiadać!
Jasne - wiadomo o co Ci chodziło, ale to raczej błąd.
Lord Ramirez odpowiedział mu uśmiechem. - lepiej?

Edversion napisał(a):
Doskonale! - ucieszył się Bafford.

Myślniczka zgubiłeś. ;)

Edversion napisał(a):
Ramirez odłożył kieliszek na stolik

No nie wiem. Ja bym ten kieliszek postawił, wiesz... odłożyć to można książkę, a z gdy kładziemy kieliszek coś może z niego się wylać...

Edversion napisał(a):
Plan jest taki. Będziesz przesyłał mi część zysków z Dziupli,

Po "Plan jest taki" wstawiamy dwukropek.

Edversion napisał(a):
oddawał cię

Oddawał Ci.

Edversion napisał(a):
Trzebało tak od razu

"Trzebało" to jakiś archaizm? Czy miało być "trzeba było"?

Edversion napisał(a):
zacznie szukać jakiś informacji

Jakichś. "Jakiś" używamy w l. poj.
Np. "Szukał cię jakiś człowiek."

Edversion napisał(a):
Gdy w końcu Lord Bafford powrócił do swojej posiadłości postanowił odłożyć sprawę Dziupli na później a najpierw się nieco wyżywić.

No dobra, a gdzie przecinki? Co Ty chcesz, żebym to czytając się zadusił?
Po drugie to zdanie jest takie "na siłę". "Wyżywić"? Nie wciskaj takich wyrazów, wystarczy "coś zjeść".

Cytuj:
Gdy tak konsumował

Jak konsumował?
Wywalić 'tak'.

Edversion napisał(a):
Gdy skończył już obgryzać resztki,

Obgryzać resztki? Obgryzać to można paznokcie!
Ogryzać to po pierwsze.
Resztek się nie ogryza to po drugie.
Wywalić, albo... "Gdy skończył ogryzać baranie udko...".

Edversion napisał(a):
wytarł swoje pulchne dłonie,

Ale wytarł o co?

Edversion napisał(a):
ze Sali Tronowej

Z sali tronowej.

Edversion napisał(a):
Za Dominikiem zamknęły się drzwi,

Fajnie, jak w dzisiejszych supermarketach.

Edversion napisał(a):
Wszystko szło zgodnie z jego planem. Do czasu.

'Do czasu' można wyciąć, bo już wiadomo co nas czeka w dalszej części fabuły.
Pisząc takie rzeczy nie jesteś pewien jakości swojego tekstu. Starasz się tym 'do czasu' zachęcić czytelnika do dalszego czytania, ale on z góry już wie co się stanie dalej.
Jesli tekst jest sam dobry w sobie czytelnik dobrnie w jego głąb.

Edversion napisał(a):
Na korytarzu Lorda Bafforda zatrzymał Cedryk zapracowany nadzorca posiadłości.

I o co tu chodzi? ;)

Cytuj:
Jutrzejsza kolacja będzie dla niego bardzo ciężka do strawienia.

No, w końcu jedna rzecz która mi bardzo się spodobała. Ładny środek stylistyczny. Nie można brać go dosłownie. Znaczy to mniej więcej tyle co: "Jutrzejsza kolacja będzie do dupy, bo Ramirez jest wkurwiony na maksa".
Wybaczcie za wulgaryzmy, ale nic mi do głowy lepszego nie przyszło. :D

Cytuj:
W tym momencie Bafford wydalił z siebie resztki pokarmu przed chwilą zjedzonego.

Ehhh... ;) Nie będę tłumaczyć o co tu chodzi.

Podsumowanie:
Trochę błędów ominąłem z czystego lenistwa, oraz z faktu, że te które przytoczyłem się powtarzały. Niektórych zaś, pewnie nie zauważyłem.
Piszesz trochę jakby to była... bajka. Taki naciągany styl, z tymi "mój przyjacielu", dużo zbędnych powtórek "miał być bogaty", "będę bogaty" etc.
Nie masz jak to mówi Caer... wyczucia.
Jeśli myślisz o pisaniu na poważnie to masz kawał pracy chłopie. ;]
Jeśli chodzi o styl pisania to jestem na nie.
Sam pomysł jest ciekawy. Spójny, logiczny, zwłaszcza jeśli ktoś grał w T.
Takie sobie hop-sa-sa, opowiadanko treningowe.



Podoba mi się. Jestem na tak, jeśli chodzi o pomysł.

Ogólna ocena: 3/6 - taka szkolna 3, nie pisarska. Pisarskiej oceny nie wystawię. Żeby nikogo nie urazić. :P

Ale mną się nie sugeruj, bo ja się nie znam.
Pozdrawiam.

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 gru 2008 08:10 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Naprawdę udany tekst! Ukazanie świata z punktu widzenia Baffiego, z jego jakże słusznej perspektywy ofiary, a także zepchnięcie Garretta jako postaci ośmioplanowej (i "tego złego")... rewelacyjny pomysł!
Bardzo fajnie też wplecenie wszystkiego w nurt fabularny TDP.
+język arcykapłana i cytat "unosi się cal nad ziemią"
:ok :ok :ok

Z wad, to lekko prostota, lecz być może to miało być takie opowiadanko, jak to określił Black: Bajkowe. Jednak mi to nie przeszkadzało.

Tekst czysty technicznie, jedynie powtórzenia czasem go zaburzały.
No i Cragscleft jest raczej wykute w kamieniu, nie wyryte :)

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 gru 2008 20:58 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Coś nowego, proszę o krytykę L:

SZAKAL I AMARANT
INSPIROWANE "SON OF THE SUN" BY THERION


Sebek wpadł do sali tronowej niemal zupełnie bez dechu. Królowa bardzo nie znosiła spóźnień, które mogły kosztować nawet życie.
Sebek bardzo lubił życie.
W najgłębszych i najszczerszych pokłonach, na jakie potrafił się teraz zdobyć, zbliżył się do królowej na tyle, ile zezwalała jego pozycja na dworze. Przykucnął i wpatrywał się przerażony w posadzkę, niepewny, co go czeka.
Czy pani go każe zgładzić, czy wybaczy ten nietakt?
Niech Horus ma mnie w swej opiece.
-Spóźniłeś się! - usłyszał aksamitny głos dobiegający ze złotego tronu Dwóch Krain.
Nie śmiał podnieść oczu.
-Tak pani. Jednak zrobiłem to, by lepiej wypełnić twój rozkaz.
-Naprawdę? I co?
-Mam go tutaj... - nadal wiercąc w posadzce dziurę wzrokiem podniósł rękę, w której trzymał mały zwój papirusu. Ktoś mu go wyszarpnął i najwidoczniej potem podał królowej, gdyż usłyszał:
-Dobrze się spisałeś, wybaczam to spóźnienie, ale pamiętaj, że po raz ostatni.
-Dziękuję ci pani... - wyksztusił w nagłym przypływie ulgi
-Wstań.
Podniósł się i spojrzał na faraon, zwaną również Piękną z Północy. Rozkoszował się widokiem jej pięknej, misternej peruki z dwiema falami włosów opadającymi na piersi i jedną na plecy, jej oczu w kolorze fioletu, smukłymi dłońmi z błękitnymi paznokciami, a także zdobną biżuterią i chustą Sem. Z ureusza groźnie patrzyła na niego bogini Wadżet, będąca ulubioną patronką królowej.
Ona również lubiła jego widok, tego wysokiego i szczupłego młodzieńca o ciele żołnierza. Ach, gdyby był choć księciem czy władcą nomu, by nie musiała wybierać wśród tych wszystkich miękkich arystokratów z Dolnego Egiptu. Niestety, etykieta nie zezwalała na ślub z człowiekiem-do-wszystkiego, nawet tak skutecznym, a dwór coraz bardziej domagał się potomka.
-Wyniki twojej pracy są zachwycające! W nagrodę obdarzam cię zaufaniem i kolejnym zadaniem, które jeśli wypełnisz, to wysokość nagrody zaskoczy nawet ciebie.
-Nie wiem pani, jak dziękować...
-Wiesz, kim jest księżniczka Amarantet?
-O ile słyszałem, włada jakimś wschodnim nomem, niestety nic ponad to nie kojarzę.
-Włada najbardziej wysuniętym na wschód nomem za Ciasnym Morzem, na granicy z Asyrią. To dzięki niej kontrolujemy tamte tereny, a Asyryjczycy boją się zaatakować. Jest ode mnie młodsza o dwa lata i niedługo będzie obchodzić swoje 24 urodziny, czyli tyle, ile jest godzin nocy i dnia! To bardzo ważna chwila w jej życiu, dlatego postanowiłam w ramach podarunku spełnić jej jedno życzenie, jakim jest zobaczyć słynne sanktuarium Anubisa w Inputetoe... to znaczy ruiny, jakie z niej pozostały. A ty będzie odpowiedzialny za tę podróż oraz za bezpieczeństwo księżniczki. Jestem pewna, że ma wielu wrogów, którzy mogą się znaleźć i tutaj.
-Przysięgam na Setha, że włos jej z głowy nie spadnie, choćbym sam miał zginąć.
-Liczę na to. Od naczelnika straży pałacowej dowiesz się dokładnie szczegółów przyjazdu. Możesz odejść... - wystawiła mu stopę z sygnetem do pocałowania. Sebek niemal nie wierzył własnym oczom, gdyż ta forma wyrażenia uległości wobec królowej był zastrzeżona dla wyższych rangą patrycjuszy. Padł na kolana i delikatnie musnął wargami sygnet, po czym w ukłonach wyszedł z sali.
Taka nobilitacja oznaczała, że królowa była naprawdę zadowolona z tego raportu, a jej wdzięczność faktycznie jest liczącą się rzeczą.
*
W tym samym czasie, gdy Sebek się korzył przed królową, hołd swojemu panu oddawał też Anubis, mrukliwy bóg zmarłych o szakalim obliczu. Jednak wobec Re, sokołogłowego króla bogów mógł sobie pozwolić na o wiele większa poufałość. Uklęknął przed nim na prawe kolano, przyłożył prawą rękę do piersi, po czym się wyprostował na cała swoją imponująca wysokość:
-Wzywałeś mnie, panie.
-Tak Anubisie, sprawa jest z lekka niecodzienna. Otóż pewien człowiek, a dokładniej księżniczka Amarantet wraz z orszakiem zamierza zwiedzić ruiny twego sanktuarium w Inputetoe.
-I co? Mam zostać przewodnikiem wycieczek? Co nas obchodzą takie niskie ludzkie sprawy?
-Nie przerywaj mi! - Re się zirytował, a jego oczy zapłonęły na żółto
-Wybacz panie.
-To nie są już tylko ludzkie sprawy! Czyżbyś już zapomniał, czemu ten kompleks świątynny został zniszczy wraz miastem? Czyżbyś miał tak krótka pamięć?
-Wydaje mi się, że chodziło coś o jakąś wyjątkowo wielką burze piaskową... bo Seth nie miał humoru?
-A jednak masz krótką pamięć. To nie była sprawka Setha, a jakiegoś wyjątkowo potężnego demona. Błędnie darowaliśmy mu wtedy życie, a potem zostawiliśmy w spokoju, bo i tak z dala od siedzib ludzkich był niegroźny. Ale teraz ludzie tam wracają, a my jesteśmy ich opiekunami! Czy już wszystko rozumiesz? - szakal podrapał się pomiędzy swymi wielkimi uszami
-I mam zabić tego demona? Czemu ja? Seth jest potężniejszy.
-Ty również jesteś wielkim wojownikiem, a to twój teren i ty masz tam największą moc.
-Racja. Jednak nie lubię walczyć, w ogóle nie lubię wychodzić ze swojej piramidy, gdzie mogę w spokoju zająć się swoją pracą.
-Anubisie, to twoja powinność chronić rasę, którą stworzyliśmy.
-To i to robię, opiekując się nimi w tej lepszej krainie.
-W tej gorszej również powinieneś. To jest rozkaz - Re stuknął swoim berłem o posadzkę, a Anubis powtórzył gest hołdu zgrzytając jednak kłami
-Skoro tak stawiasz sprawę, to przyrzekam wypełnić swe zadanie.
-Rozchmurz się. Czeka cię kilka dni spędzonych na ziemi, być może nawet wśród ludzi - twarz Anubisa zmieniła się mgnieniu oka. Uszy mu się wyprostowały, a w oczach błysnęło zadowolenie
-Wśród ludzi?
-Tak - Ra również się uśmiechnął. Zawsze go zastanawiało, czemu tylu bogów nie lubiło ziemi, ale za to uwielbiało ludzi... odwrotnie jak on sam. Nie potrafił zapomnieć im zdrady, mimo iż miała ona miejsce w czasach, gdy dopiero rodziły się mity.
-To zmienia postać rzeczy. Bylebym tylko na tych ludzi nie czekał za długo, zwłaszcza na tym zadupiu.
-Doczekasz się. Idź już, czas ucieka.
Anubis po raz ostatni powtórzył hołd, odwrócił się na pięcie i ruszył wzdłuż podwójnej kolumnady sali tronowej. Otwierając złote wrota prowadzące do przedsionka się zamyślił.
Już tak dawno nie widział żadnego żywego człowieka, a ci co przychodzą do sali dwóch Prawd na Sąd Ozyrysa są zbyt skupieni na własnej śmierci, by chociażby pogadać o czymś innym niż tajne hasła, grzechy i życie pozagrobowe.
Zawsze lubił ludzi, gdyż wydawali mu się tacy... bezbronni.
Bezbronni wobec śmierci.
A on był ich przewodnikiem i opiekunem, Najwierniejszym z Wiernych, ostatnim obrońcą.
Co zawsze sprawiało przyjemność i satysfakcję.
*
Są dwa światy, Egipt i Dat, świat żywych i ziemie umarłych. W jednym i drugim moc bogów jest ograniczona, ale to tylko Dat jest dla nich realnie niebezpieczne, zwłaszcza dalekie odstępy, tak odległe od błogosławionych Pól Trzcin, że tylko demony nie boją się tam mieszkać.
Poza tym te światy się różnią tylko tym, że w Dat wszyscy mają około trzech metrów wzrostu, bo tak sobie zażyczył Re, gdy świat wyłaniał się z praoceanu Nun.
Ale są w Dat miejsca, w których wola bogów nie jest niczym ograniczona, gdzie ich moc nie zna granic. To są ich pałace, gdzie mieszkają, skąd sprawują swą władzę. Te boskie budowle mają często kształt charakterystyczny dla swojego pana, na przykład posiadłość Izydy przypomina krowie rogi, a Asetana twierdzę. Również komnaty i ich zawartość jest nierozerwalnie przypisana do danego boga. W pałacu Bastet jest Pokój Kota, a u Setha słynna zbrojownia, gdzie można znaleźć wszystkie rodzaje oręża, jakie znajdują się w całym Egipcie.

Anubis siedział na czarnym tronie w swojej sali audiencyjnej i myślał, podpierając pysk dłonią. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio wizytował na ziemi, toteż nie wiedział, czego się spodziewać. Przekleństwo! Nie był pewien nawet, czy ludzie nadal ich kochają, czy tylko wznoszą puste modły.
Kiedyś bogowie często się spotykali z ludźmi, rozmawiali z nimi, pomagali im, nawet się z nimi bawili. A teraz? Ra ogłosił, że ludzie stali się na tyle samodzielni, że już nie potrzebują bezpośredniego wsparcia, więc zakazał udawania się na ziemię bez bardzo ważnego powodu i jego zgody. Ta... i tak wszyscy wiedzą, że on nie może im wybaczyć tej małej zdrady... a minęły przecież tysiące lat! Nawet z naszego punktu widzenia to kawał czasu...
To oznacza, że moja misja jest naprawdę poważna, skoro Re kazał złamać jego osobisty zakaz.
Nie ma czasu do stracenia - Anubis powstał, wziął swoje berło Was, przycisnął je do piersi...
... i pojawił się na szczycie pustynnej wydmy.
Widok jaki się przed nim roztaczał odebrałby dech w piersiach nawet najmniej czułemu gburowi. Oto olbrzymi kompleks świątynny przysypany pradawnymi piaskami. Gdzieniegdzie w niebo celowały obeliski niczym igły, gdzie indziej wystawały pylony, kolumnady i aleje sfinksów o szakalej postaci.
Białe wapienne mury się błyszczały w słońcu niczym Wielkie Piramidy, a malowidła na nich gdzieniegdzie jeszcze zachowały kolory, ukazując jego samego w najważniejszych życiowych chwilach.
Anubisowi przypomniało to pewne dawne wydarzenie, tak odległe w czasie, że myślał, że nigdy nie istniało.
Gdy był jeszcze bardzo młody, to przyglądał się budowie jednej z pierwszych świątyń w Egipcie, teraz już nawet nie miał pewności komu poświęconej. Widział, jak nagle olbrzymi kamień się zsunął z rusztowania i zmiażdżył pod sobą jednego robotnika. Anubisowi zrobiło się go bardzo żal i chciał mu ułatwić drogę na Pola Trzcin... ale jakie było jego zdumienie, gdy serce zmarłego o mało nie złamało Wagi podczas Sądu Ozyrysa, tak było ciężkie od grzechów.
-Czas się brać do roboty - Szakal otrząsnął się z wspomnień i ruszył w kierunku jedynego nie zasypanego budynku. Był on kwadratowy, jednopiętrowy, a wewnątrz znajdowała się pojedyncza, wielka sala skąpana w ciemnościach. Anubis stuknął berłem o ziemię, a jego głownia rozbłysła, ukazując ściany, podłogę i sufit gęsto pokryte hieroglifami i malowidłami. Zbliżył się do jednego, przedstawiającego go samego jako szczeniaka w objęciach przybranej matki Izydy
-Niesamowite...
-Czy mnie wzrok nie myli! Pan powrócił! - Anubis błyskawicznie odwrócił się w stronę środka sali, skąd dobiegł go głos... jakby lekko znajomy. Światło berła jakby z niechęcią oświetliło bardzo wysoką postać, ubraną jedynie w przepaskę biodrową i mającą głowę... szakala! Nieznajomy padła plackiem na ziemię i oddał pokłon
-Bądź pozdrowiony mój panie!
-Kim jesteś... mną?
-Nie śmiałbym się równać! Jestem tylko nędznym demonem o twoim kształcie...
-Demonem? A wiec to ty jesteś zagrożeniem dla księżniczki? Ty zniszczyłeś tę świątynię? - Anubis poczuł, jak wypełnia się gniewem, a jego oczy zazwyczaj czarne czerwienieją.
-Panie! Moja moc jest nie większa od mocy wiejskiego znachora! Nie ja to wszystko uczyniłem. Moim zadaniem jest czekać tu, aż powrócą ludzie, by im opowiedzieć o tym miejscu, by przywrócić jego pamięć.
-Rozumiem - ochłonął i podszedł z powrotem do malowidła, przyglądając się Izydzie... była tu tak samo piękna jak w rzeczywistości, ale stokroć bardziej banalna.
Ludzie wszystkich bogów przedstawiają jednakowo, rozróżniając ich jedynie za pomocą podpisów bądź atrybutów, ewentualnie kształtu głowy. A przecież jesteśmy tacy inni... mało kto wzrostem dorównuje mi, Sethowi i Asetanowi, z kolei Horus jest niemalże równy swojej żonie. Izyda i Neftyda, bliźniaczki identyczne jak dwie krople wody, a jedna wydaje się potężna i władcza, a druga drobna i delikatna. Hapi jest na tyle gruby, że starczyło by go dla trzech osób, a ludzie jedynie mu rysują obwisły brzuch... podobnie zresztą jak Toeris. A oczy? To taka charakterystyczna część... jak mam czarne, Seth czerwone, Ozyrys zielone... a tu wszystkie są takie same! W dodatku zapominają, że Bastet i inne kociogłowe mają pionowe źrenice!
-Panie... - nieśmiało odezwał się demon przerywając przedłużającą się ciszę.
-Tak? Możesz już powstać.
-Wiem, kogo poszukujesz. To istota nieskończenie potężniejsza ode mnie, ucieleśnienie nienawiści, pustynny wiatr śmierci. Najszybciej go znajdziesz tuż poza granicami kompleksu.
-Wiatr? Toż to zadnie dla Setha, nie dla mnie.
-Ale to twój teren panie, twoja świątynia, ty masz tu największą moc. Ponadto wierzę w mądrość Ra i jego wybory.
-Masz rację, nie powinienem wątpić. Cóż, trzeba się przyjrzeć przeciwnikowi... - Anubis wyszedł przed budynek i udał się w stronę, gdzie z piasku ledwo wystawał lewy pylon głównej bramy kompleksu.
*
-O CHOROBA! - ponowne spóźnienie się na pewno nie wchodziło w grę, toteż Sebek rzucił wszystko i pędem pobiegł do sali tronowej. Tym razem miał więcej szczęścia i przybył na ostatnią chwilę.
Sala i tron były puste, nie licząc wielkiego wezyra. Ten kiwnął na Sebeka, a gdy ten już mu oddał hołd, nachylił się do jego ucha i szepnął:
-Za chwilę wejdzie tutaj królowa z księżniczką Amarantet. Jeszcze dzisiaj wyruszacie do Inputetoe, gdzie zabawicie jakieś trzy dni, a potem wrócicie. Na tym się skończą twoje obowiązki... królowa już ci mówiła o nagrodzie?
-Nie panie, woli zachować to na koniec.
-Rozumiem ją, toteż ja też ci jeszcze nic nie powiem... o! Nadchodzą!
Wrota się otwarły, a przy dźwiękach trąb do sali wniesiono dwie lektyki w kształcie barek, każdą niosło po dwunastu tragarzy, ubranych w złote szaty. Wszyscy padli na ziemię w pokłonie. W większej lektyce, z budką zakrytą jedwabnymi, purpurowymi zasłonami siedziała królowa, zapatrzona w swoją towarzyszkę:
Sebek wyobrażał ją sobie całkowicie inaczej. Była drobna, brązowo oka, miała niezwykle miłą i szlachetną twarz. Wbrew panującej modzie, zamiast peruki miała swoje naturalne, długie czarne włosy zaplecione w imponujący warkocz.
Obie nosiły dosyć podobne szaty, taką samą biżuterię (nie licząc oczywiście insygni królewskich i chusty Sem), ale księżniczka miała coś, co zwracało od razu uwagę: diadem z zatkniętym wielkim amarantem.
Sebek patrzył na niego oczarowany... kamień miał wielkość ludzkiego oka, a jego wartość... liczona w dziesiątkach koni.
O mało nie dostał zawału, gdy lektyki zatrzymały się właśnie przed nim.
-Sebeku - usłyszał aksamitny głos królowej - oto księżniczka Amarantet, którą będziesz się opiekował!
-Jestem zaszczycony - odpowiedział, nadludzkim wysiłkiem woli się nie jąkając.
-Bądź gotowy do drogi za dwie godziny.
*
Stanął w końcu na szczycie jednej z wyższych wydm, centralnie po drugiej stronie kompleksu, niż po przybyciu.
Słońce właśnie malowniczo zaszło za horyzont, ale on nie przyszedł tu podziwiać widoków.
Uniósł berło do góry i zawył, tak głośno, tak długo i z taką siłą, że piasek się obsypał z dachów niektórych pylonów.
To było wezwanie, które wciąż trwało...
pół minuty
minutę
dwie...
Aż w końcu nadszedł demon.
Anubis zamilkł i stanął w szerszym rozkroku, wyciągnął przed siebie berło niczym włócznię. Zmrużył oczy szukając przeciwnika.
Każdy, kto choć przez miesiąc żył na pustyni, potrafi przewidzieć nadejście burzy piaskowej z jednodniowym wyprzedzeniem.
Ale nie wyczułby demoniej furii.
Błyskawicznie zerwał się wiatr tak silny, że mógłby burzyć domy. Sypnął piaskiem w oczy Anubisowi, a ten pomimo strumienia łez nie mógł ich oczyścić i otworzyć.
-Jestem szakalem! Nie muszę cię widzieć, by cię pokonać! - wciągnął głębiej powietrze szukając zapachu.
Zapachu demona, wyczuwalnego tylko dla boga.
Wiatr ciskał w niego piaskiem w ślepej furii i próbował porwać z ziemi. Gwizdał mu w uszach niemalże je ogłuszając.
Ale Anubis już wiedział, gdzie jest demon.
Przykucnął i wycelował w tym kierunku głownię berła, a z niego nagle wystrzelił czarny promień, szybki jak błyskawica. Przeszył na wylot chmurę piasku, a wiatr jakby lekko ucichł.
Anubis wyprostował się pełen poczucia triumfu.
Gdy coś uderzyło w niego z taką nienawiścią, że nie wytrzymał i padł na ziemię, sturlał się z wydmy. Na dole poczuł, że wiatr zasypuje go coraz większymi zwałami piasku. Już nie mógł oddychać, już nie czuł zapachów...
-NIE!
Wyprostował ramiona, a piasek w promieniu dziesięciu metrów się rozsunął, tworząc olbrzymi lej. Anubis wstał i krzyknął:
-TO ZIEMIA MI POŚWIĘCONA! NIE MOŻESZ MNIE TU POKONAĆ, KIMKOLWIEK BYŚ NIE BYŁ!
-Dla mnie ta ziemia też świętą! Anubis zamilkł zaskoczony. Kim jest jego przeciwnik, że jest odporny na czarny promień śmierci, a także może czerpać moc z terenu świątyni!
-JESTEM ANUBIS! BÓG ZMARŁYCH, ICH OPIEKUN, PRZEWODNIK I WIELKI WAGOWY! TO MOJA ŚWIĄTYNIA, MUSISZ SIĘ MNIE TU SŁUCHAĆ! ODEJDŹ PRECZ I NIE WRACAJ!
Wiatr wył jeszcze przez chwilę, a potem ucichł tak nagle, jak się pojawił.
Anubis przetarł oczy dłońmi i je otworzył. Bolały niemiłosiernie, toteż powoli udał się w kierunku sanktuarium poszukać wody.
*
Rozbito namioty, rozstawiono straże i ubezpieczono bagaże.
Karawana była gotowa do noclegu.
Sebek niespecjalnie miał czas chociażby się dłużej przyjrzeć księżniczce, gdyż ta stale była otoczona przez swoich osobistych ochroniarzy. Do jego kompetencji należało raczej pilnowanie wacht i szukaniu niebezpieczeństw dalej, w otoczeniu obozu.
Przeliczał właśnie po raz nie wiadomo który pozostałą do przebycia drogę, gdy podszedł do niego jeden z ochroniarzy. W przeciwieństwie do pozostałych, był raczej niski i niemiłosiernie chudy, uwagę zwracały też jego cudzoziemskie rysy.
-Jestem Josif i przychodzę od księżniczki z zapytaniem.
-Josif? To nietutejsze imię.
-Hebrajskie. Kiedy dotrzemy do Inputetoe?
-Jutro wieczorem. Nic nie zapowiada burzy piaskowej, więc nie powinniśmy napotkać trudności.
-Rozumiem. Śpij dobrze panie.
Sebek wrócił do swoich obliczeń lekko rozczarowany. Już miał nadzieję, że to księżniczka chce go osobiście zobaczyć, w końcu był dowódcą wyprawy.
A tu nic...
Zrezygnowany wstał i poszedł w kierunku swojego wielbłąda.
Był już bliski zaśnięcia, gdy ktoś potrząsnął nim gwałtownie.
-Na Ozyrysa! Psiakrew... co się dzieje?
-Panie, to tylko ja - Sebek usłyszał zaniepokojony głos przewodnika - stało się coś, o czym powinieneś wiedzieć.
-Co? Gdzie?
-Obserwowałem właśnie gwiazdy, by jeszcze raz się upewnić, czy dobrze idziemy, wszak jeszcze tędy nie podróżowałem, a pomylić drogę z księżniczką w karawanie...
-CO SIĘ STAŁO?!
-Już mówię, panie! No i właśnie patrzyłem na gwiazdy, a na samym horyzoncie coś błysło!
-Gdzie dokładnie!
-Tam, gdzie powinna być świątynia! Sam widziałem!
-Choroba... podwoić straże i o świcie idziemy dalej. Nie możemy zaniechać wyprawy!
-A jeśli to przerażające demony pustyni! Nie mamy ze sobą żadnego kapłana, co by potrafił z takim walczyć.
-Niech Seth ma nas w swej opiece!
*
-Znikąd odpowiedzi! - gniew w nim buzował, niczym gorąca woda. W napadzie bezsilności strzelił z berła w powietrze piorunem, lecz to wcale nie rozładowało jego złości. Siadł na stopniu kwadratowego budynku i stukając laską o posadzkę wpatrywał się w gwiazdy.
-To wiatr! Nie potrafię walczyć z wiatrem! Dlaczego nie przysłał tu Setha!
-Wierzę w nieomylność wielkiego Ra! - nieśmiało podszedł do niego demon i skłonił się. Anubis nie raczył nawet spojrzeć.
-W takim razie czemu niby ja?
-Jest jakiś powód. Coś masz panie, coś umiesz, czego Seth nie.
-Toż teraz wymyślił! Różnimy się pod tysiącami względów!
-Musisz to znaleźć panie.
-Nie ty mi będziesz mówił co muszę! -Anubis aż warknął, na co demon się skulił przerażony -Ale masz rację, ten drań musi mieć coś ze mną wspólnego, zwłaszcza, że ponoć dla niego ta ziemia też jest poświęcona. Tylko co?
-Nie wiem panie, może ten kompleks ci przyniesie odpowiedź? On zapewne gdzieś tu zostawił swój ślad, skoro przebywa wraz ze mną przez tyle wieków.
-Ślad? Skoro on zniszczył to miejsce, to śladów mamy aż nadto. To bezsensu... - Anubis podniósł się i wszedł do środka komnaty. Skoro nie może nic wymyślić, to chociaż jeszcze raz się przyjrzy swojej rodzinie.
Izydzie, nieznanemu ojcu, którym równie dobrze mógł być Ozyrys jak i Seth, bratu Tothowi... on to by teraz wiedział pewnie co zrobić... córce Kebehut. Ciekawe, mam córkę, a nie mam żony. Re ją stworzył tylko na chwilę poczęcia i narodzin dla Kebehut, a potem zniknęła... tak naprawdę nigdy jej nie było, nawet jej imię jest sztuczne: Input, czyli Anubisica.
Okazało się, że w rogu znajdowały się wąskie schodki na dół, a niżej wykuta w skale pieczara tak niska, że wejście dla Anubis przy jego wzroście było niemożliwe. Przemienił się zatem w dużego czarnego szakala i tak wczołgał do środka. Na sam końcu korytarz się lekko rozszerzał, leżał tu szkielet z resztkami ubrania na sobie a także spróchniałym papirusem w dłoni. By go nie zniszczyć, Anubis uniósł go wolą do góry i tak odczytał:

Dlaczego nasz pan się gniewa? Dlaczego myśmy mu niemili? Wszak służyliśmy mu wiernie przez wieków tyle...
Może to wina ogółu ludu, że zapomniał o swoich starych bogach. Prawda że oni coraz rzadziej nas nawiedzają i od tak dawna ich nie widzieliśmy, lecz nie powinniśmy ich porzucać, na korzyść tych bóstw z obcych ziem!
Ale to nie mogło i tak wywołać takiej furii, jaka nas ukarał nasz pan! Pomimo, że potrafi się rozgniewać, to raczej ma naturę spokojna i dobroduszną.
To musiał być ten plan arcykapłana, aby świątynię zmienić w siłę, by zakraść się do polityki, by zorganizować garnizon zbrojnych, by objąć rządy.
Pan to usłyszał i postanowił zniszczyć ten spisek jeszcze w łonie matki, w łonie świątyni.
Dlatego nie mam o to do niego pretensji, wręcz chwalę go za mądrą decyzję.

Anubis nie czytał dalej. Niczym wizję ujrzał siebie owładniętego ślepym szałem. Jak oczy mu płoną szkarłatem, jak wydłużają się pazury i kły w pysku, jak rwie na sobie szatę.
Staje nad świątynią wielki niczym góra, a jego cień zasłania cały główny dziedziniec.
Coś wtedy powiedział do nich... nie pamiętał co... potem zawył, a jego głos kruszył mury i łamał kolumny.
Wtedy wzbił się wiatr.
I nadeszła burza piaskowa, jakiej ci ludzie jeszcze nigdy nie widzieli.

Dlaczego? Usłyszał o tym spisku i powiedział o nim Thotowi. Wtedy był jeszcze głęboko zasmucony, nie miał w sobie ani trochę gniewu.
Ale Thot mu wyjawił, co ten spisek przyniesie. Jakie wojny, jakie zniszczenia, jaką śmierć.
Jakie cierpienia i zagładę.

Wtedy stracił nad sobą panowanie.

I to stało się.

-Wiem!

Anubis czym prędzej przeczołgał się przez tunel i wyleciał na zewnątrz. Przeskoczył w drzwiach zaskoczonego demona i wybiegł na pustynię.
*
-Słońce stoi u szczytu swej codziennej wędrówki. Kiedy ujrzymy obeliski świątyni? Księżniczka Amarantet się niecierpliwi!
-Do wieczora tam dotrzemy, ręczę za to głową!
Rozczarowanie ustąpiło miejsca zniecierpliwieniu.
Ta jędza pyta się co pięć minut! Jeszcze jeden raz i mnie naprawdę szlag trafi!
-SPÓJRZCIE!
Idealnie przed nimi, tam gdzie powinien znajdować się kompleks świątynny, widać było burzowe kłęby piasku. Sebek spojrzał wkurzony na swego przewodnika, lecz ten tylko bezradnie wzruszył ramionami.
-Panie, całe życie spędziłem na pustyni i burza piaskowa nie potrafi mnie zaskoczyć! A ta powstała z niczego! Nagle! To magia!
-Przekleństwo! Skoro sama wybuchła, to i sama ucichnie! Kontynuować marsz!
*
Anubis szukał demona całą noc i pierwszą część dnia. Najwidoczniej ten jakoś przeczuł, że szakal już wie, z kim ma do czynienia i bał się ujawnić.
Ale Anubis go w końcu wytropił po zapachu.
Wtedy demon bez czekania od razu zaatakował z dwukroć większą siłą niż wczoraj.
-Już wiem, kim jesteś! Jesteś mną! Moim gniewem, który niehamowany urósł do rozmiarów demona i żył samodzielnie! Ale skoro ja cię stworzyłem, ja cię poskromię!
Anubis się skupił, nie zwracając uwagi na wicher i bolesne uderzenia piasku. Poczuł w sobie ślad, wspomnienie tamtej furii, a potem je zdusił, wypluł z siebie i rozpogodził.
Wiatr umilkł.
Anubis przetarł czoło i usiadł na piasku, dysząc ciężko. Musiał się pohamować, by ze zmęczenia nie wywalić języka do przodu jak pies. Po kwadransie podniósł się i odszedł do domu.
*
-I co? Jesteśmy nawet wcześniej, niż planowaliśmy!
Stali u zasypanych głównych wrót, pomiędzy dwoma pylonami. Sebek kątem oka dostrzegł, z jakim głębokim zachwytem księżniczka patrzyła na malowidła i hieroglify, na dwa dziesięciometrowe posągi Anubisa strzegące wejścia.
Wtedy po raz pierwszy usłyszał jej niski, przyjemny głos:
-Tak... to jest to, o czym zawsze marzyłam. To niezwykłe to ujrzeć naprawdę, a nie tylko na starej rycinie. Sebeku, jesteś wspaniały! - spodziewał się wszystkiego, ale nie aż tak wielkiego wyróżnienia. Nic nie odpowiedział, tylko pokłonił się głęboko - czy można zwiedzić wnętrze?
-Jużci można, mogę was oprowadzić! - spojrzeli w stronę wejścia, na wysokiego, zakapturzonego mężczyznę.
-Kim jesteś? Pustelnikiem? - spytał się Sebek
-Można i tak mnie nazwać, ale to nie jest dobre określenie. Czekałem na was, by z powrotem przywrócić pamięć o tym miejscu.
-Jak się nazywasz? Pokaż swoją twarz!
-Jestem Anubis, a twarz... - sięgnął po kaptur i szybko go zdjął.
Zapadła cisza. Wszyscy jak skamienieli się wpatrywali w twarz nieznajomego. Pierwsza zareagowała Amarantet, oddając pokłon, za nią zrobili to wszyscy.
-Ależ nie, nie jestem tym, o kim myślicie. Jestem tylko jego sługą. To ja powinienem się skłonić przed tobą, księżniczko Amarantet. Nosisz kamień, który czasem jest nazywany kroplą krwi Izydy, jaką uroniła w czasie rodzenia Horusa. Tak, czekałem właśnie na ciebie!
*
Anubis oddał hołd i się wyprostował. Spojrzał na Re spode łba:
-Mimo wszystko i tak mogłeś wysłać tam Setha, by sobie poradził o wiele łatwiej.
-Anubisie nie udawaj nierozsądnego. Gdyby Seth miał walczyć z twoim gniewem, by walczył z tobą! Nie chcesz chyba powrotu dawnych konfliktów?
-Nie chcę, masz rację. A więc wiedziałeś, kim jest ten demon. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-Każdy to wiedział, zwłaszcza Thot, który wtedy ciebie oglądał gdy... byłeś lekko rozdrażniony -Ra uśmiechnął się złośliwie - dlatego nie zwalczyliśmy tego wcześniej, bo nie chcieliśmy dotykać ciebie. Teraz już nie było wyboru.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
-Bo byś nie uwierzył, a niewiara to wiele większa przeszkoda od niewiedzy.
-Tak, tylko że o mało mnie nie uśmierciłeś - Anubis zawarczał
-Nie przesadzaj, nie tak łatwo zabić boga.
-Czas, byś wrócił na ziemię i sobie przypomniał czym ona jest, bo widzę, żeś już zupełnie zapomniał. - Anubis odwrócił się i bez pożegnania wyszedł z sali.

:bow:

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 03 sty 2009 22:46 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
SPIDIvonMARDER napisał(a):
zbliżył się do królowej na tyle, ile zezwalała jego pozycja na dworze.

... na tyle, na ile...

SPIDIvonMARDER napisał(a):
Czy pani go każe zgładzić, czy wybaczy ten nietakt?

Zmień szyk na: "Czy pani każe go zgładzić, czy...
IMO tak lepiej brzmi.

SPIDIvonMARDER napisał(a):
-Mam go tutaj... - nadal wiercąc w posadzce dziurę wzrokiem podniósł rękę, w której trzymał mały zwój papirusu.

No... zaczynam być pod wrażeniem. :)
Bardzo ładny zwrot. Tylko tutaj też szyk kuleje.
Zmień na: "... nadal wiercąc wzrokiem dziurę w posadzce..."

Od tej pory przestałem wypisywać błędy. Schemat tak czy inaczej jest podobny: niepotrzebne słowa, szyk wyrazów, czasami jakiś błąd logiczny siądzie, czasami jakiś chochlik merytoryczny...

Ogólnie chcę Ci powiedzieć, że podjąłeś się ciężkiego tematu. Jednak całkiem nieźle Ci to wszyło. Nie znam się na mitologii zbytnio, ale jest OK.
Odkąd przestałem wypisywać błędy - przyznaję - tekst mnie wciągnął. Ale później szybko znudził.
Później znów zaciekawił.
I znów znudził.
I tak w circla. :P

Pozdrawiam.

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2009 23:11 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 paź 2004 14:55
Posty: 3748
Rodacy i rodaczki! Czworacy i czworaczki! Zauważyłem, że mój jedyny przejaw "tfurczości" z niewiadomych mi przyczyn zniknął z powierzchni forum. Nie bójcie i nie martwcie się. Zachowałem go w formie cyfrowej dla potomnych i wrzucam go jeszcze raz (dla tych których ominęła ta wątpliwa przyjemność obcowania z moim dziełem) wraz z moim najnowszym cudem ;)

Stare ale jare "makaronizmy":
Pełnojajeczny - http://img134.imageshack.us/img134/4869 ... onwdf6.jpg
Niczym whisky Black and White - http://img164.imageshack.us/img164/3296 ... ndbhf2.jpg

Nowość! Co mi się kłębi w głowie w czasie sesji...
http://img142.imageshack.us/img142/1837 ... ksyyv4.jpg

A teraz :piw i lulu :-)

_________________
"I'm the best there is at what I do, but what I do best isn't very nice."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 sty 2009 09:21 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Pomysłowe :) Dobry motyw na koszulki

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 sty 2009 07:09 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
Dobra, tam, nie będę nic ukrywał.
Tekst jest jeszcze ciepły po nocy, więc mam nadzieję, ze będzie strawny, a błędów jako takich się nie doszukamy. Chociaż po to właśnie go wstawiam - żeby zobaczyć, ile błędów popełniłem BEZ jakiejkolwiek próby poprawy. Ja po prostu go napisałem, a teraz wrzucam pod Wasze sokole oko do oceny.

Mam nadzieję - i życzę - żeby to cholerstwo za bardzo Was nie zanudziło...
Więc w miarę strawnego tekstu. :P

Zapraszam do lektury! Czyli... :chase:
... Niespodziewana okazja - część dalsza.

Tunel kanalizacyjny wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Bezdenna otchłań mroku, ziała swoją mocą, niczym cmentarny omen. Budziła strach.

Ale nie we mnie.

W mroku czułem się lepiej, bezpieczniej. Z kilku powodów. Wolałem być obserwatorem, gapiem. Badać zjawiska z bezpiecznej odległości, nie wnikając w politykę Miasta, i sprawy jego mieszkańców. Wykonywać swój zawód w ciszy i spokoju. Fachowo, porządnie, profesjonalnie. Mieć znajomości tam
gdzie trzeba – nie za dużo, nie za mało.

Po drugie, mrok dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Chronił, a nawet czasami ostrzegał, puszczając na murach miasta, pokraczne cienie wrogich ludzi. I nie tylko.

A poza tym... nawet ja, wyjęty spod prawa bandyta, miałem te jedno ludzkie, szare, tak dziwne, a tak zwyczajne marzenie – dożyć spokojnej starości.

Ale to nie przelewki. Ciemność to nie zabawka. To narzędzie. To jak sztylet w rękach zręcznego zabójcy, który się skrada, łasiczym chodem, podrzynając gardła arystokracji. Cień ostrzega, cień bawi, cień uczy i prowadzi.

Strażnicy nie nauczyli mnie tego. Nikt nie nauczył. Brak strachu przed mrokiem, towarzyszył mi odkąd pamiętam. To działało samo. Włączało się jak automatyczny mechanizm. Wprawdzie, to nie ja ją wybrałem. Los podjął decyzję za mnie. Matka Noc mnie wychowała, ona mnie prowadziła przez całe życie.

Tak. Mamo, prowadź. W ciemność! W ciemność! W mrok. Do cudzych bogactw.

Przystanąłem na chwilę, pochodnia już ledwo się tliła. Poczułem falę podniecenia. Akceptacji samego siebie, kolei losu życia i przeznaczenia. O ile w ogóle jakieś przeznaczenie istnieje.

Dotarłem do kolejnego włazu. Podniosłem ciężką, metalową klapę, która zaskrzypiała w zawiasach, ostro i dźwięcznie. Usłyszałem szum wody. Cieczy zmieszanej z gównem, szczynami i Szachraj wie czym jeszcze. Odruchowo odsunąłem głowę znad dziury. Fetor był odrażający. Pochodnia prawie że gasła, odpasałem kawał płóciennej szmaty, którą przewiązałem się wokół pasa i owinąłem nią szczyt rozgrzanego trzonka. Delikatnie, pieczołowicie, tak, aby nie zagasić. Po chwili od całej operacji, pochodnia znów płonęła wesołym żywiołem.

Zszedłem na dół po drabinie, stając na wąskim chodniku, obok strumienia ścieków. W nozdrza uderzył mnie bezlitosny zapach fekaliów.

Marta powiedziała, że jej dziadek był Młotodzierżcą. Śmieszne, ale zdarza się. Zajmował wysoką – wręcz naczelną – pozycję w zakonie. Po jego śmierci, udało jej się odzyskać masę przydatnych dokumentów, mapy, notatki warsztatowe, modlitewne, plany urządzeń mechanicznych, osobiste zapiski... Krótko: różne różności. I to cholernie przydatne. Domyślam się, że organizacja w której pracuje Marta, korzysta z tych materiałów na bieżąco, do własnych, przestępczych celów. To dobrze zorganizowana grupa. Mają łeb na karku, ale ja też mam i po tej robocie, złożę małą wizytę mojej zleceniodawczyni, aby odzyskać te papiery, a właściwie - pozyskać. Mogą być niezmiernie przydatne i dużo warte...

Dostałem od niej dokument - starą jak świat mapę, dwuczęściową. Połowa przedstawia plan budynku zakonu, niestety, przestarzały, do dziś zaszły wielkie zmiany w układzie pomieszczeń. Druga zaś, ukazuje tajemne przejście, do kaplicy zakonu, prowadzące przez kanały. Miało to być wyjście awaryjne dla bractwa, na wypadek pożaru, czy ataku Pogan. Mam nadzieję, że wejście nie jest zbytnio strzeżone, oraz że Młotki z niego za często nie korzystają.

Według mapy miałem do przejścia jeszcze spory kawałek. Gdyby iść prosto do celu, szacowałbym to na strzelenie z łuku, jednak kanały wiły się w zakrętach i wiły, niczym pogański, leśny labirynt.

Szedłem tak jeszcze jakiś czas. Nawet zapach mi już tak nie dokuczał, zacząłem się przyzwyczajać.

Po kilkunastopacierzowej wędrówce – jak mapa mówiła – został do pokonania ostatni zakręt.
Wyszedłem na prostą. Zwolniłem kroku, przyglądając się bacznie pobliskim ścianom, aby odkryć wejście. Nie zauważyłem nic szczególnego. Ciągle te same, kamienne ciosane mury z cegieł, ten sam smród, aż w końcu...

- Jest – szepnąłem sam do siebie.

W murowaniu widniała znaczna nisza, coś jakby wnęka. Zajrzałem do środka, próbując wyłapać jakiś ruch. Nie zarejestrowałem nic szczególnego, tylko ciemność. Wejście było bardzo wąskie, jednak dość wysokie. Nie zmieściłbym się w nim idąc normalnie. Musiałem wślizgnąć się bokiem.

Wsunąłem ciało do połowy w szczelinę, mapę wcisnąłem za pazuchę, a pochodnię – solidnie już wypaloną – wrzuciłem w brudną wodę. Zgasła z cichym sykiem, jak leniwy wąż.

Prawą rękę wyciągnąłem do przodu, aby badać teren, przesuwając ją po litej, kamiennej ścianie, lewą osadziłem na głowni sztyletu przy pasie, w pogotowiu. Sunąłem powoli, długo to nie potrwało, bo korytarzyk zaczął stanowczo skręcać, a moja dłoń natrafiła w końcu na drewno.

To jakieś drzwi – pomyślałem i instynktownie sięgnąłem w dół, po klamkę.

Ależ się zdziwiłem! Faktycznie tam była. Co więcej – drzwi były otwarte. Młotki są, albo bardzo odważne i pewne siebie, albo cholernie głupie, pomyślałem.

Tak naprawdę, obie racje były słuszne...

Jak do tej pory idzie niczym nożem w masło – monologowałem w myślach. Drzwi uchylały się w moją stronę. Odciągnąłem je maksymalnie do ściany, po czym znów zobaczyłem ziejącą ciemność. Wyciągnąłem dłoń do przodu. Powoli, finezyjnie, badawczo. Opuszki moich palców, natrafiły na miękką, grubą tkaninę. Zbliżyłem ciało bardziej do obiektu, po czym popchnąłem mocniej, ujrzałem lekki promyk światła.

Reszty się domyśliłem. Tkanina to chorągiew, sztandar, zakonu, zawieszony na ścianie, jak to Młotki mają w zwyczaju. Resztę trzeba zbadać.

Odciągnąłem płótno nieznacznie na bok, po czym wychyliłem zakapturzoną głowę.

Pomieszczenie okazało się – zgodnie z informacjami Marty – kaplicą. Całość rzucała się tradycyjnie w oko. Sala była zbudowana na planie młota, przy czym tam gdzie znajduje się w młocie obuch – tam stał duży, solidny ołtarz, a na nim, płonące, dwie grube świece – całe z pszczelego wosku. Za ołtarzem stał masywny posąg – wyobrażenie Budowniczego, boga Młotodzierżców. Majaczył w półmroku, swoją olbrzymią, marmurową sylwetą. W jednej dłoni, dzierżył ogromny młot bojowy, w drugiej zaś, księgę.

Przed ołtarzem, równo, w dwu rzędach stały drewniane ławy. Środkiem przebiegał czerwony dywan, od ołtarza, aż do wyjścia, którego stąd nie widziałem. Na wysokościach, bujały się lekko, zgaszone świeczniki. W powietrzu można było wyczuć modlitewne skupienie i powagę.

Pora wkroczyć na teren wroga.

Wychynąłem ze szczeliny, cicho, powoli, bezszelestnie. Jak kot. Dobrze, że miałem taki nawyk, inaczej mogłaby mnie czekać niemiła niespodzianka, z ciężkim młotkiem w roli głównej.

W kąciku, na malutkim taborecie, cichutko pochrapując, spał sobie strażnik, jeden z członków zakonu. Ubrany był w barwach bractwa, a więc, obowiązkowo – czerwień i biel. Broń – chyba nie muszę mówić jakiego rodzaju – oparł nieopodal o ścianę. Ponadto, na ziemi, stały dwie puste butelki.

- Budowniczy jest mym panem... - zachrypiał strażnik przez sen. - Budowniczy daje mi winną latorośl... Budo... chrrr...

Zaśmiałem się w duchu. Szczęście w nieszczęściu. Alkohol zapewne przytrzyma go w stanie snu jeszcze przez jakiś czas. Może – o ile będę tędy wracać – nadal będzie spał. Oby.

Udałem się w stronę wyjścia. Poszło gładko. Za mocarnymi drzwiami, znajdował się wąski korytarz, prowadzący na schody. Musiałem być gdzieś w piwnicach.

Powoli stąpając po stopniach, starałem się wybadać teren na słuch. Było cicho. Po tym jak dotarłem wyżej, ujrzałem kolejny korytarz – trochę krótszy. Na ścianie majaczyła samotna pochodnia, rzucająca nikłe światło. Po drugiej stronie tunelu znajdowały się drzwi.

Nadstawiłem uszu. Nic. Cisza. Nacisnąłem mosiężną klamkę, po czym powoli, ostrożnie pchnąłem drzwi. Zawiasy zaskrzypiały dziko, jakby chciały krzyknąć: Intruz! Intruz! Wychyliłem głowę i co ujrzałem? Kaplicę, kolejną. Ciekawe, ile kaplic, mnie jeszcze czeka, do zwiedzenia.

Wyszedłem na zewnątrz. Ta sala była większa. Podobnie jak ta niżej – zbudowano ją na planie młota. Całość prezentowała się podobnie. Jednak te pomieszczenie było ogromne, wybornie wykonane i budzące szacunek, nawet w sercach heretyków.

Wysoko zawieszone, potężne, misternie rzeźbione kandelabry, dawały dość pokaźną ilość światła. Naliczyłem ich sześć, z czego trzy były zapalone – co drugi. Jeden nad ołtarzem, drugi na środku, ostatni zaś, przy drzwiach głównych, blisko mnie. Na środku osadzone zostały długie ławy, w dwóch rzędach. Środkiem, od kruchty, aż pod ołtarz, przez nawę, płynął czerwony, złocony po bokach dywan. Rozdzielał się w transept, pod mszalnym stołem, idąc w lewo i prawo. Blisko ławek, po bokach, majaczyły wysokie, grube kolumny. Oprócz funkcji architektonicznej – podtrzymywania stropu – zostały piękne wyrobione w kamieniu. Podstawą były okrągłe plinty. Ich średnica była dużo większa od samych kolumn. Poustawiano na nich elementy ozdobne – donice, kwiaty, nawet broń. Na całej długości, wyrzeźbione zostały głębokie kanelury. Zwieńczeniem z sufitem były pokręcone, wijące się woluty.

Wyżej dojrzałem wysokie, łukowate, ażurowane w cieniutkie kolumienki, balustrady. Za nimi, na ścianach, majaczyły płonące pochodnie. To zapewne kwatery kapłanów – pomyślałem. Pod balustradami, na ścianach, wyrzeźbione zostały fryzy, przedstawiające walki i krucjaty przeciwko Poganom, pod nimi, znajdował się biegnący dookoła gzyms.

Za ołtarzem nie doszukałem się żadnego posągu. Pod ścianą stał ciężki, dębowy stół. Nad nim widniał ogromny witraż. Oniemiałem z zachwytu. Ależ ktoś musiał się przy tym narobić!

Co najdziwniejsze – dzieło, nie zostało osadzone w mniejszych futrynach. Ono po prostu było jedną płaszczyzną. Nie miałem pojęcia, jak Młotodzierżcy tego dokonali, ale byłem pod wrażeniem.

Witraż był wykonany z setek, ba! Tysięcy, a może i nawet dziesiątek tysięcy, malutkich, kolorowych szkiełek. Wszystkie połyskiwały, w blasku świec kandelabru, oraz lichtarzy usadzonych na ołtarzu. Obraz przedstawiał Budowniczego, standardowo z młotem w ręku. Drugą, otwartą dłoń, wyciągnął przed siebie, błogosławiąc kapłana, który klęcząc przed nim, z jedną ręką wspartą o miecz, drugą zaś, bił się w pierś. Sługa spuścił głowę. Jakby chciał okazać swoją wierność dla pana – oraz to, że nie śmie przy nim dotykać relikwii, młota.

Z sali odchodziło pięcioro drzwi. Główne wrota, wejście z którego przyszedłem, drugie, znajdujące się dokładnie naprzeciwko nich, trzecie i czwarte – na końcach transeptu.

Przymknąłem drzwi, po czym czmychnąłem za jedną z kolumn. Wychyliłem się lekko, nasłuchując i obserwując otoczenie. Nic. Cisza i spokój. Na szczęście, oświetlenie nie docierało za kolumny, tu panował półmrok.

Ruszyłem żwawo, w stronę głównego ołtarza, obserwując co jakiś czas, balustrady. Jak okiem sięgnąć, wydawały się puste.

Dotarłem do ostatniej kolumny. Badawczo wyjrzałem ostatni raz, po czym skoczyłem, niczym wygłodniały kot, atakujący bezbronną mysz, w stronę modlitewnego stołu. Stał na nim, mały, złoty kielich, który szybko zagościł w mojej torbie. Schowałem się za ołtarzem. Pod stołem, znajdowała się, podłużna, płytka półeczka, wypełniona różnościami. Doszukałem się, złotego talerza z pieniędzmi – pewnie za ofiarę na świątynię - jakichś instrumentów sakralnych – złotej łyżeczki, miniaturowych kubeczków, kolejnego kielicha, oraz skórzanej sakiewki. Nie sprawdzałem zawartości, nie było na to czasu.

Wychyliłem się zza mebla, po czym ruszyłem przed siebie, do drugiego ołtarza, tego pod witrażem. Niestety, nic tam nie znalazłem. Rzuciłem ostatnie spojrzenie, na artystyczne dzieło, zawieszone nad moją głową, po czym czmychnąłem ponownie za kolumny.

Jak do tej pory nieźle mi idzie, pomyślałem. Cała zasługa należała się Marcie. Bez niej, nie dostałbym się na teren świątynny, ale w mojej branży tak jest, trzeba sobie pomagać, chociaż mało kto komuś bezgranicznie ufa.

Przez moment czułem się źle, niebezpiecznie. Poprzednie roboty były inne, całe przedsięwzięcie ograniczało się do: wejdź, znajdź, zabierz, wyjdź. W dodatku wykonywałem to w mieszkaniach arystokracji, gdzie zawsze dawało się jakoś uciec.

Pierwszy raz wykonuję taką poważną robotę. A w dodatku – na żywioł, bez wcześniejszych obserwacji, przygotowań. W gruncie rzeczy schemat roboty wygląda identycznie. Różnica polega na tym, że otacza mnie stado dzikich fanatyków, uzbrojonych w gigantyczne młoty. Na pewno nie spodoba się im moja wizyta, jeśli mnie wykryją.

Już sobie to wyobrażam... Po całej robocie, zobaczę w gazetach, na pierwszej stronie napis: Świątynia Młotodzierżców okradziona! O listach gończych z moją facjatą – mniej lub bardziej podobną – już nie wspominam.

- Garrett – szepnąłem. - Mistrz złodziejskiego fachu, poszukiwany.

Zaśmiałem się w duchu. Dobry początek kariery. To da mi rozgłos i szacunek, nowe znajomości, potencjalnych zleceniodawców. Przez chwilę czułem się bogiem, albo co najmniej półbogiem.

Wszedłem w drzwi, na końcu jednej strony transeptu. Ujrzałem korytarz, ciągnął się daleko, jednak szybko trafiłem na jedno z rozwidleń, skręciłem w prawo. Doszedłem do kolejnego rozwidlenia, z jednej strony ujrzałem schody, z drugiej ciągnący się korytarz. Wybrałem schody.

Schodkami dotarłem na górę, na korytarz z balustradami, skąd mogłem widzieć całą katedrę. Po drugiej stronie, ściana była wypełniona, w równej odległości drewnianymi drzwiami. Zbliżyłem się do pierwszych z brzegu, złapałem za klamkę, po czym, ostrożnie pchnąłem do środka.

Ujrzałem schludnie urządzoną komnatkę. Pierwsze co rzuciło się w oczy to potencjalne niebezpieczeństwo – drzemiący na łożu kapłan. Przy łóżku stało kilka butelek wina. Co oni tak żłopią dzisiaj na umór? - zapytałem sam siebie.

Zbliżyłem się do osobistej szafki kapłana i wysunąłem jedną z szuflad. W środku leżała mała sakiewka i trochę rozsypanych monet. Układałem wszystko na dnie worka, aby nie narobić hałasu. Po czym wyszedłem z komnaty.

Zbliżyłem się do drugich drzwi, delikatnie je otworzyłem i ujrzałem scenę z poprzedniego akapitu: kapłan, kilka butelek i osobista szafka. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wszedłem znów do tego samego pomieszczenia. Wychyliłem głowę na korytarz. Okazało się, że podszedłem do właściwych drzwi – drugich z rzędu.

Wpełznąłem do środka i wysunąłem szufladę. W środku znalazłem... sakiewkę, jednak tu już nie było rozsypanych monet. Już miałem wychodzić, kiedy zauważyłem, że pokój jest połączony z pozostałymi komnatami, poprzez przejście, które przestrzeliwuje wszystkie pomieszczenia, aż do końca korytarza. Skorzystałem z otworu i dotarłem do kolejnego alkierza. Na łóżku spał kapłan, obok stały butelki, a pod ścianą szafka...

Powtórzyłem operację z sakiewką, we wszystkich komnatach, po czym wyszedłem na korytarz, przez ostatnie drzwi. Puściłem się lekkim, miękkim truchtem, na przeciwną stronę balustrady, gdzie znajdowała się kolejna porcja drzwi.

Całość okazała się, bliźniaczym odwzorowaniem przeciwnego skrzydła. Czyli sypialnie, przestrzelone otworem, na całej długości. Różnica polegała na tym, że na kojach leżeli oficerowie, a nie kapłani.

Po spenetrowaniu wszystkich szafek – oraz pasa jednego z Młotodzierżców – wyszedłem na korytarz i wróciłem do schodów, skąd przyszedłem. Puściłem się, cicho jak nietoperz w dół i znalazłem na znajomym rozwidleniu. Udałem się w przeciwną stronę.

Dotarłem do pojedynczych drzwi. Były zamknięte. Jednak nie dla mnie. Wcisnąłem w zamek parę cienkich wytrychów i spenetrowałem jego mechanizm. Kombinacja zapadek nie była skomplikowana. Już po chwili wejście stało otworem.

Nacisnąłem mosiężną, mosiądzową klamkę i pchnąłem drzwi na kilka cali.

Zamarłem. Stałem w bezruchu kilka sekund, po czym oparłem się plecami o ścianę korytarza.

Moment... jestem tu już całkiem długi czas, a nie napotkałem, żadnego strażnika – myślałem. Coś mi tu nie gra. Przecież świątynia jest ogromna. Oficjalnie wiem, że zamieszkuje ją ponad pół tysiąca zakonników. Reszta mieszka w koszarach miejskich. Rozumiem, że wszyscy śpią i jeśli nikogo nie zbudzę, nie zobaczę tego pół tysiąca, ale... żadnego strażnika? Dziwne.

A co mi tam – pomyślałem. Tym lepiej dla mnie.

Popchnąłem mocniej ciężkie, dębowe drzwi i wszedłem do środka. Jedno spojrzenie, jeden charakterystyczny element i już wiedziałem gdzie jestem.

Na środku stał ciężki, rzeźbiony stół, a obok niego, równo przysunięte – z jednej i drugiej strony – wystawały oparcia krzeseł. To apartament kogoś ważnego. Może najwyższego kapłana, albo jednego z wyższych oficerów. Za stołem, ciągnął się na kilka kroków, krótki korytarz, zakończony drzwiami. Po lewej stronie, widoczne było wejście, do sypialni, od strony mojej prawicy zaś, widniała mała izba modlitewna. Oba wejścia nie miały drzwi, były to same futryny, zakończone łukowatymi okręgami. Zasłoniono je parą purpurowych firan, zdobionych złotymi nitkami i dwoma, skrzyżowanymi młotami. Ruszyłem w prawo. Na małym ołtarzyku, znalazłem przyrządy sakralne, dwa kielichy, kilka łyżeczek, oraz wąską, wysoką wazę. Wszystko wykonane było ze szczerego złota. Mój worek nabrał znacznego ciężaru.

W sypialni spędziłem trochę czasu. Bowiem znalazłem tam, sporo łupów.

Podszedłem do wysokiej szafki nocnej. Stały na niej, dwa, równiutko ustawione, stosiki monet, jeden srebrny, drugi złoty. Obok nich, leżała kartka, na której napisano: Opłata za zamek do skrzyni.

Przystawiłem worek, do kantu małego blatu i zsunąłem dwa stosy monet, do czarnej torby. Pieniądze zabrzęczały głośno, obijając się, o wcześniej ukradzione dobra. Wysunąłem szufladę – tą najwyżej. Znalazłem w niej, dwa wypchane mieszki, które przyjemnie brzęczały. Niżej – po wyciągnięciu zbędnych dokumentów – na samym dnie półki, doszukałem się, małej, okutej skrzyneczki. Postawiłem ją na łóżku. W szafce więcej nic nie znalazłem. Rozejrzałem się po pokoju.

Podszedłem do drewnianej półki, zawieszonej nad ziemią. Była wypełniona równo - od lewej do prawej - książkami, które oprawiono, brązowo pomalowaną, koźlą skórą. Na samym brzegu półki, zauważyłem duży, posrebrzany sygnet. Był to zapewne pierścień, kapłana tego apartamentu. Nie będzie mu już potrzebny.

Wróciłem do łóżka, usiadłem, po czym położyłem skrzyneczkę na kolanach. Była ciężka, okuta prawdziwym srebrem. Zabezpieczono ją, miniaturowym zamkiem.

Odstawiłem kuferek na posłanie, po czym, wydobyłem zwitek, brzęczącej, czarnej, sztywnej skóry. Rozwiązałem skórzany rzemień i rozcapierzyłem futerał szeroko na łóżku.

Zwykły zjadacz chleba, powiedziałby, że widzi kawałki, dziwnie powykręcanych drucików. W
rzeczywistości były to wytrychy, ale nie tylko. Znajdowały się tam narzędzia, o których mógłby pomarzyć nie jeden rzezimieszek. To specjalne aparaty, instrumenty i sondy ślusarskie, które otrzymałem w prezencie od Kusego. Nosiłem je na każdą, wymagającą misję, jak ta. W równo poprzyszywanych kieszonkach, wystawały główki śmiesznie powykręcanych drutów i pręcików. Można tam było znaleźć wszystko. Począwszy od zwykłych wytrychów – zapasowych, które noszę także w kieszeni – po narzędzia pozwalające otworzyć klamkę, z drugiej strony drzwi. Cała sztuczka polega na tym, aby wsunąć rozkładany pręt, pod szczelinę drzwi, złapać na ślepo klamkę z drugiej strony i zwyczajnie pociągnąć do siebie.

Chwilę zastanawiałem się nad wyborem, po czym wydobyłem parę cieniutkich – prawie jak igły – wytryszków. Wcisnąłem w zamek i po kilku sprawnych ruchach, otworzyłem, słysząc charakterystyczne bardzo ciche, pyknięcie.

Odłożyłem narzędzia na swoje miejsce w pokrowcu. Zawiązałem rzemień i odłożyłem na miejsce – torbę zamykaną na kutą klamerkę, przywiązaną do pasa.

Podniosłem wieko małego pudełka.

Z cicha gwizdnąłem. Przyglądałem się chwilę błyszczącym kamykom, po czym pogrzebałem ręką w środku. Agaty, szafiry, topazy, nawet trafiłem na kilka diamentów, niezła kolekcja. Kusy będzie bardzo zadowolony, ja zresztą już jestem. Zamknąłem wieko, zatrzasnąłem malutką zaszczepkę i wcisnąłem kuferek do worka. Torba zaciążyła okrutnie, jednak wiedząc, co było ładunkiem uśmiechnąłem się, sam do siebie.

Pora na tajemnicze drzwi.

Dotarłem na miejsce i nacisnąłem klamkę. Otwarte.

W środku, pod ścianą, stało szerokie biurko, a przy nim fotel, z wysokim oparciem. Obok, w kącie, majaczyła sporej wielkości skrzynia, z prostym zabezpieczeniem - zwykłą, standardową kłódką.

Podszedłem do biurka, stała na nim, już gasnąca lampa naftowa. Zgarnąłem do torby, garść rozsypanych monet. Nie znalazłem więcej nic wartościowego. Biurko nie miało żadnych szuflad, szafek. Na blacie leżały, same dokumenty, trochę pergaminu, inkaust i kilka białych piór. To był raczej stół do pisania, niż biuro.

Spojrzałem na kufer i zaśmiałem się, na widok prymitywnego zabezpieczenia. Wyciągnąłem z rękawa kawałek metalowego drutu i bezczelnie, jednym zgrabnym ruchem, spenetrowałem bebechy zamknięcia. Podniosłem wieko do góry.

Moim oczom ukazała się duża, biała koperta, odpieczętowana. W środku skrzyni nie było nic więcej. Usiadłem w fotelu, zdjąłem kaptur i przez chwilę przyglądałem się znaku, odciśniętemu na czerwonym wosku. Była to tarcza, być może herb. Nie znałem go. Otworzyłem kopertę i wydobyłem z niej, kawałek pergaminu, złożonego na dwoje. Rozwinąłem papier i przeczytałem w te słowa:


Czcigodny Bracie Yarmikku.
Zamki do skrzyni, wykonane zostały, przez najlepszych ślusarzy w Mieście. Całość składa się z trzech zamknięć, które, otworzyć można tylko w jeden sposób: trzeba przekręcić w nich klucze, w tej samej chwili. Ponadto, zabezpieczyliśmy kufer szyfrem, którego hasło, poleciłem zapamiętać jednemu z posłańców. Mam nadzieję, że zostałeś o nim poinformowany. Hasło znamy tylko ja i Ty i posłaniec.
Na wypadek, gdybyś zapomniał hasła, dołączam zagadkę, która jest kluczem do otwarcia skrzyni.
Nie podaję hasła tak po prostu, ponieważ boję się, że list może zostać przechwycony.

I wszedł Kapłan do Lasu Szachraja. Kapłan nie był, ani zabobonny, ani bojaźliwy. Był człowiekiem mężnym, prawym i posłusznym Budowniczemu. Został jednak, od urodzenia, obarczony pewną przywarą: miał słabą pamięć. Czasami zapominał odprawić mszę, czasami zapominał o codziennej modlitwie do Budowniczego, czasami zapominał własnego imienia, jednakże najczęściej zapominał jaki jest dzień tygodnia.
Otóż w tym lesie często pojawiali się Bogowie: Budowniczy, Pan kamienia i żelaza oraz Szachraj, Pan zieleni i natury.
I kapłan chciał okazać męstwo Budowniczemu. I wszedł kapłan do Lasu, tak dziwnego, tak pięknego, a zarazem tak przerażającego. Budowniczy, nagradzając jego męstwo, chciał pomóc mu się wydostać. Poprosił zdradliwego Szachraja, aby dał mu szansę.
I zgodził się Szachraj Bóg i przemówił w te słowa: Wypuszczę twego kapłana, jeśli on odpowie na moją zagadkę. I nakazał Budowniczemu, pomóc mu, w zadaniu łamigłówki.
Według pomysłu Szachraja, Budowniczy kłamie w poniedziałki, wtorki i środy, a w pozostałe dni mówi prawdę. Szachraj zaś, kłamie w czwartki, piątki i soboty, a w pozostałe dni mówi prawdę.
Pewnego dnia, kiedy kapłan podążał zdradliwymi ścieżkami lasu, ujrzał przez sobą obu Bogów.
I przemówił Budowniczy: Wczoraj był jeden z dni, w które kłamię.
I przemówił zdradliwy Szachraj: Wczoraj był jeden z dni, w które ja również kłamię.
I przemówił Szachraj ponownie: Cóż to zatem był za dzień tygodnia kapłanie?
Mądry kapłan, po kilku pacierzach namysłu, odpowiedział na pytanie i tym samym, zyskał wolność.

Z wyrazami szacunku,
Aureliusz Scott.

PS Skrzynię nakazałem ustawić w pokoju obok biblioteki, ufam, że będzie tam bezpieczna.



Lampa naftowa zgasła. Nałożyłem kaptur.

Wcisnąłem list za pazuchę, siedziałem jeszcze chwilę w ciemnościach. Musiałem ochłonąć, przemyśleć.

Nieźle sobie to wymyślili. Wiem już gdzie jest maska, wiem też – teoretycznie – jak ją zdobyć. Zwijam ją i spadam stąd, łupów mam już i tak dosyć, a sama maska jest wiele warta.

Wyszedłem z apartamentu kapłana i puściłem się korytarzem, dotarłem do rozwidlenia. Chwilę myślałem czy iść schodami czy badać pozostałe korytarze. Wybrałem schody – ponownie. Wszak miałem iść w górę, do biblioteki.

Zatrzymałem się przy balustradzie i wyciągnąłem mapę. Nakazywała mi iść, do końca korytarza przy kwaterach kapłanów, wtedy powinienem trafić pod drzwi, następnie, korytarzem w prawo i po schodach na górę...

Popędziłem szybko jak wiatr, cicho jak ćma.

Mapa nie kłamała, to dobrze. Od drzwi, musiałem pokonać, długi korytarz, wypełniony masą wejść – to po jednej, to po drugiej stronie. Niestety, nie miałem czasu na myszkowanie. Teraz liczyła się tylko maska.

Dotarłem do biblioteki. Była dość duża. Wysokie regały, strzelały aż pod sufit, na ich półkach ciasno upakowano opasłe woluminy. W powietrzu pachniało starymi, pergaminowymi stronicami, w ustach czułem ostry smak kurzu. Spojrzałem w lewo – nic. W prawo – zobaczyłem przejście, samą futrynę. Ruszyłem w tamtym kierunku.

Nie wchodziłem do środka, wsunąłem tylko głowę.

Pokój był pusty, mały i zaciemniony. Z tyłu, na ścianie, widniało małe okienko, przez które, wpadało trochę księżycowego światła. Na środku izby stała skrzynia, duża, ciężko okuta, z olbrzymim wiekiem.

Odwróciłem się w stronę biblioteki, podszedłem do najbliższego z regałów i wziąłem kilka książek. Wróciłem do pomieszczenia z tajemniczym pudłem, stanąłem na progu i przez chwilę rzucałem ciężkie tomiska, w strategiczne miejsca salki. Sprawdzałem czy nie ma pułapek. Wydawało się, że wszystko jest w porządku.

Przystąpiłem wolnym krokiem do celu. Ostrożnie, cicho, pewnie. Torbę z łupami odstawiłem na bok, pod ścianę. Wytrychowy futerał, rozłożyłem szeroko na podłodze. Kaptur odrzuciłem na plecy.

Skrzynia była dosyć szeroka. Okuto ją solidnie, metalowymi wstawkami. Z tylnej ścianki kufra, odchodził łańcuch o grubych ogniwach, przymocowano go do ziemi.

Dokładnie, pomiędzy końcem przedniej ściany, a wiekiem, znajdowało się metalowe okucie, na którym zamocowano trzy, średniej wielkości, zamki, były dokładnie zrobione. Rozpoznałbym to z zamkniętymi oczami. Nad zamknięciami, znajdował się, mechanizm szyfru.

Była to podłużna, metalowa tuba. W środku niej znajdowały się kółka, które można było obracać. Na każdym z pierścieni, umieszczono litery alfabetu, ale tylko te na potrzeby szyfru.

Obracałem chwilę pierścieniami, zauważyłem, że na każdym z bolców, oprócz liter znajduje się pojedyncze, puste pole.

#

:bj:

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 sty 2009 15:34 
Paser

Dołączył(a): 11 lis 2008 12:38
Posty: 234
Lokalizacja: Czeluści piekła
Miło się czytało tą kontynuację, choć było sporo powtórzeń. (4 razy pod rząd 'ołtarz', w dalszej części 'schody')
Momentami zdanie zaczyna się od wyrazu na którym skończyło się poprzednie ;D
W pewnym momencie można mieć wrażenie, że to taki styl. (Zupełnie jak u Pilipiuka)
Bardzo mi się podobał klimat tego utworu, choć parę linijeczek przyciąć można bo miejscami nudziły. (opisy wystroju wnętrz)
Niektóre zdania proszą by je połączyć z innymi
Cytuj:
W sypialni spędziłem trochę czasu. Bowiem znalazłem tam, sporo łupów.

Ale całość bardzo dobrze się prezentuje. Bardzo zabawny motyw ze śpiącymi kapłanami przy których stały butelki ;D
Cytuj:
rozcapierzyłem futerał

A może po prostu 'rozłożyłem futerał'?
Szkoda, że do końca nie przepisałeś.. Nagle opowiadanie się po prostu urywa.. :roll:

_________________
Życie ciągle uświadamia nas, jak mało o nim wiemy..


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 sty 2009 17:23 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2006 10:54
Posty: 1015
Lokalizacja: The City
mystics napisał(a):
Szkoda, że do końca nie przepisałeś.. Nagle opowiadanie się po prostu urywa..

I o to chodzi. :)

mystics napisał(a):
A może po prostu 'rozłożyłem futerał'?

Nie. To synonim. Co prawda chyba przestarzały, ale jak najbardziej poprawny.

mystics napisał(a):
Miło się czytało tą kontynuację, choć było sporo powtórzeń. (4 razy pod rząd 'ołtarz', w dalszej części 'schody')
Momentami zdanie zaczyna się od wyrazu na którym skończyło się poprzednie ;D
W pewnym momencie można mieć wrażenie, że to taki styl. (Zupełnie jak u Pilipiuka)
Bardzo mi się podobał klimat tego utworu, choć parę linijeczek przyciąć można bo miejscami nudziły. (opisy wystroju wnętrz)
Niektóre zdania proszą by je połączyć z innymi

Dobrze, że zauważyłaś.
Zrobiłem właśnie taki eksperyment. Powtórzenia - użyłem ich wiele, jednak starałem się tak je porozkładać, aby nie rzucały się zanadto w oko i - co najważniejsze - nie przeszkadzały w czytaniu.

Mam nadzieję, że czasu nie straciłaś przy czytaniu.
Zobaczymy co powiedzą inni, o ile to czytną.

[ Dodano: Pią 30 Sty, 2009 17:24 ]
mystics napisał(a):
Zupełnie jak u Pilipiuka

Całkiem niedawno czytałem jego książki, więc może tak wyszło... :|

[ Dodano: Sob 31 Sty, 2009 06:20 ]
Zapraszam do dalszej części. Mam nadzieję, że (chociaż troszkę) się spodoba.


Do roboty.

Zakasałem rękawy, po czym wyciągnąłem z futerału, jedną z sond. Wcisnąłem ją w dziurkę środkowego zamka i zamknąłem powieki.

Dotykając wytrychem, poszczególne elementy zabezpieczenia, byłem w stanie, odtworzyć oczami wyobraźni, jego mechanizm. Błądząc cienkim drucikiem, natrafiłem na długą, podłużną, metalową listwę, która łączyła się z dwoma pozostałymi zamkami. Najprościej byłoby ją przepiłować, jednak dziurka była zbyt wąska, aby umieścić w środku jakiekolwiek narzędzie, typu pilnik, czy miniaturowa piłka. Poza tym, nie sądzę, aby listwa tak łatwo dała się przepiłować. Do jej stworzenia, zapewne użyto tytanu, albo czegoś jeszcze twardszego.

W każdym z zamków, zastosowano nową technikę - symetrię ślusarską. W trzewiach mechanizmu, z boku, dało się wyczuć, ślepą zapadkę, którą należało, przerzucić na drugą stronę. Na szczęście miałem przy sobie odpowiednie narzędzia, aby to rozbroić.

Odłożyłem sondę do futerału i wziąłem do ręki inne narzędzie, cienki, długi, haczykowaty wytrych, wyposażony w wygodną, drewnianą rączkę. Włożyłem go do zamka i jednym, sprawnym – wcześniej już wytrenowanym – ruchem, przerzuciłem zapadkę na przeciwną stronę. Wyciągnąłem narzędzie z mechanizmu. Usłyszałem ciche pstryknięcie.

- Co do diabła? - szepnąłem pod nosem.

Po raz drugi wsunąłem sondę do środka.

Okazało się, że ślepa zapadka odskoczyła na swoje miejsce.

- Sucze syny! Już nie dość problemów mam! - zakląłem, po czym obejrzałem się za siebie, czy nikt nie nadchodzi.

Wygląda na to, że będę musiał trzymać te cholerstwo, aby nie odskakiwało – pomyślałem.

Włożyłem haczyk z powrotem, przerzuciłem metalową część, po czym szybko, drugą ręką, wcisnąłem wytrych, utrzymując element, na właściwym miejscu. Brakowało mi wolnej ręki. Nie wiedząc co zrobić z haczykiem, wcisnąłem go w usta. Teraz i drugie łapsko miałem wolne. Wyciągnąłem z pokrowca napinacz i wsunąłem w dziurkę.

Zamek nie był aż taki trudny do rozbrojenia. Zajęło mi to co prawda chwilę, ale nie namęczyłem się przy tym.

Ostrożnie wysunąłem wytrych z dziurki, zostawiając w środku tylko napinacz, aby całość się nie zapadła. Inaczej, musiałbym wszystko zaczynać od nowa. Spróbowałem przekręcić mechanizm, bezskutecznie. Informacje zawarte w liście były prawdziwe – trzeba rozbroić wszystkie trzy zamki, dopiero wtedy można je przekręcić.

Więc jedną rękę mam już uziemioną – powiedziałem do siebie w myślach.

Dobyłem haczyka, wcisnąłem w zabezpieczenie i zanegowałem ślepą zapadkę. Zabrakło mi ręki, ale wytrych miał długie trzymadło.

Pochyliłem się nad zamkiem i wsunąłem wytrych do środka ustami, po czym złapałem go dłonią, a haczyk włożyłem z powrotem do buzi i położyłem go na wieku kufra.

Wygiąłem tułów w drugą stronę, do pokrowca i chwyciłem w zęby dwa napinacze. Na zapas, żeby nie pochylać się drugi raz. Jeden odłożyłem delikatnie na dekiel skrzyni, a drugi wsunąłem do mechanizmu. Zablokowałem go na okrągłym bolcu i przytrzymując tylko małym palcem dłoni, pozostałymi operowałem właściwym wytrychem. Rozbroiłem zamknięcie, po czym wyciągnąłem instrument z dziurki i położyłem obok haczyka, na klapie.

Tutaj zaczęła się ta cała komiczna historia.

Spojrzałem na skrzynię. Na jedną dłoń, drugą i uświadomiłem sobie, że nijak nie dam rady rozbroić ostatniego zamka, bowiem miałem już zajęte obie dłonie – musiałem przytrzymywać napinacze, aby zapadki nie odskoczyły.

Gapiłem się tak jeszcze przez chwilę, na swoje ręce, gębę rozdziawiłem na jakieś trzy cale, nie pamiętam czy ze zdziwienia, czy z poczucia bezsilności.

Uniosłem głowę i spojrzałem za okno.

- Kurwa mać – stęknąłem.

Minął pacierz.

Dwa pacierze.

Pięć pacierzy.

Olśniło mnie. Nagle, jak naukowiec, który latami, pracując po nocach w swoim laboratorium, próbuje udowodnić twierdzenie tezy i dowiaduje się, że miał rację.

Zacząłem ściągać buty. Miałem z tym co prawda mały problem, bo zwykłem sznurować je mocno, ale po chwili tłumionych klątw obuwie leżało na ziemi. Powierzgałem przez chwilę stopami w powietrzu, aby zrzucić onuce. Po izbie, rozniósł się nieprzyjemny zapach.

Wygiąłem dziwacznie tułów, po czym spróbowałem chwycić haczyk, między palce stopy. Narzędzie spadło z wieka kufra i z brzęknęło głośno, o murowaną posadzkę. Zdołałem namacać zimny instrument na podłodze. Drugą stopą wcisnąłem go między paluchy i uniosłem nad dziurką zabezpieczenia.

Balansując przez dłuższą chwilę, w niewygodnych wygibasach, zdołałem zniwelować ślepą zapadkę, po czym uniosłem druga nogę w stronę dekla kufra, próbując chwycić wytrych. Na szczęście, udało się za pierwszym razem. Ze wsunięciem go do środka też nie było problemu.

Problem się zaczął przy rozbrajaniu.

Przez chwilę myślałem, że połamałem sprzęt w środku i znów będę musiał, robić akrobatyczne wygibasy na rzyci, w poszukiwaniu zapasowej sondy. Jednak po chwili, okazało się, że zgrzytnięcie powstało na wskutek, otarcia się zapadki z instrumentem.

Pot sperlił mi się na skroniach. Zamknąłem oczy i zacząłem wywijać w środku zamka na ślepo. Przez chwilę myślałem, że nie wytrzymam już dłużej. Pęcherz zaczął się buntować. Czułem nadchodzący skurcz w łydce.

- No, no! - sylabizowałem. - No dawaj, zasrańcu!

Ku mojemu zdziwieniu, pośród własnych stęknięć i sapów, usłyszałem głośne pstryknięcie.

Przez chwilę zastygłem w bezruchu, opierając piętę o skrzynię. Musiałem odpocząć.

Pomyślałem, jak to wszystko musi wyglądać z boku. Siedziałem przed skrzynią z – prawie że- założonymi nogami na niej i dwoma rękami, wyciągniętymi przed siebie. Zaśmiałem się z cicha.

- Taka praca – zaszydziłem sam z siebie.

Jednak byłem zadowolony. Biorę maskę i spadam stąd.

Chwyciłem w stopę – jak to dziwnie brzmi – napinacz i wsunąłem do środka mechanizmu. Szybko zablokowałem o bolec i upuściłem wytrych na ziemię. Spadł na placka, nie czyniąc hałasu.

Jednym, płynnym, jednostajnym ruchem przekręciłem obiema rękami napinacze. Palce stopy pod wpływem siły pod wpływem siły rąk, same się przekręciły. Oczami wyobraźni, zobaczyłem metalową listwę która w środku kufra usuwa się, a zamki stają otworem.

Wyciągnąłem napinacze, położyłem się na wznak na ziemi. Wziąłem kilka głębokich wdechów, uśmiechnąłem się do sufitu i wróciłem do pracy.

Owinąłem stopy w onuce. Założyłem buty. Sprzęt schowałem do futerału. Całość zajęła mi kilka pacierzy.

Uklęknąłem przed kufrem i jak dziecko rzucające się chciwie na cukierek, spróbowałem podnieść wieko. Klapa nie ustąpiła.

- Na pijanego Szachraja, jeszcze szyfr! - powiedziałem do ścian.

Przypomniałem sobie o liście i zagadce. Wyciągnąłem papier zza pazuchy, rozłożyłem, w ciemności na pergaminie nic nie było widać, podszedłem do okna i usiadłem. Nocny książę dobrze oświetlał korespondencję.

- Tylko nie zgaśnij – powiedziałem do białej kulki na niebie.

Przeczytałem list. Raz. Dwa razy. Zastanowiłem się chwilę.

Zaraz, zaraz... - zacząłem. - Nie, tak nie może być. A ty jak myślisz? - zapytałem Księżyc.

Spojrzałem na szare plamy satelity.

- No, też tak myślałem, to nie ma sensu – odparłem.

Przypomniałem sobie nauki, w ciemnych komnatach Strażników. Uczyli nas czytania, pisania, zarówno zwykłych liter, jak i glifów. Uczyli nas także logiki. Mayar był moim preceptorem. Zawsze mówił, że aby logicznie myśleć, trzeba się zrelaksować.

Oparłem się o ścianę pod okiennicą, tak, aby światło oświetlało dobrze list. Wyciągnąłem nogi daleko, w stronę skrzyni, niemal leżąc. Przeczytałem dokument po raz ostatni, wziąłem głęboki oddech i zamknąłem oczy.

Kapłan miał zyskać wolność – niemo monologowałem w myślach. Budowniczy może powiedzieć, że kłamał tylko w poniedziałki i czwartki, Szachraj może to powiedzieć tylko w czwartki i niedziele. Zatem jedynym dniem, w którym obaj mogą to powiedzieć jest...

- Czwartek! - niemalże krzyknąłem.

Zerwałem się na nogi. W dwóch krokach znajdowałem się już przy skrzyni, na klęczkach.

Najpierw policzyłem ilość pierścieni. Wszystko się zgadzało. Na tubie było osiem krążków. Szybkimi ruchami palców, ustawiłem na tubie, słowo CZWARTEK.

Usłyszałem zgrzytnięcie. Dużo głośniejsze niż pstryknięcie, które wydawały rozbrajane zamki. Czułem podniecenie w trzewiach, łaskoczące robaczki w brzuchu, rozpierające szczęście i zdobywającą mnie satysfakcję.

Powolnym, niespiesznym ruchem, podniosłem wieko skrzyni. Na dnie nic nie zobaczyłem, było ciemno. Włożyłem rękę do środka.

Moja dłoń natrafiła na zimny metal, podniosłem znalezisko do góry.

Maska odbijała, blade, księżycowe światło. Puszczała migoczące zajączki na ścianę. Była misternie zrobiona, cała ze szczerego złota. Przedstawiała twarz mężczyzny, a może kobiety, sam nie wiem.

Wypełniona, tu i ówdzie krwistoczerwonymi rubinami, szafirami o głębokiej zieleni i białymi, jak zadbane zęby, diamentami. Robiła wrażenie. Kusy, posika się z radochy, w te swoje obcisłe, skórzane spodnie.

Dla mnie, do szczęścia, wystarczyła wiedzą, że wezmę za nią kilkanaście tysięcy.

Schowałem zdobycz do torby.

Wychodząc z pomieszczenia, zatrzymałem się na progu i rzuciłem przez ramię, ostatnie spojrzenie, na spenetrowaną skrzynię.

- Nienawidzę cię – powiedziałem do pudła.

#

Powietrze śmierdziało znajomymi szczynami, gównem i Szachraj wie czym jeszcze.

Dwa w lewo, trzy w prawo, potem prosto do rozwidlenia, znów prosto i powinienem trafić do drabiny.

Zapamiętałem drogę wcześniej, już nie potrzebowałem pochodni.

Sprawnym, szybkim ruchem, przemierzałem kanały, analizując całą wyprawę.

Opłaciły się treningi gimnastyki za młodu, oj, opłaciły się. Pamiętam, jak Artemus pomagał mi zakładać drugą nogę na szyję, zastygać w stójce na rękach, czy układać kulasy w kwiat lotosu. Co prawda, dzisiaj już nieco wypadłem z formy, ale trening u Strażników, niewątpliwie mi pomógł.
Najlepsze było, jak powiedziałem do Artemusa, żeby sam sobie zakładał nogi za szyję, niech zobaczy jakie to przyjemne. Bąknął coś przez zaciśnięte usta, widocznie był na to już za stary. Potem powiedział, że mam tak siedzieć przez pół godziny, więc zbuntowałem się i zacząłem pyskować. Rozeźliło go to i to bardzo. Złapał za swoją rózgę – co to ją nosił, żeby mnie czasem do porządku doprowadzić – i gonił przez cały ogród, aż mnie ucapił z tyłu za włosy. Potem wyłoił mi kilkanaście batów w dupsko, za nieposłuszeństwo i – jak on to powiedział? - arogancję.

Tak, dokładnie. Arogancję.

Pamiętam, że nie mogłem później usiąść na dupie, do późnego wieczora.

Stare, dobre czasy...

Dotarłem w końcu do drabiny. Szybko wspiąłem się na górę, a później przestrzeliłem jak strzała, wyższy poziom kanałów, po czym dotarłem do kolejnej. Wyszedłem na ulicę.

- No, to już w domu – mruknąłem.

Ruszyłem do Kusego.

Minąłem ze dwie ulice i wtedy zaczęła się ta paskudna akcja.

Na ulicę spadły dwie bomby błyskowe, najpierw jedna, potem druga. Zapiekło mnie w oczach. Usłyszałem kroki ciężkich buciorów. Musiało ich być co najmniej dwóch. Potarłem gałki, po czym wyciągnąłem rękę po sztylet.

Z późno.

Reszta wspomnień to okropny, rozchodzący się ból na potylicy i ciemność.

Świadomość zgasła, tak jak gaśnie zdmuchnięty płomyk świecy. Nagle, gwałtownie, bez ostrzeżenia.

#

Mrok odchodził powoli. Bardzo powoli.

Pierwsze co zobaczyłem to gwiaździste niebo. Leżałem na wznak. Rozejrzałem się dookoła, zobaczyłem murowane ściany, syczące rury, i kapiącą z nich wodę. Znajdowałem się w bocznej, zaciemnionej uliczce, nieopodal miejsca, gdzie zostałem ogłuszony. Uniosłem lekko głowę, zabolała mnie niemiłosiernie.

Podniosłem się powoli na nogi. Obmacałem ciało. Torba z łupami zniknęła, a właściwie – jej zawartość. W sumie na jedno wyszło. Mapa, list kapłana – przepadły. Nawet futerał z wytrychami ukradli.

Byłem zły. Bardzo zły.

Pomknąłem, cicho jak nietoperz, do mieszkania Kusego.

#

- Kusy... - zacząłem i urwałem.
- Już wiem – odparł.
- Co? Skąd? Jak? - zadawałem kolejno pytania, moje zdziwienie rosło, z sekundy, na sekundę.
- Stąd – powiedział, wyciągając do mnie rękę z jakimś pergaminem.

Wziąłem dokument do ręki. I zacząłem czytać.


Osmalony niedorobie.

Zapewne pamiętasz jak mnie wyrolowałeś z interesu. A jeżeli nie pamiętasz, to ja ci przypomnę!
Jeśli czytasz ten list, to twój przyjaciel, złodziejaszek, imieniem Garrett, leży właśnie nieprzytomny na ulicy. Maska natomiast, znajduje się na moim biurku – tym samym z którego piszę ten list.
Ty świński łajdaku! Ty bażancie zasrany! E tam... bażant. Jaki z ciebie bażant! Ptaszek! Mały ptaszek! Myślisz, że zapomniałam?! Oszukałeś mnie na dobre kilkadziesiąt tysięcy!
Razem ze sprzętem twojego złodziejaszka, maską i łupem, który ukradł oznajmiam, że...
… jesteśmy kwita.
Zapomnij o zemście. Jutro o świcie wyjeżdżam z miasta.

Twoja miła przyjaciółka Marta.


PS Nie wiem czy wiesz, ale kiedy twój koleżka plądrował świątynie Młotodzierżców, tych nie było praktycznie w środku, bo wyjechali za Miasto, na coroczne święto.
PS II Tak, zgadłeś. Wszystko dokładnie zaplanowałam.


Byłem zły. Bardzo zły.

Wymierzyłem Kusemu mocny cios, otwartą dłonią. Nie za to, że był winny, chociaż był. Zrobiłem to po to, aby odreagować. I ulżyło mi. Paser zachwiał się, po czym machnął ręką i poszedł do swojej pracowni.

Podszedłem do szafki z alkoholem i wyciągnąłem najlepszą whisky, jaka znajdowała się w środku.
Kusy, siedząc w swoim gabinecie przy otwartym oknie, usłyszał z ulicy, cichy głos złodzieja.
Stado dzikich fanatyków, uzbrojonych w gigantyczne młoty... Dobrze, że nie stado dzikich słoni...

#

Wszędzie dobrze - nawet wśród stada fanatyków, uzbrojonych w gigantyczne młoty - ale w domu najlepiej.

Otworzyłem butelkę, polałem trunku do szklanki, po czym jednym haustem ją opróżniłem.

Cała robota i plan wziął w łeb.

- I tak będę najlepszy w Mieście... - szepnąłem. - Zostanę wirtuozem w tym fachu.

Wychyliłem kolejną porcję alkoholu.

Pamiętam, że tamtej nocy zalałem się w trupa, a następnego dnia, cholernie mnie bolała głowa.

Ulżyło mi, a rano obudził mnie posłaniec, z listem od Kusego.

#

Część mieszkańców już zapewne spała, część zapewne nie. Podziemny światek Miasta dopiero się budził.

Tysiące światełek. Latarnie, zapalone lampy naftowe i świece w oknach, świątynne witraże, kandelabry i lichtarze. Wszystko czyniło z czarnego Miasta, skupisko kolorowych światełek.

Siedząc na dachu, jednego z najwyższych budynków, rozmyślałem.

Każdy kiedyś zaczynał. Nie ma ideałów. Wszyscy ludzie popełniają błędy, uczą się na nich. Poeci, muzycy, sędziowie, kapłani, żołnierze, wszyscy. Ja też. Dlatego nie poddam się. Dzisiaj postanowiłem sobie jedną rzecz: wstrząsnę tym Miastem. Dla sławy, aby zapisać się w jego historii, ale też dla własnej satysfakcji i nieposkromionej przyjemności.

Odwróciłem głowę w lewą stronę. Zobaczyłem czarnego, jak noc kota. Byłem niemal pewien, że to ten sam zwierzak, który siedział na murku, przy apartamencie Kusego. Gdy się zbliżył, byłem uświadomiony, że to na pewno on.

Przysiadł na zadzie, kilka kroków przede mną. Spojrzałem w jego zielone, szmaragdowe oczy, tak bardzo przypominające spojrzenie mojego ojca. Niewiele pamiętałem. Wszystko jak przez mgłę. Weszli do domu. Ojciec złapał za szablę, odwrócił się i jedyne, co mi po nim pozostało, to widok seledynowych oczu, oraz słowa: Garrett uciekaj!

I uciekłem.

To było dawno. Bardzo dawno. Miałem może ze cztery latka. Praktycznie nic nie rozumiem. Czasami pojawiają mi się obrazy. Jednak te wizję są bez znaczenia, milczące, jak nocna mara.

I smutne.

Czarny kształt zbliżył się do mnie. Krążąc pomiędzy nogami mruczał i co chwila na mnie spoglądał. Łasił się. Zdjąłem rękawicę i pogłaskałem stworzenie w geście przyjaźni.

Usiadł obok mnie. Patrzyliśmy tak na Miasto jeszcze długi czas. Razem.

Pierwszy raz w życiu nie czułem się samotny.

#

Mapa - jak zwykle - została nakreślona, zgrabnymi, aczkolwiek szybkimi ruchami dłoni Kusego. Nie oddawała realnej skali budynku, działała bardziej na zasadzie orientacyjnej. To mi wystarczało.

Mam prostą robotę zaplanowaną na ten wieczór. Nie jakieś tam świątynie, zamieszkałe przez fanatyków uzbrojonych w ciężkie młoty. Coś prostszego.

Włamać się do strzeżonej rezydencji. Ukraść cenny drobiazg arystokraty i uciec cichaczem.

Lord Bafford wyjechał z miasta, a plotka głosi, że kapitan jego straży przybocznej, pojechał z nim, jako ochroniarz. To dobry czas na małe włamanie.

Frontowa brama dworu, jest zawsze silnie chroniona, a ulica zbyt odsłonięta. Ale Kusy pokazał mi inne wejście. Z boku rezydencji, nie na widoku. Jeden strażnik i zapewne zero świadków, którzy mogliby skomplikować sprawę.

Błyskotka, której chce Kusy to berło. Złoto, srebro, standardowe ozdoby. To powinno zapewnić wysokie wynagrodzenie.

Bafford, zapewne jak większość z jego pokroju, trzyma swój skarb na najwyższym piętrze –
blisko serca i z daleka od służby.

Czas zaczynać.

Koniec :bj:

_________________
- And...
- Remember to pick pocket of the party guests?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 sty 2009 21:01 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4588
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Obie części opowiadania ocenię jako jedną całość. Jak wiesz nie lubię wypisywać i wymieniać każdej popenionej literówki, podam tylko kilka cytatów, które mnie najbardziej uderzyły: :-D




Cytuj:
Całość rzucała się tradycyjnie w oko

Nie rozumiem tego zwrotu, tj rozumiem jego znaczenie, ale budowa albo jest super staroświecka, albo totalnie błędna. Co tu robi słowo "tradycyjnie"?

Cytuj:
boga Młotodzierżców.
Czy Master Builder jest bogiem? Ups, to nie ten temat na takie rozważanie ;) To nie jest błąd, chciałbym jedynie naświetlić ciekawy problem teologiczny: czym (kim) jest właściwie Budowniczy?

Cytuj:
Za ołtarzem stał masywny posąg – wyobrażenie Budowniczego, boga Młotodzierżców. Majaczył w półmroku, swoją olbrzymią, marmurową sylwetą.
Jeden z fragmentów, gdzie jest za dużo "ołtarzy".

Cytuj:
Naliczyłem ich sześć, z czego trzy były zapalone – co drugi.
Naliczyłem ich sześć, z czego co drugi zapalono ( lub był zapalony).

Cytuj:
Oficjalnie wiem, że zamieszkuje ją ponad pół tysiąca zakonników. Reszta mieszka w koszarach miejskich Oł stary! Pół tysiąca dorosłych mężczyzn jak na tamte realia to cała dzielnica!


Cytuj:
Na każdym z pierścieni, umieszczono litery alfabetu, ale tylko te na potrzeby szyfru.
Hmm... skoro są tylko litery te litery z alfabetu, które dają haslo, to ktoś nawet nie znający kolejności dni tygodnia może przypadkiem odkryć hasło, wystarczy że odnajdzie pierwszą i ostatnia literę, a mózg+znajomość nazw dni tygodnia podpowie resztę. Sam sprawdzałem, Zgadnij co to za słowo:

Gtratet

[spoiler]Garrett [/spoiler]

Shacrcj

[spoiler]Szachraj[/spoiler]



Cytuj:
Już nie dość problemów mam
Wybacz ;] wiem, że to zwykłe pomieszanie kolejności (co w jezyku polskim jest dozwolone, a przynajmniej nie zabronione!), to zabrzmiało wykręcająco :P

Cytuj:
buzi
za dziecinne, to tak jakby Garrett powiedział" ale boli mnie pupa". Raczej: "ale mnie rąbie w rzyci". :P

Cytuj:
Wygiąłem tułów
Wygiąłem plecy brzmi lepiej

Cytuj:
Opłaciły się treningi gimnastyki za młodu, oj, opłaciły się. Pamiętam, jak Artemus
W grze ani razu nie pada wiek Garcia czy Artego, lecz odniasłem wrażenie, że są w podobnym wieku. Ale to może tylko moje błędne odczucie.

Cytuj:
tych nie było praktycznie w środku, bo wyjechali za Miasto, na coroczne święto.
To brzmi strasznie banalnie. Może warto by to jakoś upiększyć, chociażby nazwą tego święta? Poza tym merytoryczną zagwózdką jest, jakie Młoty mogą obchodzić święta poza swoimi kamienno-żelaznymi budowlami?
No, chyba że chodzi o inne miasto, lecz zdanie raczej daje do zrozumienia, że pojechali poza Miasto na wieś/teren zabudowany, niz innej metropoloii.


Poza tym całkiem sporo było różnych mniej lub bardziej bolesnych powtorzeń, problemów z interpunkcja i szykiem. No i warto by niekóre zdania połączyć w większe, piękniejsze konstrukcje.


DOBRA! Koniec o sprawach technicznych, kóre i tak nikogo nie obchodzą :P Wszak liczy sie zawartość, nie pudełko! :P

Zacznijmy od świetnego wstępu. Te przemyślenia Garretta naprawdę ci się udały! Tak samo zakończenie, tj rewelacyjnie rozwinięty motyw z kotem i (jeszcze lepiej) nawiązanie do Lord Bafford Manor, czyli niejako całej gry! Duże brawa!

A co kryje wnętrze? Misja bardzo growa, tj niesutannie kojarzyła mi się z Undercover. To nie wada! To po prostu fakt... co wspomaga klimat. A on tym razem ci się udał! Naprawdę czułem bijący od monitora fetor kanałów i słyszałem pieśni Młotodzierżców.

Miejsce też ciekawe, choć zabrakło mi w nim czegos super szczególnego... co by wyróżniało to opowiadanie z dziesiątek innych o Młotkach. No, ten wspaniały witraż ewentualnie. :ok
A te wszystkie terminy, to je znasz, czy w czasie pisania miałeś na kolanach "słownik terminów architektonicznych"? L:

Pomysł z zamkiem, jego otwieraniem, opis tego i w ogóle wszystko: duży plus. Naprawdę pasjonujące i inteligentne... i przemyślane!

Potem mocny i dobry pomysł z napadem na Garretta, usuwający standardowy happy end. Choć IMHO Garciu Kusemu by zrobił coś brzydszego za tę "gafę".

No i kot+ wspomnienie z dziecinstwa. Plus za odwagę zahaczenia tego tejemniczego tematu, minus za samo wspomnienie. "xxxx uciekaj!" jako jedyna myśl z wczesnych lat jest bardzo popularnym motywem niestety w literaturze nie tylko wysokogatunkowej. Szkoda, że nie wymyśliłeś czegoś bardziej zastanawiąjącego, wstrząsającego. czegos, po czego przeczytaniu czytelnik miałby pretekst do naparwdę głębokiej refleksji.
Czegoś, co by może wyjaśniało jakieś cechy Garretta (oczywiście nie dosłownie, jako 3 dno). Jakie cechy? Np. jego braterską miłość do mroku.

Oczywiście "Garrett Uciekaj" też jest refleksyjne... ale za bardzo już objechane. Trudno w tej kwesti wymyśleć coś oryginalnego.

A jakie wady? Przede wszystkim za dużo wypunktowywania, co dokładnie ukradł Garrett! Wypisywanie ile miał pierścionków w jakiej szufladzie jest nużące dla czytelnika i burzy klimat.

Zagadka była trochę za prosta... no chyba, że to specjalnie, jako że Młotki to banda półgłówków (wg Garretta z twego opowiadania) i nic trudniejszego by nie opanowali.

Reszta to drobne niedoróbki o których już zapomniałem.


Aha!
Zostały jeszcze fajne smaczki, pojedyńcze budzące radość zdania i slowa. Za dużo ich, by je po kolei wymienić.
Przykład, który mnie szczególnie rozbawił:
Jaki z ciebie bażant! Ptaszek! Mały ptaszek! ;)

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 492 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20  Następna strona

Teraz jest 17 lip 2018 22:17


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron