Zaloguj | Zarejestruj








Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 16 lip 2012 14:36 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Hattori napisał(a):
Albo też specjalny mod od fanów, wprowadzający zmiany we wszystkich tekstach wszystkich gier.

Zmiana tych "kwiatków" w T1/T2 sama w sobie nie jest specjalnym problemem. Gbyby całe forum zgromadziło te "cudeńka" w jednym temacie, z dokładnym umiejscowieniem, gdzie dany tekst się znajduje, wymyślenie i włożenie alternatyw to pikuś. Największą trudność stanowią prawa autorskie Cenegi. Choćby dobry przekład "Keeper" - "Opiekun" albo "Ravencourt" - "Kruczy Dwór" to kwestia wklejenia nazw w odpowiednie miejsca. Czasem nazw własnych lepiej nie tłumaczyć (np. Blackbrook).

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 16 lip 2012 15:47 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Tak, też o tym myślałem. Większość nazw i nazwisk bym nie ruszał, tłumaczyłbym nazwy np. Cragsleft czy Bonehoard i niektóre realne imiona na polskie: Joseph na Józef, Elizabeth na Elżbieta, oraz najwyżej trudne do wymowy i napisania nazwy, takie jak Gervaisius. No i, gdyby znalazła się fajna nazwa dla czegoś innego ;)

Jeśli dyskusja potoczy się dalej, to trzeba by było przenieść te posty do nowego tematu ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 lip 2012 15:26 
Bełkotliwiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 wrz 2007 19:35
Posty: 6
Lokalizacja: z Miasta
Z zasady omijam wszelkie fan-fiction, ale z racji, że jestem miłośnikiem Thiefa (i zaczołem kolejny sezon z FMkami:P) to zrobiłem wyjątek i nie żałuję :P . Dzieło iście epickie jak na amatora i co najważniejsze nadspodziewanie dobre. Z racji objętości wrzuciłem sobie na Kindle'a i jestem gdzies w 1/3 obecnie. Momentami zapominałem, że autor nie jest zawodowcem!
Wielki szacun i czekam na ciąg dalszy :-D

_________________
PrOveSor


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 01 sie 2012 13:10 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Provesor napisał(a):
Z zasady omijam wszelkie fan-fiction, ale z racji, że jestem miłośnikiem Thiefa (i zaczołem kolejny sezon z FMkami:P) to zrobiłem wyjątek i nie żałuję :P . Dzieło iście epickie jak na amatora i co najważniejsze nadspodziewanie dobre. Z racji objętości wrzuciłem sobie na Kindle'a i jestem gdzies w 1/3 obecnie. Momentami zapominałem, że autor nie jest zawodowcem!
Wielki szacun i czekam na ciąg dalszy :-D

Kolejny zainfekowany :twisted: - serce rośnie 8-) . Kolego, czekając na następne rozdziały, poczytaj sobie też inne prace, a zobaczysz, że warto.

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 sie 2012 20:25 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Łał. Naprawdę, Hattori, nie musisz się obawiać konkurencji. Ja będę zadowolona, jak uda mi się dobić pięćdziesięciu stron :))
Poza tym may zupełnie inne historie do opowiedzenia.

Naprawdę, imponujące dzieło. Ciekawe, dobrze napisane i... wielkie. Najbardziej urzekły mnie te oszczędne, ale szalenie klimatyczne opisy: na samym wstępie i w ostatnim rozdziale. Początek wydawał się nieco "ciężki" - zbyt dużo "gierczanych" momentów, które zdawały się do niczego nie prowadzić, ale na końcu wszystko zostało ładnie podsumowane i żaden wątek niepominięty. Szkoda tylko, że o Marii przez długi czas nie było słychać. Najpierw Garrett spędza tyle czasu, próbując się nią zająć, a zaraz potem zupełnie o niej zapomina? Coś tu nie halo.

Poza tym niektóre postacie momentami zachowywały się nieco... dziecinnie. Najbardziej raziło to na linii Garrett-Marla. Ja wiem, że ona nigdy nie była zbyt poważna, ale bez przesady ;) Poza tym to stereotypowe myślenie: "baby są szurnięte i nie ma się co nimi przejmować". A fe :P

Nie przekonały mnie także liczne anachronizmy (piżama w hipcie itd.) Ja wiem, że humor i tak dalej, ale do mnie po prostu nie przemówił ^^'

Poza tym: quasi-japoński zamek bez słowiczych podłóg? A fe :P

Ponarzekałam, ponarzekałam, ale w ogólnym rozrachunku bardzo mi się podobało. Szczególnie ostatnie rozdziały sprawiały wrażenie, jakby historia naprawdę miała się właśnie rozwinąć, więc, tego... GIMME MOAR :-D

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 sie 2012 21:35 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Flavia napisał(a):
Szkoda tylko, że o Marii przez długi czas nie było słychać. Najpierw Garrett spędza tyle czasu, próbując się nią zająć, a zaraz potem zupełnie o niej zapomina? Coś tu nie halo.

Spokojnie, jeszcze się dowiesz :twisted: ... Taka jest wielka zaleta pracy jako m. in. korektor - czytasz do przodu :)) .

Flavia napisał(a):
Nie przekonały mnie także liczne anachronizmy (piżama w hipcie itd.) Ja wiem, że humor i tak dalej, ale do mnie po prostu nie przemówił ^^'

Piżamka to Easter Egg i ukłon w moją stronę. Nie czytałaś pewnie "Mektub. Jest Zapisane"? Bo większość wymięka po pierwszych pięciu stronach... W każdym razie to tam pojawia się kwestia piżamek :P . Później rozmawialiśmy o wielu kwestiach i wyjawiłam Hattoriemu słówko o mojej nadchodzącej pracy. Jednym słowem: oczekujcie piżamek w hipcie! :))

Dodam jeszcze na rozpalenie wyobraźni, że w obróbce jest kolejna część, tj. korekta poszła do Autora i teraz będziemy się przekonywać w obie strony :-D . Ale od razu Was rozczaruję, etyka zawodowa nie pozwala puścić pary z ust. Oczekujcie fajerwerków na miarę poprzednich rozdziałów :o !

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 sie 2012 23:31 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Flavia napisał(a):
Poza tym to stereotypowe myślenie: "baby są szurnięte i nie ma się co nimi przejmować"
Nie mnie krytykować, a Garretta. :)

Keeper in Training napisał(a):
Flavia napisał(a):
Szkoda tylko, że o Marii przez długi czas nie było słychać. Najpierw Garrett spędza tyle czasu, próbując się nią zająć, a zaraz potem zupełnie o niej zapomina? Coś tu nie halo.

Spokojnie, jeszcze się dowiesz ... Taka jest wielka zaleta pracy jako m. in. korektor - czytasz do przodu .
Nie wiem, na jakiej podstawie Keeper wywnioskowała coś takiego. W przesłanej jej wersji (niedokończonej, żeby nie było!) nie pojawiło się nic o Marii, więc o co kaman? To dosyć poważna sugestia, wiesz? :?


Z dobrych wieści (dla was i tak niedostatecznie dobre :P ) tyle, że odważyłem się na, mam nadzieję że nie chwilowe, wznowienie pracy. Skrobnąłem jakieś 2,5 strony tego fragmentu, który od tygodni usilnie staram się pchnąć do przodu.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 sie 2012 08:12 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
A ja podumam nad tytułem. Niektórzy angielskojęzyczni fani thiefa mówią, że Mroczny Projekt to jest pierwszy Wiek Ciemności, Era Metalu to drugi, a potem następuje Trzeci, ten z TDS. Ale... IMO przepowiednia o Wieku Ciemności jest... spóźniona. Myślę, że zaczyna się wraz z początkiem ofiar Gamall, czyli ok. 50 lat przed sagą. W tym samym czasie był incydent w Starej Dzielnicy, czyli jakby początek Mrocznego Projektu. Może i Karras się wtedy narodził? Gdyby to wszystko miało swą genezę 50 lat przed, to nazwa Wiek by tu pasowała - w końcu wiek to 100 lat. Może... w T4 dadzą jakiegoś złodzieja, który wszystko zakończy, a Garrett będzie tylko wspominany jako jakiś Pierwszy Strażnik czy coś takiego? ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 sie 2012 12:23 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Bardzo ciekawa teoria. Po przeczytaniu tekstów Opiekunów z T3 i porównaniu ich z wydarzeniami z tej części wygląda to jednak mimo wszystko na bardziej dosłowną historię. Z drugiej jednak strony - niezły materiał na fanfika. :-D

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 25 sie 2012 15:26 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Hattori napisał(a):
Flavia napisał(a):
Poza tym to stereotypowe myślenie: "baby są szurnięte i nie ma się co nimi przejmować"
Nie mnie krytykować, a Garretta. :)

Keeper in Training napisał(a):
Flavia napisał(a):
Szkoda tylko, że o Marii przez długi czas nie było słychać. Najpierw Garrett spędza tyle czasu, próbując się nią zająć, a zaraz potem zupełnie o niej zapomina? Coś tu nie halo.

Spokojnie, jeszcze się dowiesz ... Taka jest wielka zaleta pracy jako m. in. korektor - czytasz do przodu .
Nie wiem, na jakiej podstawie Keeper wywnioskowała coś takiego. W przesłanej jej wersji (niedokończonej, żeby nie było!) nie pojawiło się nic o Marii, więc o co kaman? To dosyć poważna sugestia, wiesz? :?

To moje gdybanie :roll: . O plusach uczestniczenia w korekcie mówiłam, ponieważ w razie czego mam szanse dowiedzieć się o powrocie Marii na scenę szybciej niż reszta czytelników.

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 paź 2012 11:09 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Dobra, dosyć tego.

*werble* Userzy! Uroczyście ogłaszam, iż dzisiaj, w ten oto łacherowy wieczór *werble, werble* nastąpi to, na co każdy z Was czekał! Ogłaszam czas na… *werble, werble, werble, werble, werble*

…"Odpoczynek"!

*BACH o talerze*


*oklaski*

*wiwaty*

*jakieś płaczące dziecko, które przyszło z rodzicami*


Zwróćcie uwagę na nazewnictwo rozdziału, abyście zaczęli czytać od właściwej części. Nie dziwcie się takiemu rozwiązaniu, wbrew wcześniejszym zapewnieniom stwierdziłem, że jednak lepiej jest podzielić "Odpoczynek". Jest to spójna i ściśle powiązana historia, jednak zsumowanie liczb 22 i 23 (strony) uznałem za lekką przesadę. W każdym razie podział taki umożliwił mi wstawienie dodatkowych wstępów prozatorskich. Zobaczycie sami. Na nazewnictwo wpłynęła również konstrukcja historii. Również zobaczycie, ale to na samym końcu.

Zapraszam do degustacji :rad


--------------------------


Część II. Niewinność


10: Odpoczynek – cz. I

Wiek Ciemności będzie dzieckiem dwóch rodziców… którzy nosić będą imiona: Ignorancja i Strach.

-- fragment z dziennika Opiekuna Artemusa




- Tak więc: co tam, panie, w polityce?
- Weź mnie nie rozśmieszaj, Jack. Lepiej opowiedz, co się stało wtedy, na Placu Wolności.
- Wolę później, gdy zejdą się wszyscy. Na razie jesteśmy sami, jak widzisz. A mi, rozumiesz, nie uśmiecha się powtarzanie w kółko tej samej historii. Lepiej raz, a dobrze.
Dwie postacie w czarnych, bawełnianych ubraniach zasiadały przy krótszym boku prostokątnego, największego tutaj stołu, usytuowanego w narożniku budowli. Stół otaczała jednoczęściowa, obita kanapa, dająca dostęp do niego jedynie od strony wejścia. Postacie ewidentnie na kogoś czekały. Zwracały uwagę.
- Takie jakby dziwactwo z twojej strony – skomentowała druga z nich. - Ale jak uważasz.
- Zjawią się oni czy nie?
- Spokojnie, Jack. Wiesz, że takich obszczymurów jak my czy oni się nie popędza. Bo jedyne, co mogą zaoferować na szybko i od ręki, w przenośni i dosłownie, to piącha w ryj. Cierpliwości.
- Jakiej cierpliwości?! – Jack wybuchł, niemal wstając. - Człowieku, zapomniałeś o kontrakcie? Ten facet jest nieuchwytny! Nam udało się bezpiecznie tu przedostać tylko dlatego, że ten, jak mu tam…
- Lord Rammstein. – przypomniał partner.
- Tak, dokładnie. Lord Mani Rammstein miał dobre stosunki z… naszym zleceniodawcą. Załatwił iście komfortową transportację. Nie sądzisz? W każdym razie: co nam po Rammsteinie, jeśli nie zdołamy znaleźć i zaciukać szajbusa w ciągu trzech dni? I tak będzie po nas!
- Sugerujesz – zaczął drugi rozmówca - że musimy się pospieszyć, ponieważ tamten, ze swoimi zdolnościami, może umknąć w każdej chwili, gdzie bądź? To, Jacku, pozbawione jest sensu.
- Niby czemu?
- Mówi się: dlaczego, łacherze.
- A idź ty w cholerę, Mack! Ty i to twoje niby-poprawianie, próba naprawy społeczeństwa na tle porozumiewawczym. Żebyś nie musiał się porozumieć z moją piąchą, jak to ładnie ująłeś, w ryj! Sens rozumiesz? Więc skoro rozumiesz, nie możesz od razu odpowiedzieć na moje pytanie? Tylko ględzisz jak portowa dziwka?
- Tutaj nie ma portu.
Jacek opuścił głowę, chwycił się oburącz za czoło, przerzedzając krótkie włosy w kolorze ciemnego bursztynu, wyzierające teraz spomiędzy palców.
- Zacznijmy jeszcze raz. DLACZEGO uważasz, iż to bez sensu?
- Zwróć uwagę na to, co nam wiadomo – pochylił się nieco Mack – Na fakty dobrze wszystkim znane. Garrett to złodziej najwyższej klasy. Czy legenda, której dorobił się w niesławie, wspomina w którymś miejscu o jakiejś miejscowości?
- Noo…
- Wspomina. Na samym początku. Wspomina o Mieście.
- No i co w związku z tym „faktem”?
- Ano właśnie, no właśnie. To, że łacher pojawia się w Mieście i TYLKO w Mieście, wiedzą nawet dzieciaki, których uszy z ową legendą nie miały jeszcze styczności. Po prostu wszyscy dobrze wiedzą, że Garrett to złodziej z Miasta.
- Co dalej? Do czego zmierzasz?
- Cierpliwości – powtórzył się Mack – Skoro uwzględnia się tylko Miasto, to znaczy, że wyklucza się pozostałe miejscowości, z Blackbrook na czele. Czy tak?
- Prawda to.
- Ano właśnie, prawda. Otrzymaliśmy niestandardowe zlecenie. Otrzymaliśmy zadanie wyciśnięcia ze złodzieja potrzebnych informacji, z uwzględnieniem tego, że Garrett znajduje się w chwili obecnej nie gdzie indziej, jak w Blackbrook…
- Tak – przyznał Jack – I, o dziwo, jest to najprawdziwsza prawda. Tylko dalej nie ogarniam, do łachera, jaki jest cel tej całej gadki.
- Słuchaj no, Jackusiu Niedorobniusiu: jak chcesz kiedyś dostać szansę gadania z wyższymi sferami, po to, by na przykład wykonać nieco bardziej lukratywne zlecenie od przeciętnych, to lepiej naucz się gadać w sposób bardziej wyrafinowany. Tak tak, wiem, co powiesz, powstrzymaj się z tymi bluzgami. Lecz tak jest, powiadam, co ja poradzę? Jeśli chcesz, aby patrycjusz cię wysłuchał, musisz okazać mu coś więcej niż szacunek. Tacy nie lubią walenia prosto z mostu. Lub, istnieje od niedawna taki frazeologizm, kładzenia kawy na ławę. Musisz sprawić, aby inteligencik czy inny ważniak prawdziwie zainteresował się tym, co masz mu do przekazania. Inaczej cię oleje. Jak to zrobić? Należy odpowiadać… stopniowo. Po kolei. Stworzyć swoisty ciąg przyczynowo-skutkowy, pewną piramidę, przez którą pokrętnie dążysz do ostatecznej odpowiedzi. Rzecz jasna, piramida ta musi być logiczna, spójna, bo inaczej będzie to jedynie przysłowiowe lanie wody. Lub, istnieje od niedawna taka przenośnia, pieprzenie trzy po trzy.
- Zaiste – podsumował Jack.
- Czyli się rozumiemy. Dobrze mówię, Jack? Czy niedobrze?
- Nie – odparł rozmówca - Rozumiem, że w pewnych okolicznościach twoja „piramidalna mowa” może się przydać. I nawet nie tylko u ważniaków, bo coś mi się zdaje, że niejedna wieśniaczka dałaby się na to nabrać… Lecz JA, do łachera, jestem ZWYKŁYM, kurza twarz, ŁACHEREM! – sąsiedzi z następnego stolika upewnili się, poprzez odwrócenie tatuowanych głów, czy z Jackiem wszystko w porządku. - Na jaką cholerę więc utrudniasz życie sobie i mi, właśnie pieprząc trzy po trzy?! No po co? Trenujesz?
- Nie… - Mack opuścił głowę, nie wiadomo, czy ze wstydu, ze znużenia, czy z politowania – Ostatnio miałem wiele okazji do zastosowania mojej erudycji. Dużo dzięki temu zyskałem. Przyzwyczajenie, sam rozumiesz.
- Powiedzmy.
- Jednak czułbym się lepiej, gdybyś nie narzekał na to, jak się wyrażam.
- No dobra, już, nie bocz się. Przyzwyczajenie. Sam rozumiesz.
Mack uśmiechnął się.
Ciepłe, jasne i duszne wnętrze gospody, pomimo wczesnej pory, nie świeciło pustkami. Również nie dało się o nim powiedzieć, żeby było przeludnione, mimo wszystko jednak liczba patrycjuszy, kupców czy kultystów była powyżej przeciętnej, charakterystycznej dla tej części doby. Nie oznaczało to niczego szczególnego, w najbliższym czasie nie zamierzało się wydarzyć nic nadzwyczajnego. Zwykły, można by stwierdzić, brzask U Lecha. Spotykali się tu przedstawiciele rozmaitych stanów społecznych, posiadających zróżnicowany stan majątkowy, wiek, zawody. Przeszłość oraz przyszłość. Arystokrata dogadywał się z rzezimieszkiem, niewiasta z wdową po czterech mężach, niekontaktujący pijak z jak najbardziej kontaktującym pogańskim szamanem. Jedynego elementu, którego raczej nie można było tu zastać, to przedstawiciel Zakonu Młota, a już w szczególności przedstawiciel Zakonu Młota z członkiem Bractwa Winorośli, będących pod jednym dachem w tym samym czasie. Bractwo Winorośli było formalną nazwą Pogan, szczególne chętnie używaną tu, na południu. Ludzi z Bractwa w Blackbrook było bez liku, zaś U Lecha przebywali tacy niemal bez przerwy.
- Bez gorzałki jednak ciężko… – stwierdził Mack.
- Mówię, po co tyle nawijałeś? Teraz jednak dokończ swoją myśl, bo wyjdzie, że ten wywód był zupełnie niepotrzebny.
- Tak – wznowił Mack. – Więc, Garrett zawsze trzymał się w uścisku Miasta, ewentualnie okolic. Nigdy nie wyjeżdżał poza ten obręb. I zresztą nic dziwnego, bo jaki byłby tego cel?
- A jednak…
- Właśnie. Przyjechał do Blackbrook. Nie wiadomo, w jaki sposób oraz jaki cel ma w swojej zakapturzonej głowie. I nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze żyje, znając gościnność tubylców. Jednak bez względu na to, dlaczego udał się akurat tutaj, sądzę, że przyczyna jest bardzo konkretna. Jakakolwiek by ona nie była. Myślę, że jeszcze trochę tu pobędzie, dokładnie tyle czasu, ile my będziemy potrzebować na sprzątnięcie go.
Krótka cisza.
- Mack?
- No?
- Nie wydaje ci się to podejrzane?
- Blackbrook czy konkretnie ta gospoda?
- Nie, do łachera… To, o czym rozmawiamy. To Naczyniak dał cynk o złodzieju. I ten sam Naczyniak wysyła nas za morze. Z garstką informacji. Byle daleko…
- Sugerujesz… że chce się nas pozbyć?
- Nie wiem tylko, czy na jakiś czas… czy na zawsze.
- Przesa… Moment. – Mack oparł się łokciami o stół. – Hm, nie taka znowu przesada... Tylko dlaczego? Za co?
- Może za robotę u Gośki?
- Ciiiszej, do łachera! – syknął na Jacka.
- Nie ma powodu do obaw, Mack. Jesteśmy za morzem.
- Hah, tak. Najwyraźniej ma to również swoje dobre strony…
- Ano.
- Gośka… Sam nie wiem – zastanawiał się Mack – Ale nie sądzisz, że gdyby Naczyniak chciał nas posłać do Szachraja, już dawno by to zrobił? W inny, zapewne, sposób?
- Niekoniecznie. W końcu nietrudno nas załatwić.
- Więc co, nie znalazł nikogo na naszym poziomie? Czyli to kara? A może się nas boi?
- Dwa ostatnie są bardziej prawdopodobne. Jednak… Wiesz, co mi teraz przyszło do głowy? – zapytał Jack.
- Hm?
- Myślę, że lepiej będzie najpierw upewnić się co do Garretta. Może rzeczywiście tu jest, a nasz kontrakt nie ma żadnego podwójnego dna. Bo jeśli tak, to możemy spać spokojnie.
- Wtedy faktycznie – przyznał Mack – Mam jednak nadzieję, ze już nie będzie za późno…
Rozmowa się skończyła. Jacka nagle zaczęło zastanawiać dosłownie wszystko. Dlaczego karczma nie ma normalnej, zbudowanej z cienkich belek podłogi, tylko kamienną, złożoną z nieregularnych i owalnych ciosów, jak ulica? Dlaczego ponad ladą ktoś zawiesił okrągłe tarcze bojowe? Dlaczego są one ledwo widoczne, mimo oświetlenia, które teoretycznie powinno być przyzwoite dzięki pochodniom na belkach podtrzymujących? Kim jest postać w ciemnej pelerynie, siedząca samotnie na stołku przy ladzie? Albo dziewczyna, brunetka, w ciekawej kombinacji elementów skórzanych i płytowych, podpierająca belkę przy tej samej ladzie? Czy trzydziestoletnia zastępczyni barmana, będąca niejako pomiędzy tymi dwiema postaciami i wycierająca od minuty ten sam odcinek lady, ma z nimi coś wspólnego?
Komu można zaufać?
Pewnie nikomu, odpowiedział sobie w myślach Jack.
Drzwi wejściowe U Lecha otworzyły się. Do środka weszło trzech drabów w czarnych strojach. Tylko jeden nosił zieloną koszulę, ponadto był łysy. On i jeszcze jeden bandyta mieli tatuaże na skroniach, różne. Ten z diametralnie większą ilością włosów na głowie, spiętych z tyłu po kilka razy w pojedynczy słup, miał ją całą wygoloną na skroniach i powyżej czoła. Nosił też barwioną na czerń kurtkę ze skóry wilka. Posiadała dwa dodatkowe płaty, po jednej na ramię, ze stalowymi ćwiekami. Może i fryzura jegomościa nie wyglądała naturalnie, ale komuś przebywającemu w takiej grupie nie należało zwracać uwagi… Trzeci z bandziorów nosił przy pasie okazałą szablę schowaną w niestandardową pochwę, co mogło sugerować równie niespotykany kształt głowni tego jednoręcznego brzeszczotu.
Wszyscy niemal natychmiast ruszyli do stolika z Jackiem i Mackiem. Mack zauważył, że odległa brunetka w skórzano-płytowym stroju również, odbijając się wpierw od podpieranej belki przy ladzie. A za chwilę zobaczył, jak z jednego ze stolików wstaje inna dziewczyna, drobna, zakapturzona, z włosami do brody. Dołączyła do brunetki, pytając o coś z pretensją, brunetka powiedziała tamtej coś na ucho. Nie pocieszyło to jej. Obie również zbliżyły się w stronę zamorskich gości.
Wszyscy witali się na wpół przyjaznymi gestami, bez przesadnej czułości, niewskazanej przecież w owym towarzystwie, no może z wyjątkiem dwójki panien. Mężczyźni zasiadali na kanapie pod ścianą w kolejności, licząc od Jacka: ten ze skórą, ten z koszulą, ten z szablą. Dziewczyny zajęły miejsca przy Macku. Za nimi, przy tym prostokątnym stole znalazłoby się miejsce jeszcze dla trzech, może czterech osób.
Zanim ktokolwiek zdążył zacząć główny temat, ten w skórze i z tatuażem, jeszcze siadając, zwrócił się do brunetki w ciekawej zbroi:
- Czemu nie siedziałyście razem?
- Właśnie, Vikki? - zawtórowała kobieta, która z nią przyszła – Przez cały czas nie mogłam dojść, co ty odstawiasz…
- Metalowy – zaczęła Vikki - Widzisz tam, po drugiej stronie, tego łysola przy oknie? Też widzisz, Melli? To Pyrołap. Po tej wiksie na Placu Wolności dziwię się, że jeszcze dycha. I sęk w tym, że to nie jest dobra wiadomość dla mnie i Melli. On mnie zauważył i miałam nadzieję, że sobie pójdzie w międzyczasie, zanim przybędziecie. Melli zasłaniało tamtych trzech grubasów, dopóki się nie ruszyła, gnojek jej nie widział. Lecz nie stało się tak, jak chciałam. Już wie, że obie żyjemy. Pojęcia nie mam, co planuje, znacie go… Cieszę się, że opuścimy lokal razem. Przecież nie pozabijamy się tu w środku!
- A skąd – odezwał się z egoizmem w głosie skórzany, nazwany Metalowym - Skąd ci przyszło do głowy, że będziemy was ubezpieczać? Same wyrwijcie chwasta.
- Ja ci dawszy, psiakrew, chwasta! – wydarł się nagle ten w zielonej koszuli - Ja ci patrzydła przy samej makówie powyrywawszy!!!
- Spokój, Mchu – ramię Mchu przycisnął w dół szermierz z szablą. - To taka przenośnia. Nie znasz jej? Utrapienie z tobą. Poza tym nie powinieneś używać słowa „makówa” w tym znaczeniu, dobrze kojarzę?
- Mordę zamknąwszy.
- Nawzajem, jeśli nie miałeś na myśli własnej czynności…
- Vikki – Metalowy wznowił wątek - Jakbyście odpaliły nam „działkę”, to inna rozmowa… - Metalowy uśmiechnął się obleśnie, a dwójka, z którą przyszedł, lekko się zaśmiała. – A tak, to wiesz. Nie macie co na nas liczyć.
- Nie liczę. Po partyjce pójdziemy tu i tam, czyż nie? To wystarczy. Nawet, jak palcem nie kiwniecie, żeby… Nie śmiej się, Melli. Nawet, jeśli nie kiwniecie… Melli! Opanuj się!
- Pszsz-przepraszam…
- Co za laska z ciebie, Melli. Wstydziłabyś się!
- I to mówi ta, która… A, nieważne.
Tamta trójka ryknęła śmiechem. Śmiali się do rozpuku. Pociekły łzy. Długo trwało, zanim się uspokoili.
- Ludzie, nie po to tu przyszłam…
- Ja też nie – odchrząknął Metalowy.
- Na pewno? – spytał szermierz.
- Na pewno. Dokończ, Vikki.
- Niewiele jest do dokończenia. Wystarczy, że będziemy przy was, a Pyrołap nie powinien się przyczepić. Potem wrócimy do Gildii i tyle.
- Skąd ta pewność, że Pyrołap wam na to pozwoli? My przecież w Gildii nie sypiamy dzisiaj.
- Znowu? No trudno. W ciemię bici nie jesteśmy. Co nie, Melli? Błyskawiczne Siostrzyczki nie dają się posiekać! Nawet, jakby wpadł na pomysł załatwienia nas na ostatnim odcinku, stawimy mu czoła. Może się nawet nie zranimy. Z Pyrołapem to nie wiadomo.
- Ała, potwierdzam… – ten z szablą musiał przypomnieć sobie jakieś zdarzenie z przeszłości.
- Vikki, nie nazywaj nas tak.
- Jak?
- „Błyskawiczne”…
- A ta znowu ma skojarzenia. Dziewczyno, przecież wiesz...
- Przepraszam, wiecie, czemu tu jesteście?!
Wszyscy odwrócili wzrok w stronę Macka. Przy okazji na Jacka również, który tak samo nie odzywał się od początku dyskusji.
- Wiemy.
- No więc…?
- Co „no więc”?
- …
- A?
- No… - Mack się niefortunnie zakrztusił.
- Haha, widzicie, jak się styrał? Mówiłem wam, że mieszczanie to tępe Młoty!
Słowa Metalowego wzbudziły pozytywne i dumne uśmiechy, a nawet okrzyki. Macka zatkało.
- Na pohybel Miastu i jego Baronowi.
- Hę?
To był nowy głos. Cichy, lecz wyraźny, przenikliwy. Należał do zakapturzonego chudzielca, który się pojawił. Nie wiadomo skąd, po prostu pojawił się między Metalowym a Jackiem. Usiadł na tej samej kanapie.
Cisza. Jack i Mack byli wystraszeni, ale reszta wcale nie była zaskoczona.
- O, czołem, Ludwik. Co u ciebie?
- Ciasno jak zawsze.
- To może raczysz zasiąść przy Vikki? Bo ja również cenię sobie przestrzeń, zwłaszcza tą przed moją twarzą.
- Już.
Ludwik przymierzał się do przemieszczenia. Zszokowany Jack był pewien, że zrobi to w jakiś niezwykły, obowiązkowo magiczny sposób. Że jego oczy doświadczą przenikającego przez stół, na wysokości ud, żywego człowieka, i że oczy te będą pamiętać owy widok aż do końca żywota Jacka.
Michał na wpół niezdarnie wdrapał na stół, przeszedł po nim zabłoconymi buciorami, niemal wyprostowany, gdyż musiał uchylić się przed drewnianym żyrandolem ze świeczkami, kojarzącym się z kołem wielkiego wozu. Równie nietuzinkowo zszedł na kobiecą część kanapy, pomagając sobie rękoma. Usiadł nienachalnie przy obojętnej Vikki. Zamieszanie się skończyło.
- Nareszcie w komplecie – powiedziała Melli - Już zaczynałam się niepokoić, gdzie mógł się podziać owy szósty wyznaczony.
Ludwik uchodził za człowieka o nietypowej twarzy i jeszcze bardziej nietypowym jej wyrazie oraz spojrzeniu. A już najdziwniejsze były jego zachowania i charakter. Mieszczanie byli na dobrej drodze do zapoznania się z tą wiedzą. Siedzieli zmieszani.
Metalowy wznowił rozmowę z nimi:
- Nie wziąłbym czegoś tak żałosnego, jak iście turystyczna pomoc obcokrajowcom w ogarnięciu Czarnorzecza, gdyby nie osobiste zapewnienie Pana Podziemi, że jeśli się sprzeciwię, jego szczur poda mi moje własne jajka do zjedzenia. Szczur. Wiecie, co to znaczy?
- Wyjaśnij – odparł spokojny Mack.
- Tak się tu określa członków Gildii. W tym przypadku miałem na myśli goryla za plecami Dorkasa, gdy gawędziłem w jego biurze. Szczury i goryle, goryle i szczury. Uczcie się, uczcie, Młotki. Albo zardzewiejecie ze strachu. Tudzież Mech was zje. Nie żartuję.
- Dobra dobra – nie uwierzył Jack. – Wiecie, gdzie jest Garrett?
- Ha! Zanim wam pomożemy… Cholera, co to za słowo. WESPRZEMY was, jeśli wygracie.
- Co wygramy?
- Sztuka, wyciągaj – powiedział do szermierza. – Vikki, masz swoją talię?
- Co wy, do łachera? Karty?! – zdziwił się Mack.
- A jakże! Na dobry początek coś, w co wtajemniczamy każdego tępego Młota. Czas na… „poznaniaka”! Hejaaaaa! Tej, dziewko! Sylwia, do ciebie mówię, złotko! Sześć… osiem antałków pitnego, migiem! W podskokach łacheruj, ha ha! Dalej, wiara, załatwimy mieszczan samą przystawką!
Słychać było, z perspektywy człowieka siedzącego przy ladzie, jak Jack awanturuje się, że nie taka była umowa, że nie takie panują zasady, choć zasad właściwie i tak nie zna. Metalowy miał kolejne powody, aby nabijać się z cudzoziemców, a powody te zaczął również wykorzystywać poganin zwany Mchem. Za chwilę Mech dorzucił kolejny warunek, że rzezimieszki pomogą… wesprą Macka i Jacka, jeśli ci nie padną przed skończeniem ich kolejek miodu pitnego. Mech był zaprawionym w piciu Poganinem, nie należącym już bezpośrednio do Bractwa Winorośli, ale dalej będący szczerym wyznawcą Szachraja. Czy sam zrezygnował, czy też może został wyrzucony za chlanie na umór bądź wulgarne słownictwo, nie było wiadomo. Wszystkie trzy opcje wydawały się być równie mało prawdopodobne, tym bardziej, jeśli miało się na uwadze wesołkowaty charakter pogańskiej kultury…
Owy człowiek przy ladzie, siedzący tu od początku przebywania mieszczan w gospodzie, cały czas myślał o niczym. Nie zwracał na nic uwagi, co najwyżej, wchodząc tutaj, mógł ocenić proporcje ludności w dzisiejszą noc. Że byli tu arystokraci z rzezimieszkami, niewiasty z wdowami… Od kiedy jednak zamówił czerwone słodkie wino, wszystko przestało go obchodzić. Nie, nie tonął w alkoholowej otchłani, nie dawał się nieść złudnym falom, sugerującym swoim zdradzieckim szumem, że pod nimi, głęboko, odnaleźć można szukaną od lat prawdę. Nie. Nigdy tak o nich nie myślał, nawet nie rozumiał wszystkich tych napotkanych w życiu pijaków, którzy jednomyślnie głosili tą oraz wiele innych bzdur. Ten człowiek nawet nie miał konkretnego powodu, by pić teraz cokolwiek.
W ogóle nie miał żadnego powodu, aby czynić cokolwiek.
„Mój umysł buntuje się w tej stagnacji”, pomyślał. Pomyślał też, że jedyną rzeczą, jaką się dzisiaj dowiedział, jest to, że w Blackbrook, zwanym przez miejscowych Czarnorzeczem, również znają i używają słowa „łacher”.
Nie byłaby to, oczywiście, żadna rewelacja, gdyby człowiek ten nie był mieszczaninem.
Skończył wino, zostawił na ladzie dwie złote monety, zeskoczył z krzesła w lewo. Artystycznie falująca przy tym peleryna zapewne zwracałaby uwagę, gdyby komukolwiek z tu obecnych przyszło do głowy, żeby teraz patrzeć w stronę jej właściciela. Nieznajomy udał się na wprost, by następnie podążyć schodami na górę w prawo, zaczynającymi się tuż przy wejściu do gospody. Wyjął klucz.
Poszedł korytarzem na pierwszym piętrze, gdzie mieściły się drzwi pokoi do wynajęcia. Gdy ten się skończył, mężczyzna - bo człowiek ten był mężczyzną - przymierzył się do otwarcia ostatnich drzwi po lewej. Oświetlenie pochodni ułatwiło tą czynność, choć dla przeciętnego mieszkańca Blackbrook czy Miasta owa pomoc byłaby wielce nieoceniona, żeby nie powiedzieć: konieczna.
Wszedł do środka, zamknął drzwi. Pokój był duży, kwadratowy, pusty w dużej mierze, biedny. Z pewnością również brudny, choć nie wszędzie i nie skrajnie. Ściana naprzeciwko dysponowała oknem w lewej części oraz regałem nielicznych książek, mniej więcej pośrodku. Prawa ściana miała dwa okna. Natomiast w narożniku tych murów czekały na mężczyznę dwie koje z pogańskich skór.
„Pierwsza klasa”, zakpił w myślach. Stać było go na lepsze warunki bytu, niestety, gdy tu przybył, nie znał miasta, a U Lecha było pierwszą lokacją udzielającą schronienia przed niebezpieczeństwami nocy. A może raczej dnia, pamiętając, o której tu dotarł.
Zdjął i rzucił w kąt pelerynę, ruszył do koi. Co ciekawe, jedna była zajęta. Przez kogo? Postać owinęła się szczelnie pod szyją, utrudniając odgadnięcie wieku czy płci, a nawet wzrostu. Mężczyzna spodziewał się zastać tutaj tą osobę.
Podchodząc do swojego legowiska i kładąc się na nim, nawet jej nie dotknął. Uprzednio jednak spojrzał na postać, próbując dostrzec twarz. Lepiej, by trudno rozpoznawalny kształt nie okazał się sprytnym skrytobójcą. Za wystarczającą informację posłużył mu tylko widok znajomych włosów.
W końcu się położył i przykrył, odwracając tyłem do drzwi i sąsiedniej koi. Nie gapił się w belkę naprzeciw twarzy. Miał oczy otwarte i wzrok ukierunkowany na drewno, jednak postrzeganie miał kompletnie gdzie indziej. Nie było to konkretne miejsce. Postrzeganie, przerzuciwszy się z oczu do ośrodków myślowych, kombinowało nad rozwiązaniem aktualnych problemów. Nie miało to znaczenia. Nie przy tak niskim skupieniu, myśleniu dla samego myślenia, byleby zastanawiać się nad wszystkim i nad niczym. Wysilić umysł jedynie po to, by obecny odpoczynek miał jakikolwiek sens.
Ze wszystkiego i niczego wyłoniły się wspomnienia. Sporadyczne i bardzo niedawne. Efektywne, energiczne, straszne i ciepłe. A nawet te najrzadsze.
Wzruszające.

***

Koń myślał.

„Cześć, wędrowcze, jestem Strzałka. Ponieważ jestem kara, ktoś, kto mnie dosiada, z pewnością ma niecne zamiary. O szczegóły proszę zapytać mojego aktualnego pana…”
Ej, no przecież się tak nie przedstawię! Co z tego, że mój jeździec zabrał mnie na nocną przejażdżkę. I tak nie sypiam za dobrze ostatnio, więc co za różnica? Ja nigdy nie robię problemów. Jestem spokojna. Nie to, co moje gniade i siwe koleżanki. W ogóle dziwię się, że trzymają mnie w boksie tuż koło nich. Ja się do niczego nie nadaję… W każdym razie nie do tego, do czego zmusza mnie ten tłusty grubas.
Ten jest leciutki. Spokojnie mnie wyprowadził, moje szczęście, że jeszcze nie spałam. Nie lubię, kiedy ktoś mnie budzi. Bardzo nie lubię. Gdybym tylko mogła, każdego budzącego kopnęłabym obunóż w twarz! Problem jest niezmienny: wyjście z boksu mam zawsze z przodu…
Nieznajomy był niezwykle uprzejmy. Taki delikatny… Może nawet się mnie bał? Choć to i tak ja powinnam się bać; jego chore oko nie zachęciło mnie do współpracy. Mimo wszystko obdarzył mnie głębokim szacunkiem. Nie wiem, dokąd mnie prowadzi tymi wodzami, ale nie spieszy mu się. Nawet nie muszę kłusować. Zawsze, gdy jadę z tym grubasem, muszę gnać jak szalona. Nie dość, że każe galopować jakieś trzydzieści tysięcy kroków, to jeszcze uderza mnie tym głupim dzyndzlem po tyłku, obojętnie, jakie robię postępy…
I słyszę wtedy, jak sąsiednie koleżanki się ze mnie śmieją…
Ten jest inny. Szanuje mnie. Może i prowadzi mnie w nieznane w środku nocy, ale to i tak lepsze od wszystkiego, co dotychczas przeżyłam. Naprawdę. Gdyby nie ten niepokój, gdyby nie tajemnicza tożsamość nieznajomego, myślę, że byłabym cała szczęśliwa.
On właśnie dał mi nadzieję. Zgodziłam się. Będę mu posłuszna. Do czasu, aż nie każe mi zrobić czegoś, co uznam za nieludzkie czy bestialskie.
Noc potrafi być taka piękna.



Karej klaczy z białym wzorem na pysku, określanym przez hodowców jako „strzałka”, Garrett nadał imię… Strzałka.
„Że też dałem się w to wszystko wrobić… Ale hej! Miasto stąd wydaje się być jeszcze łatwiejsze do zniesienia!”
Tallo poinstruował go, jakiego konia powinien sobie wybrać. Zaszła w głowie złodzieja obawa, czy aby ów biały znak nie będzie za bardzo rzucać się w oczy. Innych karych klaczy jednak nie znalazł, a ogiery nie były dobrą alternatywą. Samiec, nawet wykastrowany, nie powinien być taki potulny. Nawet, gdyby pozwolił złodziejowi wyprowadzić się ze stadniny, początkowo narobiłby hałasu. A strzałka Strzałki nie okazała się tak jasna, jak złodziej z początku podejrzewał.
Noc urzekała swoją odmiennością. Oświetlała gościniec i okoliczne równiny niezliczonymi plamkami gwiazd, zupełnie inną ich ilością niż oferowało powietrze przemysłowego Miasta. Wschodnia równina rozciągała się po horyzont, zachodnia kończyła się nieopodal, na Oceanie. Pojęcie horyzontu było jednak mylne w tej chwili, jako że trwała noc. Trawiaste pole na wschodzie w rzeczywistości przeistaczało się w bujny, mieszany las, w którym plemiona pogańskie znalazły upodobanie, pożywienie i schronienie. Świeże i ciepłe powietrze późnego lata, wraz ze sporadycznym wiatrem relaksowało, ale też niosło pewien niepokój.
Kara klacz wiozła Garretta w nieznane, również dla niego samego. Cały świat, znany mu jedynie z rozmów i tekstów, odgrodzony nierównym kordonem miejskich murów oraz ewentualnych okolic, musiał zacząć poznawać od początku. Był niemal jak pusta karta.

***

Świat nie okazał się taki pusty, jak myślał. Największą z miejscowości okazał się, i to już na samym początku, Słoneczny Port. Choć było to niewielkie miasteczko, już dawno doczekało się własnej katedry Młotodzierżców. Poza tym słynęło z tego, że słonecznym było tylko z nazwy, zwłaszcza jesienią i zimą.
W drodze na południe natykał się na wioski zamieszkane i spalone. Przejeżdżał przez nie, starając się nie pokazywać twarzy. Mijał ciała nieszczęsnych mieszkańców, również tych żywych. Określenie ich „zmartwionymi” byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Legendarna wręcz arogancja surowo zabraniała mu dzielenia się czymkolwiek. Na szczęście kupił zapas żywności na dwanaście dni, dzięki czemu nie musiał okradać już i tak zubożałych wieśniaków.
Szybko zauważył pewien schemat. Wszędzie tam, gdzie osady zostały zniszczone, były ślady wojny w postaci poległych wojowników. Jak opowiadali miejscowi, Poganie z Czarnorzecza rzadko kiedy walczą otwarcie z piechotą i rycerstwem Barona Breslinga. Zdecydowana większość starć, przynajmniej w tym rejonie, opierała się na zasadzkach na posiłki i tabory, przygotowywanych przez leśnych partyzantów. Atakujące z zaskoczenia komanda nie były liczne, toteż szybko wycofywały się z powrotem, nie osiągając dużych strat. Wojna szarpana okazała się bezkonkurencyjna w walce z powolnym, pancernym rycerstwem. Wywierała też demoralizujący dualistycznie wpływ, z jednej strony powodując zmęczenie psychiczne, strach i zniechęcenie, z drugiej zaś rodząc chęć zemsty i narastającą, bezsensowną nienawiść.
Garrett jeszcze przed wyjazdem zaopatrzył się w kilka niezbędnych rzeczy. W pękate zawiniątko zapakował żywność, wiózł z tyłu siodła. Miał tam również kilka buteleczek z wodą. Marla bardzo chciała dołożyć od siebie jakąś obcą, pochodzącą z przemytu miksturę. Garrett odmówił.
Oprócz tego nosił między innymi nowy rodzaj worka na łupy. Przymocowany został do pasa przewieszonego ukośnie przez tułów, tak, że ujście czarnego worka wystawało zza pleców, ponad jego lewym barkiem. Regulowany ściągacz z przodu zabezpieczał schowaną wewnątrz zawartość. Ów ściągacz zwisał na piersi złodzieja, dzięki czemu obie ręce miały do niego dostęp. Nowy nabytek sprawiał na początku nieco problemów technicznych. Nie w samym działaniu, które było obiecujące, ale w relacji z noszonym łukiem i kołczanem. Broń musiała teraz wystawać między otworem worka a kapturem Garretta. Sposób zdejmowania i zakładania łuku nie zmieniły się istotnie, choć było nieco ciaśniej niż kiedyś. Złodziej bardziej obawiał się o cięciwę łuku, której napięcie na jego torsie stało się zależne od objętości worka. Nie znał się i ciężko było mu ocenić, czy powinien uznać to za istotny problem. Profesjonalny strzelec prawdopodobnie bardziej dbałby o sprzęt, któremu poświęcał swoje życie.
Torba została mu sprezentowana przez Marlę, która uszyła ją na prośbę Tallo. On chciał jakoś zachęć złodzieja do wyjazdu, ona, przy okazji, ofiarować prezent pożegnalny.

***

Sen na przydrożnej trawie okazał się raczej trudny do zrealizowania. Słoneczna pogoda oraz ćwierkająca, chrobocząca, skrzecząca i obłażąca go przyroda nie były niczym przyjemnym. Prosty koc, trzymany wcześniej wewnątrz worka (wraz z posiadanymi pieniędzmi i częścią jedzenia), nie stanowił dostatecznej ochrony przed wścibskim i wszędobylskim robactwem.
„Szlag, no! A masz!! Do łachera, nigdy do tego nie przywyknę!”
Specyficzna podróż, polegająca na zamianie nocy na dzień, nie wymagała rozpalania ognisk w miejscach spoczynku. Podróżowanie, gdy ciemno i spanie, gdy jasno odbijało się na kondycji Strzałki. Ta jednak była posłuszna. Garrett nie wymagał od niej pośpiechu, a przede wszystkim była wdzięczna za uwolnienie z wymagającej zbyt dużo stadniny. Wręcz fascynowały ją nowe, oryginalne warunki.
W ten sposób minął im prawie tydzień.

***

Gdzieś przed północą dotarli do fortu. Nie zbliżyli się. Polowy, drewniany, mieszczański fort, będący bezpieczną ostoją dla przybywającego wsparcia i zaopatrzenia. Droga prowadziła do zamkniętej na noc bramy, umiejscowionej w ostro zakończonej, blankowanej palisadzie wraz z dwoma wieżami. Trójkondygnacyjne wieżyczki stały również w narożnikach. Umocnienia były dobrze oświetlone płomieniami pochodni.
Garrett dostrzegł pomarańczowo-czerwoną łunę na dalekim niebie. Początkowo sądził, iż to światło fortu, jednak zajmowało ono zbyt dużą powierzchnię nieboskłonu. W dodatku z całego południa dobiegały dziwne szmery. Jakieś nieokreślone, rozmazane, sporadyczne pogłosy, nie mogące się w pełni przecisnąć przez barierę odległości.
„Wygląda na to, że pierwsza część podróży dobiegła końca. To dobry moment.”
Zszedł z konia. Pozostałe mu jedzenie przełożył do worka na łupy, sakiewek i kieszeni.
- To już koniec mordęgi, Strzałka - mówił do zmęczonych końskich oczu - Bywaj.
I odszedł. Po prostu. Odszedł w stronę lasu, na wschód.
Koń stał na drodze. Opuszczony. Pomyślał:

Hmm? Chwileczkę!
No, dobrze...
„Dziękujemy za wybranie naszego siodła. Życzymy spokojnego pobytu w... no... lesie.”
Dlaczego tam? Dokąd idziesz, nieznajomy? Dlaczego beze mnie?


Klacz przez moment nie wiedziała, co z sobą zrobić. Była na środku drogi pośrodku nocy. Sama. Po jakimś czasie postanowiła podreptać za swoim jeźdźcem.
Garrett doszedł do linii drzew. Zanim to zrobił, musiał przejść skrajem pięćdziesięciometrowego pola między fortem a lasem, na prawo od niego. Stały tu pojedyncze i gęste, ukośnie postawione, naostrzone pale oraz inne przeszkody. Mistrz złodziei najchętniej przeszedłby je na wskroś, ale obawiał się wilczych dołów, o których słyszał od pobliskiej ludności. Od jakiegoś czasu czuł też, że świeży zapach traw i liści został zastąpiony przez smród niepalonej jeszcze smoły...
Wszedł w bór. Warstwa chrustu zachrzęściła i stopniowo zaczęła narastać. Patrzył dokładnie. Szukał czegoś. W mroku zauważył jakieś drobne, czerwone, nisko zawieszone światło. Sięgnął pod wiązanie peleryny, za kołnierz. Znalazł amulet i wystawił go spod ubrania.
Według tego, co mówił mu Opiekun, naszyjnik działa w oparciu o magię bierną. Nie trzeba więc się na niczym skupiać ani skandować zaklęcia, wystarczy trzymać w ręce, przed sobą. Jednocześnie przestrzegł przed jednym faktem: amulet nie reagował na czary niskiego poziomu. W żaden sposób nie chronił przed prostymi kulami magicznej mocy wystrzeliwanymi z rąk czy różdżek szamanów. Mógł za to stanowić osłonę przed silniejszymi iluzjami czy barierami. Nadawał się więc idealnie do oczyszczenia drogi w głąb lasu.
Szedł po liściach w kierunku kwiatu.
Coś dziwnego.
Mimo osłony, wyczuwał czyjąś nieproszoną obecność.
Co to?

Słuchaj! Ja mówię oczyma! – powiedziała Ignorancja.
SŁUCHAJ! MÓWIĘ BICIEM SERCA! – powiedział Strach.

Narzędzia, źródła, prekursorzy i rodzice Wieku Ciemności kusiły go.
Ignorancja i Strach przemawiały, a on słuchał mimowolnie ich szeptów.
Amulet Magnolii dawał mu wsparcie, lecz to on musiał zdecydować, dokąd chce pójść.

Czego chcesz, czego pragniesz?

„Chcę, do cholery, dotknąć tego zielska.”
Amuletem dotknął jaśniejącego goździka.
Ten wydał urocze, śmieszne pyknięcie i powoli zgasł. Czar całkowicie ustał, Garrett czuł, że jego ciało i dusza stały się zupełnie spokojne. Odzyskał powolny rytm serca i oddechu. Zadowolony, ruszył na południowy wschód, w głąb leśnej czerni.
A Strzałka zbliżyła się do boru. Gdy jednak uczyniła kilka kroków między korami, nagle zarżała, stanęła na tylnych kopytach i natychmiast uciekła spomiędzy drzew. Szachraj, entuzjasta zwierząt wszelakich, chyba nie chciał wpuścić do siebie baronowej kawalerii. Klacz uspokoiła się, stojąc na polu. Pokręciła się, pomyślała, potrząsnęła łbem kilka razy, zamachała czarnym ogonem.
W końcu postanowiła, że podejdzie do drzwi bramy fortu. I zapuka czołem. Chciała zobaczyć, jak bardzo zdziwioną minę zrobi garnizonowy strażnik.

***

Ciemność. Pewien nieokreślony dystans od złodzieja, może trzysta, może czterysta metrów, dzielił go od pary wysokich buków, wznoszących się ponad stosunkowo szeroką, śródleśną ścieżyną. Rosły po obu jej stronach, podobnie zresztą, jak inne drzewa. Te buki były jednak z pewnego względu wyjątkowe. Na ich potężnych konarach, wystających spod samych koron, siedziały jakieś dwie postacie, po jednej na drzewo. Siedziały skulone, będąc oparte o pnie. Nie dawały znaków życia. Nie tylko dlatego, iż się nie poruszały ani nie wydawały żadnych dźwięków, ale również dlatego, że były perfekcyjnie zamaskowane. Noc potęgowała ów efekt. Przestrzeń rozpościerająca się między gałęziami, a wisząca nad ścieżką miała szerokość dziewięciu-dziesięciu metrów.
- Mistrzu! Wyczuwawszy?
Druga z postaci drgnęła. Niechętnie otworzyła powieki, po chwili przetłumaczyła sobie sygnał, który dotarł do jej sennych uszu. Wybudzanie się zajęło kilka sekund.
- Wyczuwawszy. – odpowiedziała męskim głosem postać.
- Co to może bywszy? – zapytała pierwsza z tajemniczych osób, również mężczyzna, wyraźnie młodszy. Cichy ton wystarczał im do porozumiewania się w leśnej ciszy.
- Nie miawszy pojęcia. Z pewnością nic… naturalnego.
- Powinniwszy zakłócenie sprawdziwszy, prawda to? – pierwszy Poganin energicznie stanął na swoim konarze.
- Nie tyle powinniwszy… co musiwszy.
Drugi Poganin również wstał, jednak wyraźnie dłużej. Obaj mieli na sobie lniane, ciemnobrązowe płaszcze z niezwykle szerokimi kapturami. Barwa, jak również nietypowa faktura ubrań łudząco przypominała powierzchnię drzewnej kory. Rękawy, niewypełnione kończynami, opadały swobodnie wzdłuż ciał, pod pewnymi kątami były niemal niedostrzegalne. Nosili przewieszone przez plecy ogromne, ponaddwumetrowe, cisowe łuki, również barwione na brąz. Teraz mężczyźni nie siedzieli już w mylących oczy, skrytych pozach, a stali wyprostowani. Sprawiło to, że widoczne stały się wystające z wewnętrznych części rękawów i kapturów zielone liście. Ich twarze zakamuflowano pod nieregularnymi, zielonymi i brązowymi pasmami, będącymi zapewne roślinnymi barwnikami i materiałem ze ściółki leśnej.
- Schodziwszy na dół? – zapytał młodszy z głosów.
- Nie, płaszcza nie odwracawszy – odparł drugi – Skakawszy po gałęziach, niby wiewiórki.
- Zachód-południowy zachód, prawda to?
- Tak. Wykonawszy – rozkazał.
Dosyć zręcznie włożyli ręce w rękawy płaszczy. Skoczyli obaj, w jednym kierunku, na gałęzie sąsiednich drzew. Dalekimi, nadnaturalnymi susami przemieszczali się tuż pod liśćmi koron.

***

„Nie mógłbym wziąć jej ze sobą. Nawet JA nie nauczyłbym jej skradania się. Widział ktoś kiedyś konia z pochylonym pyskiem, powoli stąpającego na ugiętych pęcinach? Dajcie spokój...”
Po kilkunastu minutach złodziej doszedł do urokliwego miejsca, w którym rosły najokazalsze drzewa, jakie kiedykolwiek widział. Nie przypuszczał, że roślina może osiągnąć aż kilkanaście metrów średnicy. Pomimo że ich korony całkowicie zakryły niebo, było tu dosyć jasno. Turkusowe światło zapewniały unoszące się wszędzie świetliki, fluorescencyjne grzybki oraz jasna mgła. Złodziej zorientował się, że stoi wśród starożytnych ruin. Niechętna wobec nich przyroda od wieków usiłowała schować runiczne bloki skalne pod ziemią, zapomnieć o nich, lecz one zawsze opierały się pokrywom mchu, girlandom bluszczu i korzeniom potężnych drzew, które spływały po kamienistej powierzchni jak nabrzmiałe, zielone potoki. Zapomniane konstrukcje zasymilowały się z upstrzonymi po kątach kwiecistymi pędami i delikatnym futerkiem miękkiej trawy. Szorstka, zielonkawa kora stanowiła o wieku magicznych sekwoi i dębów, a niektóre z ich potężnych konarów już dawno połączyły się ze sobą w sposób niespotykany i wyszukany, tworząc drewniane pomosty. Zwisające liany prawdopodobnie również mogły posłużyć do przemieszczania się między platformami, przyległymi do pni na różnych wysokościach. Owe tarasy były w pełni naturalne, stanowiły je przyległe do kory, nieprawdopodobnej wielkości huby i boczniaki. Olbrzymie kapelusze podtrzymywane były przez trzony, pokryte dookoła szeregiem blaszek. Przez pnie przechodziły nieraz naturalne korytarze, przedłużające gałęziowe słupy-mosty między drzewami. Mieszanka leśnych aromatów, podobnie jak otoczenie, była jak nie z tego świata.
Stojący oraz siedzący tu i ówdzie kultyści, zamyśleni i beztroscy, czerpali mimowolnie moc tego miejsca. Złodziej musiał się ich wystrzegać, mimo niemal bezgłośnego podkładu pod stopami, umiarkowanej widoczności i milionowi podłużnych listków wysokiej nieraz do pasa trawy. Powolne świetliki zdawały się pędzić w tej statycznej, opuszczonej przez czas atmosferze.
Nieco dalej, tuż przy kolejnych rzędach ruin, zobaczył ogniska i skupione wokół nich rodziny pogańskie. Rodzice i potomstwo spali spokojnie, leżąc pod gołym niebem, wśród opadłego listowia. Najmłodsze dzieci ubrane zostały w urocze, prawdopodobnie skórzane pieluszki, choć Garrett nie mógł tego wiedzieć, gdyż maluchy troskliwie przykryto futrzanymi kołderkami.

***

- Dziwne to! Teraz wszystko działawszy.
Rzeczywiście. Zaklęty, świecący, pasiasty kwiat goździku nadal wydzielał tą samą woń, światło oraz magiczną energię. Odziani w płaszcze łowcy przypatrywali się mu ze znacznej, bezpiecznej odległości. Stali na ziemi.
- Chyba byczo. Wszystko kwitnie i w porząsiu.
- Nie – zaprzeczył starszy łowca - Ktoś przejść musiawszy, Amulet Magnolii stosowawszy.
- Ojej! Szamani nie powinni tutaj dzisiaj bywszy.
- To nie szamani – stwierdził z niechęcią starszy, po czym zaakcentował nienawistnie kolejne słowo: – Miasto wyczuwawszy.
Zaczął oglądać ziemię pod stopami. Młodszy lekko się pochylił, począł krążyć w jedną i drugą stronę, nawąchując.
- I ja też! Na południowy wschód się kierowawszy!
- Zgadzawszy się. Odciski w liściach na to wskazywawszy również.
- Nie zwlekawszy, mistrzu.
- Tak.
Zdecydowali się na tropienie intruza z poziomu ziemi, dlatego też zdjęli łuki i rozebrali się z płaszczy. Wywrócili każdy element tych ostatnich na drugą stronę, również kaptury. Teraz ich ubrania przykryte były szykownie wszytymi warstwami liści. Dodatkowo posiadały powtykane krótkie gałązki, były delikatnie wybrudzone ziemią, a nawet żyły na nich niegroźne, oswojone żyjątka: mrówki, biedronki i żuki. Gdyby łowcy się położyli, zlaliby się całkowicie z runem leśnym. Również zapachowo.
Dobyli łuków. Delikatnie szeleszcząc liśćmi, poszli szybko na południowy wschód. Najchętniej pobiegliby sprintem, jednak zapach i ślady mieszczanina mogły zostać wtedy łatwo zgubione. Łowcy znali się na swym fachu.

***

Hej, na wzgórze, na to wzgórze, nocel mała, kopiel moja!
Tam dziewczęta się schodziły, nocel mała…


- Sławomir! „Schodziwszy”!
- A tak, tak. Znowu. Dziękowawszy!

Sobie ogień nałożywszy, nocel mała, kopiel moja!
Bo dziś słońce święto miewawszy, nocel mała, kopiel moja!


- E! Sławomir, to ci się nie rymowawszy!
- Jak nie, jak tak? Rymy bycze bywszy przecież!
- Tak, lecz sylab za dużo bywszy! „Miewawszy” za długawe!
- „Bo dziś słońce świę…” Aj aj, racja, racja!
- Na „miawszy” zmieniwszy!
- Tak, tak! Dziękowawszy, Rysiu!
- Koko-spoko.

Hej, na wzgórze, na to wzgórze, nocel mała, kopiel moja!
Tam dziewczęta się schodziwszy, nocel mała, kopiel moja!
Sobie ogień nałożywszy, nocel mała, kopiel moja!
Bo dziś słońce święto miawszy, nocel mała, kopiel moja!!!



Wokół wielkiego ogniska rozległ się wiwat i oklaski. Dziwnie wyglądający Poganin, zwany Sławomirem, dziękował publiczności uśmiechem. Był nieogolony, miał proste i tłuste, jasne włosy opadające do ramion i prymitywny, szary ubiór przypominający tunikę. Oraz głupkowate spojrzenie. Za moment powtórzył rytm na swojej kobzie, a inni trubadurzy z łatwością go podchwycili, grając na dudach, piszczałkach, bębnach, dwóch fletach i jednym rogu. Pozostali Poganie z mozaikowej gromady dołączyli się do śpiewu, klaskali, a niektórzy zaczęli tańczyć, również w parach.
„Dziwny jest ten jeden. Jakiś nowy? Skąd on się urwał?”
Garrett odniósł też wrażenie, jakby część bardów już gdzieś widział… W obecnych, dziwacznych nawet jak na Pogan strojach mógł jedynie rozpoznać znajomo wyglądające pary oczu, lecz i tak nie dawały mu one dostatecznej odpowiedzi.

Dotarł do obszaru, gdzie smugi księżycowego światła mogły przebić się pod zielony dach i mienić się pod liśćmi klonów. Tutejsi Poganie też nie spali, siedzieli wokół dwóch ognisk wśród okalającego ich okręgu skalistych menhirów. Rozmawiali, pili i śmiali się.
To byli berserkowie. Kiedy Garrett spotkał ich po raz pierwszy na Moście Centralnym w Mieście, wątpił, by byli ludźmi. A teraz widział, że są to swoje chłopy. Zachowywali się jak najpospolitsi barbarzyńcy, pili na umór i nie szanowali ciszy nocnej. Chyba nawet żartowali sobie z jakiegoś tajemnego obrzędu, powtarzając: „UMBABARAUMA, HOMEN GOL!” i zaraz potem wybuchając śmiechem. Poza nieznajomością etykiety, jedynym wskazującym na nienormalność elementem mogły być czerwone tatuaże, pokrywające często całe ciało gęstymi paskami i potrójnymi spiralami. Włosy nosili różnej długości, a jeśli były krótkie, formowano je jakąś kleistą, kwiatową mazią na kształt krwistych kolców. Część mężczyzn miała na sobie jedynie pogańskie, zielone przepasanie na kształt spódnicy, jakby ucięto całą górną część jakiejś tuniki. Inni dodatkowo nosili peleryny z kapturami, same kaptury albo odzienie ze skór wilków i niedźwiedzi. Topory, nabijane maczugi, włócznie i cepy bojowe wojowników stały bezpiecznie, oparte o oznaczone pojedynczymi runami i zawijasami menhiry. Nie zmieniało to jednak faktu, iż dalekie ptaki co chwila wybudzały się i ulatywały z drzew. Nie było szans, by w pobliżu menhirów doszukać się gniazd na gałęziach. Podobnie jak w miejscu, gdzie nowy Poganin asymilował się z grajkami i tancerzami.
„Hm! Ciekawostka. Oni tak zawsze wśród swoich? Lepiej nie będę ich drażnił…”

***

- Może oni go widziawszy?
- Szczerze wątpiwszy. Czy oni wyglądawszy na zaniepokojonych…?
Zza dwóch świerków obserwowali grupę roześmianych trubadurów. Łowcy nie ukrywali się przed muzykantami i wesołą publiką, lecz z natury starali się być mało widoczni. Nawet wśród swoich.
- Ten nowy to Sławomir – młodszy mówił do mistrza – Jeszcze nowego imienia nie miawszy, lecz wszyscy za Owsem optowawszy. Od niedawna u nas biesiadowawszy, a już wielkie uznanie zyskawszy. Skąd on tak piękne pieśni znawszy?
Starszy nie odpowiedział.
- Akancie – rzekł do młodszego – Rusz migiem na południe, co by wszystkich łowców, co napotkasz, ostrzegłszy! Powiedziawszy im, żem ja cię przysyławszy. Niech wszędzie szukawszy! Wszystkie drzewa, wszystkie krzewy, wszystki bór! Jeśli na głupoluda się natknąwszy… do jeżozwierza go upodobniwszy! Zapamiętawszy?
- Tak jest! – Akant ścisnął mocniej trzymany łuk – Mistrzu, czy innych też ostrzegawszy?
- Nie – zabronił mistrz – Ja paniki wzbudzawszy nie chciawszy. Nie w tę noc.
Akant natychmiast zrozumiał.
- Tak jest. Z kopyta wyruszawszy!
Rozdzielili się. Mistrz wiedział, że w razie czego podkomendni łatwo go znajdą.

***

Las był zjawiskiem wyjątkowo tajemniczym dla miejskiego złodzieja, ale też bardzo odświeżającym.
Aby dostać się na następną polanę, musiał przekroczyć coś na kształt… leśnej przystani. Z niewiadomych względów drobny strumyk, po dwóch kilometrach przeistaczał się w niewielką zatokę, a później w leśną rzekę. W zatoczce Poganie dobudowali drewniane tarasy, kładki i zawiłe mola. Mieszkali w oświetlonych i ocieplonych ogniem dziuplach równie wielkich jak wcześniej drzew. Złodziejski mistrz pokonał rzekę, ostrożnie płynąc wpław i ukrywając się przed nielicznymi przechodniami, korzystającymi z molo. Przy brzegu musiał się pospieszyć, gdyż usłyszał, jak jakieś duże wodne zwierzę goni go.
Będąc już na polanie, bardzo mocno się zdziwił. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż jest to… stajnia burricków. Polana graniczyła ze skalnym wzgórzem, gdzie znajdowało się wejście do bardzo starej kopalni. Być może kultyści zrobili z niej wylęgarnię… W każdym razie przy bramie stała nieco dostosowana do postury burricków, imponująca stajnia. Jeszcze dalej na południe złodziej dostrzegł drogę biegnącą na kolejną, ogromną, pustą polanę. Było tam dość miejsca, by trenować dwunożne stworzenia, ćwiczyć musztrę i szarżowanie.
Garrett nie mógł oprzeć się pokusie, by zakraść się i zajrzeć do pobliskiej zbrojowni.
„O bogowie! Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Siodła. Potniki. Ogłowie. Strzemiona. Wodze. Włócznie. Łuki. Nawet osłony pyska. I nawet... kropierze...
Jak widać, nawet u Pogan świat idzie do przodu.”
Zabrał te z drobnych elementów oporządzenia jeździeckiego, które były pozłacane lub szczególnie ozdobione. Wyszedł i usłyszał coś zza narożnika. Wychylił się.
Burrick patrzył na niego, pytająco podnosząc się na tylnych łapach w swoim boksie. Nie był agresywny. Za to bardzo młody.
„Ale milusi, pójdę go pogłaskać! Albo lepiej nie.”

Kolejna z polan przedstawiała ciekawe widowisko. W półokręgu stało spokojnie sześciu mężczyzn, a naprzeciw nich siedziało ze trzydzieści kobiet w każdym wieku. Nagle pierwszy Poganin z lewej zawył, zaczął się szarpać, jakby walczył z samym sobą. Garrett kucnął za pniem jesionu i był gotowy na niespodzianki. Ku jego zdziwieniu wszyscy zachowywali się absolutnie normalnie, z jednym wyjątkiem. Poganin odchylał się nerwowo we wszystkich kierunkach i klękał pod nieznanym ciężarem. Wrzeszczał, z czasem coraz mniej naturalnie, jakby z pogłosem. Jego ciało poczęło się zmieniać, nabierało wzrostu, muskulatury, ciemnej barwy… a nawet sierści. Gdy strasznie wyglądająca likantropia się skończyła, mężczyzna stał się istnym połączeniem wilka i człowieka. Oczy zaświeciły mu na czerwono.
Ze strony gromady pogańskich kobiet wzniosły się komicznie wyglądające okrzyki podziwu i dziewczęce piski.
Drugi z mężczyzn rozpoczął przemianę. Gwałtowne efekty uboczne były takie same i trwały równie długo, efekt końcowy był jednak inny. Niedźwiedziołak okazał się być jeszcze wyższy, szerszy w barach i z wyraźniejszymi mięśniami brzucha. Poganki stały się jeszcze głośniejsze.
„Matko moja, co to za zoofilia?! One tak serio, czy tylko udają?!
Ci też nie lepsi. Pozerzy jedni. Nawet żal komentować.”
Garrett zobaczył następnie metamorfozy kotołaka, tygrysołaka i jeżołaka. Tygrys pod każdym względem przebijał kota, przynajmniej w opinii publiczności. Jeżołak natomiast nie spotkał się z prawie żadnym odzewem, jako że zewsząd wystające kolce zasłaniały cały tułów. Poza iglastą powierzchnią widoczne były jedynie wystające stopy, dłonie i fragment pyszczka. Garrett stwierdził, że w walce bezpośredniej ktoś taki byłby niemal nie do zatrzymania. Jeśli ponadto zrobiłby z siebie toczącą się na wroga kulkę, nikt nie śmiałby stanąć mu na drodze. Nawet tarczownik zostałby stratowany albo też jego osłona uległaby przebiciu w kilkudziesięciu miejscach. Poganin, niestety, został niedoceniony.
„Zawsze wiedziałem, że kobiecie trudno zaimponować.”
Później kolejny mężczyzna zmienił się w borsukołaka i złodziejowi wydawało się, że wygląda zabawnie. Jednak nic nie rozśmieszyło go do tego stopnia, co… kobrołak. Złodziej nie wytrzymał połączenia cienkiej jak patyk sylwetki, nieproporcjonalnie rozszerzonej, owalnej szyi, a do tego jeszcze wystających po bokach „korpusu” pięciopalczastych łapek. To coś stało na dolnych, ugiętych odnóżach, a pomiędzy nimi wyrastał krótki, merdający ogonek.
Garrett wybuchł perlistym, szczerym i beztroskim śmiechem, lecz za sekundę go urwał, przypominając sobie, gdzie jest. Wystraszony, natychmiast uciekł w zaplanowanym wcześniej kierunku. Chyba nikt nie zwrócił na niego uwagi, bowiem został zagłuszony przez onieśmielone i piszczące Poganki…

***

- W mordę jeża! On aż przez rzekę przeszedłszy. Pewnikiem.
Starszy z łowców powiedział to do siebie. Stał na platformie nad brzegiem. Zapewne nie wypowiedziałby tych słów, gdyby był z nim jego uczeń. Młody zawsze wyręczał go w słownych reakcjach.
- Miawszy nadzieję, że Akant po drugiej stronie trop znalazłszy.
Rozstawił asymetrycznie nogi. Ugiął się w kolanach, zbliżając pośladki bardzo blisko do okrągłych belek podłoża, przyłożył się do skoku. Napiął mięśnie w łydkach i ścięgna w śródstopiu najmocniej, jak potrafił.
Skoczył. W jednym ruchu znalazł się po drugiej stronie rzeki.

***

Następna polana świeciła jednym ogniskiem i dziwnymi oparami. Przed prowizorycznym namiotem siedział druid z niewyobrażalnie długą i gęstą, mlecznobiałą brodą, oraz kilkunastu Pogan. Raczej niezbyt dojrzałych. Brodacz najwyraźniej uczył ich, jak przyrządzić coś ciekawego. Wszyscy zgromadzeni, wraz z prowadzącym, zdawali się ukrywać swoje zamiary. Czyżby mędrzec zdradzał tajemnicę zawodową?
- Cicho tam! Ciszę zachowawszy! CICHO, na Szachraja, bo nas łowcy czy szamani powystrzelawszy! Teraz słuchawszy druida Pareiksa. Słuchawszy, drogie dzieci! Ja miawszy kociołek z wodą. Widziawszy? Teraz ja do tego kociołka nasionka maku, muchomorek i proszek z gazowego kryształku wrzuciwszy…
Złodziej otworzył usta ze zdumienia. Osłupiał.
„Niezłe ziółko z tego druida!!!”
Za namiotem brodacza nie było lepiej, bowiem w pewnej odległości stała tam pokaźna, płaska skała, a na niej, w odosobnieniu, leżało kilku nastolatków. Tu unoszące się opary były jeszcze gęstsze i pachnące.
- Jechawszy, jechawszy... – odezwał się niewyraźnie jeden z nich – A galaktyka daleka jakaś taka…
- Mi gwiazdy się już przybliżawszy… - powiedziała młoda Poganka – W Pasie Niedźwiedzicy leciawszy, a wy…?
- Wewnątrz… konste… lacji… - odpowiedziała inna, burcząc.
Pozostali też by odpowiedzieli, ale dołączyli się do nagłego, przeciągającego się i bezsensownego chichotu, jaki rozpoczął ten, który był daleko od galaktyki.
Garrett wspiął się na skałę. Stanął bezczelnie między młodzieżą i zabrał im lnianą torbę z czymś, co wszyscy leżący palili. Zeskoczył. Zero reakcji z ich strony. Wśród dziwnego proszku i liści do zawijania nie znalazł nic dla siebie.
Spojrzał jeszcze raz na torbę. Powąchał.
„Nieeee, idę stąd. Pogańska alchemia zdecydowanie mnie… nie jara…”
Oddalił się od skały.
„Łobuzy! Nieodpowiedzialna gównażeria!”
I wrzucił torbę do najbliższego ogniska, przy którym nikt nie siedział.

Naturalna moc lasu przybierała na sile. Mimo że najoryginalniejsza z polan po jednej stronie nie była osłonięta przez drzewa. Od owej przerwy zaczynała się łąka, z której do oczu złodzieja docierały prawie wszystkie znane barwy. To dzięki niezapominajkom, stokrotkom, fiołkom, chabrom, makom, jaskrom i innym polnym kwiatom, w tym takim znanym ogółowi oraz rozpoznawalnymi tylko przez druidów i bartników. Ci ostatni zajmowali się barciami i ulami występującymi na omawianej polanie.
Stało tu wiele sztucznych uli. Bartodzieje, tak samo jak inni kultyści, nie lubili tego słowa. Woleli określać je jako „stworzone przez pogańskie ręce”. Oprócz tych, rodziny pszczół posiadały mieszkania w postaci gniazd, zawieszonych na gałęziach otaczających pasiekę wrzos i lip. Barcie, wydrążone w wiekowych sosnach i dębach, również były funkcjonalne, zarówno dla owadów, jak i ludzi. Powietrze nie było wolne od czarnych punktów mimo później pory. Garrett wolał nie myśleć, co się stanie, jeśli wywoła alarm. Podejrzewał, że te zwierzęta również mogą być kontrolowane.
Jak się okazało, bartnicy są też odpowiedzialni za produkcję miodu pitnego. Dwie chatki, w której mieszkali, były zarazem miodosytniami. Bartodzieje siedzieli teraz w jednym z domków i popijając, rozmawiali na tematy na wpół egzystencjalne.
„Oto samce przybyły do miodopoju.”
Pod największym alkoholowym wpływem był najmłodszy bartnik, prawdopodobnie uczeń. Tematem głośnej dyskusji była próba uświadomienia mu różnic między pszczołami miodnymi a pszczołami leśnymi. Starzy próbowali wszystkiego, porównań, przykładów, iście poetyckich opisów. Nic nie mogło przemówić do młodego, pełnoletniego już rozumu. Na końcu najstarszy bartodziej podsumował archaicznie adepta, mówiąc, że jego czas jeszcze nie nadszedł.
Garrett podsłuchał, że w celu produkcji brzeczki należy wlać do kotła jedną jednostkę objętości miodu i pół, jedną, dwie lub trzy jednostki wody. Następnie dorzucić trochę goździków, jałowca i, opcjonalnie, sproszkowany kryształ gazowy. Całość trzeba wymieszać i podgrzewać powoli nad paleniskiem. Po pewnym czasie na powierzchni stworzy się piana, potrzebna do stworzenia tak zwanego „miodu-kopca”. O fermentacji złodziejowi nie chciało się już słuchać, jako że nie interesowały go te tematy.
Zakradł się jednak do sąsiedniej chatki. Pomyślał, że znaleziony tu półtorak, „Piękna Wiktoria”, może mieć dobrą cenę, więc schował go do łupów.
„Kolejny egzotyczny trunek. Jest co ukrywać przed Marlą…
Pamiętam, że Benny lubił miód pitny. Wtedy, w pamiętną noc u Truarta, rozlał go na jeden z dywaników. Jednak nie to jest niezwykłe. Do dziś nie wiem, dlaczego, kiedy <<dla jaj>> zmyłem tą plamę strzałą wodną, trofeum z łbem szczypawy na ścianie odsunęło się, odsłaniając drogocenny naszyjnik… Naprawdę, świat bywa dziwny. W tym lesie szczególnie.”
Wyszedł i zawrócił do lasu.

***

- Nikogo tu nie bywszy? Nikt obcy się nie kręciwszy?
- Nie, tu spfokój – odpowiadał Porost, stary bartnik z brodą do pasa, najwyraźniej całkowicie trzeźwy, jednak sepleniący przez ubytki w zębach. - Wietsyk nie chuchawsy, ptaski smacnie spawsy.
- Pewność miawszy?
- Miafsy, Akancie.
- Psiakrew – zaklął Jastrun, starszy z pary łowców, odganiając się od pszczół miodnych. – My trop zgubiwszy!
- Kogo wy sukawsy?
- My głupoluda ścigawszy, co na nasz teren się wdarłszy! Nic podejrzanego nie widziawszy, nie słyszawszy?
- Nic a nic, miscu Jastlun.
Zakapturzeni opuścili Porosta, doglądającego jednego z uli. Udali się na stronę. Akant, który niedawno odnalazł mistrza, zapytał:
- Co z druidem i jego podopiecznymi, mistrzu?
- Nie wiem, niech śpiwszy. Ja nie rozumiawszy, jak oni tyle makówy ugotowawszy… - mistrz rozglądał się w zamyśleniu. - I kto tyle ziół do ogniska wrzuciwszy… Teraz cały las śmierdziwszy. Biedne liście przez tydzień wszystko wchłaniawszy!
- Chyba tak, oddychawszy się tam nie dawszy. W słodki sen się zapadawszy. Mistrzu, a może to ten głupolud sprawiwszy? Jak sądziwszy?
- Możliwe, chociaż głupie to. Takie… głupoludowe. Ciasnota i elektryczne światło na mózg mu podziaławszy. Najwidoczniej. A być może on celowo nosy nasze zmyliwszy w tenże sposób...
Nagle jedna z pszczół usiadła starszemu tropicielowi na policzku. Automatycznie walnął się dłonią. Zabił owada. Wyrzucił go w trawę.
- Ależ mistrzu! Tak nie można!
- Ty mi mówiwszy, co można, a co nie?!
- Pszczółki skrzętnie nektar zbierawszy… - Akant się załamał. – Bartodzieje z niego miodek robiwszy…
- Ja szczerze srawszy na te ich pszczółki!!!
W tym momencie łowca poczuł, intuicyjnie, że ktoś na niego patrzy.
- Cy ty miawsy coś do PSCÓŁEK?! – bartnik Porost opluł twarz Jastruna dokładnie w chwili, w której odwrócił on głowę.
- Kraaa!!! Co ty wyprawiawszy, grzybie jeden?!
- Ty nie bluzniwsy na swięte tfoly natuly! – mówił całkiem poważnie Porost. - My dzjęki nim swięty tlunek spoządzawsy!
- Grrrr!
- Mistrzu! Mistrzu! - podkomendny starszego łowcy z przerażeniem rozszerzył brązowe oczy. Swoim spostrzeżeniem powstrzymał niebezpiecznie rosnące napięcie.
- Słuchawszy cię!
- A co, jeśli głupolud… - mówił to z wyraźną obawą i bojaźnią – Co, jeśli on… na Noc Ofiarowania łacherowawszy…?
Jastrun też poszerzył swoje, zielone oczy.
- W mordę jeża, to możliwe. To możliwe! Głupi głupolud. Może to jakiś dorosły bywszy?
- Mi też się tak wydawawszy, mistrzu.
- Za mną! – rozkazał i skoczył na wysoki konar, potem na kolejny, a w ślad za nim drugi łowca.
Porost zrobił kilka kroków w kierunku, w którym się udali. Splótł ręce za sobą, spojrzał pod korony w zamyśleniu.
- Sam dolosłym bywsy, a dolosłych nie lubiwsy...? – dziwił się stary bartnik, patrząc w ich stronę, gdy przemieszczali się na wschód.

***

Na przedostatniej, bardzo skromnej polance siedziała grupka kilkoro młodych przyjaciół. Niczego nie pili i nie palili. Jedynie jeden z nich wąchał bardzo delikatnie trzymany oburącz kryształ gazowy, pozostali za to zajadali się kuleczkami jagody. Wszyscy siedzieli lub leżeli na boku. Mimo iż znali się od dawna, w swoim towarzystwie nie zachowywali się euforycznie. Senność? Może żałoba? Nie. Byli po prostu bardzo sentymentalni. Wszyscy szanowali się, łączyła ich wieloletnia, jak na młodociane standardy, i naprawdę głęboka przyjaźń. Ich wywody były prawdziwie egzystencjalne, nie tak, jak w przypadku bartników. Byli zamyśleni, duchowo podnieceni.
Szczęśliwi.
Niestety złodziej miał inne wyobrażenie na temat takiego stanu. A kolejna polana miała być tą ostatnią. Najodleglejszą względem innych. I tą największą.
Wiła się tu wąska, kręta ścieżka. Prowadziła na południowy wschód, więc szedł nią, przedzierał się przez nieznane. Sklepienie niebieskie stanowiło tu liściowe sklepienie zielone, wypełnione szczelnie przy pomocy koron potężnych sekwoi. Panował zupełny mrok. Lecz był to taki mrok, który Jedynemu Prawdziwemu Strażnikowi nie odpowiadał... Wszystko wokół żyło. Nieznane stworzenia, nawet niegroźne, czaiły się wszędzie i mogły wykorzystać panujące ciemności na swoją korzyść. Teraz wszystko mogło zaskoczyć złodzieja. Nawet liść.
Dziwna, niespotykana, niepojmowalna przez Garretta moc lasu narastała. Nie pojmował tego, przecież przebywał w nim już od trzech godzin. Do owej mocy powinien się już dawno przyzwyczaić, lecz ona rosła i rosła. Była bardzo silna. Pradawna, nietknięta, dziewicza. Czuł, że wielkie rośliny stoją tu od tak dawna, że być może są starsze od samego człowieka. Jakby rosły tu od zawsze. Jakby niczego nie było przed nimi. Ziemia i drzewa, niezmienne, nigdy niczym nieskalane, niewzruszone. Nietykalne.
Wkraczał do jądra nieprzeniknionej, pierwotnej ciemności.
Czy to możliwe, że Wiek Ciemności zakradł się również tutaj? Poza Miasto? W zapomniany bór? Czy to jego sprawka? Coś było nie tak. Lecz być może czarnozielona rzeczywistość była tu czymś… najzupełniej naturalnym.
Szedł. Kilka liści i kamyków zachrobotało mu pod podeszwami.
Szedł.
Bardzo długo szedł. Pomyślał, że szlak musi prowadzić do czegoś zdecydowanie nieprzystępnego. Bardzo długo szedł. A ciemności stawały się coraz bardziej nieprzyjazne.

Bardzo długo szedł. Pętla ścieżyny tworzyła zawijasy wśród wiekowych drzew, nie udostępniając widoczności dalszej niż na dziewięć metrów. W połączeniu z mrokiem, widoczność sięgała trzech metrów. Z pomocą mechanicznego oka zaś – pięć.
„Słabo, zdecydowanie za słabo…”
Niepokoił go zasięg wzroku, zaczął się wręcz bać.
I wtedy dopadło go wrażenie, że coś na niego patrzy.
I że tego czegoś jest wiele.
Wyciągnął Amulet Magnolii. Dotknął go. Bez zmian.
Chichot.
„Co się dzieje?!”
To był taki sam chichot, jaki słyszał w szalonej rezydencji Konstantyna.
Stanął w miejscu.
I czym prędzej popędził na południowy wschód.
Wyciągnął w biegu kompas. Skorygował kierunek o całe dziewięćdziesiąt stopni. Korygował go ciągle.
Uważał, żeby nie trafiać w drzewa pięć metrów przed nim.
Korygował.
Chichot.
Kolejny.
Cała fala cichych chichotów.
Biegł.
Chichoty.
Przeszedł w sprint.
Chichoty.
I światło!
„Tak! Nareszcie!”
Przez nieuwagę potknął się o korzeń. Upadł.
Bardzo bliskie chichoty!
Bardzo bliskie chichoty!
Wstał najszybciej jak mógł. Biegł najszybciej jak mógł.
Chichoty stawały się cichsze.
Światło stawało się szersze. Światło stawało się jaśniejsze.
Biegł.
Chichoty. Słabły. Wyraźnie słabły…

W końcu wybiegł na spore przerzedzenie drzew. Zwolnił. Aż upadł na ręce w momencie, gdy schował kompas i się zatrzymał. Pył piasku na ścieżce podskoczył i dotknął jego nosa. Dyszał. Poza oddechem i stanem emocjonalnym w lekkiej nierównowadze, wszystko było w porządku.
Zarodniki?
Nie skomentował niczego, nawet w myślach. Podniósł się powoli. Otrzepał dłonie i nogawki w miejscach kolan. Podniósł głowę.
I wtedy zrozumiał, że nic nie jest w porządku.
Zrozumiał, że widziane przez niego światło jest krwistoczerwone od niewyobrażalnego ognia.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 17 lip 2013 21:36 przez Hattori, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 lis 2012 18:33 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
10: Odpoczynek – cz. II

Tańczywszy rozkosznie i zwycięsko. A z nami Leśny Władca głupoluda niby kukiełkę obtańcowawszy. Burze w szale radości wywoławszy, ciemność w straszliwym przygnębieniu zsyławszy, ogień w szczęśliwej żądzy wzniecawszy. Tańcowawszy bez ustanku i w podzięce syciwszy głupoluda-kukiełkę, co by pożarty zostawszy.

-- końcowy fragment rękopisu „Jeszcze-Niespełnione”


Brukowe ulice zniewalawszy trawę, kamienne mury zniewalawszy wicher, żelazny piec zniewalawszy ogień. Zniewalawszy się wytworami rąk, zapominawszy, cośmy wolni bywszy…

-- zwój zapisany źdźbłem trawy maczanym w inkauście


Wywoławszy węże, co by kąsały pięty moich wrogów! Wywoławszy kruki, co by dziobały ich oczy! Wywoławszy szakale, którym porywawszy, zabierawszy młode, co by ogryzały kości w nocy!

-- pogańskie przekleństwo






Pomiędzy rzędami drzew przed sobą nie widział dokładnie źródła, ale to nie mogło być nic innego. Teren stał się przez to jaśniejszy, skromnym migotaniem bardziej skłonny do zdradzania intruza. Dało się słyszeć pieśń. Złowrogą, dziwną pieśń wykonywaną przez wielu, ale to bardzo wielu ludzi. Prawdopodobnie przez ludzi.
W miejscu, gdzie stał, niewyraźna ścieżka rozwidlała się na oba jego boki. Światło stało się w pewnym stopniu atutem: Garrett dostrzegł jakichś przechodniów nawet bez korzystania z oka. To były szczypawy. Nie widział ich od bardzo, ale to bardzo dawna, mimo tego rozpoznał je od razu i z łatwością. Nic innego nie poruszało się w sposób taki, jaki one. Oczywiście nie ucieszył się zbytnio. Drzewa na wprost stanowiły najlepszy wybór, jeśli chodzi o skrytość, prowadziły też prosto do celu. Ruszył.
Uświadomił sobie, że światło to nie jedyny objaw czegoś niespotykanego. Przestrzeń stała się nieco cieplejsza i duszniejsza. To po prostu musiał być ogień.
Gdy już dotarł do skraju, nie mógł się nadziwić.
Widziana przez niego polana, największa z dotychczasowych, w dużej mierze została zajęta przez wyżłobione w skale wyobrażenie ludzkiej twarzy, usytuowane dokładnie w centrum. Ogromne, kilkudziesięciometrowe źródło światła dobywało się złowrogimi płomieniami z jej ust, jakby należała do człowieczego smoka. Pozostały wolny obszar szczelnie wypełnili wszelkiego rodzaju kultyści, którzy siedzieli dookoła, mając skrzyżowane nogi. Rozmieszczeni byli regularnie, jakby w kręgach. A każdy wyciągał na boki obie ręce i falował, nucąc tą dziwną, transową pieśń. Druidzi, berserkowie, szamani i prości wojownicy, zielarki, szamanki, akuszerki oraz zwykłe matki: jednym słowem, wszyscy. To nie koniec: do spisu zebranych należałoby dopisać szczypawy, muchopluje, a nawet szczuroczłeki czy drzewce. Te jednak stały na obrzeżach polany, niejako na straży, usytuowane na przemian między wbitymi w ziemię, wysokimi pochodniami.
„Kopę lat, paskudasy.”
Z prawej, czyli po zachodniej stronie, zauważył jakiś ruch na odległej gałęzi. By dostrzec, kto tam jest, musiał wytężyć wzrok maksymalnie, najlepiej, jak tylko mógł. Po długiej chwili intensywnego ogniskowania dostrzegł, pod koroną, przyczajonego łucznika. Nie dałoby się go zobaczyć, gdyby nie jasność ognia oraz cień rzucany na sąsiedni jesion. Nosił płaszcz z kapturem.
„A ciebie nie znam, łacherze. Najwyraźniej jesteś pierwszym z legendarnych łowców, jakiego w życiu spotykam.”
Nagle tłum ucichł. Wtedy do złodzieja, a wraz z nim wszystkich Pogan, dobiegł z południa krzyczący, męski głos:
- Tak, siostry i bracia, tak!!! Otom przybywszy!! Ja, Wielki Szaman Ocelot, widzenie miawszy! A wraz z widzeniem tajemną wiedzę, posiadaną od dawna i do niedawna nie bywszy jej pewien, potwierdziwszy! Znaki Głupoludzich Pustelników mówią wyraźnie: MY POWSTAWSZY, GDY ODPOCZYNEK SIĘ ROZPOCZĘWSZY!!! – kultystów ogarnęła radość. Tembr głosu bardzo zwracał uwagę, był agresywny i pewny siebie: – Mówią też, że rozejm nieunikniony się stawszy, ale nie upadawszy na duchu, siostry i bracia! Bo oto właśnie nasza szansa nadchodziwszy!!
Tłum znów zawrzał.
Osoba określająca siebie Ocelotem stała ponad ludźmi, na bardzo odległej względem Garretta, słabo widocznej z tej strony, wielkiej czaszce. Musiała należeć do prehistorycznego zwierzęcia o podłużnym pysku, teraz zwróconym do polany. Dlatego, aby zostać zauważonym i słyszanym, szaman przemawiał na nozdrzu umarłego potwora. Za Ocelotem stało dwóch innych, milczących ludzi, podobnie przyozdobionych, choć na pewno nie tak bogato.
„Czyli nie spóźniłem się na wieczorne ognisko pod gołym niebem. Ma się to wyczucie czasu.
Tylko czego oni użyli na rozpałkę…?”
Ocelot kontynuował krzyki:
- Niektórzy za mną nie przepadawszy: bom głupoludzi, nieznany, od niedawna dopiero leśniawy! Głupoludzim Pustelnikiem bywszy, prawda to! Lecz ja zrozumiawszy, co dla umiłowanego mi ludu się szykowawszy, i uciekłszy! Do was dołączywszy, was ostrzegłszy! Pustelnicy głupoludami bywszy, lecz wierzywszy mi, oni nadnaturalnie mądrzy bywszy!
Jeden z dwójki szamanów podszedł i podał mu coś. Ocelot chwycił przedmiot i jedną ręką uniósł ponad głowę.
- Oto z ich wiedzy pomocą, skrywanej potajemnie jak pod listowiem lubo w ziemi, my wrota do nowej ery teraz otworzywszy!!!
Ocelot ugiął nogi i począł zataczać się całym tułowiem, podczas gdy wolna ręka wykonywała w powietrzu tajemnicze gesty. Okazało się, iż druga trzyma otwartą księgę. Zdawać by się mogło, że jej stronice zaświeciły turkusową poświatą.
I wtedy ziemia zadrżała. Nawet Poganie zaniepokoili się. Nagle rozległ się wybuch i podmuch ognisty z ust skalnej twarzy. Tuż po nim ziemia przy rzeźbie uniosła się. Jej trzęsienie powodowało głuchy hałas. Podnosiła się… Groźnie wzrastała wokół twarzy niczym stożek, swoją podstawą zabierający widowni coraz więcej miejsca. Musieli wstać i cofać się niepewnie w kierunku drzew. Stożek okazał się mieć ucięty płasko wierzchołek. Dokładnie to miejsce musiało być ponad ustami twarzy, ponieważ ze szczytu góry buchał płomień. Słup ognia zdawał się być pochłaniany przez górę ziemi i coraz krótszy. Jakimś magicznym sposobem grunt wyrastał również z powierzchni rzeźby, w takim samym czasie, dokańczając kształt wzniesienia z drugiej strony. Przypominało wulkan.
Z którego zewsząd wystały piszczele. I czaszki.
- Oto Studnia Leśnego Pana!!! – Wielki Szaman wydarł się fanatycznie, gdy góra skończyła wzrastać, a hałas zaklęcia cichnął. - Leśny Pan kości Młototłuków z ziemią wymieszawszy, podwaliny pod nowe zwycięstwo nam przygotowawszy! On pokarmu potrzebowawszy! Siostry i bracia, nie byle jakiego pokarmu on tak pożądawszy…! – głos Ocelota cichnął, by wściekłość podnosiła go znów: - ...Na szczycie Studni MY GŁUPOLUDZKIE BACHORY ŻYWCEM USMAŻYWSZYYY!!!
Tłum, wbrew społecznej logice, uniósł się jak nigdy wcześniej. Krzyczał z radości. I w tryumfie.
- Widzenie przejrzyste jak woda w stawie miawszy!!! Leśny Pan ukarać te nędzne Miasto zamierzawszy, jego przyszłość raz a dobrze pokalawszy! On jego niewinności chciawszy!!! Lecz on jej potrzebowawszy również, siostry i bracia! On mnie osobiście w widzeniu zapewniwszy, że dzięki temu nam wielką siłą się odpłaciwszy! A dzięki Głupoludzim Pustelnikom ja wiedziawszy, jak to wszystko uczyniwszy!
Kolejne zaklęcie poczęło jaśnieć z szamańskiej księgi.
Nie wiadomo kiedy, chmury zakryły całe widoczne niebo, rozległy się błyskawice i słyszalne od razu grzmoty. Tłumowi to chyba nie przeszkadzało. Obłoki zwijały się złowieszczo niczym spirala nad wulkanem, lekko podświetlane tym, co dobywało się z wewnątrz. Gradient ich barwy przeistaczał się w czerń. Ugięty Ocelot czuł moc:
- OoooooOOOOOOOOOOOOOOOOO!!! Szachraju, nasz Leśny Panie, bywszy nam zwiadowcą i wodzem najwspanialszym! Bywszy nam pasieką i kiścią winogron! Noc Ofiarowania, my wszyscy ją dla ciebie obchodziwszy!!!
Z lasu wychodziły powoli postaci. Wspomniane wcześniej „bachory”.
- KRAAAAAAAA!!! Do paszczy z nimi, siostry i bracia!!
Groteskowy motłoch zachwycił się ostatni raz. Mizerna kolejka dzieci szła posępnie i z przerażeniem, które narastało w ich oczach z każdym krokiem. Z wnętrza wielkiej czaszki pod Ocelotem dobiegły uderzenia bębnów. Motłoch usiadł w okręgach tak, jak na początku, zafalował jak wtedy, a pieśń i zbiorowa medytacja powróciły i wydały się być o wiele straszniejsze…
„Co oni znowu wymyślili? Że będą palić dzieci? Normalnie święto lasu. Dosłownie. A człowiekowi, który doznaje widzeń, doradziłbym odstawienie miodu pit-”
- Ja nie chcę tam iść!
Te słowa go zatrzymały. I tak się nie ruszał; kazały ustać wszystkim sprawom w głowie złodzieja i skupić się na tym, co właśnie odebrały uszy. Pomyślał. Skąd to zna? Słowa? Ich użyty przed chwilą układ? Czy tylko głos?
To głos wydał mu się znajomy.
„Nie…”
Była to kolejna rzecz, w którą nie mógł uwierzyć. I tak nie był jej pewien. Nie mógł oprzeć się pokusie, aby osobiście potwierdzić to, co do niego doszło. Pamiętając o obecności łowców, ruszył pospiesznie. Omijał klony, wierzby i świerki, przedzierał się przez czarny, brązowy i zielony gąszcz, ku nadziei, w stronę dziecięcego korowodu.
Z głębi lasu jedna z dziewczynek, może ośmioletnia, wyrywała się nieposłusznie. Za nic miała sobie zamaskowanych strażników i ich ostrą broń.
- Puszczajcie mnie!
Był już pewien. Mistrz złodziei nie mylił się.
„Maria!!!”
Naprawdę niewiele brakowało do tego, by złodziej wykrzyknął to imię. Powstrzymała go jedynie skryta natura, niewiarygodnym wysiłkiem budząc w Garretcie niezbędny, hamujący odruch. Otwarcia ust jednak nie powstrzymał.
Usmarowana bliżej nieokreślonym brudem, zaniedbana, z obdartym odzieniem. Równie przestraszona, piszcząca w sposób identyczny jak wtedy, gdy na miejskiej wieży pogański potwór pochwycił ją, by uśpić. By następnie zobaczyć podciągającego się na blankach złodzieja, by odbić się i poszybować ponad Miastem i już nigdy doń nie wrócić. Maria była albo najodważniejsza z dzieci, albo najmniej świadoma. Inne szły niemrawo, zgodnie z wolą pilnujących ich Pogan. Tylko ona się wyróżniała. A w każdym razie żadnych innych Garrett teraz nie dostrzegał…
Znajdował się teraz sześćdziesiąt metrów od skraju polany. Widział, jak dziewczynka raz pojawia się, raz znika kilkanaście metrów przed nim, zasłaniana przez świerki i cisy. Niedowierzał.
Skończył się wpatrywać, zaczął myśleć. Kolumna zmierzająca na szczyt z kości nie prezentowała się sympatycznie. Nawet jeśli to tylko kolejne dziwactwo Pogan, może jednak warto by go… zaniechać? Może warto by powstrzymać coś, przez co nawet żołądek egoisty zamierza zwrócić zawartość?
Tylko jak uratować tyle bachorów?
„Myślę o czymś, o czym normalnie powiedziałbym, że jest stukniętym pomysłem. I o czym nie myślałbym, gdyby nie ona… Za chwilę pewnie stwierdzę, tak jak zwykle, że to niewykonalne i wrócę do swoich spraw. Lecz z drugiej strony głupio byłoby od razu się poddać… Skoro nawet Szachraja wykiwałem, to czemu nie jego zaślepionych wyznawców?
Jednak przypomniałem sobie, że do <<moich spraw>> należałoby coś dopisać… O jakich Głupoludzich Pustelnikach gadał ten świr Ocelot? Dlaczego blask tych ich Znaków, które zastosował, wyglądał tak, a nie inaczej…? Może to te same symbole, które malują na menhirach? Nie jestem pewien.
Tak czy siak mam w tym miejscu trochę do wyjaśnienia. Może gdy zabraknie szamana, cały rytuał ustanie i przy okazji uwolnię dzieciaki. Lub przynajmniej Marię… Ale ten plan wciąż jest bardzo ubogi.”
Zaczął skradanie się wśród drzew, starannie analizując sytuację.
„Tallo opadnie szczęka, gdy się o wszystkim dowie…”

***

„…Marli w sumie też. Coś dziwnie zależało jej na moim szkrabie.”
Wrzeszczący chłopiec został wrzucony w ognistą otchłań. Za chwilę podeszło kolejne dziecko, skutecznie ponaglone ostrzami włóczni. Dwóch szamanów stojących na szczycie odmawiało jakieś trzyczęściowe zaklęcie, a po każdym z fragmentów ogień wznosił się na chwilę ponad piekielny otwór. Obaj szamani unosili po jednej ręce przy mówieniu pewnych, niezrozumiałych tak jak reszta, słowach. Niektóre z ofiar dopiero na szczycie zaczęły się buntować. Oportuniści wrzucani byli kopnięciami. Byli też tacy, których strażnicy ogłuszali uderzeniem w tył głowy, a dziecko samo wpadało w płomienie, z wyróżniającym się na tle innych milczeniem w trakcie lotu...
Niewinna linia, w przenośni i dosłownie niewinna, wyglądała niczym robotnicy budujący piramidę. Tyle że bez rampy, która okazałaby się pomocna przy wchodzeniu nań, zarówno maluchom, jak i pilnującym ich strażnikom w kościanych hełmach. Owa linia ciągnęła się od szczytu, przez kości, załamywała się u stóp góry, dalej przechodziła przez falujących Pogan, przez drzewa, aż do mroku, który tworzyła głębia lasu. Na całej długości odcinka, oprócz „normalnych” Pogan, dzieciaki eskortowane były, w nieco większej odległości i rzadziej, przez muchopluje. Potwory stanowiły dodatkowe zabezpieczenie. Być może, gdyby wszystkie pociechy w jednym momencie rozpoczęły ucieczkę, części udałoby się wydostać z góry. Potem czekałaby je jednak przeprawa przez rzeszę pozostałych wyznawców Szachraja, szczelnie i tłumnie okrążających nieszczęsny wulkan.
Przeciętny obserwator, choćby pogański, mógł zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że aż tyle dzieci zostało uprowadzonych? Że aż tyle Nadzorcy zdołali przeszmuglować z Miasta do Blackbrook?
Garrett myślał nad planem.
„Za dużo światła, za dużo ludzi. Jedyne słuszne założenie, jakie mi przychodzi do łba, to masowe odwrócenie uwagi. Jak stworzyć wielkie zamieszanie w takich warunkach i samemu pozostać niewidocznym?”
Myślał.
W końcu wpadł na pewien wątpliwy pomysł. Zmierzył w kierunku zbiorowiska Pogan.
„Łowcy to chyba jedyna grupa, której nie uświadczysz w tej zgrai. No, może poza dziećmi… Albo wśród tych do ofiarowania zawierają się również pogańskie, albo nie pozwolono im obserwować tak stukniętego wydarzenia. Sam nie wiem, co mam myśleć.”
Patrzył w górę. W pewnym momencie zatrzymał się.
„Zbyt dużo nasłuchałem się o łowcach w drodze tutaj, żeby próbować się do nich zakraść, wchodząc nieudolnie po drzewie.”
Zdjął łuk, naciągnął strzałę gazową.
Humanoidalny kawał drzewa spadł na kupę liści.
Garrett zbliżył się. Podniósł i wypróbował dwumetrowy łuk.
„Do łachera, tego w ogóle nie da się naciągnąć! Co oni mają za siłę!”
Wyrzucił broń i zrobił to, co planował: zdjął płaszcz z nieprzytomnego i ubrał się weń, liściastą stroną. Zapiął się; „guzikami” były haczykowate gałązki.
„Z tego, co widzę po ubiorze, łowcy w lesie muszą być nie do wykrycia. Przekonajmy się więc, czy łowca jest w stanie wyczuć innego łowcę…
Jednak dalej nie mogę pozwolić na to, bym został usłyszany albo zobaczony. Ci łacherzy tylko siedzą na gałęziach, więc <<patrol>> w moim wykonaniu wyda im się podejrzany. Nie zmienia to jednak faktu, że z tym płaszczem raczej mnie nie zobaczą ani nie wyczują. Teraz po prostu maskuję się jeszcze lepiej! Jeśli będę cicho stąpać, nigdy się o mnie nie dowiedzą.
Ogniowe? Hmm.”
Złodziej właśnie przeglądał zawartość łowieckiego kołczanu. Wśród zwykłych, ostrych, znalazł też kilka związanych z każdym z czterech żywiołów natury. Zaopiekował się nimi.
Liście płaszcza szeleściły. Dawało się to zniwelować przez powolne chodzenie oraz dzięki pogłosowi, jaki zapewniała okoliczna „muzyka”. Mistrz złodziei miał więc dobre warunki do wykonania obmyślonych zamierzeń… Ogień z wyrzeźbionej twarzy został zasłonięty przez wulkan, więc nie było już tak jasno. Mimo to nie było na razie konieczności zbliżania się do polany i pochodni na jej obrzeżach. Nie spieszył się. To, że miał pewną przewagę nad łowcami, nie oznaczało, że on dostrzeże ich pierwszy. Był ostrożny.
Jednocześnie musiał liczyć się z tym, że kiedyś nastąpi kolej na Marię… Czas uciekał.

***

- Co widziawszy?
- Mało – odpowiedział Akant Jastrunowi, obserwując kultystów. Łowcy przed chwilą dotarli na konar przy polanie, gdzie odbywała się Noc Ofiarowania – Równie dobrze schowawszy się mógłszy między innymi. Za ciemno jak dla mnie!
- Dla mnie także.
- Co rozkazawszy, mistrzu?
- Przebieranka – odrzekł po chwili Jastrun. Na ten sygnał obaj poczęli odwracać płaszcze na stronę z „korą”. Balansowali na gałęzi. Z powodu pośpiechu przez całość drogi od bartodziejów nosili nieadekwatny kamuflaż. Hasło „przebieranka” oznaczało, iż nie zamierzają schodzić na dół. W trakcie procedury mistrz kontynuował: - Skakawszy teraz wolniej, wokół polany, odwrotnie do obrotu cienia zegara słonecznego. Tak my szybciej do szamanów na czaszce Wielkiego Bełkotliwca dotarłszy. A po drodze wszystkich łowców, do pilnowania rytuału wyznaczonych, ostrzegłszy!
- Tak jest!
- Jednocześnie stale obserwowawszy! Ty pięć kierunków z przodu, ja z tyłu! Na ziemię patrzawszy, i na gałęzie również!
- Tak jest!
- Jazda!
Ruszyli jeden za drugim, Akant na przedzie. Po drodze Jastrun wydał nowe rozkazy dwóm napotkanym łowcom. W dodatku odnaleźli trop. Wiódł on zapachem i śladami obuwia po takiej samej trasie, jaką obrali niedawno tropiciele.
Nie minęło dziesięć minut, gdy Akant zaalarmował:
- Mistrzu!! Godzina pierwsza, dół!
Starszy łowca doskoczył do konara i spojrzał. Na dole leżał rozebrany do bielizny mężczyzna.
- Kurza twarz! – krzyknął - Gołąb, ten głąb, znowu zaskoczyć się dawszy!
Nie zeskakiwali do niego.
- On nie ma płaszcza. Mistrzu…
- Wiedziawszy, co to oznaczawszy. Lecz nie to najgorsze.
- Strzały… Kryształy! – zauważył Akant.
- Pędem, do szamana Ocelota!!!

***

Ocelot położył świecącą księgę na Wielkim Bełkotliwcu, w symbolu, i na stojąco dołączył do wspólnego odprawiania rytuału. Był wysokim chudzielcem, noszącym na głowie czaszkę dużego, szablozębnego kota, pozbawioną żuchwy, z przypiętym, ogromnym pióropuszem, być może orlim. Z ramion, niczym naramienniki, zwisały symetrycznie łapy lamparta. Między nimi na klatkę piersiową spływał naszyjnik z dwoma naprzemiennymi rzędami, zawierający kryształy żywiołów i jeszcze bardziej kolorowe kamienie szlachetne. Zielone odzienie było czyste i odsłaniało całe ramiona, które opieczętowano tajemniczymi wstęgami w kolorze niebieskim, zapewne barwnikiem z urzetu. Ubranie oplatało kilka skórzanych pasków, a jeden z nich, na wysokości bioder, dźwigał saszetkę z guzikiem w formie czaszki gryzonia. Nogi były nagie do momentu, aż nachodziły na nie buty wykonane z bobrowego futra, wzmocnione piszczelami i paliczkami zwierzęcia przynajmniej dwa razy większego.
Stojący za Ocelotem dwaj szamani wystrojeni byli podobnie, przy użyciu szczątków innych stworzeń, lecz w ostatecznym rozrachunku nie były to stroje tak dostojne. Jednak i tak prezentowały się okazalej od przeciętnego, skromnego wyznawcy Szachraja. Wewnątrz ogromnej czaszki, na której stali, grali bębniarze. Spomiędzy rzędów zębisk dobywał się powolny, regularny, powtarzający się rytm. Byli tam też muzycy posługujący się dudami, lecz podczas dzisiejszego wydarzenia nie wiązały się z nimi jakieś szersze plany.
- Taaak… - mówił do siebie szaman Ocelot – Wszystko kwitnie. Nasza nadzieja kwitnąwszy.
- Twoja nadzieja – poprawił kultysta za nim.
- Panowie szamani, my już rozmawiawszy o tym – od razu uspokajał drugi, ten, który wcześniej podał księgę. – Miłość czyniwszy, nie wojnę.
- Właśnie widziawszy, jak ją czyniwszy! – pierwszy wskazał otwartą dłonią wulkan z dziećmi.
- Aloesie – Ocelot odwrócił głowę – Mordę zamknąwszy.
Głos i wzrok Ocelota zmroził szamana.
- Aloesie, nie myślawszy o tym, jeśli ci to spokoju nie dawawszy – zaproponował bardziej optymistyczny wyznawca. – Rozejrzawszy się dookoła. Czyż szum listowia nastroju ci nie poprawiawszy? Skupiwszy się. Zobacz, jak tu pięknie wszystko pachnąwszy.
BUCH!
- Zupełnie, jak… jakby… z makówą ktoś przesadziwszy… - dopowiedział osuwający się szaman.
Zielona chmura pomiędzy trzema mężczyznami ogarnęła ich wszystkich. Gdy upadli, zaczęła powoli niknąć. Nim to nastąpiło, szeleszczące liście zeskoczyły z góry. Dostały się na czaszkę za pomocą liany z pobliskiego, znacznie wyższego drzewa. Od strony „potylicy” nadchodzili strażnicy z włóczniami, nie będący pewni co do dźwięków. W chwili, kiedy się zorientowali, opary kolejnej chmury dostały się do ich nozdrzy.
„Granaty gazowe mają używanie. Kurczę, nawet nie wiem, czy gdzieś w okolicy sprzedają takowe…”
Bębniarze pod białawą podłogą grali bez zmian. Tak samo zachowywało się najbliższe otoczenie. Wszyscy Poganie skupili się na transie. Garrett szedł w kierunku nozdrzy szkieletu. Minął leżącego szamana Ocelota.
„Pogadałbym sobie z tobą o tym i owym, niestety, dzisiaj i tak nie byłoby na to szans.”
Złodziej spojrzał na miejsce, gdzie pomiędzy dwiema pochodniami leżała podejrzana księga. Była otoczona wzorem, będącym dziewięcioramienną gwiazdą. Namalowano ją krwią. A na obrzeżach, w równych odstępach, cztery znaki…
„Ogień, wiatr, ziemia, woda. Skryba był ze mnie mierny, ale te podstawowe… glify… rozpoznaję od razu.
Mimo że są odwrócone do góry nogami!”
Wyjął z kieszeni kryształy wodny i ogniowy.
„Taką <<wiedzę tajemną>> i <<widzenia>> możecie se w barcie wsadzić!!!”

***

Skrępowana Maria stąpnęła pierwszy krok na wzniesieniu. Ze zgrozą omijała białawe pozostałości po Młotodzierżcach. Jednak straszni wojownicy w czaszkowych hełmach popychali ją i innych, by utrzymywali linię. Coraz więcej dzieci trawionych było w płomieniach nowopowstałego wulkanu. Mimo tego, że co chwila robiono postoje (ze względu na czary odprawiane na szczycie), górski szlak śmierci zdawał się kurczyć szybko, za szybko…
Doznała istnej psychozy. Stąpała po obliczach czaszek, zestawach żeber i segmentach kręgosłupów wbrew sobie. Boso. Wiedząc, że nie ma wyboru. Widziała co jakiś czas, jak z góry, po kościach i ziemi, leje się rzadka ciecz o przykrym zapachu. Rówieśnicy nie wytrzymywali psychicznie. Trudno się im dziwić.
Maria postanowiła, że nie będzie taka jak inni.
Od tej pory patrzyła wyłącznie powyżej siebie, starając się wyczuć podłoże. Przy narzuconej, niewielkiej zresztą, prędkości wspinania się było to możliwe. Patrzyła na światło dochodzące ze szczytu lub na zakręcone chmury. Obie te rzeczy zdawały się być bardziej przystępne. Mimo wszystko.
Ale serce nie przestawało jej wariować. Nie wiedziała, co znaczy umrzeć. Nigdy nie widziała nawet, aby ktoś ginął. Nieświadomość co do śmierci człowieka ma dwa oblicza, może pozwolić na oswojenie się ze zjawiskiem lub wręcz przeciwnie, spotęgować strach przed nieznanym. Jest to kwestia indywidualna, a dziewczynka zdawała się niczego nie pojmować. Nie wiedząc, jak się zachować, nie zachowywała się w ogóle: przestała się wyróżniać i okazywać agresję. Cały heroizm upadł. Zastąpiło go niewolnicze posłuszeństwo. Pewność siebie i odporność na strach maleją wraz z wysokością, a wola działania budzi się na samym początku i na samym końcu makabrycznej wędrówki…
Ktoś zaczął staczać się tuż koło drogi. Kudłaty chłopczyk został zatrzymany przez stopę kościanego strażnika, a następnie brutalnie podniesiony i zagoniony z powrotem na miejsce. Był cały pokaleczony. Łkał.
Maria go nie znała, ale zastanawiała się nad jej nowymi koleżankami i kolegami. Ofiary porwań przetrzymywano w ogromnych, lecz mimo to ciasnych klatkach, gdzie stłaczano po kilkadziesiąt młodych istnień. Aby dożyły odpowiedniego czasu, serwowano im jabłka i inne owoce. Właściwie ciskano nimi, by roztrzaskiwały się o pnącza klatek i ubrania. Strażnicy za nic mieli sobie masowe krzyki, których młodocianą potęgę nietrudno sobie wyobrazić. Nie słuchano ich, nie reagowano praktycznie na żadne argumenty. To były swoiste tortury, którym nawet dorośli zwykli ulegać. Pozbawione sił dzieci szybko się zniechęcały. Zwłaszcza, jeśli czekały tu wiele dni. Lub wiele tygodni. Lecz mimo apatii i nędzy Maria zdołała nawiązała przyjaźnie z kilkoma rówieśnikami.
W większości tymczasowe…
Dzieci szły.
Niektórzy już dawno pomarli. Część chorowała. A wszystkim dokuczał głód.
„Nie chcę… umierać…” – pomyślała. Nie wiedziała, czym jest śmierć. Ale ludzkie myśli były zdecydowanie bardziej naturalne niż to, do czego sprowadzał się pogański obrzęd.
Albowiem nie był on „naturalny”.

***

Żar docierał powoli do jej twarzy. Nie było jeszcze widać ognia, jedynie poświatę. Lecz i tak nie był to dobry znak. Wkrótce usłyszała inkantacje, zobaczyła krwistoczerwone rozbłyski, objawiające się naprzemiennie z młodymi wrzaskami. Był to swoisty paraliż moralny. Nic nie dało się uczynić, tylko iść, powoli iść. Ku szachrajskiemu przeznaczeniu.
Finalnie Maria dotarła na szczyt. Szaman po jej lewej położył dłoń na jej czuprynie, ten po prawej przemawiał z wytrzeszczonymi oczami, jak nawiedzony, wypowiadając słowa w nieznanym języku. Może był to starożytny brilliański, może lokalny, pradawny dialekt, którymi od niepamiętnych czasów posługiwali się pogańscy mędrcy. Nie patrząc na etymologię, ów język jeszcze nigdy nie był wykorzystywany do czegoś równie podobnego.
Potrójne powtórzenie. Potrójna eksplozja płomienia. Strach trzy razy większy niż wcześniejszy, a oczy trzy razy szersze niż normalnie.
Osiem lat to zbyt wcześnie…

Nagle góra zatrzęsła się.
Wstrząsy nie zamierzały ustać. Aby utrzymać równowagę, wszyscy: dzieci, strażnicy, szamani musieli przystanąć. I wszyscy byli zaskoczeni. Po wyrazach twarzy szamanów na szczycie dało się wywnioskować, że oni również. To nie wróżyło nic dobrego.
A może wręcz przeciwnie?
Rozległ się wybuch.
Za chwilę kolejne. I co dziwniejsza, nie dochodziły ani z wnętrza góry, ani z jej szczytu. Tylko z tyłu.
Maria obróciła się. Zobaczyła powstający stopniowo pogański tłum, wśród którego kilka osób darło się w niebogłosy, a to dlatego, iż płonęły. Kilku strażników również zapaliło się i upadało na trawę bądź staczało się z piszczeli i ziemi. Jeden muchopluj zawył nieziemsko i z powierzchni jego ciała poczęła ulatywać gromada żółtawych punktów, które niemal od razu gasły, a którymi okazała się owadzia, podpalona zawartość jego policzków. Rozbłysły następne eksplozje, które nawet podpaliły zachodni skraj lasu, a wszystkie porażały osoby stojące blisko ścieżki śmierci. Żadne nie dosięgały dzieci.
Głównie dlatego, iż to właśnie dzieci wyrzucały kryształy ogniowe.
„Z taktyki miałbym piątkę.”
A o ile dobrze Garrett pamiętał, jako akolita w Bractwie Opiekunów nie miał uzdolnień przywódczych.
To, czego ożywiona Maria nie mogła wiedzieć, to fakt, iż Garrett ogłuszał część strażników w leśnej części drogi. Nie wszystkich, robił tylko krótkie „wyrwy”, dzięki czemu dawał sobie czas na najważniejsze objaśnienia, na rozdanie przedmiotów najstarszym chłopcom i na schowanie się wśród cieni i drzew. Wszystkim powtarzał: słuchajcie, chcę was uratować, ale musicie mi pomóc. Kiedy zauważycie, że z rytuałem dzieje się coś dziwnego, będzie to sygnał. Ciśnijcie wtedy te oto kryształy w Pogan. Nie pokonacie wszystkich, ale chodzi o panikę. Tylko dzięki panice będziecie mieli szansę się stąd wyrwać. Nie próbujcie jeszcze uciekać, bo się wam nie uda! Czekajcie na sygnał! Masz, przeciąłem ci więzy. Ale udawaj skrępowanego. Schowaj kryształ w dłoniach i nie pokazuj. Bądź skryty. Czekaj na sygnał. Przekaż dalej!
Złodziej nie był pewien, czy dzieciaki wszystko zrozumieją. Celowo dobierał najstarszych, choć w mroku i brudzie ciężko było o poprawną ocenę. Tak czy inaczej, wiedział, że to jedyna szansa. Wiedział, że szansa tkwi w samych Poganach.
Że chaos tym razem obróci się przeciwko nim.
Maria patrzyła w dół. Widziała rozbiegający się tłum, zaczynający goreć las, widziała rozpadający się na drobne kawałki konwój uciekających dzieci. Słyszała wybuchy, alarmujące dzięki dud, gwar i oznaki zamętu. Domyśliła się, że można tą chwilę wykorzystać.
Z siłą kopnęła szamana po prawej w przyrodzenie. Od razu zaczęła uciekać ze szczytu. Co prawda nie dotknęła zgiętego w pół szamana, który w tej chwili nie panował nad równowagą, jednak w tym stanie zwykły podmuch wystarczył, by przez nieuwagę Poganin upadł do tyłu. Zwalił się w krater wulkanu, dopiero po czasie przestając trzymać się za krocze i wydając cichnący w otchłani krzyk.
Zbiegała po zboczu z dala od górskiego szlaku. Na dole mniej sprawni kultyści byli tratowani, panika wzięła górę, głównie dzięki potrzebie gaszenia drzew oraz silnym trzęsieniom, powszechnie odebranym jako Gniew Ziemi. Mimo tego, że Maria uważała na stromiznę, wstrząsy i jej emocje były zbyt silne, by zapanować nad ciałem, poza tym miała związane ręce. W pewnym momencie przewróciła się o jakąś kość i poczęła staczać ze szczytu niczym beczka.
Po długim czasie, gdy wylądowała u stóp wzniesienia, była przytomna, lecz pierwszy raz zetknęła się z bólem tej skali. Unieruchomił ją. Dopiero po jakimś czasie postarała się podnieść z kolan. Wstała.
Usłyszała cięcie. Jej ręce stały się wolne.
- Urosłaś.
Zastygła. Odwróciła się tyłem do wulkanu. Zobaczyła liściasty płaszcz łowcy.
- Wu… jek?
Złodziej schował ostry sztylet do pochwy na udzie.
Zanim zdołał się jej przyjrzeć, Maria wręcz wleciała w niego. Podskoczyła i zawiesiła mu się na szyi z dziewczęcym piskiem. Nie oparła o nic stóp. Wydawała z siebie dźwięki podobne do płaczu, jednak z pewnością oznaczały niewysłowioną radość.
Pozostałe młodziki były zdane tylko na siebie. Większość pewnie i tak albo zostanie wyłapana, albo zabłądzi w lesie i z głodu, zimna czy przymusu dołączy do pierwszej pogańskiej społeczności, jaką napotka. Nieliczni może przedrą się przez las i ukryją w Blackbrook lub też wyłapie je mieszczański patrol wojsk Barona. O ile przejdą magiczną barierę. To wszystko nie wyglądało prawdopodobnie i tym samym zbyt szczęśliwie, niemniej każda z opcji prezentowała się na pewno optymistyczniej niż spłonięcie ku czci Szachraja. Garrett swoją postawą nie zaprezentował altruizmu na wielką skalę, chodziło mu wyłącznie o Marię.
Nieźle zaskoczony, jedną ręką podparł jej uda, a drugą przytrzymał plecy. Na tym jego pomysły się kończyły.
„Yyy… No cóż, urocze.
Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się rozsądnie, jak mawiał ten łacher Artemus.”
- Słuchaj - ugiął się, by postawić Marię na ziemi. – Wiem, że jest wesoło i w ogóle, ale to jeszcze nie koniec dawania nogi! Musimy łacherować stąd, zanim ktoś się zorientuje, w czyich łachach chodzę!
- Wujku, a dokąd uciekamy? – zapytała, patrząc mu w oczy. Na chwilę zahipnotyzowała go. Dopiero teraz zobaczył te niesamowite, niebieskie oczęta z bliska. Pierwszy raz od bardzo dawna. Po chwili odparł:
- Ty mi powiedz! Mój plan nie wybiegał aż tak w przód… Nie znam tych okolic! Gdzie możemy się schronić przed Poganami? Jak daleko jest Blackbrook?
- Jest… tam! – odpowiedziała, wskazując palcem las blisko nich.
- Dokładnie na południe?
- …Nie wiem, gdzie jest południe…
- Czyli tam – Garrett złapał się na tym, że kiedy szkolił dziewczynkę w Zamurzu, zapomniał o rzeczy tak dla niego oczywistej, jak rozpoznawanie kierunków świata w terenie otwartym.
Po krótkim poleceniu wziął ją „na barana” i zaczął biec w nieokrzesany, pogański tłum.
Jedna z akuszerek, dojrzała, z malunkami na czole, zatrzymała swoją rudą koleżankę.
- Ty, patrzywszy na niego!
- Co?!
- Tam!
Wskazała Marię i Garretta.
- Co on wyprawiawszy?
- Jaki ten łowca szlachetny bywszy! – ruda wymyśliła teorię i natychmiast w nią uwierzyła. - On taki byczy, że nawet o ofiarę dbawszy! Nawet, gdy dookoła rozgardiasz i pożoga!
- Chyba tak! Jeeej… - zachwyciła się druga akuszerka.
- To Akant musiawszy bywszy!
- Skąd ty wiedziawszy? Facjaty nie uświadczywszy.
- Nie wiem. Tak czuwszy…
Poganki westchnęły. Obie.
- Chyżo! Dyrdajmy stąd!
Tymczasem prawdziwy Akant dostrzegł w złodzieju więcej szczegółów, które odróżniały go istotnie od reszty Pogan. Tropiciel stał na czaszce Wielkiego Bełkotliwca i tak jak Jastrun badał to miejsce w poszukiwaniu poszlak, które mogłyby wyjaśnić, kto pozbawił przytomności leżących tutaj, naczelnych szamanów. Jednak od czasu, gdy wybuchł chaos, a dudziarze pod spodem grali najgłośniej jak potrafili, przełożony kazał mu obserwować otoczenie. Sam zaś kucał dalej i szukał tropu. Czuł jedynie gaz wymieszany z zapachem listowia. Akant, zauważywszy w bieganinie udawanego łowcę, przypatrzył mu się. Miał przewieszony przez plecy nieregulaminowy, o wiele krótszy łuk i w dodatku dźwigał na tychże plecach niedoszłą ofiarę Nocy Ofiarowania.
- Mistrzu Jastrun, to on!!! – wydarł się i pokazał palcem - On faktycznie dorosłym bywszy! To jakiś rodzic pewnikiem, tak jak myślawszy!!!
Jastrun aż zelektryzował się. Błyskawicznie wstał i tak samo wytrzeszczył oczy. Zobaczył widok identyczny, co jego adept. Wściekł się.
- W mordę jeża… - zaklął - Teraz on mnie już poważnie wkurwiawszy!!!
Dobyli cisowych łuków. Akant zrobił się dziwnie niepewny siebie.
Skoczyli z czaszki na gałęzie południowych drzew.

***

Góra obudziła się na dobre.
Wybuchła.
Hukiem i podmuchem powaliła każdego, kto jeszcze przed chwilą przyczyniał się do ogólnego zamieszania.
Wydawało się, że rozrzut sprawi, iż materiał ziemny i kostny rozleje się po całej polanie niczym fontanna, że jak deszcz dotknie wszystkiego i wszystkich. Lecz materiał nie upadł. W jednej chwili zatrzymał się i zawisł w powietrzu.
Zaraz potem rozległ się jazgot. Obudziła się biel. Nie wiadomo, czy była wiatrem, magią, blaskiem, czy może wielkim, oślepiającym pierścieniem, obracającym się wokół zniszczonego właśnie wulkanu. Pierścieniem przyspieszającym z niesamowitą prędkością, osiągającym powoli, jeśli przeciąć go w pionie, okrągły przekrój. Kręcił się. Zdawać by się mogło, iż posiadł własną grawitację. Cały unoszący się piasek był przezeń przyciągany, stopniowo wchłaniany. I gdy ostatni odłamek skalny zniknął, pierścień upadł kilkanaście metrów w dół. Oślepiająco roztrzaskał się o ziemię wokół wyrzeźbionej twarzy. Uczynił las i polanę nieprzejrzystym dla niczyjego, przerażonego, pogańskiego oka.
I za chwilę ukazał młotoduchy. Stały wokół twarzy, jakby ją ochraniały.
Nic bardziej mylnego.
W jednej chwili ich oddział, ustawiony w okrągłym szyku, jakby na rozkaz obrócił się do środka i w tym samym ruchu zamachnął się wszystkimi młotami, z upiornym śmiechem, który był słyszany w całym lesie. Jednoczesne uderzenie pogruchotało wielką, kamienną facjatę na kawałki, wbrew prawom fizyki rozsypując ją całkowicie i doszczętnie.
Młotoduchy powoli, ze zgrozą obróciły swe czaszkowate oblicza na wstrząśniętych dookoła Pogan. Wydawały oddechy.
Chwila konsternacji.
I ponowny chaos...
Zjawy przemieszczały się w mgnieniu oka i rozgniatały ciała wrzeszczących kultystów z dziką łatwością. Dobrze radziły sobie również z bardziej wojowniczymi muchoplujami i szczypawami, a najpoważniej musiały podejść do drzewców. Niektórzy wyznawcy nie dali ponieść się emocjom i chwytając za miecze, sierpy i noże, odważnie szarżowali na nieumarłe kreatury. Dla jednej ze stron kończyło się to bardzo przyjemnie i nie była to ta lubiąca lasy.
W każdym zaklęciu istnieje jakaś luka. Coś, co sprawia, że magia nigdy nie jest łatwa, coś, co poprowadzi nieuważnego do destrukcji, rozumianej w takim czy innym znaczeniu. Co dobitnie daje o sobie znać poprzez efekty niepożądane. Najwidoczniej gwałtownie przerwany czar, użyty do Nocy Ofiarowania, wpłynął na kości martwych zakonników. Ziemia, z której zostały przywołane, również uległa dziwnym mocom i minerały w niej zawarte zostały uformowane w kształt, który daje się łatwo pochwycić i wykorzystać przez wyszkolonego, ożywionego Młotodzierżcę. Co do szat zakonnych, wydzielających białawą poświatę, nie można było być pewnym, skąd wzięły się na szkieletowych sylwetkach. Czy młotoduchy w ogóle kiedyś znikną? A jeśli tak, to kiedy to nastąpi? Ilu Pogan musi zginąć, by święta zemsta się dopełniła?
Ktoś odkrył, dowiódł empirycznie, iż młotoduchy da się zabić. Były ich dziesiątki. Wypędzanie ich z leśnego habitatu zajmie jeszcze wiele dni. Może nawet więcej niż opanowanie pożaru ogromnych połaci lasu w środku ciepłego lata…
Biegnący Garrett na chwilę się obejrzał.
„Nie wiedziałem, że wezwałem posiłki. Szóstka z plusem!”
Drogi ucieczki nie tarasowało wiele drzew. Prowadziła ona do Blackbrook. Masa Pogan uciekała tędy i nie miała czasu zastanowić się, dlaczego sąsiedni łowca jest jakiś dziwny i biegnie po ziemi. Leżąca mu na plecach Maria nagle krzyknęła:
- Wujku! Pimpuś!!!
- Co?!
- Pimpuś za nami!!!
- Czyli kto?!
Obejrzał się jeszcze raz, zwalniając. Jeden z kultystów był cwany i pomyślał, że można uciec szybciej za pomocą prywatnego, oswojonego burricka.
- Maria, trzymaj się mnie mocno i nic nie rób!
Garrett stanął w kierunku odwrotnym niż wszyscy. Na wprost paszczy bełkotliwca. Burrick nie zwolnił. Nie miał takiego zamiaru nawet trzy metry przed żywą przeszkodą.
W odpowiedniej chwili Garrett wykonał delikatny rozbieg i skoczył. Burrick odruchowo pochylił łeb, a złodziej z dziewczynką władowali się prosto w jeźdźca, z takim szczegółem, że Poganina jako pierwszy dotknął but złodziejskiego mistrza.
Poganin odchylił się bardzo mocno za siebie i gdyby nie strzemiona, z pewnością wypadłby za zad zwierzęcia. A tak, jedynie powoli wysunął się z owych strzemion i lekko opadł na bok, gdyż ogon burricka zagradzał cały tył.
Bełkotliwiec wyhamował. Zanim obolały i zaskoczony jeździec zdołał się pozbierać, złodziejska dwójka zajęła stosowniejsze miejsca na zwierzęciu, Maria z przodu, i kontynuowali ucieczkę.
Niewiadomego pochodzenia, podejrzane, srebrno-mleczne obłoki mgielne obejmowały sobą przydrożne brzozy i olchy. Czyniły czarno-zielony las półprzezroczystym, chmurą zagradzały przejazd. Zdawać się mogło, że chmura dostosowuje się do pędzącego zwierzęcia, przyjmując tą samą prędkość. Ujawniała jednostajnie coraz to kolejne połacie leśnej dziczy, leśnego tunelu, którym uciekinierzy starali się wydostać z liściastego piekła.
- Wujku…
- Co jest, Maria?
- Tam ktoś jest.
- Gdzie?
- Tam…
Maria wskazała mgłę po lewej.
- Nikt tam nie stoi. Kogo widzisz?
- Ma ogon jak żmija. Ma Koronę Kurszoków.
Jasny gwint, pomyślał Garrett, co ona tam widzi? I skąd ona zna…
- Słyszysz go, wujku?
- Kogo?
- On woła…
- Daj spokój, Maria, to bełkotliwiec dyszy. I jego pęd wiatr wywołuje, to on ci tak…
- Mówi, że będzie byczo – Maria wyglądała jak zaczarowana – Śpiewa o ciepłych nocach. O świeżych śliweczkach i o pięknych młodzieńcach.
- Że jak?
- O, idzie tu.
„…Niedobrze z nią.”
Złodziej wyjął spod kołnierza Amulet Magnolii i kazał Marii go dotknąć, samemu również trzymając.
Drzewa, krzewy i inne rośliny zaszeleściły. Ich władca już dawno przestał być kimś, kogo Garrett uważał za rzeczywiste zagrożenie, jednak pamiętał, do czego może być zdolny, jeśli się mu odpowiednio pomoże.
Szachraj: to on był królem olch.
Złodziej poczuł Ignorancję i Strach.
Maria uniosła rękę w lewo.

Nie patrzaj tam, gdzie ci palcem wskaże, a tam, gdzie ja! - Ignorancja odwracała jego uwagę.
PRZEKONAJ SIĘ! – odezwał się Strach. - WPATRZAJ SIĘ W OLCHY! OLCHA GADEM SIĘ RUSZA, PRZEBRZYDŁA… KAŻDY WĄŻ ZŁOTA OGNIEM NALANY!

Gałęzie olch zamieniły się w złote węże.
„Złoto…”
Przez drogę przebiegła zielona kobieta.

Jako motyl płocha, powiewna – powiedziała Ignorancja. – Odleciała od olch dziewica. Może jakaś zaklęta królewna? Może driada? Królewna, a może czarnoksiężnica?!

„Uspokój się, Garrett… To nie kobieta. To iluzja… która wygląda tak…”

Przypomnij! – kontynuowała Ignorancja. – Widziałeś jej lica? Przypomnij! Do kogoś podobna?

„Wiktoria…?”

Tamta była posępna i patrzała skromniej, u tej szata gwiazdami ozdobna. To gwiazdy prawdziwe: to światy. Błyszczą na szafirze światy…

„Szafiry!”

LECZ PATRZ NA OCZY! NIERUCHOME OCZY! – wydarł się Strach. – GDZIE SIĘ OBRÓCISZ, PATRZĄ ZA TOBĄ!

Nagle chichoty. Te same chichoty. Nagle oczy otworzyło wszystko to, co wydawało chichoty.

NIE PATRZ ZA SIEBIE!

Garrett spojrzał za siebie.

Czy czujesz woń jej warkoczy?

„Nie Wiktoria? Porucznik Mosley?
Jeden warkocz.
Do licha, to nie ma sensu!”
Przeciwstawił się odwracaniu uwagi przez Ignorancję. Oczy zniknęły. Chichoty zniknęły.
Zobaczył drzewo. Dokładnie pośrodku.

STÓJ! – odezwały się obie władze.

Burrick zahamował. Chciał się zatrzymać. Garrett wiedział, że musi biec. Skręcił.
Węże uczepiły się płaszcza z liści. Miały złodzieja zatrzymać. Nie zatrzymały. Wpełzały pod spód jego płaszcza.
Burza, rozpętana podczas Nocy Ofiarowania, trwała nadal. Niespodziewanie zaczął padać gęsty deszcz.

SŁUCHAJ! – wrzeszczały obie władze. - NIBY SZUM SUCHEGO DRZEWA, NIBY ULEWA, GRZMI O DACH LASU, GRZMI… A KSIĘŻYC ŚWIECI!

„Księżyc świeci… Widzę! Już niedaleko!”

Patrz dłużej – powiedziała sama Ignorancja. – Krew z niego kapie, a pod nim schylony człowiek czarny jak smoła, zajęty pracą…
DWA ROGI WYTRYSŁY MU Z CZOŁA, OCZY JAK ŻAR, BEZ POWIEK… SKĄD ON?! I NA CO?!

„Konstantyn…!”

SKĄD ON?! I NA CO TEN CZŁOWIEK?

„To nie człowiek!”

TO ON.


***

Garrett ostatecznie przekonał się, iż to człowiek, wiedział jednak, że to nie Konstantyn ani nawet Szachraj.

***

Minęli magiczną barierę.
Zatrzymał burricka. Dał kilka chwil na oddech sobie, Marii i bełkotliwcowi. Schował za kołnierz Amulet Magnolii. Pod jego ubraniem nie było żadnych węży.
A księżyc rzeczywiście świecił. Zaczął być widoczny spod koron.
Wznowili ucieczkę.

***

- Mistrzu, przemiany używszy! – Akant zasugerował, krzycząc w locie.
- Nie! – Jastrun wyraźnie zabronił – Jeszcze nie teraz! To tylko zwykły głupolud!
Pod koronami drzew odbili do leśnej drogi i skakali wzdłuż niej. Jastrun zabrał dwa Amulety Magnolii uśpionym szamanom z czaszki Wielkiego Bełkotliwca, toteż obaj mogli sobie pozwolić na o wiele dłuższy pościg, wykraczający nawet poza las.
Za chwilę uciekinierzy weszli w zasięg ich widzenia.
- Bełkotliwiec? – zdziwił się mistrz – Więc to dlatego tak długo… Akant! Podobną prędkość miawszy, nawet większą! Zapolowawszy na nich!
- Z przyjemnością!
Cięciwa trzymanego przez łowcę, dwumetrowego łuku została dotknięta przez drugą rękę oraz brzechwę strzały. Dłoń napięła ją. I przy jednym ze skoków z konara na konar zwolniła.
Upadła milimetry od stopy burricka.
- Akant, do ciężkiej łachery, co to miawszy bywszy?!
- Odległość oceniawszy, mistrzu!
- Grrr… - mistrz tyle razy mówił Akantowi, że należy być bardziej zdecydowanym w nagłych sytuacjach – A co ci po ocenie przy takiej odległości?! Myślawszy trochę!
Akant napiął kolejną strzałę. Przeleciała ponad lewym ramieniem Marii.
- Akant, ty głupoludzie! Skupiwszy się!!
- Już…
Trzecia strzała też nie trafiła.
- AAAAA-KAAAAAAAAANT!!!
- Coś nie tak bywszy, mistrzu! – tłumaczył się adept – Jakby szypy własną wolę miawszy!
- Do cholery, czy ja musiwszy wszystko sam robiwszy?!
Na gałęzi Jastrun przystanął nieco dłużej niż zwykle, by za chwilę skoczyć dalej niż zwykle. Wyprzedził Akanta.
Wola mych szypów, pomyślał adept, moją wolą bywszy…
Mistrz już miał wystrzelić, gdy nagle wrzasnął:
- No i miawszy ci los! Akant, w górę!!!
I w tym momencie płaszcze obu łowców obudziły się. Bardzo szybko urosły i zakryły całe ciała, jednocześnie dokonując gwałtownej przemiany. Tropiciele wyskoczyli ponad korony.
Byli teraz uskrzydlonymi potworami.
Gdy się unieśli, drzewa pod nimi skończyły się. Napięcie chwilowo zmalało. Czas na chwilę się zatrzymał. Siwy i niesamowicie ogromny księżyc stał się dostrzegalny w pełnej krasie, a jego sierp bardzo jasny. Ukradziony burrick mknął po niewielkiej równinie, której pasy po bokach ciągnęły się w czarną dal, a która oddzielała las od kamiennych murów. Mury te chroniły miasto Blackbrook. Księżyc oświetlał krawędzie ich blanek.
Droga z lasu prowadziła prosto do bramy, mającej podniesioną bronę i opuszczony most zwodzony. Dzięki ogniu pochodni Garrett dostrzegł dwóch strażników z włóczniami i okrągłymi tarczami. Po dwunastu metrach zobaczył na tych drugich kolory, czerwony i zielony, dzielące wzór tarcz na cztery części. Po piętnastu żelazne hełmy, jeden okularowy, drugi z nosalem. Po dwudziestu twarze. A po dwudziestu sześciu oczy.
Nie były przepite.
- Staaaaaać! – wydarł się zawodowy strażnik bramy, nie wiedząc, co myśleć o dosiadającym burricka łowcy z dzieckiem na przedzie. – Coście za jedniiiii?!
Garrett nie zwalniał.
- Tniiiiiiiij!!! – strażnik krzyknął bez zastanowienia do kolegi po drugiej stronie mostu.
Obaj strażnicy wbili włócznie w boki pędzącego bełkotliwca. Utkwiły.
Zawodzące zwierzę pomknęło przez środek bramy i wparowało do wnętrza miasta. Bełkotliwiec biegł ulicą prosto, z włóczniami takimi, jakie pozostawiono w jego ciele. W końcu zwolnił wśród jęków i uroczych stęknięć, charakterystycznych dla tej rasy. Upadło. Sączyła się krew. Jednocześnie Garrett i Marla polecieli do przodu i rozbili się o kostkę brukową.
Płaszcz zabrany Gołębiowi, jednemu z łowców, podarł się. Garrett zrzucił go i chwycił powstałą już Marię za rękę.
- Biegiem!
Uciekali tą samą ulicą, w głąb miejscowości. Za nimi biegli przybramienni strażnicy, którzy dobyli z pochew broń drugorzędną pod postacią mieczy. Doganiali ich.
- Wskakuj na plecy! Będziemy szybsi! – zaproponował szybko złodziej, po czym oboje wykonali pomysł.
Skręcili w inną ulicę. Odległość zaczęła się zwiększać.
Gdyby nie palące się światła w niektórych oknach, można by powiedzieć, że miasto było kompletnie wyludnione. Choć pod kilkoma względami podobne do Miasta, okazywało się zupełnie obce. Jedyny Prawdziwy Opiekun poczuł się dziwnie. Cały czas rozglądał się nerwowo na boki. Myślał, że wraz z przekroczeniem bramy uaktywni się jego intuicja i poczuje się jak u siebie w domu. Jednak aleje i ciemniejsze niż wszystko zaułki nie chciały być mu dobrze znane, zamiast witać go i zapraszać cwaniackimi uśmieszkami, zachowywały się niczym obrażone panny. Ich puste ślepia patrzyły obco, odpychały od siebie, nie chciały powiedzieć, gdzie się jest i jak biec. Mrok odmawiał złodziejowi posłuszeństwa, okazywał ksenofobię. Nie chciał go tu. Jego, Jedynego Prawdziwego Opiekuna.
- Byłaś już w Blackbrook?! – zapytał „pasażerkę”, przystając na chwilę, by odsapnąć.
- Nie…
- Cholera!
Usłyszeli ptasi okrzyk.
W górze unosiły się dwa skrzydlate potwory na niebie, niczym sępy krążące nad nimi i nad całym Blackbrook. W pewnym momencie oba opadły w dół i zaczęły pikować jak orły, w ulicę, z ich perspektywy wydającą się być kanciastą szczeliną między czarnymi warstwami budynków.
Garrett uskoczył w bok. Później znowu. Atakujące ptaszyska zataczały parabole i pętle, próbując dolnymi łapami pochwycić cel lub dziobami wbić się w niego.
Schronił się w końcu w obudowanym obniżeniu terenu, otaczającym schodki do jakiejś piwniczki. Zaraz potem wybiegł i skręcił w jakąś uliczkę nieopodal. Była zbyt ciasna, by potwory się w niej zmieściły, a co dopiero latały. Kamienie formowały budowle po obu stronach wznoszące się na jedenaście metrów. Podążył cicho na drugi koniec, cały czas z Marią na plecach.
Wychylił się ostrożnie. Średniej wielkości plac zdawał się być czarny jak smoła. Poza oknami na obrzeżach, w których paliły się domowe płomienie, mrok próbowały rozświetlić jeszcze turkusowe, okrągłe światła. Nie ruszały się, więc mogły być latarniami, lecz Garrett, widząc je i znając, nie wiedział, co o nich myśleć. Zagwozdkę Blackbrook potęgowały obce budynki, raz identyczne jak w Mieście, raz o wiele prymitywniejsze. Wszystkie, jakie dało się dostrzec w obecnym oświetleniu, zbudowano ze zwykłego kamienia i drewna. Nie czując zagrożenia, nie widząc i nie słysząc nic, złodziej postąpił krok do przodu.
Nagłe szarpnięcie wyrwało mu Marię z pleców i sprawiło, że pofrunęła w górę z piskiem.
Zaskoczony Garrett ujrzał zaledwie fragment skrzydła, gdy podniósł głowę. Wysoko, pod samym dachem, w murze budynku po jego prawej znajdowało się jedyne okno.
- Maria!!!
Choć było otwarte, nie było szans, by wbić gdziekolwiek strzałę z liną. Już chciał wspiąć się przy użyciu rękawic, gdy w ujściu korytarza pojawiło się drugie ze stworzeń. Uczepiło się wszystkimi odnóżami o budynki, kłapiąc przerażającym pyskiem tuż przed twarzą Garretta. Ten natychmiast wskoczył w głąb szczeliny i począł uciekać w drugą stronę.
- …Cholera jasna!
Jeszcze w korytarzu próbował znaleźć coś przydatnego w swoim osprzęcie.
„Jak to możliwe, że nie zostało mi nic gazowego?! Mam tylko jedną błysk-dymkę. Szlag!”
Będąc drugi raz na tej samej ulicy, usłyszał, jak nadlatują. Ptaszyska nurkowały z wysokości pod lekkim kątem.
- MAŻ DŻECZAKA?! – zapytało upiornym tonem jedno z nich.
- NE WEM, DŻE JEZD – odpowiedziało mu sąsiednie. Nie przestawały pikować na mistrza złodziei.
„Nie rozumiem, ale tym razem dobrze, że są obaj.”
Odbezpieczył granat błyskowy. W jednym ruchu rzucił go o ziemię, gdzie stał, i uskoczył na bruk.
Wybuch oślepił potwory, które przestały panować nad swoimi ciałami i które poczęły wykonywać niekontrolowane śruby, krzycząc żałośnie. Walnęły o ziemię w miejscu, gdzie Garrett jeszcze przed chwilą stał. Gdy to nastąpiło, złodziej podniósł się z ulicy i dobył łuk.
„Nie zabijam.
A jeśli w moim kodeksie nie ma paragrafu odnośnie zadawania ran, to… w wolnym czasie naskrobię aneks.”
Ostra strzała poszybowała i utkwiła w skrzydle stwora, który, jak przed chwilą Garrett zauważył, jest nieco większy od drugiego. Stwór zawył ponownie, gdy kolejna strzała przeszyła dolną łapę. Upadek z wysokości nie ogłuszył żadnego z łowców, ale za to wywołał spory ból, który w połączeniu z dysfunkcją oczu sprawił, iż przez moment nie wiedzieli, co się dzieje. Dało to czas Garrettowi na zadanie obrażeń i rozpoczęcie ucieczki w nieznaną część Blackbrook.
- W MORDU JEDŻA – mówił większy ze stworów, patrząc na swe rany. – DE GŁUPOLUDŻE SZYPY… AKAND, GON GO!!
Młodszy z łowców pozbierał się i pofrunął za Garrettem na minimalnej wysokości.
Od tego czasu minęło półtorej minuty. Mistrz złodziejskiego fachu wpadł w pułapkę. Nieprzyjazne względem niego miasto zaprowadziło go prosto w ślepy zaułek. Na jego końcu wyrastała ogromna, kwadratowa wieża, której dźwiczki właśnie się otworzyły. Wyszedł z nich jakiś długowłosy żebrak. Począł iść niepewnym krokiem i ze zmęczonymi oczami w stronę mistrza złodziei, ściganego na niskim pułapie przez Akanta.
Garrett odtrącił w biegu kudłatego przechodnia i gdy wbiegł do środka, zamykając z hukiem drzwi za sobą, rozpoczął bieg na szczyt wieży. Minął trzech pijaków leżących na parterze, uważał na półsiedzących osobników rozłożonych na kwadratowej spirali schodów.
„Do łachera, żadnego okna, przez które mógłbym wyskoczyć na dach innego budynku!”
Powietrzna szarża potwora sprawiła, że drzwi wejściowe przestały istnieć. Ku przerażeniu rezydentów, nie zjadł ich. Zamiast tego powolnym krokiem podążył za złodziejem, stopień po stopniu. Coś jest nie tak, pomyślał Garrett. Dlaczego zwolnił? Przecież może mnie zaatakować, lecąc przez przestrzeń między schodami. Zmęczył się? Jest już pewien, że mu nie ucieknę?
Mimo opieszałości oponenta, sytuacji nie dało się nazwać bezpieczną. Nie było dobrych warunków do oddania pewnego strzału w stronę przeciwnika takiego jak Akant. Kryształy gazowe zostały wyczerpane, a ogniowe rozdane więzionym dzieciom. Jedynym wyjściem, dosłownie, była klapa w suficie.
Księżyc oślepił na krótko oczy tuż po wyłonieniu spod blanek. Garrett wybiegł na dach wieży i to był koniec jego ucieczki. Zaraz po tym potwór nadrobił zaległości, wyskakując z klatki schodowej i szybując parabolą nad złodziejem. Wylądował na blankach na drugiej stronie. Wtedy właśnie począł wracać do ludzkiej formy: skrzydła gwałtownie się skurczyły, podobnie jak obrzydliwa sierść i beżowy, ptasi dziób, a wszystko to przy udziale niespotykanych dźwięków, będących mieszanką jakby trzaskania gałązek, szelestu liści oraz działania magicznych sił natury. Nieruchomy łowca, odziany w spokojny już płaszcz liści, stał na zębie blanki na lewo od olbrzymiego księżyca, jeśli patrzeć z perspektywy nie czującego się pewnie mistrza złodziei.
- Kradzieju, kradzieju! Nie hałasowawszy tak, bo obu nas wydawszy!
Zrobiło się niezwykle głucho. Garrett nie mógł dosłyszeć żadnych odgłosów kojarzonych z pościgiem. Całe Blackbrook zdawało się przerwać wszelkie nocne rozmowy i przyglądać się pomarańczowymi kwadratami okien, ze zniecierpliwieniem wyczekiwać, co wydarzy się na szczycie wieży. Jakby było wielkim bankietem patrycjuszy, na które z hukiem wszedł ktoś dziwnie wystrojony i kto stanął pośrodku sali balowej, tuż naprzeciw gospodarza, gapiąc się weń z uniesionym czołem i poważną miną.
- Teraz sami bywszy. Udawszy mi się fałszywy trop mojemu mistrzowi podrzuciwszy… W mieście on już nie taki byczy bywszy.
- O co ci chodzi, łowco? – złodziej dziwił się pretensjonalnie. - Wolisz posiłki w samotności…? Znęcasz się nad zdobyczą? Będzie ci lepiej smakować dzięki temu?
- Ha ha, wyluzowawszy, głupo… znaczy się… mieszczaninie.
Zrezygnowanie z pogardliwego określenia było aż nazbyt wyraziste.
- Czyli nie chodzi o mięso.
- Oczywiście, że nie – wniosek Garretta zdawał się rozbroić Akanta – Za kogo nas uważawszy? W borze jedzenia ci dostatek, jeść głupoludów nigdy nie potrzebowawszy!
- Jednak pod względem okrucieństwa naprawdę niedaleko wam do tego – zauważył złodziej. - Co to za chory pomysł z tym rytuałem? Dawno palonych dzieci nie widzieliście? Ja też nie, i jakoś nie żałuję.
- Widzisz, mieszczaninie… - łowca zdjął z siebie kaptur, po czym zaczął drapać się po głowie, jakby z zakłopotania. – Pewien inny mieszczanin niedawno się z nami zżywszy. Właściwie dwóch: pierwszym Sławomir bywszy, drugim…
- Ocelot.
- Tak. On nie wszystkim się podobawszy, kradzieju… Jedni jego nowe idee za nieziemskie uważawszy, inni zaś za radykalne i straszne. Tak czy siak, on wielką wiedzę na leśne tematy posiadawszy. Z magią włącznie. Nasi szamani i druidzi za zapomniane inkantacje je uznawszy.
- Posiadł je u… Głupoludzich Pustelników?
- Prawda to – potwierdził Akant - A przynajmniej tak on twierdziwszy. I to jedna z rzeczy, które podejrzanym go czyniwszy. Kradzieju, on zbyt gwałtowny, pewny siebie i dziwny bywszy… Wielu do teraz słuchać go nie chciawszy, i trudno się im dziwiwszy. Wszystko za szybko się dziawszy. Nawet poważny rozłam się u nas wydarzywszy… Ty słyszawszy?
- Rozłam? – zapytał Garrett.
- Tak. Do niedawna starcia nawet bywszy, już i tak w środku innej wojny… I starszyzna w końcu postanowiwszy, że się rozdzieliwszy: na północy szamanka Dyan, wierna Wiktorii i tradycjom, a na południu szaman Ocelot. Jak kto się opowiedziawszy, przenieść się do kogoś musiawszy.
- Brzmi jak dramat. Albo jak owce, zmieniające trawiaste pola co jakiś czas.
- Leśniawe przenośnie ci nie wychodziwszy, mieszczaninie – zaśmiał się łowca. – Ale nie bawszy żaby: tu, w Czarnorzeczu, ty się prędko wyrobiwszy.
- Czyli co, mam rozumieć, że sympatyzujesz z Ocelotem.
- To nie do końca tak – przyznał adept Jastruna. – Część braci i sióstr przenieść się nie mógłwszy, to dla nich zbyt daleka wędrówka bywszy. Woleli na miejscu pozostawszy i nową myśl pogańską sobie przyswoiwszy. Jednak wśród tych, cóż, oporni bywszy również…
- Dla łowcy tydzień drogi to żaden dystans, jak się domyślam. Co cię tu trzyma?
- Rodzina – odparł Akant. – Oni zbyt entuzjastyczni wobec szamana Ocelota bywszy, nie to, co ja. Mnie samego to zastanawiawszy: żeby najmłodszy w gromadzie najtradycyjniejszy bywszy…
- Tak zwana inwersja.
- Bywszy może. W każdym razie ja mimo wszystko rodzinę szanowawszy. I małą Lilię bardzo kochawszy… Moją jedyną siostrzyczkę. Ja musiwszy o nią dbawszy. Ona na ospę się pochorowawszy, a dopiero co na świat przyszedłszy.
- Dobra, do rzeczy – oznajmił zimno Garrett – Dlaczego jeszcze żyję?
- Ha.
I w tym momencie łowca wyskoczył poza blanki. Zwyczajnie. Niczym samobójca rzucił się z wieży. Garretta zamurowało.
„Eee, bo samemu wolisz umrzeć? To ma być ta tradycyjność? Zamiast sadyzmu: masochizm…?”
Nastała zupełna cisza. Garrett pomyślał sobie, że musi teraz stać jak jakiś idiota. Sam, na najwyższym punkcie w okolicy, w obcym mieście, nie wiedząc, co w ogóle powinno się zrobić. Nawet przesadnie wyobraził sobie, że sierp tego nieszczęsnego księżyca jest miną nieba, które śmieje się z jego widoku.
Po pewnym czasie, nagle spod blanek wyłonił się potwór, ten sam, co wcześniej. Pojedynczy trzepot skrzydeł kontrastował z obecną jeszcze przed chwilą ciszą.
Potwór trzymał Marię.
Po wylądowaniu na dachu wypuścił ją z trójpalczastych łap. Dziewczynka, nie czekając, aż Akant wróci do ludzkiej formy, rzuciła się w stronę złodzieja. Dobiegła do niego, objęła w pasie.
- Ja ją złapawszy wtedy - Akant począł wyjaśniać, gdy podłużny pysk powrócił do formy twarzy. - Unieszkodliwiwszy ją, co by nie uciekawszy, i ukrywszy w pobliżu. Potem zagoniwszy cię tutaj, na wieżę, co by mistrz mój przypadkowo nas nie wyczuwszy. Ani zobaczywszy.
- Łowco… dlaczego?
- Bo ja z tych raczej opornych bywszy.
Nadzieja momentalnie znów zagościła we wnętrzu złodzieja. Objął główkę dziewczynki i tak jak ona, milczał. Zamyślił się beztrosko w błogim bezruchu.
- Ja, niestety, materialistą bywszy.
Gdy to usłyszał, zrobił zrezygnowaną minę. Domyślał się, że do tego się to wszystko sprowadzi. Wszędzie na świecie jest tak samo.
- Co chcesz w zamian?
- Twój wór. Zawartość.
I było to coś, z czym złodziej nie chciał się pogodzić.
- Wszelkie podejrzenia o kradzież spadną na ciebie.
- Przywłaszczać błyskotek nie chciawszy. Oddawszy je leśniawym właścicielom.
- Ciekawy ten twój materializm.
- Altruistyczny, ja wiedziawszy – uśmiechnął się pogodnie.
„Nie, nie i nie, wydawać wszystkiego na nią nie zamierzam! Ale z drugiej strony, jeśli nic nie zrobię, może mnie samego pozbawić życia. Głupia byłaby to śmierć. W takim momencie…?”
Maria nieco zwolniła chwyt i odchyliła się lekko. Złodziej wykorzystał to, by ją delikatnie odsunąć na bok. Chwycił za pas, który ukośnie przekreślał jego tors, zdjął torbę na łupy, postawił na ziemi. Poluzował ściągacz i powoli, niechętnie jak nigdy, począł wykładać nabyte rzeczy. Były to głównie ozdoby z rzadkich kości, z domieszkami złota i srebra, ale, oczywiście, nie tylko.
- Całość – nalegał łowca.
- Zostały tylko moje oszczędności z Miasta. Z czegoś utrzymywać się muszę. Chyba, że chcesz być współodpowiedzialny za falę kradzieży w Blackbrook?
Akant podszedł szybko, agresywnie wyrwał worek z rąk złodzieja. W środku zobaczył jedynie stos awersów i rewersów nie widywanych zbyt często w tych stronach. Spojrzał na Garretta wilkiem.
- Ty i tak kradziejowawszy.
- Dopóki mam pieniądze, nie muszę tego robić. Zapewnisz temu miastu spokój na jakiś czas. Jeśli nie na zawsze.
- Jaką ty gwarancję dawszy?
- Hmm, słowo złodzieja?
- …Niech ci bywszy – stwierdził po chwili. Bez przekonania oddał worek. I zademonstrował inne zastosowanie magicznego ubrania: pędy z liśćmi niejako uwolniły się z niego i poczęły wydłużać ku podłodze. Oplotły wydobyte z worka łupy, jakby posiadały własną wolę, by następnie unieść i przykleić się wraz z nimi do właściwej części płaszcza. Zagarnąwszy wszystko, Akant ruszył w tył i oddalił się od złodzieja. Garrett nie podejrzewał nawet, by łowczy strój był zaczarowany, a okazało się, że nawet umie zmienić posiadacza we wstrętne bydlę chaosu.
„Jego plan się uda? Chyba nie uniknie pytań, jak to wszystko odzyskał? Zgaduję, że opowie bajeczkę w stylu: <<Kradziej wyrzucił łupy, by zmylić pościg i dać sobie możliwość ucieczki>>.”
Akant zatrzymał się. Stojąc do mistrza złodziei plecami, ukazał profil swojej zakamuflowanej twarzy, patrząc na niego z ukosa.
- Mógłwszy cię bez przeszkód do jeżozwierza upodobniwszy. I worek zabrawszy, i biednym rodzinom złote monety rozdawszy. Niby pradawny bohater. I mojemu mistrzowi o wszystkim powiedziawszy. Ale… - urwał, lecz wznowił za chwilę, jakby z lekką nostalgią: – Ja cię za dzisiejszy zamtuz w borze szanowawszy, kradzieju. Naprawdę. Zapamiętawszy?
- Zapamiętawszy – odparł przyjaźnie Garrett.
Łowca podszedł do blanki, postawił we wnęce prawą nogę, zatrzymując się. Odczekał chwilę.
- Jeszcze jedno.
- Hm?
- Byczy worek.
- …?
- Jeszcze takiego patentu nie widziawszy.
- Aaa, w tym sensie – zrozumiał Garrett.
Akant uśmiechnął się delikatnie. Zeskoczył z blanek, jednocześnie dokonując przemiany w pogańskie ptaszysko. Zniknął pod nimi, nim złodziej zobaczył pierwszy trzepot skrzydeł. Za to usłyszał. A po nim kolejny, kolejny i kolejny, a każdy wydawał się być coraz cichszy…
Maria znów do niego przylgnęła. Płakała.

Blankowana, kamienna wieża. Była niczym fantastyczny, lecz niedopracowany przekaźnik Mechanistów, który nieoczekiwanie przeniósł dziewczynkę na drugi koniec świata. Do innego przekaźnika, innej wieży, gdzie Garrett ostatecznie mógł odnaleźć owe źródło niewinności. Nie chciał tego. Nie było to jego życzeniem, marzeniem, zamierzeniem ani planem. Nie modlił się za ani o Marię. Wiedział jednak, że jej uwolnienie przyniesie zmiany. A to, czy będą pozytywne lub negatywne, niespecjalnie go obchodziło. Całkowicie wbrew sobie… Dziwna fascynacja ogarniała go i mimo opuszczenia raz na długi czas, pozostanie już z nim do końca.
„Ech, pewnie znajdą się szydercy, którzy posądzą mnie o to i owo… A przecież nie o to chodzi. Nie wiem, co sprawia, że nie mogę oprzeć się pokusie zaopiekowania się tym małym szkrabem. Raz ją opuściłem… Właściwie to ona opuściła mnie, no ale wiadomo, o co chodzi.
Zostawiłem ją na pastwę losu. Umiałem to zrobić. Może więc istnieje jeszcze nadzieja dla mnie, he, he, he…”
Dosyć szybko odgonił żart z samego siebie.
Robert Wood, zwany Zakapturzonym lub też Drewnianym, był patronem pogańskich łowców. Pradawny bohater, którego miał na myśli Akant, zabierał skarby bogatym i rozdawał ubogim. Lecz gdyby teraz łowca okradł złodzieja, cieszyłby się wkrótce nie mniejszym szacunkiem w lokalnej społeczności. A jeśli szlachetnością dałoby się nazwać też darowanie życia Garrettowi i Marii, to o owej szlachetności wiedziały tylko trzy osoby: on oraz sami zainteresowani. I nikt inny.
A może „szlachetność” wynikała jedynie ze wstrętu wobec mieszczańskiej waluty…?
Tak czy inaczej, Garrett żył. I jego Maria też.
Był szczęśliwy.

Tym bardziej, że jego pojemne kieszenie zachowały część błyskotek.


***

Garrett, leżąc na swojej koi, nagle oprzytomniał. O wszystkim i niczym myślał przynajmniej dwie godziny. Zmęczył się dostatecznie. Teraz mógł już zasnąć.
Okrył się dokładniej kołdrą z pogańskich skór, pokręcił chwilę, znajdując najlepszy układ fałd pod nim. Znieruchomiał.
Nastała absolutna cisza.
I w tym momencie Maria, dziewczynka leżąca koło niego, wysunęła spod swojej kołdry rączkę. Wybudziło ją przemieszczanie się złodzieja, czuła jednak, że nie jest to dobra pora na pobudkę. Nawet nie otwarła oczu. Wystarczyłaby minuta bezruchu, a ponownie zapadłaby w sen.
Drobną dłonią uczepiła się skór, którymi przykrył się Garrett.

Gdyby nie była tak zmęczona, przytuliłaby go z całej siły.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 17 lip 2013 21:22 przez Hattori, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 19 lis 2012 22:06 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Pierwsza! :-D
Bardzo leśniawy rozdział. Podobał mi się opis siedziby Pogan, chociaż motyw z Łowcami i ich supermocami to trochę przegięcie ;) Jednak ta magia w świecie Thiefa jakoś zawsze taka bardziej dyskretna była.
Również opisy wędrówki Garretta i jego drobnej "psychozy" bardzo nastrojowe. Ech, czemu mi takie nie wychodzą?
Jedna rzecz, która mnie martwi: wydaje się, że ta "przygoda" to kolejne zadanie dla Mistrza Złodziejskiego, podczas gdy końcówka TDS wyraźnie sygnalizowała zmiany... których tu prawie nie czuć. Wydaje mi się, że Garrett, Jedyny Prawdziwy Strażnik, jakoś bardziej zainteresowałby się tym szamane, zabrał mu księgę do przestudiowania, albo coś, a ni po prostu zostawił i "bawcie się dobrze". No ale mam nadzieję, że jeszcze do tego wrócisz. W końcu sam mówiłeś, że to dopiero początek ;)
No i Maria wróciła, mimo twoich zarzekań, że nie :))
Trochę marudzenia:

Cytuj:
W pękate zawiniątko zapakował żywność, wiózł z tyłu siodła

„Wiózł je” albo coś.

Cytuj:
Miał tam również kilka buteleczek z wodą.

Jak zwierzę :P Serio, w tamtych czasach woda była tak syfiasta, że nikt jej nie pił poza pustelnikami i ascetami, a Garrett raczej do takich nie należy. Nie mówię od razu gorzałkę, ale jakieś piwo, podpiwek.

Cytuj:
ona, przy okazji, ofiarować prezent pożegnalny.

Się wzruszyłam ^^

Cytuj:
jako mieszczuch nigdy do tego nie przywyknę

Robactwo gryzące ludzi ma tendencję do bycia tam, gdzie ludzie. Jako mieszczuch Garrett był regularnie jedzony przez wszy, pchły, pluskwy i inne łatajstwo. Na trawce mogła go najwyżej skóra świerzbić, bo... nic go nie gryzło ^^

Cytuj:
Siodła. Potniki. Ogłowie. Strzemiona. Wodze. Włócznie. Łuki. Nawet osłony pyska. I kropierze. I… podkowy...

Nie chcę nic mówić, ale burricków chyba raczej nie ma gdzie podkuwać. Łapki, nawet mimo pazurów, są raczej za miękkie...

Cytuj:
W jednym ruchu znalazł się po drugiej stronie rzeki.

"Jednym ruchem"?

Cytuj:
nasionka maku

Lepiej by się sprawiło mleczko makowe. Albo przynajmniej makówki.

Cytuj:
To dzięki niezapominajkom, stokrotkom, fiołkom, dzikim różom, chabrom, makom, jaskrom i innym polnym kwiatom

Dzika róża to krzew. Dość spory. Na pewno nie kwiat polny ;)

Cytuj:
Za to pozostali zajadali się kuleczkami owoców jarzębiny i jagody.

Mi zawsze mówili, że jarzębina trująca o_O

Cytuj:
Szedł. Kilka liści i kamyków zachrobotało mu pod podeszwami.
Szedł.
Bardzo długo szedł. Pomyślał, że szlak musi prowadzić do czegoś zdecydowanie nieprzystępnego. Bardzo długo szedł. A ciemności stawały się coraz bardziej nieprzyjazne.
Ciągle szedł.

Ja wiem, że cały ten fragment prawdopodobnie miał być głęboki i nastrojowy... ale ja nie mogłam powstrzymać śmiechu.

Cytuj:
Puch piasku

Eee?

Cytuj:
Z prawej strony, czyli po zachodniej stronie,

Nie za dużo tych stron? ;) Może wystarczyłoby: na zachodzie?

Cytuj:
miał w sobie coś z agresji i coś z pewności siebie

Znowu przekombinowane: brzmiała w nim agresja i pewność siebie?

Cytuj:
bom głupoludzi

Głupolud, głupoludź? ;)

Cytuj:
ogłuszali w tył głowy

"Ogłuszali uderzeniem w tym głowy."

Cytuj:
wypowiadając nieznany język

"Wypowiadając słowa w nieznanym języku."

Cytuj:
„Nie wiedziałem, że wezwałem posiłki. Szóstka z plusem!”

:twisted:

Cytuj:
Drogę ucieczki nie tarasowało wiele drzew.

"Drogi ucieczki nie tarasowało wiele drzew", choć osobiście jakoś bym w ogóle zmieniła to zdanie.

Cytuj:
że Poganina jako pierwszy dotknął but nogi złodziejskiego mistrza.

No bardziej się tego nie dało zagmatwać.

Cytuj:
Skręcił go.

Skręciło go? :-D

Cytuj:
- Wskakuj na plecy! Będziemy szybsi!

Nie jestem pewna, czy biegnąc z takim obciążeniem Garrett faktycznie byłby szybszy. W końcu nawet w grze z balastem chodził wolniej ;)

Cytuj:
Tym bardziej, że jego pojemne kieszenie zachowały część błyskotek.

:))

Cytuj:
Gdyby nie była tak zmęczona, przytuliłaby go z całej siły.

Awww :ser

Ogólnie: beta się nie popisała :evil:

PS Ładne nawiązanie do Króla Olch :D

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 gru 2012 21:29 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Flavia napisał(a):
chociaż motyw z Łowcami i ich supermocami to trochę przegięcie Jednak ta magia w świecie Thiefa jakoś zawsze taka bardziej dyskretna była.
Owszem, tak dyskretna, że prawie nie daje się poczuć... To-jest-fantasy, rwa! :P

Flavia napisał(a):
Jedna rzecz, która mnie martwi: wydaje się, że ta "przygoda" to kolejne zadanie dla Mistrza Złodziejskiego, podczas gdy końcówka TDS wyraźnie sygnalizowała zmiany... których tu prawie nie czuć. Wydaje mi się, że Garrett, Jedyny Prawdziwy Strażnik, jakoś bardziej zainteresowałby się tym szamane, zabrał mu księgę do przestudiowania, albo coś, a ni po prostu zostawił i "bawcie się dobrze". No ale mam nadzieję, że jeszcze do tego wrócisz. W końcu sam mówiłeś, że to dopiero początek
Wewnętrzna schizma wśród Pogan to dla Ciebie za mało? Co do książki - z tekstu nie wynika, żeby G. wziął ją ze sobą albo nie. Nieco za mocne wnioski wyciągasz. ;)

Flavia napisał(a):
Jak zwierzę Serio, w tamtych czasach woda była tak syfiasta, że nikt jej nie pił poza pustelnikami i ascetami, a Garrett raczej do takich nie należy. Nie mówię od razu gorzałkę, ale jakieś piwo, podpiwek.
Kwestia do dyskusji. Pytanie do wszystkich: co Garrett może wziąć do picia na drogę? :)

Flavia napisał(a):
Robactwo gryzące ludzi ma tendencję do bycia tam, gdzie ludzie. Jako mieszczuch Garrett był regularnie jedzony przez wszy, pchły, pluskwy i inne łatajstwo. Na trawce mogła go najwyżej skóra świerzbić, bo... nic go nie gryzło ^^
Wiem jak jest w dużym mieście, wiem jak jest na wsi. Wierz mi, jest różnica. (Zakładam tutaj, że w Mieście G. nie miał powodów do kładzenia się na trawie) Możesz ew. powołać się na większą syfiastość w mieście średniowiecznym.

Flavia napisał(a):
Nie chcę nic mówić, ale burricków chyba raczej nie ma gdzie podkuwać. Łapki, nawet mimo pazurów, są raczej za miękkie...
Musiałyby mieć kopyta... Właściwie to na czym one stąpają? :?

Flavia napisał(a):
Dzika róża to krzew. Dość spory. Na pewno nie kwiat polny
Jak ja, kuźwa, uwielbiam, gdy Keeper zwraca mi na coś uwagę, a poprawka nie pojawia się finalnie, mimo że pamiętam, że ją robiłem.
Jacy lekarze zajmują się schizofrenią? :cry:

Flavia napisał(a):
Ja wiem, że cały ten fragment prawdopodobnie miał być głęboki i nastrojowy... ale ja nie mogłam powstrzymać śmiechu.
Chyba wiem, jak to załatać.

Flavia napisał(a):
Cytuj:
Puch piasku
Eee?
No, wiesz. Taki pył, co robi piasek, gdy wzbije się w górę. :roll:

Flavia napisał(a):
Cytuj:
bom głupoludzi
Głupolud, głupoludź?
Nie, bo to ma być przymiotnik, nie rzeczownik.

Flavia napisał(a):
Cytuj:
ogłuszali w tył głowy
"Ogłuszali uderzeniem w tym głowy."
Chyba każdy złodziej wie, jak się ogłusza? 8-) Że się nie paca? 8-)

Flavia napisał(a):
Cytuj:
że Poganina jako pierwszy dotknął but nogi złodziejskiego mistrza.
No bardziej się tego nie dało zagmatwać.
Trochę tak. Usunie się "nogi" i powinno być git.

Flavia napisał(a):
Cytuj:
Skręcił go.
Skręciło go?
Bez "go" będzie dobrze?

Flavia napisał(a):
Nie jestem pewna, czy biegnąc z takim obciążeniem Garrett faktycznie byłby szybszy. W końcu nawet w grze z balastem chodził wolniej
Wydaje mi się, że taki szkrab tylko spowalnia go. Dzieci może mają dużo energii, ale krótkie nogi to krótkie nogi.
A to pogrubione to przecież bzdura. Nie pomyliło Ci się z jakąś FMką? Jeśli jest taka, gdzie zostało to uwzględnione, to dawajcie namiary!

Flavia napisał(a):
PS Ładne nawiązanie do Króla Olch :D
A czy ktoś zauważył jeszcze inne nawiązanie, też literackie? Kto zgadnie, dostanie całusa. :ser *

*nie dotyczy płci męskiej, tj. mojej :kij
Że też nie mamy na składzie rzygającej emotikony, tylko taką

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 gru 2012 21:57 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Hattori napisał(a):
Możesz ew. powołać się na większą syfiastość w mieście średniowiecznym.

Na to się właśnie powołuję 8-)

Hattori napisał(a):
Musiałyby mieć kopyta... Właściwie to na czym one stąpają? :?

Na łapkach ^^ Jak na tym obrazku.

Hattori napisał(a):
Jak ja, kuźwa, uwielbiam, gdy Keeper zwraca mi na coś uwagę, a poprawka nie pojawia się finalnie, mimo że pamiętam, że ją robiłem.
Jacy lekarze zajmują się schizofrenią? :cry:

*głasku głasku*
Cholera, czemu oferta emotkowa tego forum jest taka uboga?

Hattori napisał(a):
No, wiesz. Taki pył, co robi piasek, gdy wzbije się w górę.

Sam "pył" byłby okej xD

Hattori napisał(a):
Chyba każdy złodziej wie, jak się ogłusza? 8-) Że się nie paca? 8-)

Ale "ogłuszali w tył głowy" głupio brzmi 8-)

Hattori napisał(a):
Bez "go" będzie dobrze?

:oki

Hattori napisał(a):
Wydaje mi się, że taki szkrab tylko spowalnia go. Dzieci może mają dużo energii, ale krótkie nogi to krótkie nogi.
A to pogrubione to przecież bzdura. Nie pomyliło Ci się z jakąś FMką? Jeśli jest taka, gdzie zostało to uwzględnione, to dawajcie namiary!

Eee, nie rób ze mnie wariatki :shock: Zawsze tachając trupa (czy pół-trupa) chodzi się wolniej. Ileż to razy mnie "przechrzcili" w Rozpadlinach, bo nie mogłam normalnie uciekać z Basso na plecach...

Hattori napisał(a):
*nie dotyczy płci męskiej, tj. mojej

Czemu nie? :twisted:

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 gru 2012 20:43 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Flavia napisał(a):
Hattori napisał(a):
Chyba każdy złodziej wie, jak się ogłusza? 8-) Że się nie paca? 8-)

Ale "ogłuszali w tył głowy" głupio brzmi 8-)
Nie-e, co najwyżej potocznie :cwa

Cytuj:
Eee, nie rób ze mnie wariatki :shock: Zawsze tachając trupa (czy pół-trupa) chodzi się wolniej. Ileż to razy mnie "przechrzcili" w Rozpadlinach, bo nie mogłam normalnie uciekać z Basso na plecach...
Chyba że tak - miałem na myśli łupy. Powiedzmy, że nie bawiłem się w pogromcę mitów i nie miałem do dyspozycji Bustera wielkości dziecka, przy pomocy którego mógłbym udowodnić, co trzeba.

Flavia napisał(a):
Hattori napisał(a):
*nie dotyczy płci męskiej, tj. mojej

Czemu nie? :twisted:

Chciałabyś :evil:

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 gru 2012 22:37 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Hattori napisał(a):
Powiedzmy, że nie bawiłem się w pogromcę mitów i nie miałem do dyspozycji Bustera wielkości dziecka, przy pomocy którego mógłbym udowodnić, co trzeba.

W OM-kach chyba w ogóle nie ma dziecka, które by można dziabnąć :bj: Więc w FM-kach, siłą rzeczy, muszą korzystać z modelu dorosłego.

Hattori napisał(a):
Hattori napisał(a):
*nie dotyczy płci męskiej, tj. mojej

Flavia napisał(a):
Czemu nie? :twisted:

Chciałabyś :evil:

Swoją drogą, znalazłam kiedyś yaoica o Garretcie *^^*
Ale nie był najwyższych lotów. I słodki do wyrzygania.
Hmmm, jakby się na tym zastanowić, to mamy tu cały niezagospodarowany rynek... :zlo

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 05 gru 2012 22:35 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1044
Lokalizacja: Karath-din
Flavia napisał(a):
Hattori napisał(a):
Hattori napisał(a):
*nie dotyczy płci męskiej, tj. mojej

Flavia napisał(a):
Czemu nie? :twisted:

Chciałabyś :evil:

Swoją drogą, znalazłam kiedyś yaoica o Garretcie *^^*
Ale nie był najwyższych lotów. I słodki do wyrzygania.
Hmmm, jakby się na tym zastanowić, to mamy tu cały niezagospodarowany rynek... :zlo


Czy masz na myśli "Złodziejaszka" (kiedyś to chyba nazywało się "Mistrz i uczeń"...)? :)

Sorry za offtopa :).


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 06 gru 2012 11:54 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Mistrz i uczeń, tak to się chyba nazywało.
Hmmm, a więc jest tego dalsza część...

Wybacz, Hattori.

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 07 gru 2012 18:40 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Naprawdę, dziewczyny, ten temat jest już dostatecznie zboczony :roll:

W wolnej chwili pobawię się w korektę "Odpoczynku" - tymczasem uprasza się kolejnych komentatorów o... no wiecie :)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 08 gru 2012 15:37 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
A co jest złego w odrobinie zboczenia? 8-) Przepraszam, musiałam.
No dobra, już koniec offtopa.

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 mar 2013 18:52 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Oto skromny wywiad przeprowadzony przez Keeper
http://wyszczekani.hpu.pl/viewpage.php?page_id=51

Obecnie nie pracuję aktywnie nad kolejnymi rozdziałami. Mam sporo materiałów i gotowych fragmentów, niemniej - co zostało wspomniane w linku powyżej - motywacja nie przewyższa dostępnego mi czasu, ani nawet nie zmusza do znalezienia go. :( Na "Odpoczynek" odpowiedziała mi jedna jedyna Flavia, co w mojej obecnej sytuacji (która utrzymuje się już jakiś czas) nie motywuje mnie aż tak do prac nad TDA.

Innymi słowy - skoro nie ma popytu, nie będzie podaży.

Anyway, zapraszam do przeczytania ostatniego rozdziału oraz wywiadu. ;)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 mar 2013 19:04 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Wywiad czytałem dość dawno. Fajnie przybliża twoją osobowość.

Szczerze mówiąc jakoś nie chce mi się ostatnio czytać. Chętka na czytanie pojawia się dopiero gdy zejdę z kompa... Więc na następny wyjazd do lekarza do Warszawy biorę tableta z wgranymi wszystkimi pracami do przeczytania :P Na liście mam: TDA, Sagę Flavii i Gry Zespołowe. Kogoś dorzucić? ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 17 lip 2013 22:51 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Dobraa, co było do poprawienia, w końcu zostało poprawione. Tych co jeszcze nie czytali - zapraszam, tym bardziej, że znowu mamy wakacje, więc nastrój w sam raz :).

Co do części dalszych, jest jak mówiłem, ale najbliższy rozdział ma już w sumie niezbyt wiele do ukończenia. Przy dobrych wiatrach przekażę go Keeper przed końcem lipca :|. Myślę, że od tej pory publikować będę wyłącznie w formie e-bookowej, w ramach uproszczenia.

Teraz tak.
Wiecie, w swej twórczości wspomagam się wód- tfu, tą, no, muzyką. W ten czy inny sposób wydaje się pomocna, rozwija wyobraźnię i co tam chcecie. Do poszczególnych miejsc mam już przyporządkowane całe listy odtwarzania - wiele z tych utworów nie mogłoby się pojawić na kanonicznym OST Thiefa, niemniej myślę, że potrafią stworzyć klimat. Który to wytworzony klimacik mógłby również i Wam pomóc w odbiorze TDA ;). Chyba nie zaszkodzi się nimi podzielić.
UWAGA: ogółem radzę nie sugerować się takimi rzeczami jak: tekst, treść wideo, pochodzenie utworu, instrumentarium etc. Po prostu nastrój.


Odpoczynek - SPOILER ALERT :!!:

Nocne podróże Garretta: NIN – The Journey http://www.youtube.com/watch?v=0ULWuuIN6PA
Pogańskie lasy 1: Clannad – Croi Croga http://www.youtube.com/watch?v=4YhqHR1JIVg
Akant theme :) : Clannad - Hunter http://www.youtube.com/watch?v=ffRGAYF8FSw (wpisuje się idealnie w moment rozpoczęcia polowania na Garretta, a i tekst pasuje jak ulał do Akanta)
Jedno ze źródeł inspiracji: Jar – Hej Na Wzgórze http://www.youtube.com/watch?v=GvjxynAtTcQ ( :-P )
Pogańskie lasy 2: Clannad – Newgrange http://www.youtube.com/watch?v=fI5XrjbSDpw
Pogańskie lasy 3: Adrian von Ziegler - Spring Charm http://www.youtube.com/watch?v=YGkuJlEZy04 (20 minut, ale warto :ok)
Noc Ofiarowania: Atrium Carceri – The Circle of 12 http://www.youtube.com/watch?v=YIbrI6GLZGU
Alarm podczas Nocy: Witcher OST – Night is Coming http://www.youtube.com/watch?v=FAIJ7NxESlk
Garrett i Maria na wieży: Clannad – I Will Find You http://www.youtube.com/watch?v=SXCRskhLfEA (z przymrużeniem oka, dobra? :-P)


W przyszłości również planuję wstawiać tego typu linki. Co wy na to łachery?

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 lip 2013 10:57 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4493
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Haha, trochę offtopuję, ale widzę tutaj kilka moich propozycji z tematu "muzyka bliska thiefowi". Inspirowałeś się? ;)

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Teraz jest 28 cze 2017 23:39


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron