Zaloguj | Zarejestruj








Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 12 lut 2012 22:10 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Dowiecie się w następnym rozdziale, hehe

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 lut 2012 22:27 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
A kiedy on będzie? Wspomniałeś coś w pierwszym poście tego tematu, że masz już kilkadziesiąt stron tej powieści, a więc?

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 lut 2012 22:38 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Kolejny rozdział jest już skończony, muszę tylko dokonać ostatniej weryfikacji i... skończyć następny. Chyba wolicie większą ilość tekstu naraz, co? :)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 lut 2012 23:03 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
No, ja na przykład tak lubię, nie wiem jak inni.

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 19:01 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Ja też. :P


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 19:34 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1044
Lokalizacja: Karath-din
Mała uwaga: jeśli już piszesz coś w obcym języku to pamiętaj, że ktoś może ten język rozumieć ;).

Cytuj:
„Lux Tenebris, czyli o obrotach sfer świetlistych. Największa tajemnica ulic Miasta”


Pomiędzy dwoma pierwszymi wyrazami brakuje in (jak w Lux in tenebris lucet et tenebrae eam non conprehenderunt u Jana). A jakbyś chciał przetłumaczyć część tytułu po przecinku, to byłoby De revolutionibus orbis lucentes.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 20:00 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Widzę, że wrzuciłeś kolejny kawałek. Więcej tekstu do korekty nie mam, jeśli potrzebujesz, musiałbyś mi podesłać. Większość już obgadaliśmy listownie, więc myślę, że teraz wspomnę tylko o kilku najważniejszych punktach...

Plusy, które
- Studenci. Jakoś dziwnie mi przypominają ekipę ze "Shreka 3". Ktoś ma podobne skojarzenia? Nic, tylko jaskinia nałogu. Myślę, że jednak taka obiegowa opinia o scholarach jest krzywdząca, ale to Twoja sprawa. Tak czy siak, są plastyczni (jak dla mnie do granic dobrego smaku).
- Kubek rektora. Zaleciało "Misiem" ("Niech nam żyje prezes naszego klubu!"). Ale w tonie układnym, w końcu czymże jest nauczyciel bez kubka z frajerskim napisem?
- Cudny Benny.
- Ujmujący tekst: "Benny! O cholera! Się masz, brachu!"...
- Garrett brany za kujona. Jakoś z tymi politycznymi prezentami mało prawdopodobny.
- "Garrett przeszedł więc spokojnie do biurka starej jędzy zwanej zwyczajowo bibliotekarką". Zapada w pamięć, choć na Twoim miejcu ograniczyłabym wypady do biblioteki miejskiej przez jakiś czas. A nawet jeśli, to miałabym naładowaną komórkę z uprzednio wybranym 112.
- "A wszystko to miało miejsce całe wieki przed powstaniem Miasta, kiedy na tych terenach rósł bujny las, którego wnętrze było wielkim i niezbadanym przez nikogo jądrem nieprzeniknionej ciemności..." - zgrabne nawiązanie do "Jądra ciemności".
- "Znowu spotkał swoją włochatą zmorę.
Tym razem kot siedział na tylnych łapach, naprzeciw wyjścia. Miał zdziwiony i zaciekawiony wyraz pyszczka.
- Czego chcesz, zdrajco?
Zwierzę nawet nie drgnęło, dalej było wpatrzone w złodzieja. Ten, lekko pochylony, udał się na wprost, omijając kota.
<<Ech, zawsze znajdzie się jakiś cichy wyjadacz studenckich śniadań. Pewnie codziennie go tu dokarmiają.
Niektóre zwierzaki mają lepiej niż ludzie...>>". Piękny kawałek.
- Mówiłam już, że Benny?
- I największy plus: BENNY! Chłopcze, to jest KLASYKA! Uroczy i ciapowaty jak zwykle, cudowny pijaczek. Jejku, proponuję, aby utworzyć w kolejnej części jego fanklub. Może wreszcie te okropnie paserki i eks-Niańki się od Garcia odczepią.

Minusy, które najbardziej mi się wcięły:
- Garrett gada coraz bardziej niczym rynsztokowy poeta. Jeśli ktoś czytał Cooka, to zna Cholernego Papagaja, papugę wszech czasów i wie, o czym mówię.
- Dealer. Nie bardzo mi się podobało jego przedstawienie (mało to białych dealerów? Kogoś mógł urazić).
- Asortyment stołówki kampusu. Gdzie karmią studenta kawiorem i cynamonem? Powiedz, gdzie, a rzucam moją grupę i się przenoszę! Przecież na wszystkich uniwersytetach z czasów przypominających Thief'a żak przymiera głodem lub w najlepszym razie skromnie niedojada. Ty masz bufet jak, nie przymierzając, z "Air Force One". Na to nawet belfra nie byłoby stać!
- "Najważniejszy wykładowca zdjął i odstawił okulary, wstał i skierował się w stronę Garretta. Wykorzystując jego słaby wzrok oraz ciemności, złodziej ominął zagrożenie, mając pochyloną głowę. Od razu poszedł do biurka i za plecami profesora zabrał okulary i pióra do pisania, tworzące razem wszystkie kolory tęczy. <<Ten układ barw źle mi się kojarzy, nie wiedzieć czemu. Ale bryle są spoko. A co zrobi brodacz?>>" - tutaj mam zastrzeżenia, tzn. wiem, o co Ci chodzi, ale jeśli ktoś jest czepliwy, to może czuć się urażony. Uważaj na takie ustępy.
- Kampus przez "c" - widzę, że tej zmiany nie zaakceptowałeś... Trochę szkoda, bo anglicyzmy psują.
- "Heh" - bardziej pasowałoby "ech" - oczywiście, przez "ch".
- "Śliczny, szary kotek miał trochę wystraszone, wielkie i zielone oczy" - opis bardzo udany, aczkolwiek nasuwają się skojarzenia, jakby Garrett chciał tego kotka kupić, tak go reklamujesz (:twisted:).
- Cała sprawa Izoldy. Szczerze? Ostatnia scena poprzedniego odcinka i początek tego mi się nie podobały i były jakieś takie nieco poniżej poziomu, na który wiem, że Cię stać (HA! Było nie pokazywać mi swoich dzieł!). Mnie po prostu takie wątki się nie podobają i nie czuj się w obowiązku tego zmieniać. Po prostu Garrett jest niewrażliwy na czyjekolwiek wdzięki, no, może o szybsze bicie serca przyprawia go dobrze zaopatrzona zbrojownia.

Mam teraz 3 najbliższe tygodnie zawalone, ale wysłać do korekty kolejną partię możesz mi już, po prostu zrobię to potem, dobrze?

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 21:52 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Tak myślałem. Powoli zaczynam wzbudzać sensację... Ech.

Caer napisał(a):
Mała uwaga: jeśli już piszesz coś w obcym języku to pamiętaj, że ktoś może ten język rozumieć ;).

Cytuj:
„Lux Tenebris, czyli o obrotach sfer świetlistych. Największa tajemnica ulic Miasta”


Pomiędzy dwoma pierwszymi wyrazami brakuje in (jak w Lux in tenebris lucet et tenebrae eam non conprehenderunt u Jana). A jakbyś chciał przetłumaczyć część tytułu po przecinku, to byłoby De revolutionibus orbis lucentes.

Generalnie chodziło mi na początku o pewną antagonię - "Światło cieniste", jednak Twoje "Światłość w ciemności" brzmi zasadniczo lepiej. Niech bedzie :)
Lubię łacinę, niestety nie miałem nigdy stosowniejszej okazji, żeby zapoznać się ze szczegółami gramatycznymi :cry:

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 22:04 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Hattori napisał(a):
Caer napisał(a):
Mała uwaga: jeśli już piszesz coś w obcym języku to pamiętaj, że ktoś może ten język rozumieć ;).

Cytuj:
„Lux Tenebris, czyli o obrotach sfer świetlistych. Największa tajemnica ulic Miasta”


Pomiędzy dwoma pierwszymi wyrazami brakuje in (jak w Lux in tenebris lucet et tenebrae eam non conprehenderunt u Jana). A jakbyś chciał przetłumaczyć część tytułu po przecinku, to byłoby De revolutionibus orbis lucentes.

Generalnie chodziło mi na początku o pewną antagonię - "Światło cieniste", jednak Twoje "Światłość w ciemności" brzmi zasadniczo lepiej. Niech bedzie :)
Lubię łacinę, niestety nie miałem nigdy stosowniejszej okazji, żeby zapoznać się ze szczegółami gramatycznymi :cry:

Zgadzam się z Caer. Kojarzyło mi się, że odwołujesz się do Kopernika, ale kiedy próbowałam odczytać łacińską wersję, nijak mi nie wychodziło. Może dlatego, że moja styczność z łaciną najlepiej sprawdza się w zakresie porozumienia się z akwarystami w czeskim zoologiku w kwestii gatunkowej (uwierzycie, że Czech i Polka najlepiej dogadają się po ŁACINIE?!).

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 22:11 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Ja uwierzę. Doktorzy biologii i ich znajomość obu nazw gatunku... Brrr.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 22:21 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1044
Lokalizacja: Karath-din
Hattori napisał(a):
Generalnie chodziło mi na początku o pewną antagonię - "Światło cieniste", jednak Twoje "Światłość w ciemności" brzmi zasadniczo lepiej. Niech bedzie :)


To będzie Lux obscura. Od tenebra raczej nie tworzy się przymiotnika ;).


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 22:24 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Ok...
Znowu nie wyszło :cry:

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2012 22:34 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Hattori napisał(a):
Ja uwierzę. Doktorzy biologii i ich znajomość obu nazw gatunku... Brrr.

Ale ja nie jestem doktorem biologii, Boże broń! Choć jakoś znajomy doktor biologii to świetny facet. Nie, po prostu od ponad 5 lat zajmuję się akwarystyką i aquascapingiem. A najlepsze zaopatrzenie mają Czesi. Koniec bajki i bomba.

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 14 lut 2012 18:15 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4493
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Cześć druga:


Cytuj:
My wszyscy jesteśmy o coś podejrzani, Garrett.
rewelacyjny tekst!

Cytuj:
drewniane dachówki z tymi wypalanymi w piecach,
pewnie chodziło Ci o gont xD

Cytuj:
Do czasu, aż zza narożnika dwadzieścia metrów dalej nie wyskoczył czerwony oddział Młotodzierżców.
Wysocy, pancerni zakonnicy szarżowali w prawą stronę Garretta. Zamaszystymi uderzeniami wielkich młotów bojowych zetknęli się z półnagą grupą Pogan, wyposażoną w toporki i sierpy. Cała dzielnica słyszała okrzyki bojowe i wrzaski bólu. Mimo dwóch zabitych po stronie Młotów, zieloni wojownicy byli bez szans.
szczerze mówiąc, to te uliczne walki w TDS odbierałem zawsze jako błąd gry, gdyż był głupie i nielogiczne. Poganie ot tak walczący sobie w mieście z Młotkami? I to tak w sumie w ramach szarej, codziennej egzystencji?

Izolda:
Garrett taki chętny do pomocy? :) Nie poznaję go.

Za to świetny opis sierocińca.

Cytuj:
Sory
Sory, to brzmi źle. Albo piszesz całkowicie po polsku, albo częściowo po angielsku. To pasuje to dziecka w gimnazjum, nie do Garretta.

Ale cała rozmowa ładna...

choć były 4 przerwy :)

Z kolei zarówno scena łóżkowa, jak i gadanie o byciu zboczonym były dziwne i nienaturalne jakoś. To, ze się mówi o seksie nie oznacza zboczenia od razu. Zresztą to też nie pasuje do Garretta, on raczej nie poruszał tych tematów.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 14 lut 2012 18:21 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
SPIDIvonMARDER napisał(a):
Cześć druga:
...

Z kolei zarówno scena łóżkowa, jak i gadanie o byciu zboczonym były dziwne i nienaturalne jakoś. To, ze się mówi o seksie nie oznacza zboczenia od razu. Zresztą to też nie pasuje do Garretta, on raczej nie poruszał tych tematów.

Hattori, Kuba porusza ważną kwestię i trafia w sedno. Jackpot! :))

Nie wiem, czy tylko mnie się tak wydaje, ale zawsze miałam wyobrażenie o Garciu jako raczej nieśmiałym typie. Zresztą jaki miał być? Dzieciństwo spędził pół na ulicy, pół u Nianiek, a tam raczej za czasów Xaviera i Orlanda romantycznie nie było... Potem zajął się robieniem kariery, che, che :twisted: :roll: . Skąd miał czerpać jakiekolwiek wzorce? Nic dziwnego, że uczucia omija łukiem szerszym niż comboty.

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 15 lut 2012 15:38 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Szlag.
Głupio mi.
Niech mnie ktoś przytuli...
*chwyt*
Marla, puszczaj!

:))

A na serio: radykalnie zmieniłem rozmowę w "Głodzie" i początek "Wiedzy". Zainteresowani mogą doczytać.

Spidi, jedna rzecz: wszystko, co dotąd zamieściłem (poza Prologiem), to rozdziały, które należą do Części I. Taka drobnostka. No i oczywiście dzięki za wszytskie uwagi. :)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 lut 2012 23:02 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4493
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Uuufff skończyłem! :)

No więc pomysł okradzenia uniwersytetu z książek to krótko mówiąc świetny pomysł. Inteligentny i stosunkowo rzadki, oryginalny. Nie przypominam sobie podobnego motywu nawet w FMce, generalnie jak tam szukaliśmy książek, to ze względu na ich nie wiem... znaczenie magiczne albo były dowodami w sprawie. A tutaj białe kruki na handel!

O ile pomysły masz dobre, o tyle moim zdaniem trochę uciekasz od specyfiki świata Thiefa. To oczywiście moja własna opinia... po pierwsze każdy czuje ten klimat inaczej, po drugie eksperymentowanie jest dobre, a po trzecie wbrew pozorom nie ma ścisłych ram typu "To jest Thiefowe, a to nie". Nie jestem godzien tego wyznaczać ;) Dlatego wszelkie uwagi traktuj z przymrużeniem oka:

-Ładna napisana praca quasi naukowa. Ja trochę bym to zmodyfikował, ale generalnie ok! (+uwaga Caer);
-zamiast studenci lepiej pisać "żacy". jesteśmy w średniowieczu;
-biblioteki nieraz stawia się na poziomie parteru lub wręcz pod ziemią, gdyż książki są bardzo ciężkie i tylko specjalne sklepienia mogą je utrzymać;
-Xerox :D
-istnieje coś takiego jak straż uniwersytecka, która pilnuje majątku, porządku i dób uniwersytetu. Dowolna większa uczelnia ma dość tajemnic i skarbów do pilnowania, więc uwaga Garretta to w sumie nieco masło maślane. Coś w stylu: O! Przed bankiem stoi strażnik! Może w środku są pieniądze?";
-"naćpanego". Jak już mówiłem, nieco nadużywasz współczesnej terminologii, slangu i zwrotów. To psuje klimat;
-"zjebanego" wulgaryzmy jw.
-totalnie nie kumam motywu z tym nerdem. Garrett sobie wpada do takiego, gadają o imprezach, ćpaniu i książkach? Zero konspiracji, zero logiki. Przepraszam, ale to mi się bardzo nie spodobało. I nawet język i styl rozmowy jakiś taki... bezsmakowy;
-"Belfry nie liczą się zakonem..." Uniwersytety zawsze cieszyły się sporą autonomię. Miały własne kodeksy prawne, władze, podatki, nawet wymiar sprawiedliwości. Jak w XIX wiecznej Rosji student wybił okno, to odpowiadał nie przed policją/sądem, a przed swoim rektorem. Pomimo, że dokonał ów czynu poza terenem uniwerku. Efekty był bardzo różne.
Ta autonomia istnieje po części do dziś, dlatego jak doktor Ciebie nie lubi, to ciebie obleje i w sumie tyle można zrobić. W szkołach nauczyciele odpowiadają przed państwem. Dlatego fakt, że Twój uniwerek nie liczy się z Młotkami to w sumie realistyczne ;)
-
Cytuj:
Bardzo delikatnie odchylał drewno, a milczące nawiasy jakby zmówiły się z intruzem, zdradzając właściciela pomieszczenia
śliczne!
-
Cytuj:
Albo Dysku. Jak kto woli.
Jeśli miałeś na myśli ""Świat Dysku" Pratchetta (na co wskazuje duża litera), to w sumie taki fajny smaczek dla fanów... ale trochę jakby pojawia się znikąd xD Jak Filip z Konopii.
Natomiast jeśli chodzi o kształt planety, to wtedy już dobrze wiedziano, że świat jest okrągły. Magellan jedynie dobitnie potwierdził coś, nad czym ludzie myśleli od Arystotelesa;
-
Cytuj:
ogromny dywan w kształcie kwadratu
kwadratowy? Nie lepiej brzmi? ;)
-Doktor i rektor. Rektorem raczej jest profesor, czyli stopień wyższy od doktora;
-Biblioteka:
1. WTF z tą księgą? To druga rzecz, która bardzo mi się nie spodobała. Taki motyw humorystyczny z gadającą książka i zadającą głupie pytania. Tylko brakowało tam reklam Red Bulla ;) Sorry, ale to jest delikatnie mówiąc... niemądre. Te hasła i wydzieranie się... w bibliotece obowiązuje cisza ;) No i to nie były ręce (zagadka), a nogi. Starzec nie ma trzech rąk, tylko dwie. Niemowlak też nie ma czterech.
To "kurwa" przemilczę...
-Motyw z Bennym sympatyczny;
-
Cytuj:
Jego oko posiadało noktowizję
a łuk zaaplikowane dodatkowe właściwości hiperboliczne dzięki futurystycznemu hamulcowi wylotowemu... to nie jest science fiction ;) To słownictwo nie-pasuje...
-kolokwializmy to potoczne, niedbałe słowa, ale nikt nie powiedział, że wulgarne. Jak rozumiem, profesorek miał go bluzgać. W takim układzie kolokwializmy nie pasują;
-
Cytuj:
Szczęśliwie Garrett ogłuszył wcześniej wszystkie patrole wewnątrz (czego zwykle nie robił).
serio to zrobił? Nie pamiętam byś wspominał o tym wcześniej ;) Jeśli tak, to sorry!
-Arkebuzery strzelały kulami, które nie wybuchały, więc eksplozja która rzuciła Garrettem nie powinna mieć miejsca.

Werdykt końcowy: podtrzymuję to co mówiłem o warsztacie. Masz talent, piszesz dorośle i całkiem literacko. Niektóre zdania naprawdę wyszły wspaniale! Problem jest w logice wydarzeń, języku i niekoniecznie podobają mi się niektóre pomysły, które bardzo psują ten rozdział. Mam nadzieję, że ten glif to nie tylko smaczek wyjaśniający wejście do biblioteki, ale jakiś punkt wyjściowy dla całej intrygi książki. Bo na razie to trochę brakuje mi tutaj tajemnic, które bohater rozwiązywałby przez całą książkę :) No i nie pogardziłbym jakimś nowatorskim pomysłem, który w 100% pochodzi od Ciebie. W sumie uniwerek taki jest... więcej uniwerków! :D


To sobie ponarzekałem! :sword:

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 lut 2012 12:02 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Ostrzegałem, że może być tragicznie :rad
Z jednej strony przypomniałeś mi o kilku rzeczach do poprawienia, a z drugiej zauważyłeś nieco nowości.
Już wszystko wyjaśniam.

Może pozamieniam studentów na żaków w niektórych momentach, ale generalnie pozwolę sobie na traktowanie tego słowa jako synonimu.

Rozmowa miała być dziwna i taka też jest. Skutki brania dragów i bawienia się tym, czym nie trzeba. :roll:

Część opisów czy przemyśleń są, jak to napisałeś, realistyczne. Nawet jeśli dla niektórych opisane fakty są oczywiste, to dla takiego złodzieja już nie. Gdzieś nawet pada kwestia, że Garrett chciałby się dowiedzieć, jak wygląda życie w tym miejscu. A poza tym w Thiefie nie pojawiła się nigdy kwestia uniwerku (chyba że była jakaś FM albo fanfiction, to mnie oświećcie). Jest to kwestia nowa i należy niejako wprowadzić czytelnika.

Zdanie, które Ci się podoba, zawiera literówkę! Oczywiście fajnie, że się udało, ale zmienię "nawiasy" na "zawiasy"...

Dysk - takie ciche nawiązanie do tej dziwnej mieszanki światów w Mektubie.
Zasadniczo... skoro już tworzę swoją wizję świata Thiefa, to zrobię takie założenie: część ludzi twierdzi, że ziemia jest płaska, a część, że okrągła. (Może i mamy ten słynny globus i mapy-obrazy z wyobrażeniem planety, ale wiedza mieszkańców Miasta o świecie raczej zbyt duża nie jest.)

Miltovic jest profesorem doktorem habilitowanym. Szukałem synonimu do jego osoby. Lecz jeśli dalej nie jest to poprawne językowo, to dajcie znać.

Kolokwializmy - chodzi o to, że osoba pokroju Miltovicia nie zna jakiś strasznych przekleństw. Więc krzyczy np. "A niech to gęś kopnie!"

Garrett ogłuszał każdego na swej drodze wewnątrz uniwerka, więc można przyjąć, że byli to wszyscy.

Arkebuzy - prawda. To worek z łupami wybuchł, a nie kula. Na tym polega zagadkowość tego zdarzenia.

Wielki Uniwerstytet ma swoje tajemnice, ale czy zostaną ujawnione? Się zobaczy.

-----------

Sory za te wszystkie kontrowersje, nie mam pojęcia, dlaczego wszystko skupiło się na tym rozdziale. Keeper z czasem mnie natemperuje, spokojnie. Anyway, dzięki za opinie i rady.
Przy okazji dziękuję wszystkim stałym bywalcom tego tematu - SPIDIemu, Bluu, Keeper, Karlat oraz innym, którzy wolą pozostawać w cieniu. Thx!
Przekopaliście się przez najdłuższy z rozdziałów jak dotąd - 25 stron A4, pisane dwunastką. :oki

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 lut 2012 15:18 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
A można wiedzieć kiedy pojawi się nowy rozdział?

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 lut 2012 18:16 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4493
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Radziłbym Ci na studiach unikać mówienia na profesorów per "doktorzy", bo się obrażą ;) I to pomimo faktu, że to prof. dr. hab....

Profesor nie znający bluzgów? O zawiódłbyś się :) Poza tym by kogoś zbluzgać nie trzeba rzucać kurwami, ani "a niech to gęś kopnie". By oddać jego wykształcenie, a jednocześnie gniew, mógłbyś użyć jakiś wyszukanych przekleństw lub pisać po łacinie.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 lut 2012 18:35 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
-Ty Baranusie Dokwadratusie! :P

Ogólnie 1 rozdział i prolog był bardzo fajny, później poziom pisarski dalej na poziomie, ale wypadają gorzej przez te "dziwności" jak rozmowa z opiekunką czy z tym czarnoskórym żakiem. ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 25 lut 2012 01:24 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Rozdziały ukazują się na końcu lub na początku miesiąca, taka jest zasada.

Kolejne dwa mogą wyjść nawet w ten weekend, ale dla pewności przyjmijmy, że za tydzień. Najwyżej będzie niespodzianka. :-D

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 25 lut 2012 11:27 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Dobrze, wobec tego z wielką nadzieją i oczekiwaniem nie spodziewajmy się kolejnych rozdziałów. :-D


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 25 lut 2012 17:48 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
A świńską łacinę znacie? To w niej podobno doskonale się przeklina. Zresztą to kwestia określonych głosek, można wymyślić albo posłużyć się którymś ze słowników. Tylko pytanie: po co?

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 01 mar 2012 22:34 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Już jest. Tak jak obiecałem wcześniej, dowiecie się, co stanie się z Garrettem i Izoldą :diab9:






04: Śmierć


Błękitny ogień połyskuje, kłębią się złowieszcze cienie, wahadło zatacza coraz szerszy i szerszy łuk. Owocem naszych starań nie jest równowaga, lecz chaos, a Czasy Niezapisane nadejdą. (…)
Ale wahadło nadal się kołysze. Obie frakcje – las i machina – znowu powstaną przeciwko sobie, a świat się wówczas przemieni. Wszystko pogrążone będzie w mroku i cieniu, a przyszłość pozostanie na wieki niezapisana.

-- fragment Przepowiedni znaleziony w Siedzibie Opiekunów





„Nie mam łuku, kołczanu, łupów. Wszystkie kryształy się skończyły lub zostały rozrzucone, a jedynej skutecznie ukradzionej rzeczy nie chcę widzieć na oczy. Mam dosyć. Nic, tylko wrócić do domu przed wschodem słońca.
Muszę też zagadać do Izoldy w sprawie tego rektora. Może glify jednak działają, tylko muszą być namalowane do góry nogami? Heh, zdziwiłbym się, nie powiem. W każdym razie Iza nie napisała w liście, kiedy znowu się spotkamy. Jeśli dalej jest w Kuźni, to nie mam zamiaru do niej iść w przeciągu najbliższych godzin. Wracam do domu, obojętnie, czy już do mnie wróciła – he he - czy jeszcze nie.”
Poza „Księgą Popiołu” Garrett posiadał jeszcze w kieszeni ostatni granat błyskowy. Duża część jego twarzy pokryta była zaschniętą i skrzepłą krwią, a przednia część kaptura zmieniła barwę na brunatną. Poza tym czuł się w miarę dobrze. Szedł uliczką Starodalów wiodącą na południe. Należała do jednej z nielicznych siatek przecznic w Mieście. Złodziej trzymał się swojej prawej strony, blisko kamieniczek tworzących równą, prostą zaporę. Zazwyczaj takie „przyleganie” nie miało sensu, biorąc pod uwagę zawiłość przejść między budynkami. Teraz jednak, idąc prosto i w cieniu, nie zwróciłby na siebie zbytniej uwagi potencjalnych obserwatorów. Garrett nie miał przy sobie wódki, zostawił ją na tarasie. Nie wypił więcej niż połowę zawartości, zalegającej na dnie po „opatrzeniu” ran. Raz, że nie lubił, dwa, że nie lubił… być pod wpływem. Przynajmniej w niepewnych sytuacjach, takich, jak obecna.
Samotnie kroczył na południe. Bez peleryny i nie tylko. W żadnych oknach nie paliło się światło. Jedynie latarnie, stojące w mniejszych odstępach niż zwykle, przeszkadzały złodziejowi w powrocie do domu. Żeby jednak tam dotrzeć, należało dodatkowo przejść przez most wiodący na zachód. Południowa Dzielnica znajdowała się po drugiej stronie rzeki Fae.
Idąc tak, Garrett zaniepokoił się w pewnym momencie. Wyczuł coś.
- Ile razy mam powtarzać, że nie lubię być śledzony – powiedział w ciemno.
Zatrzymał się, obrócił. Wytężył wzrok, lecz mimo to nie dostrzegł nikogo. Najwyraźniej tym razem intuicja go zawiodła. Obrócił się znowu, chcąc zrobić pierwszy krok.
Coś tam było. Mniej więcej przed nim, na szczycie dachu trzypiętrowej kamienicy.
Spojrzał dokładniej. To „coś” przywodziło na myśl człowieka z kapturem i peleryną, jakich złodziej dużo naoglądał się za życia. Jednak nie widział zbyt dobrze. Być może „zboczenie zawodowe” sugerowało mu takie wyrobione przez lata obrazy. A może to przez uczucie w głowie, o którym Garrett przypomniał sobie teraz, kiedy zmusił oczy do cięższej pracy.
„Nawet, jeśli ból się nasili, to... czas na noktowizję.”
Uruchomił myślą przybliżanie wzroku w swojej mechanicznej źrenicy, a słabe fotony i fale świetlne, przechodzące przez sztuczną rogówkę i soczewkę, zostały wzmocnione przed dotarciem na siatkówkę. Ośrodki w mózgu Garretta odbierały powstały obraz jako fosforyzujący na zielono.
Poskutkowało.
Szeroki komin kamienicy stał się teraz o wiele wyraźniejszy.
„Cholera. Przecież to wyglądało inaczej. Aż tak mogłem się pomylić? Aż tak mur gospody zaszkodził mi wtedy na łeb? Do teraz? Czy może to przez alkohol? Albo jedno i drugie…”
Wycofał powiększenie widoku, po czym ruszył dalej.
Normalnie fałszywy alarm uspokoiłby przeciętnego człowieka. Ale nie kogoś niepewnego własnych zmysłów. Kogoś, dla kogo wszystkie cienie miały znaczenie.

***

„Ło-hoo, teraz wzrok na pewno mnie nie myli!”
Uliczka, którą szedł, zlała się w końcu z bulwarem - jednym z nielicznych istniejących w miejskiej architekturze. Pewna część Starodalów była wznoszona już na podstawie stosunkowo nowych koncepcji, a budowa szerokiego traktu była jedną z nich. Ktoś mądry – a kto z Baronem Breslingiem miał się za pan brat – stwierdził, że na takim oto odcinku ciężej będzie zbudować barykady. Już parę razy zdarzało się w historii Miasta, że wybuchały bunty, których skuteczność wzrosła dzięki zablokowaniu ulic wozami i prowizorycznymi środkami. A skonstruowanie podobnej przeszkody na odcinku trzydziestu metrów było niemożliwie utrudnione - zwłaszcza w dynamicznych, niemal chaotycznych warunkach towarzyszących zamieszkom. Powód do nich dał na przykład sam Bresling niedługo po wyruszeniu na wojnę z Blackbrook, jeszcze bardziej podwyższając podatki. Mimo nieobecności magnata rozruchy zakończyły się fiaskiem, a omawiana ulica przyczyniła się do pokonania bezmyślnego tłumu. Gdyby dzisiaj ktoś przeciwstawił się władzy Barona, na pewno nie zrobiłby tego w tej okolicy. Można śmiało powiedzieć, że patrycjusze zapewnili sobie w ten sposób spokój w swojej dzielnicy, i to na długi czas. Jeśli nie na zawsze.
Bulwar miał jednak pewną wadę - o zmroku najszersza ulica Miasta była też tą… najczarniejszą. Tej nocy Garrett nie miał okazji skorzystać z tego atutu. Podążał ulicą normalnie, w kierunku zachodnim - do miejsca, w którym kończyła się na rzece. I gdzie przechodziła w Most Centralny. Jeden z trzech na rzece.
Powietrze posiadało niższą temperaturę niż w obszarach między budynkami - nie było w swoisty sposób ogrzewane. Pustka nad bulwarem ukazywała niebo z takiej perspektywy, że lepszy widok można było uzyskać jedynie z dachów budynków. Sklepienie niebieskie – a raczej: czarne – nie świeciło jednak wszystkimi elementami, które na nim zawieszono. Atmosfera nad Miastem była zanieczyszczona przez stale rozwijany przemysł. Stanowiło to jeden z wielu minusów, jakie Poganie widzieli w miejskim życiu. Wierzenia szamańskie, marzenia przeciętnych wyznawców Szachraja – wszyscy kultyści woleli, aby nieboskłon cieszył się pełną frekwencją odległych planet i gwiazd. Nawet, jeśli w danej chwili drzewa pośród ukrytych wiosek przeszkadzały im fascynować się odległymi światami, o których śnili.
Konstrukcja ulicy posiadała jeszcze jedną właściwość - wyraźniej niosła wszelkie dźwięki. Nieznane, liczne hałasy dobiegały Garretta od strony mostu. Co jakiś czas widział też w oddali błyskające światła.
Po przebyciu kilkunastu metrów odbierane sygnały przeistoczyły się w okrzyki bojowe i wybuchy.
„No nie. Tylko nie znowu…”
Wyglądało to na bitwę. Miała ona jednak większy zasięg niż ostatnia widziana przez Garretta potyczka Pogan i Młotodzierżców. Ci ostatni ustawili się tuż przy brzegu rzeki, tyłem do złodzieja. Na razie widać było jedynie kuszników w stalowych hełmach przypominających kapelusze. Stali w czterech dwuszeregach, napinali broń za pomocą wbudowanych kołowrotów, a strzelali jedynie na rozkaz podoficera - salwami. Co jakiś czas na miotaczy spadały płonące strzały i kule szamańskiej magii. Za nimi leżeli polegli i ranni Bracia zakonni.
Po kolejnym wybuchu zielonej energii, w której z wrzaskiem zginęło większość ludzi z dwuszeregu po lewej, Garrett był już w stanie dosłyszeć pierwszą komendę od właśnie oświeconego dowódcy:
- Nie!... Do Szachraja! Rozproszyć się, na Budowniczego!
Kusznicy rozbiegli się na całą szerokość bulwaru, przybliżając się również względem złodzieja. Teraz widział, że są ubrani w kolczugi i biało-czerwone tkaniny, których barwy tworzyły szachownicę z czterema polami z obu stron.
„Hm, ciekawe. Nie widzę za dobrze sytuacji, ale i tak muszę się przedostać dalej, jeśli chcę kiedyś wrócić do domciu… A nie mam zamiaru nadkładać drogi i czasu, szukając kolejnego mostu. Hmm… Jest tu trochę cienia. Czasem rozświetlają go strzały i magia, ale w tym zamieszaniu Młoty niespecjalnie będą chciały się mną zająć. Przynajmniej, jeśli będę cicho.
A gdyby tak zrobić z siebie… dywersanta? Ogłuszyłbym z kilku gości tutaj i przyspieszyłbym bieg wydarzeń w ten sposób... Nie. Nie ma łacherowej mowy. Po wygranej walce Poganie na pewno by ich dobili, a tym samym byłbym współwinny morderstwu. To tak, jakbym ich zabił. A ja nie zabijam, to wiadomo nie od dziś…”
BUM!!!
Jaskrawozielona kula wylądowała nieopodal Garretta, robiąc dziurę w ulicy, harmider i nie szkodząc w żaden inny sposób. Złodziej usłyszał wyszukaną, zabawną obelgę jednego z pobliskich kuszników, dotyczącą celności wrogiego szamana.
„Za dużo myślę. Nie mogę tu tak stać.”
Pochylony, ruszył do przodu. Był jak cień - niewidzialny i niesłyszalny, przesuwający się między strzelcami i trupami. Cień ten jednak nie znikał, mimo pobliskich, sporadycznych świateł płomieni i energii. Zbliżył się w końcu do murku oddzielającego Starodale od rzeki Fae.
Na moście doszło do walki wręcz. Wyglądało na to, że Poganie zastosowali nową taktykę. W jakiś sposób udało im się zdobyć pawęże, normalnie należące do kuszników Zakonu Młota. I zamiast czuć wstręt do symbolu Budowniczego, namalowanego w centralnej części każdego egzemplarza, trzymali osłony w poprzek mostu, tworząc mur z tarcz. Półnadzy wojownicy od walki bezpośredniej nie byli jednak tak silni, jak ich przeciwnicy wyposażeni w potężne kafary, a nawet w dwuręczne miecze. W efekcie wyznawcom Szachraja dosyć trudno było utrzymać linię, tym bardziej, że ich broń bezpośrednia była raczej krótka – jednoręczne topory, sierpy, sztylety. Nadrabiali jednak drugą linią wojsk. Zza tarcz czerwoni fanatycy ostrzeliwani byli przez nieregularnie rzucane oszczepy, toporki, noże i kamienie z proc bojowych. Wszystko to sprawiało, że walka była wyrównana. Każda z walczących stron posiadała w tym szerokim na cztery metry miejscu około czterdziestu ludzi.
„Grubo. I to bardzo. Końca nie widać i nie słychać – tak jak mnie. A dodatkowy bałagan tworzą jeszcze szamani i łucznicy po drugiej stronie rzeki. To jakieś sto metrów. Ostrzeliwują się z kusznikami, bo celując w walczących na moście, mogliby trafić w swoje oddziały. ‘Kapelusznicy’ robią tak samo.”
Jakieś światło leciało z drugiej strony, Garrett zobaczył je w ostatniej chwili. Jedyne, co zdążył zrobić, to skulić się pod murkiem.
BUUUUM!
Złodziej nie wiedział, co się z nim dzieje. Po chwili dopiero zrozumiał, że turla się po brukowanej powierzchni bulwaru niczym beczka, tylko szybciej. W końcu jego ciało się zatrzymało. Wstał, otrzepał się i stwierdził, że boli go tylko prawe ramię. Miał je najbliżej nieistniejącego już fragmentu muru.
„Któryś z kamieni je uderzył. Dobrze, że tylko jeden!”
Cieszył się, że w ogóle przeżył. Stał na wprost rzeki i dziwił się, że poza bitwą wszystko jest w porządku. Najwyraźniej nikt go nie zobaczył. Obrócił się za siebie.
Tuż przed swoją facjatą miał inną. Komicznie zaskoczoną.
- KIMŻEŚ TY JEST, PRZEKLĘTY GRZESZNIKU?! – ryknął mu w twarz zdziwiony kusznik. Garrett z przerażenia przewrócił się do tyłu.
- Ała! Cholera, człowieku, opanuj się! Jestem z wami!
- TAAAK? A DLACZEGOŻ TO MUNDURU NIE PRZYODZIAŁEŚ, Y BRONI ŻADNEJ NIE DZIERŻYSZ!? – kusznik najwidoczniej pochodził z tych rejonów Miasta, w których nie umiało się mówić. Jedyne, co opanował w tej kwestii podczas pobytu w wojsku, to zakonna stylizacja wypowiedzi.
- Dobra, nie jestem ani z wami, ani z Poganami. Jasne?
- EEEEE?! TOŚ TY PEWNIKIEM ZŁOCZYŃCA SZEMRANY!
- Kowalski! Co to za biadolenie w moim oddziale?! - dyskusję z dziewięciu metrów przerwał nadchodzący podoficer.
- JAM NIE JEST TYM, CO TU ŁACHERSKIE GŁUPOTY OPOWIADA, JENO TEN OTO JEGOMOŚĆ!
- Jaki jegomość? Nie widzę!
- YYY…
Szybki Garrett natychmiastowo uciekł do cienia pod kamienicą, gdy tylko przygłupi kusznik odwrócił głowę w stronę dowódcy. Teraz miał już pewność, że NA PEWNO nikt go nie widzi…
Strzelec został siarczyście zbluzgany przez swojego przełożonego, wyglądającego jak przerośnięta wersja typowego Młotodzierżcy. Pod noszonym przez tego drugiego napierśnikiem ze Świętym Symbolem znajdował się dodatkowo długi, czerwony, pikowany kaftan. Przeszywanica ta posiadała integralny, ciasny kaptur, z którego na zewnątrz wystawała nieszczególnie inteligentna morda. Poza przednim pancerzem, płytowe były również nagolenniki, karwasze oraz naramienniki. Te ostatnie uformowano w sposób, dzięki któremu chroniły również szyję. Wyglądały jak połączone z wysokim, prostym, stalowym kołnierzem. Coś, co wyróżniało tego podoficera na tle innych Młotodzierżców (poza wszechstronnością umysłu…), to broń – był nim dwuręczny miecz, położony teraz na ramieniu i trzymany potężną, prawą dłonią. Garrett dostrzegł ukradkiem, że głowica tego brzeszczotu jest drobnym wyobrażeniem młota, a jelec swoją grubością również nawiązuje do tego narzędzia.
Kusznik, po usłyszeniu opinii odnośnie jego kompetencji i matki, wrócił do ładowania broni. Zaraz potem dwuręczny szermierz zaczął komenderować pozostałym przy życiu członkom jednostki – tym razem wyrażając się iście rycersko i patetycznie. Tak jak wcześniej, jak na zakonnika przystało. Na tyłach sytuacja nie rozwijała się za dobrze. Mimo to bitwa wcale nie zbliżała się ku końcowi.
„Młoty nie mogą się przepchać, a Szachraje dosięgnąć tych pierwszych. Tak w dużym uogólnieniu wygląda tamten kocioł.
Nie będę czekać do rana!”
Przekradł się do przerwy w podniszczonym murku. Jednym ruchem przeskoczył bokiem przez proste blanki i zawiesił się po zewnętrznej stronie muru, nad rzeką. Przesuwał się rękoma w swoje prawo. Nad jego głową, w różnej odległości sypały się strzały, bełty, magia, mniej i bardziej kulturalne wyzwiska. Co jakiś czas pociski trafiały w kamienie na wysokości złodzieja, co było niepokojące. Przemieszczał się. Pokonał w ten dosyć skryty sposób odległość dzielącą go od traktu nad rzeką. Tu jednak „ścieżka” skręcała o dziewięćdziesiąt stopni w prawo...
„Sto metrów, tak? Nie ma sprawy.”
Wiedział, że jego rękawice będą przez cały czas widoczne. Ale był świadomy tego, co robi, umyślnie nie korzystając z innych metod przedostania się na drugą stronę.
A skorzystałby z którejś, gdyby wiedział, co się stanie.

***

Cała gama odgłosów walki była stąd dobrze słyszalna, zwłaszcza, że trwała noc. Jednak im bardziej Garrett się zbliżał, tym kakofonia stawała się wyraźniejsza i nieco bogatsza. Zjawisko to działo się jednak powoli, stosownie do prędkości złodzieja. Był cały czas zwrócony w stronę mostu, podczas gdy jego dłonie raz przybliżały, raz oddalały się względem siebie. Na szczęście mógł oprzeć stopy lub kolana o bok łukowej konstrukcji. Mimo to takie monotonnie wykonywane ruchy były bardziej męczące Garrett zakładał dwadzieścia metrów wcześniej.
„Heh! Z tamtymi łupami nie odważyłbym się na to!”
Nie poddawał się jednak. Wykonywana przez niego sztuczka nie miałaby szans powodzenia w innych warunkach. Krwawe zamieszanie ponad nim nie wystarczyłoby do tego, by nikt nie zwrócił uwagi na wystające palce. Głównym czynnikiem, gwoździem tego programu była noc. Jej czerń. W całym tym zdarzeniu to ona decydowała o tym, że Garrett pozostawał niewykryty.
Dochodził do epicentrum walk. Jego uszy nie poświęcały już zbytniej uwagi okrzykom, szczękom broni czy nieprzyjemnym dźwiękom agonii. Teraz najbardziej wyróżniały się uderzenia stalowych młotów i mieczy o tarcze Pogan. A miotacze z dalszych rzędów przestali rzucać w Młotodzierżców, czym popadnie – widocznie amunicja została wyczerpana.
W tym momencie Garrett usłyszał narastający, lecący wrzask. Szarżującą w powietrzu furię. Za chwilę obniżyła lot, a było to w tej samej chwili, gdy uszy złodzieja dobiegły nowe bodźce. Jakby roztrącenie zakonników.
„Ha ha, no tak, to w ich stylu. Czasem ci Poganie traktują zbyt dosłownie ‘rzucanie się na wroga’.
Bardziej mnie martwi wytrzymałość moich stawów. Ta potyczka nie dzieje się dokładnie pośrodku mostu, jest bliżej Starodalów. Czyli nie jestem nawet w połowie drogi.
Cholera! Kto widział złodzieja skradającego się przez most?! Do tego w ten sposób?”
Ręce miał zmęczone. Dwa albo trzy razy ktoś próbował trafić wystające rękawice za pomocą topora. Niecały tuzin ludzi został po stronie wyznawców Szachraja, stąd nikt nie miał czasu na dokładniejsze zajęcie się problemem. Jakim, de facto, Garrett nie był.
Za to on sam miał problem. Tutaj był środek kolejnego z przęseł mostu. Garrett nie miał o co oprzeć nóg, więc wisiały, ciążyły w dół. Czuł, że ścięgna i mięśnie ramion są na granicy wytrzymałości. W dodatku przypomniał sobie o przestrzeni wysokiej na około piętnaście metrów, dzielącej go od tafli wody na rzece.
„Ghh… dłużej nie dam rady! Jeszcze trochę! Jeszcze chociaż ten mały kawałek!”
Próbował. Wciąż przesuwał się w prawo.
Aż oparł prawą stopę o kamień. Ale to nie był koniec katusz. Złodziejski mistrz przemieścił się jeszcze odrobinę, oparł lewą nogę pod innym kątem niż druga kończyna. Poczuł chwilową ulgę, lecz mimo to miał wycieńczone ręce. Serce biło w przyspieszonym tempie od początku tej skrytej wędrówki. Tak więc jego kondycja również wysiadła. Był wyczerpany.
- To koniec… - powiedział zdyszany.
I ostatnimi siłami wskoczył energicznie na kamienną barierkę mostu, pomagając sobie wściekłym krzykiem.
Za chwilę usiadł pod nią, wyprostował nogi, oparł głowę potylicą. Ręce opadły bezwładnie. Oddychał ciężko, całym sobą. Szachrajska garstka po lewej stronie była zwrócona tyłem, jakieś dziesięć metrów dalej. Garrett uspokajał się. Poczuł satysfakcję. Zrobił specyficzny uśmiech. Podziwiał gwiazdy.
„A wszystko przez moje lenistwo.”
Po moście, od prawej strony nadbiegali ludzie. Posiłki Pogan.
„Aaa, niech biegną. W końcu mam jeszcze zaschniętą krew na twarzy. I jestem w pozie, w jakiej jestem. Może uznają, że jestem przypadkowym, rannym przechodniem.”
Najpierw kamień. Potem nożyk. Następnie większy nóż. Za chwilę toporek. Jeszcze później wielki, oburęczny topór. Aż w końcu cały grad oszczepów.
Wszystkie bronie miały trafić Garretta. Kultyści zbliżali się – a nie byli to typowi czciciele Szachraja. Złodziej szybko wstał i zrobił uniki przed nadlatującą bronią drzewcową. Przyjrzał się odsieczy z odległości.
Poza tym, że byli wytatuowani i skromnie ubrani na zielono, jak reszta wyznawców, posiadali inne oczy. Czerwone. Iskrzące się, straszne, nienawistne… Trzymali zróżnicowany oręż: kije, włócznie, maczugi, dwuręczne topory, cepy bojowe i nadziaki. Szarżowali.
Choć lepszym słowem byłoby: lecieli.
Rozwścieczony tłum berserków osiągał zawrotną prędkość, niesamowicie szybko unosząc nogi. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do ich stanu emocjonalnego, za moment przestawał je mieć – wystarczyło, że spojrzał na ich demoniczne twarze, dziko wykrzywione w furii. To już nie byli ludzie. Nawet wydawali nienaturalne odgłosy, układające się w jednostajną… pieśń. Garrett tylko tak mógł nazwać ten jednostajny grom, który w obecnej chwili do niego docierał. Pieśń odczuwalną nie tylko przez bębenki uszne – a przez całe ciało. Pieśń istot nie z tego wymiaru. Pieśń wojny i zniszczenia.
Pieśń Śmierci!
Z drugiej strony mostu mur z pawęży, przechwyconych przez Pogan, właśnie upadł. Kilkunastu ocalałych, wielkich, zakrwawionych Młotodzierżców również zaczęło biec na Garretta – z młotami w górze, z boskim okrzykiem bojowym. Świętym, a jednak morderczym.
Śmierć z lewa i prawa. Złodziej stał odkładnie pośrodku mostu, w równej odległości między żołnierzami jednej i drugiej strony. Byli blisko. Skoczyli.
- Ke?
To jedyne, co zdążył z siebie wydać.

***

Woda.
Płynęła.
Ale nie szumiała.
Nie wydawała żadnego dźwięku. Nie miała dużych fal.
Była spokojna.
Relaksacyjna. Taka cicha.

- …aaaaaaaaAAAA-
CHLUUUUUUUUUUUUUUUUST!!!
Bul, bul bul.
CHLUST - Aaaa! Jasna choleeraaaaa!!! Nienawidzę was, dranie, no nienawidzę! Nosz kur…
Bul, bul bul.
- …aaa!!!
Garrett wylądował w rzece Fae nogami. Skoczył z mostu. W ostatniej chwili.
Trochę trwało, zanim opanował wzburzoną wokół siebie wodę, oddychając nierówno. Dobrze, że umiał pływać. Trudno nauczyć się tej umiejętności, żyjąc w Mieście. Ale Opiekunowie pomyśleli o wszystkim.
Złodziej zdecydowanie nie miał nastroju do uprawiania sportów wodnych. Był wkurzony cztery razy bardziej niż berserkowie. Ale szybko zrozumiał, że nie ma wyboru. Popłynął kraulem w stronę zachodniego brzegu, blisko kamiennych podpór mostu.
W takim ruchu człowiek nie ma warunków, żeby uspokoić umysł. Może co najwyżej próbować oswoić się z gniewem. Do pewnego stopnia udawało mu się to – jednak sprawę utrudniały narastające zmęczenie i stres. Płynął, lecz słabł coraz bardziej. Stres – tylko on był jeszcze w stanie napędzać ciało Garretta.
Czas przemijał. Nocna bitwa fanatyków religijnych jeszcze trwała, szala zwycięstwa przechylała się na stronę Pogan. Niedobitki Młotodzierżców przegrywały, wszyscy biało-czerwoni kusznicy zginęli. Jednak po bulwarze Starodalów już nadciągały, nie wiadomo skąd, pancerne posiłki Zakonu Młota. Zdawało się to nie mieć końca. Czas płynął. Niebo błyskało wieloma, choć nie wszystkimi jasnymi kropkami. Na horyzoncie pojawiła się granatowa łuna. A czas płynął.
Wściekle – zupełnie, jak Garrett.
Złodziej w końcu dotarł do schodów przy Starej Dzielnicy prowadzących na górę. Podobne zbudowano symetrycznie po drugiej stronie mostu. A najdziwniejsze było to, że przy przeciwnym końcu traktu nie było żadnych tego typu stopni. Garrett wyszedł z wody. Na czworakach krztusił się i dyszał, cały przemoczony.
„Nie, do łachera, nigdy więcej. Żadnego, łacherowego skakania z tej wysokości. U Bafforda jakoś to poszło, w Zaginionym Mieście też. Nawet, kurna, w Paszczy Chaosu. Ale to teraz... Po takim wysiłku... Nigdy więcej!!!"
Część krwi z twarzy i kaptura została obmyta w rzece. Złodziej położył się plecami na schodach, co w normalnych warunkach byłoby bardzo niewygodne. Ale w tym stanie mistrz złodziejskiego fachu czuł się jak w niebie. Znowu obserwował nieboskłon. Odpoczywał. Zorientował się, że przy pobliskiej części mostu nikogo nie ma, odgłosy zwalnianych cięciw i rzucanych zaklęć były za to słyszalne w jego odleglejszej części. Po pięciu minutach myślenia o odległych światach, Garrett zaczął odczuwać zbyt duży nacisk na poszczególne części jego ciała. Wstał i ruszył na górę. Było tu teraz bezpiecznie, łucznicy i szamani walczyli pięćdziesiąt metrów dalej.
Po dotarciu na szczyt zobaczył po swojej prawej, wysoką na sześć metrów przeszkodę. Obrócił się do niej przodem.
„Oto Zamurze.”
Ściana z cegieł wzniesiona została mniej więcej dwadzieścia kroków od obecnej pozycji złodzieja. Jeszcze dalej na prawo mur zbliżał się do rzeki, zostawiając jedynie wąską ścieżkę dzielącą go od skraju. Owa rzeka falowała piętnaście metrów niżej, przy wysokim nadbrzeżu.
„Trochę śmiesznie to wygląda: bulwar ze Starodalów, który za mostem prowadzi do nikąd. No dobra, po bokach są obejścia, to po lewej nawet dosyć szerokie, ale mimo tego Nawiedzona Katedra znalazła się w raczej niefortunnym miejscu.”
Stara Dzielnica i Południowa Dzielnica to dwa sąsiadujące ze sobą, najstarsze dystrykty Miasta. Złodziejowi pozostawało nic innego, jak przemieścić się z jednego do drugiego. Obskurny, ale przynajmniej ciepły dom czekał na niego. Udał się w lewo, na południe.
Zostawił za mostem obie grupy bojowników, bezmyślnie walczących za swe antagonistyczne przekonania.

***

„Proszę, proszę. Wdzianko mam całe mokre, a ‘Księga Popiołu’ jak była, tak jest cała. Zero wody, zero śladów po wybuchu przy Uniwersytecie. Nigdy nie lubiłem książek, a ten tytuł raczej nie zachęci mnie do lektury. Ech... kiedy w końcu ten dom?”
Po „przeglądzie posiadanych łupów” Garrett schował książkę za pas. Nosił ją z tyłu, na wysokości nerek. Złodziejskie, czarne ubranie kapało, zostawiając mikroskopijne kałuże za mężczyzną. Ale co z tego? Kogo mogło obchodzić, dokąd prowadzi ta wilgotna ścieżka? Złodziej przebył cały nadbrzeżny dystrykt, nie napotykając nikogo. Nieubłaganie zbliżał się świt. Przeszedł pod jedną z bram – do tego czasu wszystko zdążyło wyschnąć. W końcu zaczął kroczyć drogami, które znał lepiej od wszystkich innych.
„Witaj, Południowa Dzielnico.”
W opinii Garretta była to najsympatyczniejsza część metropolii. Nie umiał tego racjonalnie wytłumaczyć, po prostu był z nią związany... uczuciowo. Od zawsze tu mieszkał - a gdy ktoś podpalił mu dom, przeprowadzał się kilka uliczek dalej. Generalnie nie była to ani bogata, ani biedna dzielnica, istniał dobry balans między ilością patrycjuszy, kupców, zwykłych mieszczan i oprychów. Poza tym wiele się tu wydarzyło.
Po pewnym czasie minął fontannę, przy której aktywowano Glif Ostateczny. Trzy uliczki dalej poczuł coś nosem. Wychylił się zza rogu.
Górny poziom jego kamienicy stał w płomieniach.
„No nie. Znowu?”
Również z okna jego mieszkania wydostawały się płomienie. Ktoś krzyczał, zaczęły bić dzwony jakiejś świątyni Młotodzierżców.
„Nie zostawiłem włączonej lampy naftowej, więc... kto mi chciał uprzyjemnić życie?”
Na placyku przed budynkiem stali niezbyt widoczni, podejrzani osobnicy.
- Spływajmy stąd – powiedział jeden ze zbirów, z dwoma mieczami na plecach.
Szybko oddalili się w kierunku południowym. Garrett ruszył za nimi, sprytnie skradając się za miejską, krętą architekturą. Przypatrywał się nieproszonym gościom. Wszyscy odziani byli w czerń. Jeden z nich odezwał się, kiedy już zwolnili tempo.
- Widział go ktoś? – zapytał zakapturzony typ.
- Dalej niczego nie wiemy – odpowiedział ten z mieczami.
- To po co właściwie to robimy? – zapytał łysy kusznik.
- Ty łacherze – odezwał się okularnik z chustą na twarzy - Dlaczego zawsze trzeba ci wszystko powtarzać? Garrett to ścierwo, nasz cel, za który dostaniemy kupę kasy!
- Zła odpowiedź – wtrącił tajemniczy bandyta w płaszczu i szerokim kapeluszu – Na nic nie odpowiedziałeś tym zdaniem, przygłupi szczurze. Nie dostaniemy za niego nawet zardzewiałego miedziaka. Przynajmniej, dopóki go nie zabijemy. Mam rację?
- Carmen dobrze gada! – powiedział długowłosy, z którego zewsząd wystawały sztylety - A tak przynajmniej go zastraszymy i w dzień nie zmruży oka. Będzie osłabiony – i wtedy go zaciukamy!
- Moment, kurwa, bo czegoś nie ogarniam – przerwał ten w kapturze - skąd teraz będziemy wiedzieć, gdzie on jest? Gdzie go znajdziemy, jeśli nie w jego mieszkaniu?
- O to się nie martw – uspokoił szermierz – Góra poinformuje nas o nowej lokalizacji. Wkurzymy ich niepowodzeniem, ale to nie pierwszy raz, więc luz. A mały pożarek faktycznie: nikomu nie zaszkodzi…
- Nie licząc wszystkich mieszczan w promieniu dwóch kilometrów od dzwonnicy...? – pytanie retoryczne padło od Carmena.
- He he he he! – ktoś zaśmiał się gardłowo.
- Szefie, nie lepiej było zaczaić się na niego? - zapytał kusznik.
- Za długo tam tkwiliśmy – szefem okazał się ten z mieczami – Garrett najwidoczniej wybył gdzieś na dłużej. Nie mamy już więcej czasu, zbliża się świt. Chodźmy urżnąć się w trupa, tak jak zwykle.
- Tajest!
- Urraaaa!!!
- Ciszej, Bob, do cholery! Posrało cię?! – zakapturzony powiedział do kusznika w okularach.
- Spokojnie. Przecież nic nam nie grozi. Wiecie, o czym mówię.
- Jasna sprawa! Szefu czai bazę – nożownik z długimi włosami przyznał rację - Nie można się przyzwyczaić, kurde! Nadchodzą czasy, jakich mało!
- Właśnie! Więc trzeba się urżnąć!
- Tajest!
- Urraaaa!!!
- Stul pysk, cwelu! Na Budowniczego!
- Co powiedziałeś?!
- Aaa, nic tam. „Na budowę czego”. Rzekło się tak jakoś.
- To chyba miało być pytanie – wtrącił pedantycznie kapelusznik w płaszczu - Czyż nie mam racji? Powinieneś raczej…
- Ty też się stul, Carmen! Cholerny pedale!
- Ech…
Tym westchnieniem herszt bandy zakończył tą jałową dyskusję. Pomimo powszechnej w grupie agresji wyczuwało się nie do końca logiczną… jedność – zresztą, jak w każdej tego typu hanzie. Garrett zauważył już wcześniej, że wszyscy noszą czarne, często skórzane stroje z klamrami. Nie było to zbyt odkrywcze z jego strony – czego innego można się spodziewać po zbirach do wynajęcia? Mistrz złodziei śledził ich. Chciał dowiedzieć się, gdzie podążą bandyci i podsłuchać, kim jest zleceniodawcą zabójstwa. Nie miał planu. Nie martwiło go, co będzie później, albo gdzie prześpi się po ciężkiej nocy...
Skradał się. Gromada liczyła siedmiu ludzi i dopiero teraz złodziej dostrzegł, że jest wśród nich cichy gość o wiecznie wkurzonej twarzy. Nie wiadomo, jaką bronią dysponował. Od czasu do czasu rozbójnicy chcieli bić się na ulicy, ale w ich mniemaniu było to tylko okazywanie sobie wzajemnej przyjaźni. Żadne z ich zachowań nie mogło uchodzić ani za kulturalne, ani za roztropne.
Nagle ktoś krzyknął:
- Gliny! Choduuuuu!!!
Zbiry jednocześnie obróciły się w tył i pędziły na złodzieja, który zatrzymał się akurat pośrodku ulicy.
- Cześć, chłopaki...
- Ej, to on, Garrett! Łapać go!!!
Sytuacja wyglądała teraz następująco. Istniały trzy grupy biegnących ludzi, z czego pierwsza była jednoosobowa. Na prowadzeniu znajdował się Garrett, a ostatnie miejsce zajmowała Straż Miejska. Komiczny korowód ścigał się przez całą dzielnicę. Jak na ironię, biedny złodziej nie mógł natrafić na żadną, rozsądną kryjówkę... Raz zdarzyło się, dzięki jednej z uliczek, że na pewnej alei znalazł się tuż przed Strażą. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Panie władzo, pomóżcie, błagam!
- Daj spokój, Garrett! Wiemy, że to ty!
Tak więc złodziej doszedł do wniosku, że w tej sytuacji wszyscy są przeciwko wszystkim.
Jakimś cudem zdołał, po dziesięciu minutach mordęgi, zgubić pościg złożony łącznie z osiemnastu przeciwników. Był w ciemnym zaułku nieopodal bramy prowadzącej do Skalnego Rynku. Postanowił uciec w tym kierunku. Gdy tylko okolica okazała się bezpieczna, wyruszył.
Udał się do Marli.

***

„Cholera... powoli wymiękam... Sporo namęczyłem się tej nocy... W dodatku nie spałem zbyt dobrze ostatnio, i nawet Izolda tego nie zmieniła... przynajmniej nie w pełni. Jaaaa, muszę natychmiast iść do wyra - tylko jeszcze nie wiem, do jakiego... Może Marla będzie uprzejma, chociaż... trochę się jej boję. Mam z nią być w jednym łóżku?! Jedna ‘herbatka’ i będzie po mnie... Ale nie mam wyboru. Przynajmniej od razu pozbędę się tej przeklętej książki...”
Skalny Rynek był o tyle dziwny, że pewną jego część stanowił obszar o podobnej nazwie - Skalny Targ. I to tam Marla miała swój sklep pod Katedrą św. Edgara. Budynek świątyni stał zupełnie na wprost bramy do tej części dzielnicy. Garrett przedostał się bez większych problemów.
Zanim zbliżył się do świątyni, z korytarzyka po prawej wyszła jakaś postać i udała się na lewo od złodzieja. Najwyraźniej nowa paserka zyskiwała coraz to nowych klientów. Garrett zszedł po schodkach do tunelu i zapukał do drzwi nową, aktualną sekwencją. Zanim je otworzył, zaskrzypiały same ku jego zaskoczeniu.
- O! Cześć, Garuś! Pakuj się do środka. Eeej, co ci się stało na twarzy?!
- Dlaczego sama otworzyłaś? - zapytał Marlę, wchodząc i zamykając za sobą drzwi.
- Właśnie obsłużyłam kogoś. I wiesz, kto to był?
- Kto to był…?
- Stephen! Ten od mapy zamku Bridgeshire'a. Ma dla ciebie kolejny materiał do użycia w terenie! Chcesz zobaczyć?
Złodziej momentalnie dowiedział się, czego chce.
- Marla - powiedział, sięgając ręką za siebie - słuchaj uważnie. Przechowaj książkę, którą tu kładę i POD ŻADNYM POZOREM jej nie otwieraj. Ja wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę, jeśli w ogóle będę w stanie wrócić. Jeśli jednak przeżyję, będę miał zamiar przespać się z to... znaczy się: u ciebie. Lecę.
I wybiegł. Tym razem nie zamknął drzwi. Paserka stała w bezruchu i miała śmieszną minę.
- Eee, co mu jest? - zapytała sama siebie. - Może uderzył się w głowę? Chyba dosyć mocno.
Tymczasem Garrett wykonał sprint wzdłuż muru z drzwiami Katedry. Na zakręcie zatrzymał się, wyjrzał zza rogu, znowu biegł i za następnym narożnikiem zrobił tak samo. Zobaczył go - szczęśliwie Stephen nie poruszał się zbyt szybko. Złodziej zamierzał go śledzić, tak samo jak tamtych, niedoszłych zabójców. Tyle, że skuteczniej. Chciał koniecznie dowiedzieć się, kim jest tajemniczy informator. Nawet zapomniał o zmęczeniu i niewyspaniu.
Jak się okazało, za jakiś czas doszli do nowej gospody „Pod Ciemną Gwiazdą”. Stała przy murze oddzielającym Nowy Targ od Wysokiego Miasta. W pewnym odstępie czasu złodziej również wszedł do środka.
Wewnątrz panował przyjemny zaduch. Gęste powietrze wisiało mimo stosunkowo niewielkiej liczby osób, z czego większość spała, oparta o stoły. Przytomni zaś dogorywali, popijając różne trunki. Brunatna i pomarańczowa kolorystyka tego miejsca sprawiała przyjemne, odprężające wrażenie. Każdy, kto się tu znalazł, miał ochotę zaprosić przyjaciół, usiąść z nimi na wygodnych, materiałowych kanapach i zamówić wielką ilość piwa i rumu. Oczywiście złodziej miał mniej entuzjastyczne zdanie o alkoholu. Garretta zaintrygowały dwa dziwne, metalowe słupy sięgające sufitu. Jeden z nich wystawał z lady baru, drugi - z jednego ze stolików. Nie miał pojęcia, do czego mogą służyć... Gospoda nie cieszyła się zresztą popularnością wśród kulturalnego patrycjatu. Ale miała jedną zaletę: była czynna przez całą noc.
Garrett zdążył jedynie zobaczyć znikającego w drzwiach na wprost informatora. Drzwi te prowadziły na tyły sklepu, stał przy nich wysoki ochroniarz. Garrett dla pewności postanowił jednak zbliżyć się.
- Stać! Czego? - zatrzymał go bas dwumetrowego osobnika.
- Tego samego, co poprzedni pan.
- Kim ty jesteś? Nie ma mowy, nie znam cię.
- Ech... Dobra, a kiedy wyjdzie?
- Chyba za jakieś dziesięć minut.
Skoro Stephen nie widział Garretta, ten postanowił cierpliwie na niego zaczekać. Podszedł do pustego stolika w kącie i usiadł, mając widok na wnętrze budynku. Zlewał się z cieniem.
Muzycy, którym nie poświęcił zbytniej uwagi wcześniej, zaczęli testować sprzęt. Stali lub siedzieli w czymś na kształt drewnianej, oświetlonej pomarańczowym płomieniem niszy, nieopodal ochroniarza. Grajkowie posiadali nietypowe instrumentarium. Dwóch z nich trzymało gitary o dziwnych kształtach, z czego jedna wydawała ciche, acz sympatyczne tony. Z tyłu siedział artysta obsługujący spory zestaw bębnów. Na razie nikt nie śpiewał. Zespół muzyczny liczył pięć osób, z czego o istnieniu jednej złodziej dowiedział się przed chwilą, kiedy zaczęła grać na... harfie. Z tej perspektywy kobieta ta nie była widoczna.
„Nawet przyjemne melodie. Tylko co to znowu za wygląd? Ach, ci artyści.”
Czekał. Miał nawet pomysł, żeby zamówić piwo słodowe widoczne w menu na ścianie, ale szybko zrezygnował. Nie przepadał za alkoholem, a jedyną przyjemność sprawiało mu czasem wino. Ale bardzo rzadko.
Czekał. Nie minęło pięć minut, jak klimat „Pod Ciemną Gwiazdą” zaczął usypiać złodzieja. Spostrzegł niebezpieczeństwo zostania tu na dłużej i postanowił wyjść na świeże powietrze. Do świtu brakowało jeszcze kilka minut.
Opuścił budynek i zobaczył po prawej stronie Stephena.
Był dosyć blisko, obrócony tyłem. Odchodził w uliczkę szybkim krokiem. Po usłyszeniu otwieranego wejścia do budynku spojrzał za siebie i zobaczył Garretta.
- Tylne drzwi, tak? – złodziej zapytał szarmancko.
Mężczyzna był odziany w czarną szatę i posiadał twarz, która przywodziła na myśl szczurzy pyszczek. Wzrostem dorównywał Garrettowi. Gdy tylko go zobaczył, bez słowa zaczął uciekać.
Ścigający złodziej od razu, w biegu wyciągnął granat błyskowy, odbezpieczył go i rzucił przed Stephena. Gdy nastąpił wybuch, szczurowaty skulił się i przewrócił. Złodziej dopadł go i na dzień dobry kopnął w brzuch.
- Nie śledź... nikogo od tyłu... - odezwał się leżący - to taka rada na przyszłość. Śmieciu.
- Gadaj, dla kogo pracujesz, albo moja pięciopalczasta koleżanka obije twój szczurzy ryjek.
- Cholera, człowieku! Zostaw mnie, ja nic nie wiem! Przysięgam!
Uderzenie.
- Od kogo są te mapy?!
- Kurna, zostaw! Zostaw mnie!
Drugie i trzecie uderzenie, krew na policzku Stephena.
- Gadaj, Stephen! Skąd te mapy?!
- Khh… khaa… ja…
- Nooo?!
- To… mój… Odwal się!
W tym momencie szczurzy zbir wykonał skomplikowany ruch nogami, przewalając stojącego nad nim Garretta. Walka w parterze trwała jeszcze cztery sekundy, po czym obaj gwałtownie wstali i dobyli sztyletów.
- Co to za mapy, pytam.
- Lepiej, żebyś nie pytał, złodzieju – odpowiedział bandzior. Mężczyźni chodzili po kole, z bronią przed sobą.
- Powiedz. Puszczę wolno.
- Hehe, chciałbyś!
Zaatakował złodzieja. Obaj wykonywali szybkie pchnięcia i uniki. Stephen był bardziej zwinny od złodzieja - mimo szaty krępującej ruchy - jednak atakował dosyć prostoliniowo. Garrettowi w końcu udało się złapać szczurowatego pod prawy nadgarstek. Z rozpędu nabranego w starciu, w tym samym czasie wbił swój sztylet w gardło oponenta. Ten upadł na środek ulicy.
„Ech… Gdybym zamiast granatu błyskowego miał gazowy, uśpiłbym go, związał, zawlókł gdzieś i po obudzeniu urządził małe tortury. A tak nic mi już nie powie.”
Garrett był zmęczony całymi godzinami przygód. Z trudnością kucnął i przeszukiwał ciało zmarłego. Rozciął sztyletem szatę, zobaczył złoty medalion zawieszony na szyi. Po wewnętrznej stronie ubrania natknął się na praktycznie niedostrzegalną kieszeń. Zawierała kartkę. Złodziej już chciał ją otworzyć, gdy za plecami usłyszał:
- Patrzcie państwo, kogo nam tu przywiało!
Od strony gospody podbiegła cała siódemka zbójników, którzy wcześniej chcieli zabić mistrza złodziejskiego fachu. Zaskoczyli Garretta, błyskawicznie go otoczyli.
- Chcieliśmy się narąbać „Pod Ciemną Gwiazdą”, a tu oto nasza nagroda czeka! – powiedział okularnik w masce.
- Taaa! Do tego cała przestraszona i styrana! – dodał nożownik.
- Zabijmy go i wydajmy wszystko na chlanie! I tak nam wystarczy! – zasugerował zakapturzony.
- Panowie, dzisiaj stawiam każdemu trzy kolejki – oznajmił szef bandy, który dobył z pleców dwa jednoręczne miecze.
Wdepło się, pomyślał Garrett i schował list do kieszeni. Cholera, nie mam już żadnych granatów - muszę walczyć. Ale przecież nie mam szans! Nawet wymykając się przez jakąś tymczasową lukę, nie zdołam uciec – ten łysol z kuszą cały czas we mnie celuje i znając życie nie odda strzału, dopóki to nie będzie konieczne. Czyli wtedy, gdy na niego zaszarżuję lub gdy zacznę uciekać. Do tego czasu atakować mnie będzie pozostała piątka walcząca wręcz. Jest jeszcze ten wkurzony…
Cholera, to się nie uda. Zaatakują jednocześnie. Co robić? Jasna cholera!!!”
- ZABIĆ!
Przywódca bandy ryknął i wszyscy jednocześnie ruszyli. Garrett skupił się na kapeluszniku w płaszczu przed nim. Na próżno. Równie dobrze mógłby stać i nic nie zrobić.
Bowiem coś zaatakowało napastników.
To coś było małe, świeciło turkusowym światłem i latało w wielu ilościach między wszystkimi bandytami z zawrotną prędkością. Wydawało też nieprzyjazny, świdrujący dźwięk. Tryskała krew, urywały się krzyki, upadały ze szczękiem stalowe bronie. Wszyscy oprócz Garretta upadli, nawet szef-szermierz, niektórzy wili się w bólu i biadolili. Tylko nierzucający się w oczy, zawsze zirytowany osobnik stał kilka metrów dalej, bliżej gospody, obrócony mniej więcej na wprost mistrza złodziei. Garrett wciąż stał nieruchomo w pozie do ataku. Zauważył tamtego.
„Czy to… on ich zabił? Nie, gdyby tak było, patrzyłby na mnie teraz. Chyba. Tymczasem on koncentruje się na czymś, co jest wysoko, po mojej prawej…”
Z tego właśnie kierunku, te same światła poleciały w stronę ostatniego zbója. Część z nich zbaczała z kursu lub odbijała się od niewidzialnej osłony, którą zdenerwowany miał przed sobą. A może wokół siebie? Ten nieuzbrojony wojownik najwyraźniej posiadł zdolności magiczne powiązane z żywiołem wiatru. Odpierał jaśniejące ataki, ale za chwilę i tak w jego ciało wbiło się kilka szybkich przedmiotów, które odrzuciły go i powaliły.
Nastała cisza. Do Garretta dotarło, że dalej jest w postawie, jakby chciał zaatakować nieżyjącego już kapelusznika. Rozejrzał się po umierających ofiarach, potem poszukał wzrokiem czegokolwiek, co miało większe szanse na przeżycie kolejnej nocy…
Ktoś stał na dachu kamienicy, w takim miejscu, że złodziej był dokładnie pośrodku pomiędzy tym kimś a „Pod Ciemną Gwiazdą”. Świt już nastawał, ale i tak było dosyć ciemno. Garrett spróbował się przypatrzyć tajemniczej postaci.
I wtedy zjawiła się tuż przy nim.

Szum.
Fioletowo-niebieska przestrzeń. Wirująca. W różne strony.
Garrett był w niej. Czuł, że spada.
ZŁODZIEJU... – usłyszał w głowie. Mimo braku podłoża pod stopami był w stanie się obrócić. Nie dostrzegał nikogo.
JEDYNY PRAWDZIWY OPIEKUNIE… To naprawdę ty.
Spadał, obracając się w każdej płaszczyźnie, w jakiej chciał.
Jesteś… w niebezpieczeństwie – odzywał się nieznany głos. Garrett gdzieś już go słyszał, ale był zbyt spanikowany, żeby sobie przypomnieć.
Polują na ciebie, chcą cię… zniszczyć. I nawet domyślam się… dlaczego.
Powykręcana, strzelista sfera działała na szkodę oczom złodzieja.
- Dlaczego?! – zapytał w pustkę, starając się zamknąć oczy. Było to trudne.
Ona nie żyje – głos zignorował pytanie. – Za chwilę sam… zobaczysz.

Przestrzeń wybuchła. Powoli pojawiał się wyraźny obraz.
Kuźnia Dusz, parter. Tam, gdzie niegdyś zginęła Wiktoria.
- Przecież ona nie żyje od dawna, dlaczego mi…
Spójrz...
Pośród starych, zgniłych zarośli ktoś leżał.
- O… nie! IZOLDA!
To była Opiekunka. Miała wbity w brzuch nóż. Trzymany oburącz przez nią samą. Leżała we krwi.
Coś jest… nie w porządku. Nie miała powodu… mimo wszystko. Dawna katedra Karrasa… nie jest jeszcze… nawiedzona. Jeszcze nie. Ale za chwilę… Rozejrzyj się. Skup się.
Garrett oglądał ściany. Były pomazane. Na czerwono.
Napisy głosiły…
Musimy… iść – odezwała się istota. – Za moment… będziemy…
Cały budynek zaczął się trząść, z góry sypał się pył. Złodziej usłyszał…
Dzieci Budowniczego.
Usłyszał ich niewyraźne, niewolnicze głosy. Nakładały się.
Wybiegły kształty. Z obu wejść na korytarz, stojący naprzeciwko wejścia do Kuźni. Kształty pędziły tłumem na wprost złodzieja. To nie były Dzieci.
Czerwień. Czerń.
Demony?
Patrzyły. Uśmiechały się szkaradnie. Leciały na Garretta.
Sfera, demony i głosy. Sfera i głosy. Sfera.

Garrett znowu spadał.

Wylądował. Zabolało.
Leżał. Rozejrzał się, jak mógł. Był pośród zabitych bandytów.
Rzeczywistość?
Chciał wstać. Chwilę to trwało. Otrzepał ubranie, podniósł głowę.
Zobaczył oczy.
Jedyny Prawdziwy Opiekunie… - powiedział głos - Moje przeznaczenie… to chronić cię.
Garrett stał jak wryty. Miał przed sobą czarną, humanoidalną postać. Istocie świeciły dwa białe, okrągłe punkty, tam, gdzie normalnie powinny znajdować się gałki oczne. Głowa posiadała kształt kaptura, a cała sylwetka emanowała strachem. Dookoła roztaczała się jakby przerzedzona już sfera.
- Skoro tak – odezwał się niepewnie Garrett – to może nie bądź taki, eee, drastyczny…?
Znajdę cię – ponowna ignorancja na pytanie – Kiedy inni zachowują Równowagę… ty dostrzegasz również… Prawdę. Szukaj Prawdy. Dociekaj jej. Ponieważ... w przeciwnym razie… - istota przemieściła się między trupy i stanęła przodem do Garretta.
...śmierć zagości na zawsze.
Powstały obraz i odpowiedni akcent sprawiły, że ostatnie słowa przeniknęły złodzieja dogłębnie.
Sfera zaczęła niknąć.
Muszę… uciekać. Muszę wracać, żeby oni się nie… zorientowali. Dociekaj Prawdy, Opiekunie. Znajdę cię.
Postać i sfera w mgnieniu oka zniknęły, bezdźwięcznie.
Garrett stał w tym samym miejscu, w którym pierwszy raz zetknął się z zagadkową przestrzenią. Zaczął się rozglądać. Znalazł tą samą istotę, która była teraz po prawej, na ulicy.
Nie daj się złapać… złodzieju. - Mimo odległości słowa były tak samo słyszalne, jak przed chwilą.
Istota skoczyła niewiarygodne odległości, odbijając się do ściany jednej kamienicy i wskakując na dach drugiej, po przeciwnej stronie. Następnie przebiegła błyskawicznie po krawędzi rynny u szczytu budowli i skoczyła gdzieś na lewo. Garrett stracił ją z oczu.
Stał w miejscu, nie wiedząc , co o tym myśleć.
- Bogowie… - powiedział, gdy świt budził już znaczną część mieszkańców Miasta - Kim był ten Egzekutor?

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 09 kwi 2012 14:10 przez Hattori, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Teraz jest 24 lip 2017 17:58


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron