Zaloguj | Zarejestruj








Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 01 mar 2012 22:47 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
05: Praca

Tym razem to fałszywka. Zadbaj o to, aby się nią zainteresował. Teraz jest to szczególnie ważne. Jeszcze chwila i będzie nasz.
De Perrin



- …i właśnie ten list miał przy sobie?
- Nie inaczej.
- I medalion też?
- Też. Był zawieszony na szyi, zdjąłem go ze Stephena dopiero po skończonej walce.
Marla sięgnęła po jakąś książkę z regału stojącego blisko lady. Położyła obok liściku i medalionu, otworzyła, wertowała, zatrzymała się na jakimś rozdziale. Patrzyła raz na medalion, raz na książkę.
- Muszę cię zmartwić, Garuś. Chyba masz na pieńku z Nadzorcami Miejskimi.
Twarz Garretta, mimo doprowadzenia jej do porządku różnymi środkami pierwszej pomocy, dalej była obrazem nędzy i rozpaczy. Istniały różne przyczyny takiego wyglądu, a najnowszą z nich były słowa Marli.
- Czego oni znowu ode mnie chcą?
- Mnie nie pytaj. Wiesz, w ostatnim czasie kilka razy odwiedzili mnie ich ludzie. Chcieli, abym zaczęła dla nich pracować, zapewniali, że będą z tego profity. I w sumie zgodziłabym się, bo oferta była całkiem atrakcyjna: haracz piętnaście procent w zamian za dostawy świetnych towarów i przysłowiową ochronę. Jednak Berta ostrzegła mnie. Opowiadała mi przypadki, jak na przykład ktoś nie zgodził się na podwyżkę „podatku dochodowego”, już po dwóch miesiącach. I nie dlatego, że czymś zawinił czy coś. Nagle, bez powodu wywiało go z tego świata… i półświatka. Dlaczego? „Cięcia kosztów”? Nie wiadomo, ale to była na pewno robota samego Ramireza. Tylko jego ziomkowie strzelali z łuków przez okna, w szyje znajdujących się wewnątrz jegomości.
- Faktycznie – przyznał Garrett, stojący cały czas przy ladzie – sam bym zginął w ten sposób. Nie wiem, jak można było pomylić mnie z okularnikiem Farkusem, który był właścicielem sklepu…
- Może kurza ślepota? W nocy bardzo utrudnia sprawę.
- Nie dopowiadajmy sobie tego, czego nie trzeba. To już przeszłość, a Ramirez gnije w katakumbach pod Warownią Żelazodrzewa. Wróćmy do tematu.
- A propos gnicia – Marla zignorowała sugestię – mmm, czy nie mógłbyś może…
- Nie.
- Ej, nie chodzi mi o autograf. Czy nie mógłbyś może wyciągnąć Berty z Więzienia Rozpadlin?
- A słyszałaś o tym, że żaden więzień nie przeżył tam tygodnia? Jej czas już nadszedł, zapewne.
- Garrett… To moja najlepsza przyjaciółka. Nie wybrałbyś się poza Miasto i sprawdził, co się z nią dzieje? Dla mnie? Proszę...
- Nie.
- Ale…
- Pokaż mi mapę od Stephena, to ci wyjaśnię, dlaczego nie.
Niezbyt uradowana dziewczyna wyciągnęła pergaminowy zwój spod lady i rozwinęła w jeszcze dalszej części blatu, obok książki. Garrett dostosował się, przesuwając w swoje prawo. Przytrzymał rękoma zwijające się boki materiału, by następnie przyglądać się mu w milczeniu.
- To wyjaśnisz mi?
- Chwila. Nie popędzaj mnie, nie mam już ani nastroju do szybkiego myślenia, ani sił na to.
Złodziej był wykończony po ostatniej nocy. Poza tym jego zegar biologiczny został przyzwyczajony do spania w dzień, a właśnie dochodziła ósma nad ranem.
-Wygląda na to, że Posterunek Nadrzecze został zmodernizowany.
- Naprawdę?
- Mapa ta jest dokładna w takim samym stopniu, co poprzednia. Pokazuje wszelkie nowinki techniczne zainstalowane tutaj niedawno. Spójrz na te zapadnie… A tutaj druty kolczaste pod napięciem. Ręcznie sterowane, metalowe wieżyczki z jakąś nową bronią strzelającą na odległość. I jeszcze wieże obserwacyjne, reflektory i podwyższone mury.
- Istna forteca!
- Dokładnie, chociaż przy odrobinie szczęścia i z tą mapą dałoby się uniknąć nieszczęść. Mogę sobie wyobrazić, ile zleceń może otrzymać ktoś taki jak ja, posiadający środki takie jak ten. Może ktoś znów chciałby wkręcić „ulubionego” porucznika…
- Ale z jakichś względów żadnego z tych zleceń nie weźmiesz, jak się domyślam. Dlaczego nie?
Garrett podsunął znalezioną przy martwym ciele kartkę.
- „Tym razem to fałszywka. Zadbaj o to, aby się nią zainteresował”. Plan Posterunku, który mamy przed sobą, jest nieprawdziwy.
- Nie rozumiem – stwierdziła paserka – Po co robić coś takiego? Jeśli to podróbka, to znając ciebie, zorientowałbyś się od razu, będąc na misji.
- „Jeszcze chwila i będzie nasz” – znowu zacytował Garrett – To bardzo proste, Marla. Z charakteru listu wynika, że chcą mnie wrobić, złapać albo zabić. To ostatnie jest najbardziej prawdopodobne – tamci zabójcy nie przebierali w środkach. Ktoś chyba założył, że może zdołam im uciec, więc dla pewności dołożył jeszcze „plan B”. Ta tutaj mapa jest jego elementem.
Ten cały „plan B” polegać miał na tym, że zaufam jej dostawcy i wybiorę się na akcję do Nadrzecza, wykonując zadanie od kogoś niezwiązanego ze spiskiem. A może zleceniodawca też miałby być podstawiony, kto wie. W każdym razie całość wyglądałaby w ten sposób: idę, skradam się, kradnę i cały czas korzystam z tego pergaminu. W końcu dochodzę do miejsca, w którym jest jakaś pułapka, a tymczasem na mapie nie ma na jej temat ani jednego słowa. Ponieważ zaufałem dogłębnie podanym mi, szczegółowym informacjom, w jednej chwili zabijam się na jakimś nowym, wyjątkowo paskudnym mechanizmie, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Rozumiesz, Marla? Wchodząc na ten obszar, w pierwszej chwili wszystko byłoby cacy, ponieważ zewnętrzne konstrukcje zostały dokładnie odwzorowane i są jak najbardziej prawdziwe. Dopiero gdzieś w środku natknąłbym się na zasadzkę nie do wykrycia. Cóż… Tak to mniej więcej wygląda.
Paserka stała jak wryta.
- Hem, hem… - zastanawiała się - Wiesz co, Garrett, ja… nie mam takiego doświadczenia co ty, więc pewne rzeczy są dla ciebie oczywiste i w ogóle… Ale dobrze, zgadzam się z twoim poglądem, jak najbardziej. W porządku.
Cholera, pomyślał Garrett, blondynki jednak są głupie. A może to ja nie rozumiem kobiet? Hm.
- Ale to nie wyjaśnia, Garuś, dlaczego nie chcesz pomóc Bercie.
- Po pierwsze: pewnie i tak już nie żyje, chociaż taka chłodna kalkulacja nie przemawia do ciebie zbytnio. Więc po drugie: każdy opędzlowany przeze mnie właściciel ziemski wyciąga jakieś wnioski z włamania, a co za tym idzie, z ostatnich oszczędności najmuje lepszą ochronę i buduje nowsze zabezpieczenia. Jakoś Zakonowi Młota fundusze nigdy się nie kończą, dlatego myślę, że Rozpadliny mają się teraz w jak najlepszym stanie. Jeśli ponadto świeżo wprowadzone cuda techniki pochodzą właśnie od Młotodzierżców, to poziomu zabezpieczeń w ich więzieniu można się domyślić. Nie wybiorę się tam.
Pochmurna Marla, po wysłuchaniu jakże to racjonalnego wyjaśnienia, odezwała się w końcu:
- Może powinnam poprosić cię o to wcześniej. Może wtedy byś się zgodził. Jakimś cudem.
- Skąd takie przypuszczenie? Mężczyźni nie zmieniają tak często zdania jak wy, kobiety.
Paserka pochyliła głowę, zacisnęła piąstki. Dosyć długo milczała.
- Dobra! Skoro nie chcesz tam iść, to nie idź. Ja też jestem gapa i powinnam, jako dobra sąsiadka, zadbać o Bertę szybciej i skuteczniej. Natychmiastowo wręcz. No ale jestem gapa i mamy, co mamy. Zostawmy to.
Garrett przerwał niezręczną ciszę.
- Zanim pójdę na górę, zapytam jeszcze: co z „Księgą Popiołu”?
- Ja się nie zajmuję kategorią „dzieła sztuki”, Garrett. Wiesz o tym. Przechowam ją, jeśli chcesz, ale puszczeniem jej w obieg musisz zająć się sam.
- Jasne - złodziej ziewnął, co było rzadkim widokiem - Idę. Dzięki za łóżko.
Okrążył ladę i udał się schodami na piętro sklepu.
Sprzedawczyni nie miała zbytnio ochoty, żeby pomóc jej nieproszonemu i jak zwykle nieuprzejmemu gościowi przyszykować się do snu. Głównie ze względu na arogancję Garretta i jego wrodzoną niechęć do okazywania miłosierdzia. Ale „wykazała się” wyrozumiałością. Pomyślała sobie, że to przez zmęczenie jest dzisiaj taki nieprzyjazny, co było błędem... Młodsza koleżanka po fachu postanowiła więc zadać sobie trud i uszykowała znaleziony szlafrok oraz ręczniki do wytarcia się z wody. W kociołku nad ogniem kominka, który (z perspektywy klienta paserni) znajdował się za regałem książek, grzała się woda do kąpieli w wanience na piętrze. Do stalowego garnka nalała świeżego, krowiego mleka – je też chciała podgrzać i dać później Garrettowi do wypicia przed snem.
Na lewo od kominka zainstalowano wewnątrz ściany ręcznie napędzaną, niewielką windę. Marla korzystała z niej do transportu ciężkiego kotła z wodą na górę. Stamtąd łatwiej było przelać ciecz do wanny, stojącej tuż przy wylocie windy. Paserka lubiła kąpiele i pozwalała sobie na nie częściej niż ktokolwiek z jej stanu społecznego. W warunkach panujących w Mieście niewiele osób korzystało z tej formy higieny. Trzeba było zgromadzić pokaźną ilość wody z fontann miejskich i kupić stosunkowo drogie środki czystości. Zresztą część lekarzy odradzała częstego kontaktu z wodą - mieli ponoć dowody na to, że powoduje ona przeróżne, niepożądane powikłania. Jeśli ktoś w Mieście mył się, był zapewne patrycjuszem - elita społeczna posiadała w swych domach nie tylko stały dostęp do wody dzięki kanalizacji, ale również instalacje gazowe, z których można było korzystać również do gotowania wrzątku na kąpiel. Choć nie wszyscy bogacze dbali o higienę, nie uchodziło to wcale za powód do wstydu. Niektórzy twierdzili nawet, że myją się tylko próżne, wybujałe panny oraz ci mężczyźni, którzy za szczególnie męskich... nie uchodzą.
W całych tych przygotowaniach paserka uczestniczyła nie bez przyczyny – miała swoje skryte, choć mimo to oczywiste powody. Przeciągnęła na górę kociołek z pierwszą partią wody, zawiesiła ręczniki na jedno przedramię, piżamę na drugie, a w lewą dłoń chwyciła pojemniczek z mydłem.
„To NA PEWNO sprawi, że wkrótce mi ulegnie! Dobrze mnie sobie zapamięta i w ogóle… A może... pozwoli mi siebie umyć?! Nieee, to nie przejdzie. Co ja sobie myślę?! Co on sobie o mnie pomyśli, gdybym mu zaproponowała...? Co by się nie wydarzyło, zadbam o niego, jak należy. A jak mu jeszcze dam mleko, to już kompletnie odpłynie...
Jakaż ja jestem… podstępna! Hi hi hi…”
Niezbyt podstępna kombinatorka ruszyła schodami. Oczywiście naczynie z parującą wodą dotarło w pobliże miedzianej wanienki stojącej na czterech nóżkach. I tylko przy niej było światło – nieco dalej świeciła się świeczka na małym stoliku. Z kolei w odleglejszej części piętra nie znajdowało się nic szczególnego – dwie zwykłe szafy, dwa proste obrazy, niewielkie okno.
No i chrapiący w najlepsze mistrz złodziejskiego fachu. Leżał na prostym, ale zadbanym łóżku, pod najdalszą ścianą.
„No jak tak można! – niedowierzała Marla – Co on sobie myśli? Idzie brudny spać po nocy pełnej przygód?! Przecież trzeba się umyć przed snem. ZWŁASZCZA, kiedy się zamierza spać w CUDZYM łóżku!”

***

Garrett obudził się. Jeszcze nie wiedział, która jest godzina, ale czuł, że wyspał się po wszystkie czasy. Więc było zapewne dosyć późno.
Obrócił się na drugi bok. Otworzył oczy. Zobaczył wiszący, czerwony materiał. Podniósł wzrok, przechylając głowę.
- Dziesięć miedziaków za pranie pościeli. - Usłyszał grozę z ust żeńskiego gospodarza, ponad którymi widać było przymrużone oczy i ukośnie przekrzywione brwi.
- Heh, prawie, Marla, prawie. Ale w ten sposób możesz sobie dzieci straszyć. Jak dla mnie musiałabyś być zombi, żebym się przejął. Czego ci nie życzę.
- Wyspałeś się? Więc JA życzę sobie, żebyś NATYCHMIAST się wyniósł.
- Yyy... z domu?
- Najlepiej.
- Która godzina?
- Pierwsza w nocy.
- Cholera jasna!
Złodziej zerwał się z łoża i pobiegł w kierunku schodów, ale zatrzymał się.
- Zaraz, zaraz… Przecież nawet nie wiem, kogo dzisiaj mam okraść.
- A ja wiem, wyobraź sobie. Ale ci nie powiem.
Garrett obrócił się.
- Tak w ogóle to o co ci chodzi?
- Nie mogłeś zaczekać, aż przygotuję wszystko?
- Wszystko… czyli co?
- Kąpiel! Biegałeś spocony po całym Mieście i z miejsca ładujesz się do obcego łóżka?! Co z ciebie za złodziej?
- Pod tym względem… raczej normalny.
- No pewnie! Bo po co się myć. Co z tego, że należący do zharowanej kobiety, bielusieńki, świeżo wyprany len zostanie właśnie zrównany z ziemią! Jeżeli nie z błotem!
Chyba jestem świadkiem typowego dla tego „gatunku” napadu, myślał złodziej, podczas którego lepiej być daleko stąd. Tyle, że teraz nie mam żadnego pretekstu do udania się w siną dal. Muszę się jakoś wytłumaczyć.
- Czego ode mnie oczekiwałaś, dziewczyno? Że po tym, co przeżyłem, powolutku będę się myć przez godzinę za pomocą jakichś podejrzanych specyfików? I że nie usnę przy tym? Że będę mieć inny cel niż porządny odpoczynek po ograbianiu uniwerka, przeleceniu kilkunastu metrów w powietrzu, prawdopodobnym wstrząśnieniu mózgu, przełażeniu na rękach przez most – i do tego po cichu? Po uciekaniu przed gromadą krwiożerczych idiotów i Strażą Miejską? Po nieprawdopodobnym uniknięciu śmierci? Po horrorze, w którym zginęła… stara znajoma, a który horrorem się nie okazał? Tylko rzeczywistością?
- To ty masz jakąś znajomą? I ja nic o tym nie wiem? – Marla wyraźnie zareagowała na wiadomość o „konkurencji”.
- Miałem, Marla, miałem. Ale już nie mam. Zabiła się.
- Co?! Dlaczego?
- Chcesz się dowiedzieć, czy wolisz dalej mnie oskarżać o nic?
Paserka odpowiedziała po chwili:
- Chcę, żebyś posprzątał po sobie.
- Jak?
- A no właśnie. Tak jak myślałam, nie masz bladego pojęcia o utrzymywaniu porządku w swoim otoczeniu. I wiesz co? Nie mam zamiaru nauczyć cię czegokolwiek z tej materii. Trudno, sama wypiorę tą pościel. Znowu. I pomyśleć, że przygotowałam ją specjalnie dla ciebie! Ty cholerny niewdzięczniku!
Cała satysfakcja z rześkiego snu zdążyła już uciec z Garretta.
- Kojarzysz nazwisko De Perrin? – znów odezwała się, minimalnie spokojniejszym tonem paserka – To on podpisał znaleziony przez ciebie list. To kupiec, idź do niego. Słyszałam o ostatnich powiązaniach z Websterem, który jest jednym z Nadzorców. Popytałam o to i owo klientów, kiedy spałeś, jeśli jeszcze się nie domyśliłeś. No i symbol na medalionie to właśnie znak Webstera. Jeśli mam się ciebie łaskawie pozbyć ze swojego domu, to właśnie wysyłając do wszystkich diabłów, czyli do jego willi w Nowej Dzielnicy. Bierz swoje rzeczy i wynoś się!
- Ale… poczekaj, bo coś…
Od tej chwili pobliski obserwator mógł zapoznać się z klasycznym przykładem bliskich relacji małżeńskich, kiedy to żona zastaje w łóżku męża z osobą najładniejszą z całej trójki. Oczywiście istniało sporo rozbieżności – na przykład nie było trzeciej osoby, a pozostałe dwie nie były w związku - jednak efekt był ten sam: komiczne wykopanie mężczyzny w dal przez drzwi wejściowe. Drzwi, chwała Budowniczemu, ocalały.
- I żebym cię tu więcej nie widziała!!! – wściekła Marla krzyczała po wybiegnięciu z podziemnego korytarzyka na ulicę – Przynajmniej, dopóki czegoś wreszcie nie zarobisz! Masz wrócić i wynagrodzić mi brudną pościel, zrozumiano?! W złocie!!!
I wróciła szybkim krokiem do sklepu, zatrzaskując z hukiem drzwi. Garrett, jak się okazało, wylądował naprzeciw bramy katedry Młotodzierżców. Zastanawiało go, jak to możliwe, że jego ciało ominęło schody do podziemnego korytarzyka i dwie ściany. Ogromny ból w różnych częściach ciała przypomniał mu, że jednak zetknął się w locie z tymi przeszkodami.
Wstał, cały obolały. Właśnie przyczepił się do niego pobliski żebrak.
- Eee, widzisz pan? Całe kobitki! Nigdy nie pozwolą na chwilę rozrywki!
- Co?
- Hehehe! Wiem coś o tym, wiem! Jak ja zdradzałem swoją lubą, to mnie nakryła prawie od razu. Suka… A potem tylko kasę chciała, a co innego! Tylko to im po głowie chodzi! Alimenty mnie wykończyły, to na ulicę trafiłem… Panie, jak masz pan wrócić ze złotem albo w ogóle, to już lepiej pan nie wracaj!
Garrett domyślił się, za jakiego człowieka bierze go lokalna przybłęda. Po zastanowieniu nie dziwił się, oficjalne wyrzucenie z mieszkania przez Marlę było dosyć... stereotypowe. Złodziej słuchał, jak to ma nie przejmować się pościelą, że wszystkie kobiety są takie same itd.
- No to jak, panie? Skrobniesz biedakowi-bliźniakowi grosika na gorzałkę? - zapytał bezdomny.
- …Wybacz, ale z finansami jest u mnie tak samo, jak u ciebie.
- Oooj… W sumie… no racja.
Powiedział to w czasie, gdy złodziejski mistrz oddalał się bez pożegnania.

***

Podążał ulicą na północ, w kierunku Wysokiego Miasta - najbogatszej z dzielnic miejscowości. W pobliżu umownej granicy z Południową Dzielnicą mieścił się sklep z profesjonalnymi narzędziami dla złodziei. Nazywał się „Narzędzia Farkus” i był dawniej prowadzony przez Bernarda Farkusa, a obecnie przez jego nieatrakcyjną siostrę Emily. Garrett potrzebował przede wszystkim nowego łuku i kryształów żywiołów, nie posiadał jednak żadnych pieniędzy. Miał więc zamiar... okraść sklep.
„Złodziej, który włamuje się do sklepu złodziejskiego, żeby zabrać sprzęt złodziejski... Bogowie! Caduca miała rację: nadchodzi Wiek Ciemności.
Mam tyle myśli... Jestem bez forsy i bez domu, z ulubionego kradzieja Marli stałem się tym najbardziej znienawidzonym. Izolda bezsensownie targnęła się na życie, Nadzorcy chcą mnie zabić, a tajemniczy Egzekutor serwuje mi koszmar na jawie i biadoli o przeznaczeniu...
Co się, do cholery, dzieje z tym światem?”
Jedyny Prawdziwy Opiekun, jakim Garrett został wraz z aktywacją Glifu Ostatecznego, w czasie drogi po łuk rozważał o wielu sprawach. Mało brakowało, a zacząłby mówić o nich na głos wśród pustych, mrocznych uliczek. Już teraz zdarzało mu się podświadomie gestykulować do silniejszych myśli.
„Marli odbiło. Czy wszystkie panienki są tak przewrażliwione na punkcie czystości? Chyba nie. Normalnie nie spodziewałem się tego po niej. Napalona Marla i fanatyczna czystość. Ciekawe.
Zanim mnie wykopała, powiedziała coś szybko o De Perrinie. Że niby jest kupcem i że ma układy z Websterem, Nadzorcą. I że mieszka w Nowej Dzielnicy. Stephen, ten szczur, miał medalion służalcy Webstera i list od De Perrina. Pracował więc dla obu tych panów i wiele wskazuje na to, że obaj chcą mnie posiekać na drobne.
Hm. Nieszczególnie mam do kogo zwrócić się o pomoc. Wygląda na to, że muszę poszukać informacji tak, jak zwykle: na własną rękę i na miejscu. A ponieważ nie wiem, gdzie ukrywa się Webster, udam się do jego sojusznika w interesach. Zresztą to właśnie ‘sugerowała’ mi moja paserka. Ale przedtem zdobędę broń i wszystko, co potrzebne do kolejnego w moim życiu wypadu. Ciekawe, co znajdę w posiadłości tego kupca.”
Złodziej przechodził teraz obok strumienia, przy którym znajdowało się podwodne przejście do legendarnego Zaginionego Miasta.
„Izolda... Dlaczego się zabiła? Tak jak mówił ten tajemniczy Egzekutor, nie miała ku temu najmniejszego powodu. Co w nią wstąpiło? Czy te ruiny faktycznie... Tak, widziałem przecież: nawiedziły się same, tuż po jej śmierci. Coś w nich siedzi... Zakon Młota raczej nie będzie chętny do przyjęcia takiej wersji wydarzeń. Zresztą nie zamierzam pójść do konfesjonału i prosić o radę w tej sprawie.
Ten Egzekutor to też niezły przypadek. Pierwsze słyszę, żeby oddziały specjalne Opiekunów znały hipnozę. Ale mniejsza o ich zdolności – gdzie oni teraz są? W Straży Miejskiej, tak jak reszta Nianiek? Jeśli tak, to mój wybawiciel kombinuje coś za plecami. Tylko co?
Niestety, wygląda na to, że niewiele rozumiem z tego wszystkiego. Jedyną poszlaką jest De Perrin. Dopóki czegoś tam nie znajdę, nie dowiem się niczego nowego.”
Dotarł w pobliże sklepu dla złodziei. Cała operacja miała przebieg klasyczny i wzorcowy: złodziej podniósł pobliską, drewnianą skrzynkę i rzucił ją o ścianę na lewo sklepu (który stał w rogu ulicy). Wywabił w ten sposób właścicielkę „Narzędzi Farkusa”, która wyszła na zewnątrz i przez chwilę przyglądała się, będąc odwrócona do Garretta. Po jej ogłuszeniu złodziej w pół minuty ograbił niewielki kantorek i ruszył dalej. Nie ukrył panny Emily tylko dlatego, że jej tusza była zbyt ciężka.
„Szlag, nie miała najlepszego wyboru: kilka kryształów ogniowych, mchowych oraz... kusza. I zapas bełtów do niej. Hmmmm.
Może to i lepiej - każda broń jest inna i wymaga osobnego wyczucia. Szczególnie widać to przy broni strzeleckiej, zwłaszcza takiej, która sama w sobie wymaga długotrwałego treningu. A kusza ma to do siebie, że dasz ją chłopu i już będzie wiedział, co robić. Kilka strzałów i opanuję obsługę mojej tymczasowej broni.
Ale nie zmienia to faktu, że ten egzemplarz nie ma miejsca do wystrzału pocisków z podczepionymi kryształami... Nie jest do tego przystosowany. Mogę więc jedynie strzelać ostrymi bełtami i ręcznie wyrzucać kryształy żywiołów. Świetnie...”
Od strony, z której nadchodził, Wysokie Miasto zaczynało swój byt od byłej rezydencji Ramireza. Niewielki zameczek dalej tu stał, Garrett nie wiedział jednak, do kogo w tej chwili należy. Zmarły Nadzorca miał niegdyś pod kontrolą między innymi Wysokie Miasto i Południową Dzielnicę. Ktoś musiał przejąć lokalną, przestępczą władzę, ale o żadnym nazwisku Garrett nigdy się nie dowiedział.
Po zachodniej stronie posiadłości znajdowała się przeszkoda, o której zapomniał: mur. Ni stąd, ni z owąd pośrodku uliczki wyrastał mur, jakby architekt Miasta był pod wpływem w czasie projektowania go. Taka już była ta miejscowość... Na szczęście Garrett wiedział o skrócie - niemal naprzeciw bramy Ramireza, w budynku stały niepozorne drzwiczki. Wyglądały jak typowe wejście do skromnej kamienicy, jednak nie taka była ich rola. Po otwarciu prowadziły na korytarz, na którego końcu wmontowano kolejne drzwi.
Te otwierały się na inny świat.
Wysokie Miasto emanowało swym bogactwem, czystością i nowoczesnością. Wszechobecne źródła świateł oślepiały swą gradientową pomarańczą, czyniąc noc zupełnie jasną. Śpiący już patrycjusze przyozdobili parapety i balkony gobelinami, proporczykami i wieloma kwiatami, wzbogacając kolorystycznie mozaiki witraży i inne okna. Tulipany, fiołki i niezapominajki wcale nie kontrastowały ze schludnością znajdujących się niżej uliczek, uporządkowanych i zadbanych przez niewiadome służby. Dzięki sprawnemu i przemyślanemu systemowi kanalizacji nigdy nie oglądało się tu rtęciowych powierzchni kałuż.
W tej dzielnicy znajdowała się siedziba Rady Miejskiej, pełniąca też funkcję ratusza i sądu. Niektórzy twierdzili, że w całym Mieście nie było budynku o większym przepychu. Istniała jednak niepisana zasada wśród złodziei – „Kradnij wszędzie, byle nie tu”. Przyczyna była prosta: trudno wyobrazić sobie represje i rozwój aparatu bezpieczeństwa po tym, jak budynek o takim znaczeniu zostałby pozbawiony dóbr przez element przestępczy. Cała metropolia odczułaby gniew władz...
Lecz niewiele osób wie o tym, jakiemu „elementowi przestępczemu” pozwalano żyć. I który miał się dobrze w Wysokim Mieście. Nadzorcy Miejscy mieli tu wielkie wpływy, zyskane dzięki świadczeniu od wielu lat pewnych usług Radzie. Jednak sami przywódcy mafii nie posiadali tu swoich posiadłości, a najbliższą miał niegdyś Ramirez. Zorganizowana przestępczość, paradoksalnie, zapewniała niekiedy względny spokój w Mieście - zwłaszcza tutaj.
Nocny, lecz jasny krajobraz dystryktu sprawiał wrażenie podejrzanie spokojnego.

***

Został zmuszony do zboczenia z ulicy wychodzącej na bramę, która prowadziła na zewnątrz murów obronnych. Złodziej uniknął odległej, lecz bardzo dobrze widocznej Straży Miejskiej, skręcając w wąskie przejście na lewo. Uważał na nisko zawieszone rury gazowe i parapety okien, na zagradzające przejście beczki i skrzynki. W końcu dotarł do wylotu na ulicę biegnącą pod murem. Była słabiej widoczna, jednak pilnowały jej dwuosobowe patrole wyposażone w kolczugi, łuki, miecze...
„<<Błękitne Płaszcze>>.
A gdyby tak... zajumać im łuk? Połączyć przyjemne z pożytecznym?...”
Ominął dwójkę Niebieskich za plecami, zakładając jednocześnie rękawice do wspinaczki. Zmierzał w górę, wbijając palce w szczeliny między kamieniami. Wykorzystał fakt, że to dystrykt był rozświetlony, a nie ulica i mur na jego granicy... Kiedy dotarł na szczyt, ogłuszył łucznika trzy metry na lewo od niego i wziął mu broń. Przetestował ją.
Zdjął prawą rękawicę. Pierwsza ostra strzała, wycelowana w wystającą z baszty na prawo belkę, chybiła. Podobnie druga i trzecia. Strzelec na wieży, schowany za jej blankami, niczego nie podejrzewał.
On też stracił przytomność - Garrett się wkurzył, po czym wbił strzałę ręcznie, tym razem linową. Schodząc po niej po drugiej stronie baszty przy bramie, był nieco hałaśliwy przez zawieszone byle jak kuszę i łuk. W końcu ktoś się zorientował i po zejściu na ziemię złodziej musiał uciekać w dal. Początkowo biegł wdłuż brukowanej drogi (przy okazji wyrzucając łuk za ścianą gospody), lecz później uciekł w bok, by był mniej widoczny na tle traw.
„Nie ścigają mnie. Chyba wychodzą z założenia, że kiedyś i tak będę musiał wrócić. Albo są zbyt leniwi.”
Znajdował się teraz nieopodal przydrożnego zajazdu, na równinach Nowej Dzielnicy.

***

Dystrykt był o tyle osobliwy, że nie posiadał własnych murów obronnych, tak jak inne obszary metropolii. Jedynie od wschodu był chroniony starymi, kamiennymi blankami i wieżami. Mieszkający tu bogacze byli na tyle samolubni - i potężni - że do swoich rezydencji dobudowywali własne ogrodzenia. Należeli do nich niegdyś Konstantyn i szeryf Truart.
De Perrin poszedł o krok dalej i zamiast muru posiadał... kilkunastohektarowe uprawy. Garrett zorientował się, że na plantacjach niewolnicy pracują nawet w nocy, pod nadzorem wielkich, sadystycznych (i przede wszystkim najedzonych) strażników. Pola usiane były lampionami, ale mimo ich ilości obszar pozostawał spowity nieprzeniknioną czernią.
„Daruję sobie komentarz odnośnie sensowności pracy po zmroku. Ale co się dziwić, dla kupca liczy się wyłącznie zysk, nawet minimalny. Zamęczenie kilku Murzynów na śmierć skutkuje przecież paroma kilogramami truskawek więcej...
Nadzorujące wszystko bydlaki zachowują teraz szczególną czujność, bowiem w takich warunkach robotnik może łatwiej uciec z tego miejsca. A to oznacza też większą szansę, że to mnie samego wykryją... Dlatego muszę uważać.”
Garrett postarał się o nieco dokładniejsze przytwierdzenie nowej kuszy do ubrania, jednak dalej musiał przytrzymywać ją jedną ręką, by nie wyrządzała hałasu. Niewolnicy nie mogli rozmawiać między sobą, toteż złodziej mógł starać się jedynie o podsłuchanie wartowników. Wywnioskował, że spichlerze, tak samo jak letnia rezydencja De Perrina, leżą na samym końcu plantacji, na zachodzie. Dowiedział się też o istnieniu karczowiska nieco dalej na północ, nieopodal którego doszło do pewnego przedziwnego zjawiska. Dla rozmówców kontekst był oczywisty, dlatego Garrett niewiele zrozumiał z tego, co mówią. Zapamiętał jedynie słowa: krąg, zboże, światła, drwale.
Zaciekawiło go, co się tam mogło wydarzyć.

***

Kiedy przekradał się przez pola kukurydzy, prawie został złapany. Jedyną opcją na uniknięcie wykrycia przez jednoosobowy patrol było wskoczenie między hałaśliwe gałęzie uprawy. Ograniczona widoczność działała jednak w obie strony. Złodziej zaczaił się między pędami i w stosownej chwili pozbawił przeciwnika przytomności za pomocą pałki.
Przechodził teraz przez pola irygacyjne, na których rosły pszenica, żyto i jęczmień. Unikał w ten sposób piaszczystej, głównej drogi, widział bowiem, że czasem przechodzą piesze konwoje z zebranymi produktami. Od poganiającej je eskorty usłyszał, że nawet ryż się tu uprawia, jednak zbiory są bardzo słabe, a podejrzewa się o to nieodpowiedni klimat i glebę. No i „leniwych” niewolników, oczywiście.
Trzymał się blisko krętej drogi, aby dotrzeć do posiadłości będącej sercem i mózgiem majątku ziemskiego. Nie miał mapy, jednak orientował się w terenie dzięki kompasowi i oświetlonym drogowskazom.
Jeden z nich kierował na karczowisko.
„Hmm. Nie byłbym sobą, gdybym nie dowiedział się, co się tam stało.”
Stojąc w nieskoszonej jeszcze pszenicy, skierował się w prawo. W tym samym czasie pilnował wzrokiem załogi drewnianej budki przy granicy pola, po jego lewej. Był to jeden z licznych posterunków. Należał do tych, które nie ucinały sobie zasłużonej, acz niepożądanej drzemki.
„Idę i idę... Tak sobie myślę, że to mogłaby być moja praca. Nie, nie buszenie w zbożu: pilnowanie innych ludzi, którzy by się w nim znaleźli. W łagodniejszej wersji, oczywiście. Mógłbym pilnować dzieci, które biegałyby po tym polu, aby nie wpadły w przepaść. Przepaść, która zaczynałaby się na granicy tego pola i którą ciężko byłoby dostrzec.
Zaraz... co to w ogóle za pomysł?
Widać, że ze mnie buntownik. I nawet niezły marzyciel.”
Nagle, w jednej chwili doświadczył trzech rzeczy naraz.
Pierwszą z nich była swoista dziura w polu, na którą wyszedł, i w której spiralnie leżały złamane i spalone trawy. Drugą były odgłosy i śmiechy. A trzecią światło dobiegające z ich kierunku.
Garrett dostrzegł niedaleko, po drugiej stronie ścieżki, dwa duże namioty: jeden koloru niebieskiego, ten dalszy koloru szarego. Trochę się zdziwił, że dopiero teraz je zobaczył. Wytłumaczył to sobie zamyśleniem, po czym ruszył w tamtym kierunku. Gdy przekraczał w poprzek drogę, ominął patrol i zbliżył się do szarej płachty namiotu. Ominął tym samym bliższy namiot, który - Garrett zorientował się po wyszytym znaku - należał do... Straży Miejskiej. Herb na szarym materiale również wydał mu się znajomy, jednak przypomniał go sobie dopiero po pewnej chwili.
W pobliżu obu stanowisk stały też wozy i zmęczone konie. Złodziej podszedł do tej głośniejszej konstrukcji, którą o dziwo nie był namiot Niebieskich. Nasłuchiwał. Wszystkie głosy należały do ludzi w średnim wieku.
- Zdzisiu, nalej mi jeszcze.
- Nie ma mowy! Człowieku, jutro będziesz mieć kaca! Przecież wiesz, że Miltovic ma przyjechać osobiście!
- Taa, ciekawe czym – wtrącił się trzeci, męski głos – Żacy plotkują, że nawet z karety go okradli.
- Ha-ha-ha. To nie jest śmieszne, Grzesiu! Nam też trochę pozabierali. Szczęśliwie wszystkie papiery leżą na swoim miejscu…
„Profesorowie z uczelni…?” – pomyślał Garrett.
- Tak, to najważniejsze – stwierdził Grzegorz. – Ale quae nocent, docent, panowie profesorowie. Możemy chyba wywnioskować, kto nas okradł?
- To na pewno jakiś student! – wykrzyknął Zdzisław – Oni dobrze znają ten budynek! Czasem zastanawiam się, czy nie lepiej od nas!
- Silentium, Zdzisiu, silentium – nowy głos należał do starszej kobiety - Może to ty powinieneś mniej pić…?
- Sama bądź cicho! Denerwuje mnie to wszystko! Najpierw afera o proch, potem o Bibliotekę, a teraz o to! Ech… Dobra, to kto jest sprawcą?
- Nareszcie jakieś rozsądne pytanie z twej strony. To może być zwykły student, zważywszy na to, że zostawił dokumenty w spokoju. Czyżbyśmy pisali aż tak niewyraźnie…?
- Student nie dostałby się do Biblioteki – stwierdził Grzegorz – Z przykrością muszę stwierdzić… że to ktoś z nas.
Cisza.
- Grzesiu… - odezwała się staruszka - Sempiterna z ciebie, sit venia verbo. Przecież każde z nas ucierpiało na tymże zdarzeniu. Wykluczone.
- Ten ktoś mógł okraść siebie również, dla niepoznaki. To nie taki zły pomysł.
„Główcie się, główcie…”
- Wymyślacie – stwierdził Zdzisław – Czyż nie pamiętacie już, kto nam ofiarował Symbol?
Ponowne milczenie.
Plaśnięcie w czoło.
- Sic! Wszystko jasne! My korzystamy z niego, ale przecież Symbol to dzieło tamtych… jegomości. Równie dobrze mogli stworzyć nowy, swój własny. Tylko gdzie? Jak sądzisz, Genowefo?
- Nie wiem jak dla ciebie, Czesiu, lecz dla mnie to są kryminaliści. I czarnoksiężnicy. Nie zagłębiałabym się w repertuar ich tajemnych sztuczek. Poza tym oni nie mieli powodu, by tak nas oszukać…
- Zapomnieliśmy o jednym człowieku.
- Hm? O kim, Grzesiu?
Krótkie milczenie.
- O złodzieju imieniem Garrett.
„He, he, he… Lupus in fabula, panowie i panie.”
Grono profesorskie wybuchło śmiechem.
- Grzegorz, przecież to tylko niesławna legenda! – powiedział Zdzisław - I dziwię się, że ktoś na twoim poziomie ją zna.
- I kto to mówi... Nil admirari, doktorze. Najlepiej nie zaczynałem, lecz ostatecznie wyszedłem na ludzi. Per aspera ad astra, jak mawiają. Nie to, co osoba, o której wspomniałem. I która ma coś wspólnego z naszymi… znajomymi.
- Ech… - westchnęła Genowefa – Quot capita, tot sensus.
„Więc jednak Opiekunowie mają bezpośredni związek zarówno z tym odwróconym Glifem Drzwi, jak i z samymi belframi… Tylko co to za układ? Co oni kombinują?”
- Dobra, nieuki – powiedział pieszczotliwie Czesiek – Ja mam jeszcze nieokreślone zdanie na temat, gdyż istnieje deficyt potrzebnych informacji, a te, które posiadamy, są niewystarczające. Ponadto pragnę przypomnieć, że nie na co dzień grupa drwali nie dość, że opuszcza miejsce pracy jak nawiedzona, to jeszcze znika pośród światła i zbóż... Jest późno, a jeśli jutro nie przedstawimy stosownego raportu Josephowi odnośnie tamtych kręgów, skopie sempiterny wszystkim tu obecnym. Dixi. Dobranoc wszystkim.
- Dobranoc – pozostali w środku namiotu odpowiedzieli chórem. Ktoś zgasił lampę naftową.
„Niech no pomyślę… Jedyne, co Opiekunowie i Uczelnia mogą mieć ze sobą wspólnego, to wykształcenie. Właśnie! Może jest tak, że w ramach poszukiwań nowej pracy ktoś zatrudnił siebie na Uniwerku? Nie. Przecież ci tutaj mówili o Niańkach jako o kimś z zewnątrz…
Ten ktoś był w stanie zorganizować wśród tych wykształciuchów Rytuał Akolity, tak, by wszyscy mieli dostęp do Głównej Biblioteki za pomocą Glifu. Biblioteki, w której przechowuje się książki o czarnej magii. Nie wiem tylko, czy z nich korzystają, czy jedynie przechowują z dala od wścibskich oczu. Może być tak, że wcześniej leżały sobie spokojnie w Bibliotece Opiekunów, schowane przed światem i ‘niebezpiecznymi amatorami’. A kiedy przestały być tam bezpieczne – czyli po aktywacji Glifu Ostatecznego – przekazano je osobom, które wiedzą, jak je otworzyć i się przy tym nie zabić.
Hm, dużo możliwości. Niestety, dalej niewiele konkretów. Wiem tylko, że Opiekunowie nie należą do elity uniwersyteckiej, ale obie organizacje wiedzą o sobie. Co do ‘Straży Rynsztokowej’, pewnie tylko badają sprawę zaginięcia rębaczy drewna, choć z drugiej strony zawsze można ich o coś podejrzewać... No i chciałbym się dowiedzieć, do łachera, dlaczego istnieje jeszcze na tym świecie Glif Drzwi, który wygląda i działa inaczej niż przed Aktywacją.”
Mistrz złodziei miał ochotę przypatrzeć się wynikom niektórych badań, jakie naukowcy już wykonali na polu z kręgami. Ponieważ jednak nie spali jeszcze, wykryliby złodzieja przy próbach skradania się w ich namiocie. W tej sytuacji tylko granat gazowy mógłby pomóc. Lecz Garrett nie miał przy sobie nawet strzał wodnych, o specjalistycznym sprzęcie nie mówiąc. Posiadał jednak kryształy ogniowe.
„Mam pomysł. Wiem, jak jednocześnie zemścić się i być poza podejrzeniem...”
Wyrzucił jeden z nich w kierunku pola w zbożu. Ten wybuchł i podpalił tamtejsze trawy. Kiedy Niebiescy wybiegli na zewnątrz, kolejny kamień upadł na ich namiot. Płachta została rozerwana, a wnętrze zajęło się ogniem. W tym momencie wybiegło również spóźnione środowisko profesorskie. Garrett oddalił się, pozostając niewykrytym.
„Właśnie sfingowałem kolejne ‘zjawisko paranormalne’. Powodzenia w pisaniu raportu, hihi...”
Podpalacz udał się w kierunku południowo-zachodnim.

***

„Willa? Phi, wygląda jak przerośnięty domek działkowy.”
Faktycznie, posiadłość nie była zbyt duża. Posiadała trzy kondygnacje, jednak nie zajmowała wielkiego obszaru. De Perrin ogrodził ją, spichlerze i budynek-kwaterę strażników niskim, ceglanym murem. Zbyt niskim, jak na umiejętności Garretta.
Bez problemu dostał się do środka domu, wchodząc na parter przez boczne, otwarte okno. Na szczęście złodzieja wnętrze nie było tak biedne, jak przypuszczał: udało mu się zabrać kilka pucharków i obrazów ze wszystkich poziomów budynku. W niektórych pokojach natykał się na śpiącą lub nawet myjącą się służbę, jednak żadnej osoby nie podejrzewał o bycie samym De Perrinem. Natomiast dotarł do jego pustego gabinetu na ostatnim piętrze.
„Tym razem dokładniej przyjrzę się cudzym notatkom.”
Zbliżył się do hebanowego biurka pod oknem przy południowej ścianie. Najpierw jego uwagę zwróciły dwie kartki na wierzchu. Począł je bez pośpiechu czytać.



Zgadnij co, Webster! Tego jeszcze nie było! Nie dość, że ze swojego stanowiska przy lesie uciekli moi drwale, to jeszcze wszyscy wokół utrzymują, że zniknęli na polu w towarzystwie jakichś niesamowitych świateł. Wszyscy, rozumiesz?! Nawet moja straż osobista!
Ale to jeszcze nic, wyobraź sobie. Tym plotkom, rozpuszczonym zapewne przez kłamliwych niewolników, uwierzyli... właśnie, kto? Straż Miejska owszem, bo to oczywiste, oni przecież są od dawania wiary w takie pierdoły. ALE ŻEBY WIELKI UNIWEREK?! Myślałem, że to racjonaliści...
Nimi się akurat nie przejmuję - ba, nawet zapłacili mi za okresowy wynajem tych kilkuset metrów kwadratowych. O ile się wyrobią z terminem, to jest przed zbiorami, mogą tu być i przelewać tyle mamony na moje konto, ile chcą... Bardziej martwią mnie Niebiescy. Oni jeszcze tolerują wykorzystywanie więźniów do pracy (robią sobie miejsce w celach, rozumiesz), ale sam widzisz, co się u nich dzieje ostatnio. Poza tym przebywanie na moim terenie grozi znalezieniem poszlak, które zaszkodziłyby nam obu…
W każdym razie chciałem ci pokrótce przedstawić, jaki mam u siebie burdel. Nie spodziewaj się w najbliższym czasie dostaw dębu z mojej strony. Ja sam żałuję – z chęcią wymieniłbym go na drogocenny heban, nawet w stosunku jedenaście i pół do jednego...

Twój partner w interesach,
De Perrin




„Co wynika z tego listu? Nikt nic nie wie na temat drwali. Współpraca kupca z Nadzorcami z pewnością jest nieczysta, choć raczej nie polega na handlu materiałem budowlanym. I tyle. Dalej nie wiem, dlaczego De Perrin i spółka chcą mnie martwego.
Dziwne, list jest skończony, ale niewysłany.”
Garrett spojrzał na krótszy list obok.



Zebranie jest dziewiątego, w czasie przyjęcia. Wyjątkowo dostąpisz zaszczytu uczestnictwa. Dziesiąta wieczorem, Hala Bankietowa.
W.



„No nareszcie coś konkretnego! Tylko, że… nic nie rozumiem.”
Złodziej dalej szukał jakiś pomocnych informacji wśród ksiąg ewidencyjnych, czeków i weksli. Nie znalazł jednak nic, co mogłoby mieć związek z polowaniem na jego osobę lub z opisanym przyjęciem.
„Paradoksalnie te dwie kartki, zostawione luzem, na widoku, to moje największe źródła informacji. Szczególnie ta skromniejsza.
Nie jestem typem, którego się zaprasza na bale, albo który bale lubi… Skąd mam wiedzieć, jakie imprezy się teraz dzieją na Mieście? Normalnie mam to gdzieś, teraz jednak jest to mój jedyny trop. Choć dosyć wątpliwy: sesja Nadzorców Miejskich to poważna sprawa, byle łachera na to nie wpuszczą. Chyba, że jesteś doświadczonym ochroniarzem jednego z Nadzorców, wtedy możesz wbijać nawet w stroju burricka...
Nie wiem, dlaczego kupczyk wybył i nie wysłał listu. Dzisiaj ósmy sierpnia, bankiet jest dopiero jutro. Ale wiem jedno: muszę na nim być, gdziekolwiek będzie. Nie znam kryjówek tych mafiosów, więc zebranie, w którym uczestniczą, to jedyna szansa na podsłuchanie czegokolwiek. Coś kombinują… tylko co…?”
Żeby nie zostawić śladu po sobie, Garrett poukładał z powrotem zawartość szuflad. Wszystko odłożył na miejsce najlepiej, jak pamiętał. Same listy również. Mniejszy z nich, podpisany „W.” należał zapewne do Webstera i zawierał jedyne wskazówki dla złodzieja. Ten nie chciał jednak, by De Perrin i Nadzorcy wiedzieli o tym, że Garrett wie o spotkaniu. Skopiował więc go, przepisując na skrawek papirusu, który znalazł w kieszeni spodni.

***

Kiedy wychodził przez to samo okno, którym wszedł, i kiedy wspinał się na drugą stronę niewielkiego murku z cegły, coś go zaczęło niepokoić. Zapomniał o czymś? Źle przepisał wiadomość Webstera? Nie wziął jakiegoś pucharka z budynku?
Nie. Zrozumiał dopiero, kiedy je zobaczył.
Żywe cienie, po jego lewej. Takie same, jak pod koniec wyprawy w Uniwersytecie.
„Noo, tym razem to nie są studenci.”
Jedną ręką chwytał nowy worek na łupy, drugą przytrzymywał kuszę. Zaczął się skradać w stronę postaci, na zachód. Widział piątkę ludzi przykucniętych w trawie, za willą. Na ich tle rozciągał się las. Postarał się w ciemności zająć dogodną pozycję, na uboczu, by słyszeć ich w miarę wyraźnie i samemu pozostać niewidocznym.
- Ile posiadawszy? – usłyszał szept.
- Warzyw tuzin worków, truskawek cztery, pszenicy dwa – powiedział drugi.
- Truskawki, miodzio! A zboże? Stare zabrawszy czy świeże skosiwszy?
- Zebrawszy świeże. Sierpami ciężko, oj, ciężko. Źdźbłokos już do zieleni zanosiwszy.
- Byczo. Stare ze spichlerzy też by mogło być, tam więcej… Ale głupoludy pilnowawszy za bardzo…
- Prawda to.
- A gdzie Stokrotka?
- Udawszy się do Kreta, jej oblubieńca, który przy wykopkach harowawszy.
- Głupia! Co ona sobie myślawszy?! Ja nie zdzierżywszy takiego czegoś!
- Miłości nie zabraniawszy, Kruku – złodzieja dobiegł trzeci szept, również męski.
- Kraaa! To niebezpieczne za bardzo. Nie nas posyławszy na zbiory, ino łowców!
- Łowcy groźni zbytnio… Pozabijawszy wszystko na drodze, niby berserkowie.
- Prawda to… Polować uwielbiawszy…
Zbiory, pomyślał Garrett. Z takim synonimem do kradzieży się jeszcze nie spotkałem. Ech, tylko zagłodzonych Pogan mi tu brakowało…
Usłyszał za plecami czyjeś kroki. Miał mało czasu. Jedyne, co zdążył zrobić, to położyć się w trawie. Nowa osoba przeszła szybkim krokiem obok Garretta, nawet go nie zauważając.
- Stokrotka! Gdzieś ty uciekłszy?! - usłyszał od Kruka.
- Wybaczywszy, Kruku... ja musiwszy... Ale zebrawszy coś! Zobaczywszy!
Garrett cały czas leżał i słuchał.
- Ziemniaczki, pełen worek! Byczo! Od Kreta, jak mniemawszy?
- Tak... On ryzykowawszy, ale poświęciwszy się... On taki kochany...
- Czasu nie traciwszy. W drogę!
Pogańskie, bose stopy zaszeleściły w trawie, zaczęły się oddalać. Garrett podniósł głowę, włączył przybliżenie i noktowizję w oku.
„Ej, wracajcie! Zapomnieliście zostawić mi swoje sakiewki.”
Widząc niewielkie woreczki przypięte do dwóch pasów, złodziej zerwał się i poszedł za leśnymi ludźmi.
„Szlag, jak mam niby je zabrać w takich warunkach? Granatów błyskowych też nie mam, oczywiście. Źle się zabieram za to wszystko...”
Wszyscy doszli do skraju lasu, Garrett również. Liczył na cokolwiek, choćby na krótki postój z ich strony. Nic takiego się nie wydarzyło.
Wydarzyło się coś gorszego.

Śmiechy.
Chichoty.
Krzyki.
Jakieś kształty, postacie, zwidy, duchy.
Pradawni Strażnicy Lasów.
Brązowe i zielone konary sięgały po złodzieja. Biegł.
Świetliki go oślepiały.
Biegł. Nie wiedział, dokąd.
Chichoty.
Potknął się o korzeń. Ale nie upadł na liście.
Nie upadł nigdzie.

Spadał do jej wnętrza. Czuł się jak w paszczy.
Paszcza Chaosu?
Nie. To coś gorszego.
Przez moment widział szczęki i jej dziąsła. Teraz nie widział nic.
Spojrzał w bok. Zobaczył dwa rzędy siekaczy. Przewijały się.
Smród?
Obrócił głowę na wprost.
Język?!





ZNÓW CIĘ OSZUKAŁEM, GŁUPOLUDZIE!!!









Świerszcze grały na łące wieczorną, przyjemną melodię.
Garrett ocknął się. Dyszał ze strachu.
- Psiakrew! To głupolud!!! Wydawszy nas, chodu!!!
Powoli obrócił głowę w stronę głosu, ale nikogo już tam nie było.
Tam, czyli poniżej niego.
- Co ja, kurna, robię na drzewie?! - powiedział na głos.
Wisiał w nieładnej pozie na kilku gałęziach buku, na skraju lasu. Po kilku dziwnych wygibasach zleciał na ziemię. Nie złamał sobie niczego.
„Dzięki, Szachraju, stokrotne dzięki za gościnę. Ty i ta twoja ekipa... Tfu! - splunął czymś, czego nigdy wcześniej nie miał w ustach. - Sądziłem, że podświadomość każe schować się mojemu ciału, a nie wbiec na drzewo ze strachu. Psujesz sobie opinię, Garrett...”
Całe ubranie miał jak po wysypaniu nań ściółki leśnej. Kilka złotych pucharków leżało wśród liści.
„Co to miało być, ja się pytam? Czary?! Jeśli tak, to jakieś nowe. Na szczęście służące tylko do obrony. Ten wymuszony trans musiał trwać chwilę, skoro Poganie nie od razu wiedzieli, kim jestem. A raczej czym jestem, i dlaczego tak szybko wchodzę pod samą koronę...”
Otrzepał się z tego, co mógł, pozbierał starannie wszystkie naczynia i włożył z powrotem do reszty łupów. Nie miał zamiaru zagłębiać się w czerń lasu. Zawrócił w stronę domu De Perrina.
Generalnie nie obchodziły go losy innych ludzi, jednak widząc drugi raz okrucieństwo spasionych i umięśnionych strażników, zrobiło mu się niedobrze. Biali, czarni, nawet żółci i pustynni niewolnicy, złoczyńcy i skazani za niewinność, Poganie i ci z Młotodzierżców, którzy odbywali pokutę - bicze odbierały skórę i mięśnie im wszystkim. Oni wszyscy pracowali w nocy, umierali z wycieńczenia. W ramach wymyślonej na szybko idei „pożytecznego dowcipu” Garrett dobył kuszy i celował w nadzorujących. Tylko tam, gdzie nie było ich wielu, tylko z bliskiej odległości, by lepiej trafić nową bronią. I tylko w nogi, by nie zabić. Kiedy mordercy tracili panowanie nad sytuacją, robotnicy wykorzystali zamieszanie i sami zaczęli pozbawiać ich wolności... Nie wiedząc nawet, kto im pomaga. Po pewnym czasie doszło do zorganizowanego buntu. Ale Garrett nie mógł się dowiedzieć o postępach, gdyż właśnie doszedł na skraj majątku.
„Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że ten jeden raz w życiu okazałem miłosierdzie z dobroci serca. A ja po prostu chciałem sprawdzić, jak się strzela z kuszy... Stwierdzam, że jest do kitu. Łuk lżejszy, a i ładuje się szybciej.
Przysięgam przed Budowniczym, że nikogo nie zabiłem! Mam nadzieję, że pośrednio też nie…”
Wyrzucił broń przy drodze.
A później minął posiadłości Truarta oraz Konstantyna, aby powrócić do Miasta.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 03 mar 2012 01:15 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Łał! Jedna część za drugą! Cóż za pracowitość. 8-)
Ooo... Tak! Fragment z dalszymi dziejami Izoldy i Garretta, to chyba jeden z najbardziej oczekiwanych fragmentów. :D
Tak czy siak, wyszedł genialnie, a nawet lepiej! Dla twoich opowiadań już nawet skala od 0 do 1000 nie wystarcza! Przy takiej skali ja daje 10 000! :twisted:
Nigdy bym nie przypuszczała, że sprowadzisz to do jej tajemniczej śmierci w Kuźni Dusz i do pojawienia się Egzekutora w takim stylu!
(Nie mówię tu, że źle piszesz, bo piszesz fantastycznie! ;) )
Genialne!
Egzekutorzy!... Poganie!... Studenci... Hm... Studenci??? :shock:
Studentów to już bym się w ogóle nie spodziewała! :-D
Wspaniałe! Piękne!
Jest naprawdę świetne! (A właściwie po co ja to pisze, skoro to oczywiste? Przecież wszyscy wiemy, że świetnie piszesz. :D )
Moja opinia, jak widać, jest prosta, acz szczera... : "Wspaniale napisane! Kiedy można się spodziewać kolejnych części? Mam nadzieje, że niedługo!"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 03 mar 2012 18:37 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Bardzo dziękuję :-D
Co do kolejnych części, pewnie ukarzą się w standardowym terminie. Też po dwa. Pierwszy już gotowy, drugi ledwie zaczęty, choć mam już sporo pomysłów dla niego. (Nie to, że nie wiem, co się stanie... Chodzi o to, że już dawno temu rozplanowałem sobie główne założenia, zdarzenia itd. Najważniejsze rzeczy są z góry ustalone. Dopiero przy pisaniu dochodzą, zależnie od natchnienia, różne, spontaniczne rzeczy. Tak było z Marlą w "Pracy" - do momentu tworzenia tej sceny nie wiedziałem, w jaki sposób Garrett opuści jej pasernię. :)) ).

Ale póki co nie mam weny. A, jeszcze jedno... Przyjdzie czas, że będę musiał zawiesić pisanie TDA. Ciężko powiedzieć, kiedy dokładnie, mam nadzieję, że uda mi się zamieścić oba przed majem.
Powód jest prosty. Maturzyści wiedzą, o co chodzi. :roz

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 03 mar 2012 19:41 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
W standardowym terminie?
Ok! Może jakoś uda nam się nie umrzeć z nudów przez miesiąc, czekając na kolejne rozdziały. ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 03 mar 2012 23:51 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
Furie... zdaje się, że interesujesz się mitologia grecką, Hattori. Moja opinia pozostaje niezmienna: opowiadanie jest świetne (tylko szkoda, że między Garrettem a Izoldą już nic nie będzie :roz ). Tylko czekać na kolejne części.

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 mar 2012 20:40 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Wydaje mi się, że pomyliłeś mitologię grecką z germańską tudzież nordycką. Chociaż to nawet nie mitologia - berserkowie istnieli naprawdę. Niestety rzadko kiedy natrafiam na jakieś historyczne źródła, które coś by o nich mówiły.

Zresztą moje zainteresowanie historią jest w gruncie rzeczy dosyć pobieżne (odróżniam greckiego hoplitę od rzymskiego legionisty, MG42 od amerykańskiej półcalówki itp.). A żeby znać berserków, nawet nie musiałbym się interesować. Od czego są fantasy RPG? :)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 mar 2012 21:30 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
Ja nie mówię o berserkerach, ale o furiach - furie, czyli w mitologii greckiej erynie - były one boginiami zemsty zrodzonymi z krwi Uranosa.

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 05 mar 2012 12:43 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
To co innego :-D Cóż, używam tego słowa jako synonimu do wściekłości. Nic poza tym.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 mar 2012 16:59 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Pod pewnego rodzaju presją ukończyłem stosunkowo wcześnie kolejne dwa rozdziały. Enjoy.




06: Zakup

(…) Mają teraz sanktuaria w każdej niemal dzielnicy. Ich arcykapłanka, Dyan, objęła dowództwo nad Poganami po zwiędnięciu leśnej nimfy, Wiktorii. (…) Służący jej dowódca, Oset, jest agresywny i niebezpieczny. (…) [Szamani] przywołują siły roślinne, aby zarówno ranić, jak i leczyć. Poganie potrafią, jak sądzę, przyśpieszyć wzrost roślinności w takiej mierze, że może się to skończyć gwałtownym zachwianiem Równowagi. Zaleca się dalszą obserwację.

-- Sytuacja Pogan autorstwa Opiekuna Tallo






Łuk jednego ze stróżów prawa wisiał mu na ramieniu, zabrany z powrotem z trawy rosnącej blisko przybramiennej karczmy. Garrett znowu miał problem dotyczący miejsca, w którym mógłby przeczekać dzień. Myślał nad tym, jak wejść do domu Marli i nie ponieść przy tym obrażeń. Jednak niczego konstruktywnego nie udało mu się opracować. Dotarł do drzwi jej mieszkania, od razu otworzył.
Jego oczy zobaczyły (licząc od dołu): ladę, obcego mężczyznę w szacie, Marlę w dosyć wyszukanej bieliźnie i gorsecie. Cała trójka zastygła.
Patrzyli po sobie, nie wiedzieli, co powiedzieć.
- Uważaj, kimkolwiek jesteś - odezwał się w końcu złodziej - Ona nie przebiera w środkach. Ale to już chyba wiesz.
Leżąca para zerwała się. Roztrzęsieni stanęli po przeciwnych stronach lady, poprawiali ubranie.
- Marla, drewno też można pobrudzić, wiesz o tym?
- Zamknij się!!! Co tu robisz?!
- A ty?
Kobieta znowu była wściekła. Milczała.
- Przyniosłem kilka pucharków dla ciebie - Garrett odpowiedział na wcześniejsze pytanie - i trochę innych drobiazgów. Ale coś mi mówi, że nie kupię nimi noclegu u ciebie.
Widać było, że za chwilę paserka wybuchnie. Lecz zamiast tego, w ostatniej chwili odwróciła się w tył i pobiegła po schodach na piętro. Złodziej i nieznajomy komicznie, w ten sam sposób przechylili głowy, goniąc wzrokiem za odkrywającymi nieco za dużo pantalonami. W końcu przypomnieli sobie o własnych istnieniach.
- My się znamy? - zapytał mężczyzna w znajomo wyglądającej, ciemnozielonej szacie, który nosił średnie, kręcone, kruczoczarne włosy.
- Wątpię. Przyszedłeś do Marli w sprawie... pościeli?
- Pościeli? Nie, skądże. A jeśli ma pan na myśli cokolwiek, co związane z pościelą, to również nie.
- Czyli co? Potknąłeś się o nią?
- Czy się potknąłem? Nie, nic takiego... To ona wpadła na jakiś dziwny pomysł, do teraz nie wiem, o co chodziło... Pan się z nią widuje?
- Co? Nie, nic z tych rzeczy. Jeśli o TO pytasz, rzecz jasna.
- Hm? O TO, czyli o co?
- Ech, nieważne....
Garrett leniwie machnął ręką w ramach wyrażenia swojego znużenia dziwną rozmową.
- Nazywam się Tallo - zaczął ponownie nieznajomy - A pan?
- Garrett. - odpowiedział niechętnie złodziej - Mam wrażenie, jakbym gdzieś o tobie czytał.
- Za to ja nie mam wątpliwości. Wiele o panu słyszałem, panie Garrett.
No to się zaczyna, pomyślał złodziej.
- Heh, no tak. Wbrew pozorom, Opiekunowie to jednak plotkarze.
- Słucham?
- Nie udawaj, że nie rozumiesz. Tylko wy mówicie jeszcze tym oficjalnym i uprzejmym tonem. Tylko wy nie wiecie, czego kobieta może chcieć, będąc w takim stroju... I tylko wy zapominacie o zmianie ubrania w momencie, kiedy opuszczacie Siedzibę albo Bibliotekę w Starej Dzielnicy. Cuchniesz Równowagą na kilometr, Opiekunie.
Ostatni wyraz miał pogardliwy wydźwięk.
- Nie dziwią mnie pańskie słowa, panie Garrett. Z tego, co wiem...
- Dla ciebie: samo Garrett. To wystarczy.
- Proszę?
Twarz Garretta miała coraz bardziej sfrustrowany wyraz.
- Posłuchaj, Niańko, chyba nie ma między nami aż takiej różnicy wieku? Wyglądasz na trzydziestkę, nie więcej.
- Tak? A pan ile ma lat?
- Yyy, nie wiem, ale na pewno nie jestem wiele starszy.
- Mogę w to uwierzyć. Niech będzie... Garrett.
Mistrz złodziei położył w końcu worek z łupem na ladzie paserni. Otworzył go i począł wyjmować zawartość, którą chciał wymienić z Marlą na bilon.
- Nie chciałby pan, znaczy się... Nie chciałbyś, Garretcie, sprzedać tego u mnie?
- Hm? Zabrzmiało tak, jakbyś prowadził własną pasernię.
- Owszem, istotnie. Z czegoś trzeba żyć po tym, jak rozpadło się Bractwo.
Osoba imieniem Tallo widocznie zainteresowała złodzieja.
- Handluję od niedawna w Dokach, w pobliżu terenu zajętego przez Pogan. Pracowała tam niegdyś inna paserka, lecz podstępem zająłem jej sklep. Upłynniam klejnoty i różne dobra, które nie każdy jest w stanie docenić. Na pewno znasz to miejsce. Zechcesz może zapoznać się z nowymi cenami?
- Z miłą chęcią, chociaż w tym momencie bardziej interesuje mnie jakieś przytulne łóżko do wynajęcia. Aktualnie jestem bezdomny.
- Rozumiem. Nie jestem w stanie zagwarantować ci niczego, co związane z... pościelą... Możesz jednak sprzedać mi towar i za otrzymaną należność wykupić pokój w jakiejś gospodzie.
- Załatwimy to od ręki?
- Niestety, cennik i wszystkie pieniądze zostały u mnie. Przejdziemy się?
Złodziej zastanowił się chwilę.
- Nie teraz. Muszę tu jeszcze wypytać o kilka spraw.
- W porządku. Jakby co, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Kiedy były Opiekun już chciał wychodzić, Garrett zadał mu pytanie.
- Tallo... Co chciałeś od Marli?
Tamten otworzył drzwi i obrócił na niego głowę.
- Przyszedłem się przywitać. Trzeba znać konkurencję.
Uśmiechnął się podejrzanie i cwaniacko. Następnie opuścił budynek.
„Przywitać się, jasne. Nawet poufałe odświeżanie znajomości nie wygląda w ten sposób... Gdybyś nie był Opiekunem, nie uwierzyłbym, że na początku miałeś taki cel.
Choć może to wina osoby, u której czystość jest ponoć obsesyjna…”
Złodziej schował nieprzeliczony łup za ladą i udał się schodami na górę. Gdy tylko jego oczy zrównały się z podłogą piętra, zobaczył leżący... gorset. Dobiegło go też szlochanie. Spojrzał jeszcze dalej w prawo, w stronę łóżka.
W ciemnościach, w narożniku dostrzegł siedzącą Marlę, przykrytą kocem po szyję.
Garrett minął zadbaną wannę i przeszedł po skosie do paserki.
- Marla, co się stało?
- Odejdź... - odpowiedziała przykrym tonem.
- Hmm, nie będę w to wnikać, ale czy mogłabyś może...
- ODEJDŹ! - podniosła głowę w jego kierunku. Nie tylko oczy, całą twarz miała we łzach.
„Nie, nie zrobię tego. Nie mogę. Albo da mi pieniądze na wynajęcie pokoju, albo sama udzieli mi łóżka. Nie, żebym się wpychał, zwłaszcza, gdy jest ona w takim stanie...”
- Powiem krótko, Marla, potrzebuję pieniędzy, by móc gdzie spać. Daj mi je, a sobie pójdę, towar masz pod...
- Żebyś chociaż zapukał... - przerwała mu. Mówiła do swoich kolan, jakby w ogóle go nie słuchała - Żebyś zapukał sekwencję... Jak ja teraz wyglądam?...
„Faktycznie, zapomniałem o tym. Sam nie wiem, dlaczego. Ale co by to zmieniło, gdybym ją ostrzegł...?”
- Zostawię cię, niech będzie. Tylko później nie zdziw się, jeśli twoje oszczędności będą, że tak powiem, niekompletne...
- Zostań.
- Co?
- Zostań...
Złodziej był zdezorientowany.
- Ech... No dobrze, Marla. O co chodzi?
Kobieta znów podniosła głowę, ale tym razem niżej i na wprost.
- Ja... to chyba będzie wbrew mnie samej... - cały czas szlochała, pociągała nosem
- Garrett... usiądź... tutaj. Przy mnie.
„Yyyyy...”
Stał w milczeniu, nie do końca wiedząc, co należy zrobić.
- Usiądź... Proszę...
Wahając się, posłuchał, ale powoli. Aby uniknąć urojonego ryzyka, usiadł tak, by nie dotknąć jej ciała.
Ona przylgnęła do niego przez koc, oparła głowę na jego barku. Jeszcze bardziej się rozpłakała.
„Właśnie dlatego unikam tego gatunku. Co to wszystko ma znaczyć? Czym ja teraz jestem? Bo się pogubiłem.
Z drugiej strony… dotyk... To nawet miłe jest…”
- ...Już lepiej?
- Tak - Marla całkowicie zignorowała ironię w głosie, odbierając ją po swojemu - Lepiej, Garuś... lepiej...
Siedzieli tak. Paserka stopniowo robiła się coraz cichsza.
„Cholera... Będę sztywniakiem, jeśli jej nie obejmę? A czy jak obejmę, nie obrazi się...? A z resztą co mnie to obchodzi?!”
W końcu nie objął jej, dalej byli nieruchomi.
„Dobra, Garrett, dołączyłeś do kącika lubiących nieuzasadnioną depresję, ale to nie znaczy, że możesz wszystko olać. Za kilkanaście godzin będzie przyjęcie, a ty dalej nie masz pojęcia o miejscu jego odbycia się. Marla powinna być bardziej zorientowana. Ale w tym stanie... Cokolwiek jej dolega...
Wiem. Pewnie wstanie wcześniej niż ja. Żeby nie pogarszać sytuacji samą rozmową, po prostu zostawię jej moją notatkę. Może będzie na tyle kumata, że sama dojdzie do tego, gdzie się wybieram. Dowie się wszystkiego zawczasu, a ja się wyśpię.”
Kobieta przestała dawać oznaki życia. Mistrz złodziejskiego fachu wyciągnął papirus z kieszeni, robiąc przy tym odrobinę zamieszania. Iście kieszonkowskim ruchem położył go na kocu - nad jej brzuchem, a pod jej ramionami.
„Ech, chyba tak zostanę z tą przylepą. Może i nie leżę na jej łóżku, ale przynajmniej na nim siedzę. To już jakiś postęp, ha ha...”
Postarał się zasnąć w tej pozycji, z prowadzącą sklep u boku.

***

Drzwi się otworzyły. Szybko wbiegł przez nie, zatrzaskując za sobą. Gdy zdyszany obrócił się na wnętrze budynku, właściciel stał w bojowej pozie, mając w obu dłoniach kryształy żywiołu ognia.
- Na Równowagę, Garrett! - wykrzyknął stojący za ladą były Opiekun Tallo - Mało brakowało, a spaliłbym swój dom przez ciebie.
- Nie rozumiem.
- Jak to nie... a, masz rację, zapomniałem ci powiedzieć - paser odłożył kryształy na półkę pod ladą - Sekwencja do moich drzwi to trzy-przerwa-dwa-przerwa-trzy.
- Wbiegłbym tu nawet, gdybym ją znał - przyznał dyszący jeszcze złodziej - Niebiescy mnie gonili.
- Że co?
- Ostatnio to normalne...
- Ja nie o tym! Czy ty do reszty zwariowałeś? Mogłeś wydać mój dom!
- Spokojnie, byli daleko. Schowałem się tu dla pewności.
- Dla pewności to ja powinienem zabić te drzwi deskami. Ech...
- To by nie pomogło przy tych ładunkach wyważających drzwi, które Straż ostatnio stosuje - zauważył złodziej, z przyzwyczajenia starając się być wrednym.
- Masz rację... W każdym razie witaj w mojej dziupli. Co, a właściwie: ile podać?
Pasernia nie różniła się niczym od tej znanej Garrettowi za poprzedniej właścicielki, Dalii. Ale i tak była inna od sklepu należącego do Marli: miała jedno piętro, a jej lada była krótsza. Mistrz złodziei wiedział też, że za drewnianą ścianą na wprost leży łóżko. Bardzo podobne mieszkanie posiadał nieżyjący już Bezwględny Perry.
- Nie liczyłem - złodziej kładł zrulowane obrazy na ladę – Ponoć i tak masz zmieniony cennik. Na moje mechaniczne oko to niewiele, osiemset do dziewięćset, nie więcej.
- Zaraz zobaczę - Tello rozłożył po kolei każdy obraz, Garrett w tym czasie wyciągnął jeszcze książkę - Obawiam się, że cię zmartwię, Garretcie. Znam te dzieła i w mojej ocenie dostaniesz za nie nie więcej niż sześćset dwadzieścia.
- Nie przesadzasz aby?
- Nie.
- A jeśli dodam, że obrazy pochodzą z posiadłości kupca, którego zwą De Perrin?
- Wiem, kto to, jest jednym z potentatów handlu zagranicznego. Posiada też wielkie plantacje na zachodzie Miasta. Ale do jego willi nietrudno się zakraść, można w tym celu wykorzystać uprawy. Nawet za dnia. Poganie regularnie kradną mu żywność.
Jego wiedza jest zastanawiająca, pomyślał Garrett. Może jest jednym z tych Opiekunów, którzy robią z niej sensowny użytek...?
Kręcone włosy pochyliły się nad ostatnim łupem.
- Książka... Na Równowagę, to „Liber Cineris”, czyli Księga Popiołu. Było tyle plotek na jej temat, że zacząłem wątpić w jej faktyczne istnienie. Pogański nekromanta ze Starej Dzielnicy jej poszukiwał. Nie jestem pewien, czy nie powinienem jej zniszczyć...
- Bez glifów może być ciężko - wtrącił Garrett. Zależało mu na pozbyciu się tego dzieła. Nie wspominał go za dobrze.
- W istocie. Cóż, zastanowię się. Oczywiście zapłacę za nią, bo to księga z wyższych półek...
- Zakazanych półek - dopowiedział złodziej.
- W przenośni i dosłownie. Niech zgadnę: zabrałeś ją z Głównej Biblioteki Wielkiego Uniwersytetu?
Garretta zaczęła irytować przenikliwość byłego Opiekuna.
- Owszem...
- Czyli choć jedna z plotek jest prawdziwa. Reszty, dotyczących zawartości, wolę nie potwierdzać... Postaram się unicestwić „Popiół”, w imię Równowagi. Dam ci za nią... trzysta.
„Tego już za wiele.”
- Słuchaj no, opiekunko do dziecka - Garrett chwycił go ponad ladą za szatę i przyciągnął do siebie - Ta cegła być może uratowała mi życie w pewnym momencie, ale nie zmienia to faktu, że mam przez nią same kłopoty. I mam nadzieję, że uzyskanie za nią stosownej ceny będzie tym ostatnim.
- Spokojnie – „opiekunka do dziecka” odepchnęła rękę złodzieja z pewnością siebie - Nawet, jeśli już nie wierzysz w Równowagę, proszę cię jednak, żebyś tutaj ją zachował. Nie powiedziałem, że nie możesz się targować.
- Osiemset - powiedział Garrett.
- To więcej niż wszystkie te obrazy razem wzięte.
- Też mi argument...
- Zaproponuj własny.
- Mam dwójkę dzieci i chorą ciotkę.
- Nie schodź poniżej swojego poziomu, Garrett.
- W takim razie...
- Niech zgadnę: czynsz? - przerwał paser.
- Gorzej. Nowe mieszkanie.
- Na własność?
- Najlepiej.
- Obejdziesz się smakiem. Trzysta pięćdziesiąt.
- Nie handluję nieruchomościami dla zabawy, Tallo. Jestem bezdomny.
- Podpalacze?
- Taa. Nie zdążyłem ubezpieczyć...
- Heh, kto by chciał, komuś naszego pokroju... Czterysta, nie więcej.
Garrett oparł dłonie o ladę.
- Tallo, ty chyba czegoś nie rozumiesz. Nie: znając twój intelekt, ty dobrze wszystko rozumiesz, tylko ukrywasz to i starasz się mnie wyrolować. Ta łacherska książka to biały kruk, i to tak biały, że aż emanuje czarną magią. Nie ma drugiej księgi, która potrafiłaby narobić większego bałaganu w Mieście... Albo i na świecie.
- Skąd wiesz?
- A znasz gorszą?
- Nie... - Opiekun odpowiedział niepewnie, jakby kłamał - Ale ponawiam pytanie.
- Skąd wiem, że nie ma gorszej? Nie wiem, ale jak mi nie dasz za nią przynajmniej siedmiuset, pofatyguję się do placówki Pogan, tuż obok ciebie. Ich nekromanta będzie wniebowzięty, jakkolwiek to brzmi.
Tallo myślał chwilę, zapewne nad tym, czy odkupienie księgi od sąsiadów będzie opłacalne.
- Szlag! Garrett, siedemset za książkę?! Nikt ci tyle nie da!
- Ty akurat możesz, bo jako jedyny znasz jej realną wartość... - złodziej stwierdził słodko.
Zdenerwowanie przeszło na osobę pasera. Garrett wiedział o tym.
- Sześćset, Garrett, więcej nie dostaniesz!
- Nie, to nie.
Jedyny Prawdziwy Opiekun jednocześnie chwycił Księgę Popiołu, zgarnął ją z drewnianej powierzchni i się obrócił. Lecz żadnego z tych ruchów nie wykonał w stu procentach.
A to dlatego, że paser wręcz rzucił się na biały, „czarny” kruk. Nie całym ciałem, jednak trzymał go teraz oburącz, w pochyleniu. Garrett obrócił na mężczyznę głowę, spojrzał swoim mechanicznym okiem. Podniósł brew i uśmiechnął się niesymetrycznie.
- ...Więc? - zapytał.
- Siedemset za książkę... - mówił pochylony Opiekun - Za księgę, która i tak nie będzie mogła mi się zwrócić...
W końcu podniósł się, puszczając dzieło. Spod lady wyciągnął pustą sakiewkę i szkatułę z monetami. Przenosił zawartość tej ostatniej do środka tej pierwszej.
- Wygrałeś, draniu. Zorientowałeś się, że w imię Równowagi będę skłonny do poświęceń... Tylko nie myśl sobie, że tak będzie zawsze! O „Liber Cineris” naprawdę muszę się zatroszczyć, ale z byle powodu nie zamierzam podkopywać biznesu!
- Czaję, Niańko.
Twarz właściciela zaczęła się robić niebezpiecznie czerwona.
- ...Siedemset... łacherowych... jednostek...
- Nie. - Garrett nagle przerwał zawiązywanie sakiewki, zagarniając ją - Osiemset.
- Cooo?!
- Żart. Sześćset pięćdziesiąt - Garrett wyjął kilkanaście srebrnych monet i włożył do otwartej jeszcze szkatuły - Nagroda pocieszenia.
- ...Dzięki.
- Drobiazg.
„Moja chciwość pyta się mnie: ‘Garrett, co ty wyprawiasz?!’. Ale ja wiem, co robię. Nie zamierzam za każdym razem zachrzaniać do tego dziadka-pasera ze Starodalów, nawet nie wiem, czy jeszcze prowadzi tą swoją działalność. Tym samym nie chcę robić sobie kłopotów na przyszłość, związanych ze sprzedażą dzieł sztuki. Dzięki tym pięćdziesięciu jednostkom może zapewnię sobie powstrzymywanie wzrostu cen Tallo za każdym razem, gdy wejdę do jego domu.
Chociaż erudytą nie jestem... Żarcik był niepotrzebny...”
- Ech... Dobra. Życzę udanych zakupów i szczęśliwego omijania Straży.
- Muszę cię zmartwić, Tallo. To nie koniec mojej wizyty u ciebie.
- Ach tak...?
- Muszę zapytać o kilka rzeczy, z racji tego, że byłeś Opiekunem.
- W porządku, odpowiem za sto jednostek.
„Targowania się ciąg dalszy...”
- Nisko cenisz sobie wasze tajemnice...
- Racja, dwieście pięćdziesiąt od odpowiedzi.
- Masz tu następne pięćdziesiąt i nie wybrzydzaj. Za WSZYSTKIE odpowiedzi, żeby była jasność.
- Co chcesz wiedzieć… Albo zaczekaj, ja też mam pytanie.
- Pięćset od każdego słowa w odpowiedzi.
- Heh, ładnie chwytasz… No więc, czemu tak wcześnie do mnie przyszedłeś? Mamy drugą po południu, jesteś moim pierwszym klientem dzisiaj.
- Ech, długo by mówić… - widać było, że złodziejski mistrz chce coś ukryć oraz, że jest niewyspany – Powiedzmy, że muszę wyrobić się czasowo.
- W porządku, nie wnikam.
- Tak a propos, dziwne, że tak wcześnie zacząłeś pracować.
- Akurat musiałem sprawdzić coś w obozie Pogan.
- Interesujesz się nimi?
- Tobie mogę powiedzieć… O ile mój stan wiedzy jest dosyć rozległy, jak chodzi o różną tematykę, tak środowisko pogańskie jest moją specjalizacją. Rada wykorzystała to jakiś czas temu, przydzielając mi napisanie rozprawy na temat najnowszych wieści. „Sytuacja Pogan” to moje dzieło, być może czytałeś.
- Z tego co pamiętam, nie wniosłeś za wiele nowości.
- Dla ciebie, naocznego uczestnika wydarzeń: z pewnością nie.
- Czy to, że pracujesz w pobliżu tych dzikusów, ma coś wspólnego z zainteresowaniami?
- Akurat dobrze trafiłem. Ale nie płakałbym, gdybym wszedł w działalność czarnorynkową w innej dzielnicy. A tak, mogę być na bieżąco z moimi leśniawymi przyjaciółmi.
Pasjonata łacherowy, pomyślał Garrett. Rozbierz się i dołącz do nich, śmiało.
- Do rzeczy - powiedział - Mam ważniejsze pytania i w sumie niewiele czasu.
- Słucham uważnie.
- Pytania będą dwa. Pierwsze: co wiesz o Opiekunce Izoldzie?
Paser podniósł głowę, podrapał się w podbródek.
- Znałem ją, dużo osób ją znało. Po Interpretatorce Caduce i Tłumaczce Gamall była główną osobą badającą Przepowiednie. Pod jej okiem przeprowadzano też Rytuał Akolity.
„Faktycznie. Rytuał Akolity… Czy to możliwe, że to ona właśnie przekazała ten podejrzany Glif Drzwi gronu profesorskiemu? Dziwnie się zachowywała przed śmiercią, może przy okazji zahaczyła też o Uczelnię…?”
- Co jeszcze… Mówiła mądre rzeczy, zawsze cicho i powoli. Sama w sobie była spokojna, może zbyt spokojna. Wiem też, że należała do grupy spiskowej przeciw Pierwszemu Opiekunowi Orlandowi, kiedy jeszcze żył.
„Pierwszemu i Ostatniemu Opiekunowi, chciałeś powiedzieć. Jakoś tak wyszło, że nie było po nim następcy…”
- Nie wiem, co się z nią stało po rozpadzie organizacji. Tuż przed tym wydarzeniem sprawiała wrażenie roztargnionej, być może nie umiała się odnaleźć w nowej rzeczywistości... To wszystko. Jeśli mogę zapytać: czemu się nią interesujesz?
- Nie żyje.
- Jak to?
- Wyglądało to na samobójstwo... Ciężko to opisać, widziałem to, ale jakby w wizji. O szczegóły nie pytaj.
- Na Równowagę, co w nią wstąpiło? Żeby tak skończyć... Szkoda jej.
„Nie wie, dlaczego się zabiła. A może... kłamie? W końcu to Opiekun… Jeśli tak, to nie wiem, w jakim celu.”
- Drugie pytanie: wiesz, że glify chyba działają?
- Że co? Co ty za rzeczy zaczynasz opowiadać?
Garrett opisał dokładnie to, co widział i przeżył w Wielkim Uniwersytecie.
- Niemożliwe...
- Chcesz, możemy się tam wybrać kiedyś - zachęcił Garrett.
- Daj spokój, nie byłem Opiekunem szkolonym do takich akcji. Na Równowagę... I na pewno działał jak teleport?
- Na pewno.
- I ty sam nie mogłeś z niego skorzystać?
- Dziwne, nieprawdaż?
Tallo zamyślił się.
- Podobno, kiedy Gamall się zdemaskowała, uciekła z naszej siedziby za pomocą teleportacji. Ona sama była glifami... Być może istnieje jakiś nieznany dotąd znak, który Szara Pani odkryła w swoich „badaniach”.
- Ciekawe... Czy na święceniach Gamall na Interpretatorkę było więcej osób?
- Pełno. Ja byłem akurat nieobecny, ale pamiętam, że później co drugi Opiekun mówił o sobie jako o świadku tego zamieszania.
„Co drugi żywy...”
Garrett pomyślał chwilę.
- Kiepsko to wygląda - powiedział w końcu - Specjalistą od glifów nie jesteś, więc raczej mi nie pomożesz. Jeśli chcę się czegoś dowiedzieć... muszę znaleźć jakąś osobę, która była na ujawnieniu się tej potworzycy. Gdzie znajdę takową?
- No, to nie będzie łatwe - mężczyzna z kręconymi włosami machnął zniechęcająco ręką - Opiekunowie praktycznie rozproszyli się po całym znanym nam świecie. To jak szukanie igły w stogu siana.
- ...
- Moment, wiem!
- Mów, co wiesz.
- Moja koleżanka z Bractwa była tam wtedy. Napisała mi list niedawno, że udało jej się dołączyć do rodziny Rothchild. Adoptowali ją. Nazywa się Cecylia, była wcześniej Skrybą. Niestety nie wspomniała w wiadomości, gdzie teraz mieszka...
- Baby pomijają istotne szczegóły.
- Wiem. - uśmiechnął się Tallo.
„Są takie jak reszta was, Nianiek. Nieźle się upodobniliście tym swoim sposobem myślenia i działania... Może rozwiązanie organizacji w końcu otworzy wam oczy.”
- Cecylia Rothchild... Jedyne co mam, to nazwisko. No ale od czego są karczmy. Ktoś musi znać patrycjuszowskie plotki.
- Baby nigdy nie pomijają żadnej.
Garrett skromnym uśmiechem przyznał mu rację. Dla zasady - w końcu nie wiedział na dobrą sprawę, jak rozgadanymi maszynami umieją być niewiasty.
- Dzięki - powiedział, obróciwszy się na drzwi.
- Nie ma za co... - odrzekł Tallo, który nie oczekiwał tak nagłego odejścia od lady - Niech Równowaga będzie z tobą.
- Równowaga, taa... - Garrett odwrócił się, po czym nagle powiedział oficjalnie: - W imię Równowagi na czarnym rynku.

***

Drzwi nagle się otworzyły.
- Hola, hola! – zdenerwował się starszy mężczyzna wewnątrz – Panie, coś pan taki gwałtowny?
- Wybacz, dziadku – odpowiedział zmęczony i przykucnięty złodziej, patrząc na zewnątrz przez dziurkę od klucza – ale... ukrywam się przed kimś. I nie denerwuj się, ponieważ chcę tu coś kupić.
- Czy to Straż Miejska?! – zapytał gniewnie właściciel sklepu.
- Nie, skądże znowu… Ukrywam się przed… fanami. Jestem… artystą.
„’Potrzebuję artysty - takiego jak pan’. Skoro Konstantyn stwierdził, że złodziejstwo to sztuka, niech tak będzie.”
Z ulicy dobiegły ich odgłosy pościgu i wściekłe okrzyki.
- Dziwne, krzyczą zupełnie tak samo, jak ta odmieniona Straż… Ale co tam. Witam, jestem Noah Jerm, okulista. Zapraszam.
„Uff…”
Złodziej, wyraźnie nie w pełni sił, zbliżył się.
- Przecież my się znamy, dziadku. Już tu kupowałem kilka razy. Zawsze ten sam produkt.
- Naprawdę? Nie mogę sobie przypomnieć – zamyślił się na krótko mężczyzna noszący okrągłe okulary. Sprawiały, że wyglądał prześmiewczo.
Garrett pochylił głowę, wyjął mechaniczne oko i w niemal makabryczny sposób pokazał się okuliście. Położył metalową kulę na ladzie.
- Teraz sobie przypominasz?
- Aaa – skojarzył Noah – Rzeczywiście, był tu taki jeden, nieuprzejmy typ w podejrzanym ubiorze. Wyglądał dokładnie jak pan.
„O rety, naprawdę?”
- …A pamiętasz może, co kupował, kiedy wpadał tutaj raz na pogański rok?
- Jedna uwaga, panie… - znowu zamyślił się właściciel zakładu.
- Garrett.
- Tak! Garrett, rzeczywiście. Pragnę zwrócić pańską uwagę, panie Garrett, że nie jestem pańskim kolegą. Nie życzę sobie tak poufałego odzywania się do mnie. Pojmuje pan?
„Pojmuję, dziadku.”
- No więc, panie Noah...
- Proszę po nazwisku, panie Garrett.
„A ty to niby możesz po imieniu? Phi, patrycjat…”
- Panie Jerm, czy pamięta pan może, co pasowało do tej małej kuleczki? – wskazał na wyjęte oko.
- Już przynoszę.
Mężczyzna udał się do magazynu, mijając framugę otwartych drzwi za sobą. Długo trwało, zanim dobiegająca złodzieja krzątanina przestała być słyszalna. Mistrz złodziejskiego fachu zdołał przez ten czas oprzeć się przedramieniem o ladę, z nudów. W końcu Noah wyszedł i coś przyniósł. Położył na płaszczyźnie lady, obok kuli.
- Panie Jerm, to nie to.
- Jak to nie, panie Garrett?
- To tutaj to jakieś szkiełko. Ja potrzebuję płynu.
- Aaa, ma pan na myśli kwas fotoaktywny! – plasnął się w czoło okulista – A ja przyniosłem panu soczewkę z kryształu Addonizio... Obie rzeczy są bardzo rzadkie i drogie, mało kto je kupuje. Już przynoszę – właściciel udał się z powrotem na tyły sklepu.
„Bardzo rzadki i drogi kryształ… Hmm…”
Garrett zwinnym ruchem zabrał z drewnianej powierzchni soczewkę. Liczył na to, że sklerotyczny pan o niej zapomni. Dla pewności jednak trzymał ją w tej samej ręce, która dotykała drewna. Przechylił też w jej kierunku głowę. W razie czego mógł zwrócić niewidoczny w tej chwili przedmiot. Tym razem odgłosy bałaganu były jeszcze dłuższe, Garrett zaczął zastanawiać się nad sensownością przebywania w tym miejscu.
- Ej, panie, gdzie ta soczewka? – zapytał Noah Jerm, gdy tylko wychylił się zza framugi drzwi.
- Tu, w mojej dłoni… Przeglądam ją sobie…
- Proszę ją odłożyć – powiedział stanowczo, wrócił na miejsce sprzedawcy – To nie byle kwarc, panie Garrett. Proszę mi wierzyć, za morzem ludzie zabijają się o kryształy Addonizio.
Złodziej posłuchał, ale nie ze wzruszenia. Uprzejmy okularnik począł wycierać szkiełko aksamitną szmatką.
- Ten cały kryształ wygląda dosyć znajomo. – stwierdził Garrett.
- Niewykluczone, kiedyś mógł pan widzieć takowe. Pamięta pan te dziwne, kroczące maszyny, które produkowała fabryka Karrasa?
„Ja pamiętam. Ale dziwię się, że akurat ty coś jeszcze kojarzysz…”
- Zapewne ma pan na myśli dawną katedrę Mechanistów.
- Dokładnie tak – Noah zaczynał swój wywód – Zwali ją Kuźnią Dusz. Te maszyny… panie, hałaśliwe to takie, dwunożne i dziwne… Ogólnie mówiąc. Mechaniści sprowadzali te Addonizio statkami, twierdzili, że ABSOLUTNIE tylko z TEGO materiału można wykonać oczy do tych, jak im tam… Dzieci Budowniczego. Tak je wtedy zwali.
Opowiadanie o tym wycinku przeszłości, który okulista akurat znał, było Garrettowi nawet na rękę. Mógł spokojnie usiąść na krześle dla klienta, które stało przy nim od początku i odpocząć po kolejnej gonitwie z „Błękitnymi Płaszczami.”
- Miałem swego czasu umowę z tymi heretykami. Dostarczali mi kryształy i kazali obrabiać je na soczewki o określonej mierze. Wymiary miały bodajże… trzy… na dwa. Tak. No i cóż, interes się kręcił, jak to mówią. Kontrakt był zasadniczo wymuszony, już z samego założenia. Ale ja się nie sprzeciwiałem, ba – to był niejako zaszczyt uczestniczyć w tak przełomowym projekcie równie przełomowego ruchu religijnego. Nie wiedziałem… zasadniczo nikt nie wiedział, co te ortodoksyjne kanalie wtedy kombinowały. Inspekcja Straży powiadomiła świat o „cudownym” wynalazku, za jaki Mechaniści uważali ten tak zwany Rdzawy Gaz. I który, jak wykazały badania oraz pewne akta, miał rozłożyć całą biologiczną materię Miasta…
No ale cóż, wtedy o niczym nie miało się pojęcia. Prawda wyszła na jaw dopiero po śmierci Ojca Karrasa. Przepełniony pychą, samozwańczy prorok, niech mu ziemia ciężką będzie... Chociaż chwila, raczej niewiele z niego zostało po tej reakcji łańcuchowej, co najwyżej elementy pancerza, więc pewnie go nie pochowali… Nieważne. Wytwarzałem soczewki do tych bełkoczących pokrak. Ekstrawagancki patrycjat, do grona którego ja jeszcze wtedy nie należałem, kupował dzieciom te maszyny parowe jako zabawki. Dziecko mogło się nauczyć, że w życiu o wszystko należy dbać, dlatego przez lufcik z tyłu trzeba regularnie dosypywać trochę węgielków... Czy pan to rozumie, panie Garrett? One miały zastąpić domowe zwierzątka! Cholerni łacherzy… A wspomniane węgielki, oczywiście, wliczone w cenę nie były. I znów ktoś na tym zarobił, taki jest ten świat… Karras miał zresztą jakieś wpływy z górnictwa, bo w końcu jest to powiązane z przemysłem ciężkim. W jakimś stopniu. Ale szczegółów nie znam.
Tak więc wyrabiałem szkiełka z tych kryształów. I zbiłem na tym krocie, nie wiem, skąd Mechaniści mieli takie pieniądze. Górnictwo, o którym przed chwilą wspomniałem? Skonfiskowane majątki Zakonu Młota? Pojęcia nie mam do dzisiaj. Ale nie narzekałem. Całkowicie legalnie, choć niezupełnie szlachetnie dorobiłem się fortuny. Ja, ten dziwny Noah Jerm o jeszcze dziwniejszym nazwisku, który na początku zajmował się tworzeniem nikomu niepotrzebnych okularów... Dopiero po jakimś czasie kilku badaczy stwierdziło, że dzięki mojemu wynalazkowi można czytać o wiele szybciej i przyjemniej!
Dzisiaj mało kogo obchodzą kryształy Addonizio. Ich barwa, będąca rzadką mieszanką turkusu i ciemnej zieleni, przyciąga od czasu do czasu wzrok kilku próżnych kolekcjonerów. Rzadko ktoś do mnie przychodzi w ich sprawie. A szkoda: są warte niezwykle dużo, ale praktycznie nikt już ich nie potrzebuje i tylko zalegają mi w magazynie. Ostatnimi klientami, którzy je kupili, była jakaś młodociana grupa rekonstrukcyjna. Tak przynajmniej wywnioskowałem z ich zafascynowania. Rozpuszczone szczeniaki, tyle panu powiem… Słucha mnie pan?
- Chrrr… chrrr…
- Panie! Ha, żeby zasnąć u okulisty? Niebezpieczna sprawa…
- Chrrr… chrrr…
- NIE ŚPIJ, BO CIĘ OKRADNĄ!!!
Starszy pan wydarł się tak, że złodziej przewalił się na krześle do tyłu. Garrett wykonał przy tym odruch, który w założeniu miał wyciągać sztylet spod poduszki leżącej pod głową. Był jednak niezrozumiały dla kogoś niezorientowanego.
Przytomny, niespokojny złodziej przywołał siebie do porządku. Znów siedział na krześle.
- A, mam do pana prośbę – ponownie mówił Noah – Już wcześniej chciałem to powiedzieć, ale teraz to się szczególnie uwydatnia… Czy mógłby pan zamykać prawy oczodół, kiedy nie ma pan oka w środku? To nie jest przyjemny widok.
„Ech, dziadek… Wybudzasz mnie w taki sposób i znowu masz pretensje do mojej złodziejskiej, przypominam, osoby. Nie wkurzaj mnie.”
- Dobrze. To chce pan tą soczewkę?
- Yyy… Przecież prosiłem o ten cały płyn, kwas fono-cośtam.
- Ach no tak, rzeczywiście. Oto on – sprzedawca przysunął bliżej szklany pojemnik, który przyniósł już wcześniej – Kosztuje trzysta.
„Szlag! Faktycznie. Teraz to ja z kolei o czymś zapomniałem: o cenie. Marla miała rację, żeby najpierw udać się do Tallo po pieniądze…”
- Ech… Płacę za niego z niechęcią.
- Dobrze pan robi – zapewnił Noah – Po pewnym czasie, pod wpływem światła kwas traci swoje właściwości. Należy go więc wymieniać przynajmniej raz na pół roku. Swoją drogą nie wiem, skąd będzie go pan nabywał później. To ostatni słoik, a do mnie od dawna nie przychodzą już dostawy. Hmm… Czy mogę przyjrzeć się dokładniej pańskiemu oku?
- Proszę.
Jerm wziął oko, ostrożnie otworzył pokrywkę, przez którą wlewa się kwas fotoaktywny do jego „białka”. Następnie zamknął je i oglądał z każdej strony. Przez „źrenicę” przypatrywał się bąbelkom wewnątrz, patrzył na nieruchome, nakładające się spiralnie warstwy „tęczówki”.
- Wie pan co, myślę, że soczewka w tym oku wymaga wymiany.
- Taaak? A ile życzyłby pan sobie za nową…?
- Nowa kosztuje pięćset.
„Nieeee! Do jasnej ciasnej. Od Tallo dostałem łącznie tysiąc dwieście dwadzieścia. Mało brakuje do kupienia sobie domku jednorodzinnego… Jeszcze chwila, a nic mi nie zostanie.”
- Dlaczego sądzi pan, że trzeba ją wymienić?
- Przecież widzę – okulary okulisty zdawały się mieć nadnaturalne właściwości – Pełno tutaj mikroskopijnych pęknięć i wgnieceń. Nie będę pytał, co pan wyprawiał z tak cenną rzeczą, ale stwierdzam, że wymaga nap… wymiany.
- Pięćset to dla mnie zdecydowanie za dużo.
- Oczywiście, to zrozumiałe. Mogę się poświęcić i obniżyć cenę do czterystu osiemdziesięciu. Panie, czterysta osiemdziesiąt za Addonizio!
„Taa, promocyjna oferta. Okazja. Przecena. Szlag by cię, Noah.”
- To dalej zbyt dużo jak na moje możliwości.
- Radzę ją panu wymienić. Takie zmiany nie rzucają się w oczy, ale proszę mi wierzyć, mogą one spowodować nieodwracalne komplikacje. Nie tylko pod kątem postrzegania przez samo oko, ale również sprawności ośrodków wzrokowych w mózgu. Może dojść do trwałych, niepożądanych dysfunkcji. Proszę zaufać okuliście z doświadczeniem.
„To mózg ma jakieś ośrodki? Teraz to chyba wymyślasz, dziadku.”
- To ja zapytam w ten sposób: nie da się tego szkła po prostu naprawić?
- Ech – Jerm miał nadzieję, że to pytanie nie padnie – Mogę spróbować popracować trochę z palnikiem i uformować ją jak należy. Ale nie gwarantuję, że ostrość i ogniskowa będą takie jak dawniej, mogą nawet się pogorszyć. Naprawa Addonizio będzie kosztować dwieście, o ile się uda, oczywiście. Inaczej będzie pan musiał sprawić sobie nową soczewkę. To jak, panie Garrett? Jest pan gotów wytrzymać nieco czasu bez oka?
- Właśnie… niezupełnie. Czy ma pan może jakieś szklane oko?
- Oczywiście, że mam. Kolor tego zdrowego u pana to piwny, prawda? Więc tym bardziej. I wie pan co? Jeśli to będzie tylko wypożyczenie na czas naprawy, to mogę zaoferować panu pięćdziesiąt procent zniżki. Czyli do zapłaty będzie, niech policzę… A, przecież wystarczy przez dwa podzielić. Do zapłaty będzie sto jednostek.
„Pięćdziesiąt procent zniżki? Bez przesady, tyle lat na pewno jeszcze nie mam… Ale to się świetnie składa! A już chciałem prosić o kupno na własność… Znakomicie, przyda mi się dzisiaj. Szczególnie dzisiaj…”
Garrett zapłacił więc za kwas, wypożyczenie szklanego oka i naprawę soczewki. Łącznie sześćset. Następnie, bez mechanicznej sfery, opuścił zakład okulisty, praktycznie nie żegnając się.
Wychodził z założenia, że skoro u paserów nie było takiego zwyczaju, dlaczego gdzie indziej miało być inaczej?

***

Drzwi błyskawicznie się otworzyły. Garrett w biegu wpadł do środka.
- Hm? Co panu się stało? – zapytał sprzedawca w sklepie drogeryjnym - Nagła potrzeba?
- Y-he, y-he… Co? Yyy, tak!
- Proszę uprzejmie. – Sprzedawca szybko podał z półki rolkę aksamitnego papieru toaletowego – Trzydzieści jednostek.
- Dzięki.
Garrett zapłacił, schował rolkę i wybiegł tak samo szybko, jak się tu dostał. Słychać było ścigających go Strażników Miejskich.

***

Tym razem, zanim kolejne drzwi się otworzyły, złodziej zobaczył szyld: DZISIAJ NIECZYNNE. Nie wisiał tu wtedy, gdy Garrett został wręcz wygoniony ze środka budynku.
„Teraz jestem pewien… Ona z całą pewnością jest szalona.”
Był wykończony, ledwo szedł. W końcu rozwarł wejście, tym razem w delikatniejszy sposób.
Na ladzie znowu zobaczył Marlę, która tym razem nie leżała, a siedziała. Po skosie. Jedna stopa opierała się o równię, a druga wisiała poniżej jej poziomu, bliżej mistrza złodziei. Dziewczyna miała na sobie - oprócz jasnych, uczesanych, rozpuszczonych jak zawsze włosów – znajomo wyglądający, czarny gorset, pod którym, całe szczęście, było inne ubranie. Piękna, czerwona, ozdobna suknia sięgająca kostek, posiadająca długie rękawy z mankietami rozszerzającymi się w miarę, jak sięgały coraz bliżej dłoni. Długi dekolt istniał, ale nie dało się go nazwać wyzywającym. Stopy miała bose, zapewne dla efektu.
- I co, Garuś? Podobam ci się? – zapytała w sposób, którego można się domyślić.
„Nie.”
- Gdybym nie wiedział, co się szykuje, byłbym przekonany, że miewasz niepokojące wahania nastrojów.
- Jestem kobietą, przyzwyczaj się – zeskoczyła po stronie bliższej Garrettowi. Okrążała reklamująco całą ladę. Słychać było zadowolenie w jej głosie: – Ale nie, w tej chwili jestem jak najbardziej spokojna. To dzięki mojemu ubranku: nie muszę się już obawiać, że źle wypadnę!
- Cieszę się niezmiernie.
- Ech, Garrett, dopracowałbyś ton, a nawet byłbyś miły przez moment. Ej, a czemu wyglądasz, jakbyś cały dzień uciekał przed pościgiem?
- Bo mniej więcej tak było… Nawet kilka pościgów zaliczyłem dzisiaj... Nie rozumiem, skąd tyle Niebieskich się nagle wzięło…
- Za dnia bardziej się rzucasz w oczy, co się dziwisz?
- To przez ciebie.
- Garuś, dlaczego ciągle mnie o to oskarżasz? Przecież tam, gdzie się wybieramy, nie można wejść byle jak! Ciesz się, że od rana o wszystkim myślę i że obudziłam cię wcześniej, żebyś załatwił, co trzeba. Nawet zaparzyłam ci kawy, co byś nie był taki niewyspany. Z przemytu, oczywiście.
„Kawki, herbatki, sukienki i inne szmatki…”
- Widzisz, Garuś? Gdyby nie ja, nie wyrobilibyśmy się.
- Gdyby nie ty, nie byłoby tego bajzlu – przerwał Garrett – Tylko ty twierdzisz, że nie można się tam dostać w inny sposób.
- Przecież wiesz, jak tam jest. Teoretycznie powinieneś wiedzieć to lepiej ode mnie.
- Tak, ale to nie znaczy, że mam zamiar brać udział w tej łacherowej maskaradzie! Ty może i będziesz się dobrze czuć, ale o mnie już nie pomyślałaś…
- Pomyślałam. Zawsze o tobie myślę, Garuś.
Schyliła się i wyciągnęła spod lady jakieś ubranie. Następnie stanęła na ladzie, pod samym sufitem i rozwinęła je, aby całość była lepiej widoczna.
Trzymała oburącz arystokratyczną, czarną szatę, która posiadała kilka niebieskich detali. Od ramion do stóp przyszyte były pasy ze wzorami, tego samego koloru.
- Widzisz, co upatrzyłam dla ciebie? Pomyślałam sobie, że dyskomfort będziesz czuć sam w sobie, więc wybrałam ci coś… stonowanego.
- Jakże wielka jest ma wdzięczność – przemówił złodziej.
- Przestań. Jeszcze zobaczysz, że ci się spodoba. Przymierz.
- Co?
Garrett złapał rzucony mu z wysokości strój.
- Dziewczyno, przecież muszę się rozebrać najpierw.
- Masz z tym problem?
„Dla ciebie to nigdy nie jest problem, niezależnie od kontekstu…”
- Nie no, nie musisz - powiedziała dziewczyna - Załóż na to, co masz. Albo nie, zdejmij, bo nie wiadomo, gdzie się szlajałeś. Czekaj! Przecież najpierw i tak musisz się wykąpać!
- Zdecydujesz się w końcu?
- Umyj się. Masz gorącą wodę w wannie na górze. Nie będę zaglądać.
„Obiecanki-cacanki. Nie ufam ci, nałożnico jedna. Chociaż… do lady bardziej pasuje słowo ‘ladacznica’.
Ech, co ja najlepszego zrobiłem. Chciałem jedynie dowiedzieć się, gdzie będzie mieć miejsce ta śmieszna uroczystość. Tymczasem ta cholera wygoniła mnie z mieszkania, naprędce przedstawiając cały swój misterny plan. W ogóle zapomniała już, jak przed świtem się rozbeczała. Ta dziewczyna to same skrajności! Co ja tu jeszcze robię?...”
Nie uciekł daleko, bo na piętro. Zgodnie z zaleceniem wykąpał się, nie do końca wiedząc zresztą, jak się porządnie umyć. Marla w tym czasie nakładała skromny – o dziwo - makijaż na usta i powieki. Później paserka stwierdziła, że Garrettowi należy wyrównać jego krótkie włosy na skroniach i czole. I tak skończyło się na tym, że w prowizorycznym zakładzie fryzjerskim przygładziła mu do tyłu włosy, przylizując je na prawdziwą, patrycjuszowską modłę. Złodziejowi wydawało się, że gorzej już nie będzie, mimo iż nadal byli jeszcze w sklepie. To nie koniec przygotowań – gospodyni założyła na siebie kilka naszyjników oraz diadem wysadzany rubinami. Garrettowi nakazała ponadto, aby ubrał szeroki, ciemnobrązowy pas, który komponowałby się z sakiewką zawieszoną na sznurku, pod szyją. Wszystkie dodatki były kradzione, rzecz jasna i oczywista. Na koniec Marla znowu poprawiła makijaż i zapytała, co złodziej sądzi o efekcie końcowym. Odburknął coś niewyraźnie, stojąc w kącie z odwróconą głową i skrzyżowanymi ramionami.
Teraz byli już gotowi na udanie się do siedziby Rady Miasta.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 mar 2012 17:05 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
07: Para

Trzymając w ręku klucz, możesz zakładać, że istnieje również zamek. Ale wystrzegaj się błędnej myśli, że klucz, który posiadasz, jest jedyny w swoim rodzaju.

-- Podręcznik Skrybów





- To będzie najgorsza noc w moim życiu.
- Oj przestań już, Garuś. Dzięki mnie poznasz w końcu, jakie jest lordowskie życie!
- Tak, jakby mnie to w ogóle obchodziło. Już wolę być złodziejem.
Ulica była ciemna, a powietrze chłodne. Paserka ubrała się w czarne kozaki, które pasowały do gorsetu, a które założyła dopiero przed wyjściem z domu. Zmierzali pieszo, późnym, letnim wieczorem w stronę Wysokiego Miasta. Garrett zaproponował wcześniej, aby na taką odległość zamówić jakiegoś przewodnika z karetą. Marla twierdziła jednak, że akurat na ich drodze znajdzie się zbyt wiele wąskich uliczek. W odpowiedzi na to złodziej zasugerował, aby pojechać nieco okrężną drogą, tam, gdzie się da. Kobieta ponownie zanegowała jego zdanie, twierdząc, że pod względem czasowym nie będzie się to opłacać. Złodziejski mistrz podejrzewał, że przez taki zabieg Marla celowo uczyni wszystko bardziej „romantycznym” oraz, że będzie mieć jeszcze więcej czasu do spędzenia z nim.
- Garuś, dalej mi nie powiedziałeś, jak nazywała się twoja koleżanka.
- A ty nie wyjaśniłaś, dlaczego tak płakałaś ostatnio.
- No powiedz w końcu, Garuś! Tak ciężko ci ją ujawnić?
- Tak ciężko ci się ujawnić?
- Ej no... Ale powiedz chociaż, czy... była podobna do mnie?
„Dalej nie rozumiem, co takiego we mnie widzi. Dziewczyno, ogarnij się, jestem jakieś dwadzieścia lat starszy!”
- No, Garuś? Była? Była?
- Nie, nie była podobna. Za to we wszystkich różnicach była fajniejsza.
- Kłamiesz!
- Ach tak? Czyżbyś wiedziała lepiej ode mnie?
- Mówisz tak, żeby mnie zniechęcić do ciebie!
- Mówię prawdę. Była bardziej wykształcona, skromniejsza, bardziej, hm, zrównoważona...
Paserka lekko pochyliła głowę, jakby się zasmuciła.
- Garuś?
- Co?
- Dlaczego to taki wielki problem dla ciebie?
- Co takiego?
- No przyjęcie, na które idziemy. Czemu nie chcesz tam być? Aż tak cię to krępuje?
- Ech, Marla. NIGDY nie lubiłem publicznego pokazywania się, wspólnych zabaw i wzajemnego, grzecznego podlizywania się dla zasady. Zakłamanie i próżność w jednym. Poza tym to głupie uczucie, kiedy wszyscy na ciebie patrzą…
- Spokojnie, Garuś. Ty nie zwracasz na siebie uwagi nawet wtedy, kiedy cię widać.
- Dzięki. Przy okazji: możesz mi przypomnieć, skąd masz te ubrania?
- A. Widzisz, jest taka jedna złodziejka ze Starodalów, która, jakby ci to powiedzieć… Jest dziwna. Kradnie ludziom ubrania. Najczęściej składa je u tamtejszego dziadka, ale dzisiaj namówiłam ją do pożyczenia kilku wdzianek i akcesoriów. Garuś, jaka ona jest… Taka… Z jednej strony lubi przebieranki, tak jak my wszystkie, ale z drugiej… no…
- Rozbiera swoje ofiary? – Garrett zapytał bezpośrednio, z lekką ironią.
- Tak, to też, już nie chciałam tego mówić…
- Fajna. Umówisz mnie z nią?
Marla spojrzała na niego wytrzeszczonymi oczami, a Garrett uśmiechnął się szyderczo. Wiedział, że mimo nieszczerości, ten tekst ją zaszokuje. Oboje zamilkli i poszli dalej. Nie minęło wiele czasu.
- Garuś?
- Co znowu?
- Czytałam na szybko „Trybunę Miejską”. Masz coś wspólnego z rewolucją na majątku De Perrina?
- Jaa? Nieeee.
- Aha, już wszystko wiem.
- To nie JA, tylko niewolnicy…
Ponowna, długa cisza.
- Garuś?
- Czego?!
- A po co ci ten papier toaletowy, co wtedy kupiłeś?
- Skończył mi się. Od niedawna stosuję go do wyciszenia łupów, żeby nie hałasowały w worku na łupy.
- Specyficzna metoda. Naprawdę się zdziwiłam, kiedy przyniosłeś mi wtedy te owinięte talerze do paserni…
I kolejna cisza.
- Garuś?
- Zamknij się!
Paserka w końcu przestała mówić.
„W końcu przestała biadolić.”

***

Mimo skrupulatnych przygotowań, natrafiali na same problemy. Najpierw pewna kareta omal nie pochlapała złodzieja wodą z kałuży, spiesząc się w tym samym kierunku. Marla w ostatniej chwili chwyciła go i przyciągnęła do siebie, licząc zapewne na niezręczne zbliżenie. Garrett nie wiedział, na kogo powinien być bardziej zły.
Potem, już w Wysokim Mieście, dotarli do bramy prowadzącej na dziedziniec Rady Miejskiej. Tu okazało się, że żeby wejść… konieczne jest zaproszenie. Złodziej głośno obwiniał dziewczynę, ta usprawiedliwiała się, że miała pełno rzeczy na głowie, a poza tym Garrett nie byłby lepszy, jak chodzi o kwestie organizacyjne. On zaprzeczył i stwierdził, że „baby pomijają istotne szczegóły”. Marla obraziła się.
Oddalili się od zaniepokojonych gości stojących w kolejce do bramy. Mistrz złodziejskiego fachu uświadomił sobie, że przez to nieporozumienie nie zostali przeszukani, więc i tak mógłby wziąć nieco złodziejskich gadżetów, mogących ułatwić ucieczkę. Czemu dziewczyna była wcześniej przeciwna. W końcu wymyślił alternatywę do dostania się do środka: przeskoczenie wysokiego płotu ze stalowych słupków i wejścia przez okno. Paserka utrzymywała, że jest to niewykonalne w takich strojach, ale on zmusił ją siłowo do swojego pomysłu. Przy zaciemnionym fragmencie wąskiej uliczki udało im się przedostać na drugą stronę, z trudem. Marla, nie wiedzieć dlaczego, koniecznie chciała pierwsza otworzyć okno do środka budynku, więc wskoczyła na Garretta, stając mu na obojczykach. Mężczyzna ani myślał spojrzeć w górę. Na nieszczęście włamywaczy okno było szczelnie zamknięte, w dodatku wewnątrz było pełno światła i ludzi. Oboje zdenerwowali się więc tym, że muszą z powrotem pokonać wcześniejszą przeszkodę.
Po niespokojnych poszukiwaniach w końcu znaleźli inne wejście, któremu Marla również była przeciwna: okienko piwnicy kuchennej. Kobieta początkowo skarżyła się na jego niewymiarowość, lecz za chwilę nabrała przekonania. „Skoro on się przedostał, a waży więcej, to ja muszę tym bardziej!” – pomyślała. Nie miała jednak tyle szczęścia, bowiem podarła sobie suknię z boku. Była wściekła. Garrett został bardzo sugestywnie zmuszony do znalezienia nożyczek. Ten zdziwił się, po co jej w danej chwili taki przedmiot. Nie zaprotestował, ale wytłumaczył jej, że najpierw powinni się wydostać z terenu kuchni, która była w tej chwili zabiegana przez kucharzy i służbę.
Wyszli na jeden z wąskich korytarzy. Oboje nie mieli pojęcia, skąd wziąć nożyczki w miejscu takim jak to. Złodziej był na tyle sfrustrowany, że nie miał już ochoty pytać, do czego są w ogóle potrzebne. Paserka zapytała się służącej, która w pewnym momencie przechodziła korytarzykiem, gdzie można znaleźć takie narzędzie. Chciała bowiem dokonać prowizorycznej przeróbki swojego ubrania. Garrett dalej nie wiedział, co to może oznaczać. Dowiedział się dopiero w trakcie modyfikacji, kiedy nieznajoma kobieta zaprowadziła ich do swojego pokoju, nieopodal. Tam Marla przycięła suknię z obu stron obdarcia, czyniąc głębokie wcięcie od końca sukni aż na wysokość dalszej połowy swojego uda. Czyli dalej, niż sięgało samo rozdarcie. Teraz złodziej zrozumiał, po co było to zamieszanie. Po skończeniu „naprawy” paserka rozgadała się ze służącą na temat innych przeróbek strojów oraz najnowszych krzyków mody. Na pytanie, dlaczego w ogóle suknia została zniszczona, blondynka odpowiedziała… że trochę zbyt gwałtownie całowała się ze swoim partnerem. Garrett chciał zareagować. Ale w ostatniej chwili powiedział tylko, że on i ona muszą już iść, bo się spóźnią. Przypadkiem miał rację – za dwie minuty miało odbyć się oficjalne otwarcie uroczystości.
Kiedy dostali się do zatłoczonej Hali Przedsionkowej, Garrett poczuł się jak nigdy wcześniej. Nie, obce uczucie nie sprawiało mu przyjemności. Było dla niego nowe i stresujące zarazem. Po pewnej chwili zdołał częściowo przestać się przejmować, przypominając sobie, że z takim wyglądem nikt nie powinien go rozpoznać. Marla z kolei otworzyła usta z wrażenia, przyglądała się sklepieniu oraz wszystkiemu, co można było zobaczyć. Pomieszczenie imponowało swoim rozmiarem, było symetryczne pod każdym względem (poza wiszącymi równolegle, wielkimi obrazami o identycznych ramach i rozmiarach, które jednak przedstawiały różne postacie. Malowidła te znajdowały się nad schodami). Między wysokimi i wąskimi oknami zbudowano jakby połówki kolumn, przylegające do ścian niczym płaskorzeźby.
Nagle pojawił się pewien bogato ubrany człowiek. Stanął na wysokim tarasie, do którego z dwóch stron prowadziły symetryczne względem siebie, zaokrąglone rzędy schodów. Liczni patrycjusze stali poniżej niego i na wprost, na drewnianej podłodze. Klaskając, dał znać przybyłym tu gościom, aby przerwali rozmowy i się uciszyli. Bardzo patetycznie i elokwentnie podziękował wszystkim za przybycie, przedstawił się jako Henryk Bresling, bratanek samego Barona. Wygłosił coś zrozumiałego jedynie dla wyższych sfer i zaprosił do wejścia na górę, na Halę Bankietową. Z kontekstu jego przemowy wynikało, iż jego sześcioletni synek obchodzi dzisiaj urodziny.
Złodziej dopiero teraz dowiedział się, na co przyszedł.

***

- Pamiętaj: nikogo nie możesz okraść.
- Kiedy ja tak bardzo chcę…
- Jestem świadoma tego, że pewnie dowartościowałbyś się w ten sposób. Ale dobrze wiesz, dlaczego nie możesz, sam to powtarzałeś.
- Skoro wiem, to po co mi przypominasz?
- Jejku, no dobrze. Już nie będę, skoro taki obrażalski jesteś.
- Phi. Obrabowanie siedziby Rady jest równe końcu świata dla złodziei. I pewnie nie tylko dla nich. Pamiętam o tym dobrze. Chyba nie zapomniałaś, kim jestem?
- Nie, i właśnie dlatego czuję się zobowiązania przypomnieć ci.
- Ech, skończyłabyś z tym „niańczeniem”. Od razu przypominają mi się pewni goście…
- Jak sobie chcesz. Chciałam ci pomóc.
- Niepotrzebnie. Jak zwykle…
Prostokątna Hala Bankietowa okazała się być jeszcze bardziej bogata i urozmaicona. I jeszcze bardziej olbrzymia. Większość elementów otoczenia wykonano z białego marmuru, kości słoniowej i ze szczerego złota. Biało-kremowo-złota kolorystyka zdaniem Marli była onieśmielająca, zdaniem Garretta – nieprzystępna i wkurzająca. Hala zajmowała wielką, w gruncie rzeczy pustą przestrzeń, wypełnioną teraz głównie przez nowoprzybyłych. Pośrodku dachu wybudowano szklaną, kolistą kopułę. Pod ścianami ulokowano stoły mniejsze i większe, podłużne i okrągłe, które przyciągały niesamowitym bogactwem potraw i ich aromatów.
- Myślę, Garuś, że tam będzie ci najlepiej. To pewnie ujdzie za lekki nietakt, no ale cóż… Usiądź tam i zjedz coś sobie. To ci poprawi humor. Przyzwyczaisz się też do tej „nieprzystępnej” atmosfery.
- Widzisz tu gdzieś Nadzorców?
- Hm? A, Nadzorcy. W końcu po to tu przyszliśmy. A w zasadzie ty przyszedłeś. W ogóle byś się nie odważył wejść tu i teraz, gdyby nie oni.
- Nie pleć od rzeczy, tylko odpowiedz na pytanie.
- Czy są tu Nadzorcy? Przecież ja nawet nie wiem, jak wyglądają!
- …
- Przykro mi, Garuś, skąd miałabym wiedzieć?
Mistrz złodziei rozejrzał się po okolicy. Było bardzo hałaśliwie. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, wznosili toasty. A co gorsza, wszyscy wyglądali tak samo: próżnie.
- Chyba mam pomysł, chociaż nie jestem chętny do wprowadzenia go w życie…
- Tak? Jaki?
- Przejdźmy się po Hali. Ty spróbuj zagadać do kogoś, ja będę cicho. Może dowiemy się co-nieco o obecnych tu patrycjuszach. Co będziemy tu tak stać?
- No i takie podejście mi się podoba!
Chwyciła go pod pachę i ruszyła naprzód, Garrett ledwo nadążył za nią.
Kobieta, mimo absolutnego braku wiedzy o panujących tu zwyczajach, świetnie dogadywała się z napotkanymi postaciami. Prawdopodobnie urzekała swoim beztroskim tonem i wesołością, uwydatnionymi jeszcze bardziej niż zwykle. Jej słuchacze byli pozytywnie zaszokowani niecodzienną i, w ich ocenie, dosyć prymitywną postawą. Gorącym tematem wielu dyskusji był bunt niewolników na uprawach okradzionego wczorajszej nocy kupca. Poza tym rozmawiano o tajemniczym, niesławnym i przerażającym porywaczu dzieci, którym od mniej więcej miesiąca straszyło się niegrzeczne pociechy. A który istniał naprawdę.
Po którejś z rozmów, w których Garrett niechętne się udzielał, jego wprawne uszy usłyszały słowo „dziwaki”. Później zdarzało mu się odbierać gorsze sygnały, głównie porównania i epitety dotyczące wyglądu Marli. Chyba nie podobał się on bardziej konserwatywnym i religijnym arystokratom…
- O! Lady Penelopa Rothchild, jak mniemam!
- Owszem. A państwo kim są?
„Rothchild? Hej, przecież to ona adoptowała Cecylię! Jeśli tamta też tu jest, będę mógł się czegoś dowiedzieć o glifach.”
- Jestem lady Marlene Madison, a to mój mąż, lord Gary Madison. – złodziej zdołał przywyknąć do przedstawiania wszystkim naokoło udawanego związku. Mimo tego, że zwracał wcześniej uwagę Marli. On sam natomiast zwrócił swoją uwagę na urodę patrycjuszki. Miała drobną twarz, migdałowe, orzechowe oczy i długie, faliste, kasztanowe włosy. Wyglądała na około trzydzieści lat. Czy tyle miała – nie było wiadomo.
- Hm, nigdy o państwu nie słyszałam. Gary Madison? Pierwsze widzę!
Złodziej ocknął się i przestał wpatrywać w kobietę.
- Nie przepadam za rzucaniem się w oczy… - odrzekł.
- To prawda – dodała blondynka – Mój mąż nie najlepiej się czuje na tak ważnych wydarzeniach, bywa nieśmiały. Ale wierz mi, Penelopa... – ściszyła swój głos - ...w nocy potrafi być taki odważny, że tylko czekać, aż zgaszą światło!
Cisza. Po chwili obie cicho zachichotały. Garrett uśmiechnął się sztucznie.
„Jak ona to robi? Przed chwilą myślałem, że doświadczę jedynie potok arogancji z ust Lady Rothchild. A ta cholera nie dość, że mówi najprawdziwszą prawdę i serwuje zboczone sugestie, to jeszcze zjednuje w ten sposób ludzi… Czy to aby rozsądne? I bezpieczne?
W każdym razie na pewno skuteczne…”
- Haha, wierzę, pani Marlo, wierzę.
- Podobno adoptowała pani córkę? My tutaj tylko o jednym!
- O tak, oczywiście! Zapewne wiecie już państwo, jak się nazywa?
- Mmmm, szczerze mówiąc…
- Cecylia – wtrącił Garrett. Marla się zdziwiła.
- Tak! Jest dzisiaj ze mną, ale akurat gdzieś się ulotniła, nie wiem, kiedy wróci. Hmm… Lubią państwo operę?
Po dosyć długiej, żenującej dla Garretta rozmowie para udała się na odosobnienie.
- Garuś! Skąd wiedziałeś?
- Eee… Wyobraź sobie, że nie mogę ci powiedzieć.
- Znowu jakaś „stara znajoma”?!
- Nie, nawet nie widziałem jej nigdy. Słuchaj Marla, wpadłem na pomysł. Skoro standardowe metody kradzieży nie mogą być tu zastosowane, użyję czegoś innego: usiądę przy stole i najem się do syta. Rzadko widzę kawior i owoce morza…
- Kradzieżą bym tego nie nazwała, wszystko jest dla gości... Ale niech będzie. Idź.
- Jedna rzecz – dopowiedział – W międzyczasie spróbuj dowiedzieć się czegoś o Nadzorcach. I jakbyś spotkała Cecylię Rothchild, daj mi znać.
- Garrett… Kim ona jest?
- Nieważne. Muszę z nią porozmawiać.

***

Ucztujący sąsiedzi wcale nie uchodzili za znających zwyczaje i obyczaje. Duża część jadła palcami, mlaskała, mówiła z pełnymi ustami. Jeden nawet chrumkał jak świnia. Złodziejowi żadna z tych rzeczy nie przeszkadzała.
- Ej, panie? – zagadał do niego biesiadnik po prawej, blondyn ostrzyżony na „garnek” – Wie pan, kim jest tamten gość?
Nieznajomy wskazał na przeciwległą stronę stołu, daleko na prawo.
- Ten po jego lewej, z którym się śmieje, to DeWall, ale kim on sam jest?
- Wydaje mi się… - przypatrywał się Garrett swoim jedynym sprawnym okiem – To chyba Morgan Bridgeshire.
- Aaa, to ten. To trochę wyjaśnia.
- Co wyjaśnia?
- Widzi pan: ten, z którym się tak rechocze, to niejaki DeWall, to już powiedziałem. Na pierwszy rzut oka szaleniec, na drugi zresztą też. Najwyraźniej więzienie mu zaszkodziło…
Mistrz złodziejski przypatrywał się również sąsiadowi lorda, którego zamek obrobił nie tak dawno temu.
- Przepraszam, pan ma szklane oko?
- Tak, niestety – odpowiedział Garrett.
- Proszę mi wybaczyć, jeśli pana uraziłem.
- Nie, nic z tych rzeczy. – niejaki DeWall był łysy i dosyć stary, miał bujną, siwą brodę i niebieskie oczy.
- To wspaniale. Wracając do Bridgeshire’a… Z tego, co mi wiadomo, do pewnego momentu posiadał on wazę Claviusa. Bardzo cenny, starożytny zabytek, ofiarowany mu przez lorda Randalla. Ten drugi kolekcjonuje wszelkie naczynia z szafirami. Jest on zresztą obecny na tym przyjęciu. Ale, jak to zwykle bywa w takich przypadkach: został okradziony. Brigdeshire, nie Randall. To znaczy Randall też, ale kiedyś, dawno temu… Słyszał pan o tym incydencie z Bridgeshire’em?
- Słyszałem, a nawet widziałem.
- Tak?
- Owszem. Skąd pan wie, kim jest DeWall?
- Też się o nim dowiedziałem na tym bankiecie. Czy ma pan pojęcie, kim są Nadzorcy Miejscy?
- Obiło mi się o uszy…
- No właśnie. DeWall to były Nadzorca, któremu nie powiodło się w życiu. Sprzątnęli go w czasach, kiedy ci bandyci nie zdążyli się jeszcze ustatkować… Mmm, nie ma pan przypadkiem jakichś powiązań z nimi?
- Pozytywnych? Nie.
- O! Zaszkodzili jakoś panu?
- W ostatnim czasie próbowali już drugi raz.
- A więc to tak… Wie pan co, mi też się naprzykrzyli. Mmm… Czy ja w ogóle przedstawiłem się panu?
Mężczyzna przedstawił się, Garrett również. Nazwisko nieznajomego nie obchodziło złodzieja.
- Powiem coś panu: powęszyłem trochę, uruchomiłem swoje wpływy. I dowiedziałem się w sumie niewiele poza kilkoma faktami z przeszłości. No i tym, że ich działalność jest władzom jak najbardziej na rękę. Oraz tym, że…
- Cały czas słucham.
- Dowiedziałem się, że organizują narady w jakimś sekretnym pomieszczeniu.
To zaciekawiło złodzieja.
- Mam na myśli ten budynek. Zawsze zbierają się w siedzibie Rady. Wiem też o istnieniu bardzo istotnego faktu…
- Jakiego?
- Powiem panu, jeśli coś pan dla mnie zrobi.
- Słucham.

***

Siedział już sam przy stole. Jadł tyle, ile mógł. Myślał też bardzo intensywnie nad planem działania.
- Cześć, Gary, to ja…
Nawet się nie zorientował, kiedy dziewczyna o ponętnym głosie i turkusowej sukni usiadła po jego lewej. Lekko się przestraszył, prawie podrzucił jedzone ciastko z czekoladą.
- Yyy…
- Och, przepraszam, myślałam, że jest pan młodszy. Pan Gary Madison, tak?
- Mm, tak. O co chodzi?
- …Nie wie pan? Jakaś wyzywająco ubrana flądra powiedziała mi, że chcesz, znaczy się, że chce się pan ze mną widzieć. Słucham więc.
„Marla… Dzięki ci, moja ty flądro!”
- Dobrze. Jak ci się powodzi w nowym domu, Cecylio?
- Jeśli to jest pański temat na podryw, to tym bardziej odchodzę.
Już chciała się oddalić, ale Garrett powstrzymał ją ręką.
- W takim razie inaczej: jak ci się żyje po rozpadzie Bractwa Opiekunów?
Teraz złodziej zobaczył, jak szerokie mogą być jej czarne oczy. Dziwne, pomyślał, patrzą tak, jakby były z dziesięć lat młodsze...
- O… Skąd ty o tym wiesz, do cholery?! Kim ty jesteś?!
- Jestem Garrett, do usług. Caduca ci o mnie nie wspominała?
Cecylia zaszokowała się, usiadła na miejsce, długo milczała. Jej proste, kruczoczarne włosy przerastały długością nawet te należące do jej nowej matki.
- Teraz rozumiem… Ale moment, pan chyba wygląda inaczej?
- Zwykle: owszem. Ale gdybym wyglądał normalnie, nie dostałbym się tutaj.
- Ach, no tak… To oczywiste. Miło pana poznać, panie Garrett.
„Po wyrazie jej twarzy widzę, że teraz faktycznie miałbym szanse na podryw… Ech…”
- Tallo powiedział mi, że byłaś Skrybą. To prawda?
- On? Tak, to prawda. Zapewne dlatego pomylił pan mój wiek… Kontakt z glifami przyspieszał przecież proces starzenia się. W rzeczywistości mam szesnaście lat. A muszę wszystkim mówić, że mam dwadzieścia pięć…
„Szesnaście? W tym wieku nie wie się jeszcze, czego się chce. W sumie pasowałoby…
Z tymi oczami nie pomyliłem się za bardzo.”
- Zastanawiam się, czego pan może ode mnie chcieć.
- Co wiesz na temat działających glifów?
- Nie rozumiem. Ma pan na myśli glify sprzed Aktywacji?
- Nie. Mam na myśli przynajmniej jeden glif, który wciąż jest aktywny.
Znowu zobaczył szerokie oczy. Opowiedział ze szczegółami to, czego świadkiem był niedawno.
- Niemożliwe…
- Tallo mówił tak samo.
- Nie może być! Jak to? Panie Garrett, jestem Skrybą, gdyby tak właśnie było, wiedziałabym o tym!
- A nie jest może tak, że zwyczajnie przestałaś interesować się swoim zawodem? Pewnie byłaś przekonana, że nie da się ich już używać, a po Glifie Ostatecznym nawet nie spróbowałaś żadnego zapisać. Nie dziwię się: Opiekunowie są znani z ignorancji…
- Nie tak było, panie Garrett. Z czystej ciekawości próbowałam, istotnie. I żaden nie działał. Ale nie sprawdziłam oczywiście wszystkich, bo to niemożliwe. Panie Garrett, ich jest ponad osiem tysięcy!
Garrett zaczął kombinować.
- No to wszystko jasne. Któreś ocalały. Glif Ostateczny nie spisał się!
- Nie byłabym taka pewna, panie Garrett. Proszę nie zapominać, jaką moc posiadał ten Glif. Ale Uniwersytet… Kurczę! Zaintrygował mnie pan! Jak ten znak wyglądał?
- Tak jak mówiłem: odwrócone Drzwi…
- Proszę to tu narysować. Chcę mieć pewność.
„Skrupulatność Skryby.”
Cecylia wyciągnęła zza dekoltu kawałek pergaminu i ołówek. Zrobił to, o co prosiła.
- Dziękuję. Trzymam jeszcze stary tusz do kaligrafii glifów. Spróbuję odtworzyć te dziwne Drzwi w domu, kiedy nikt nie będzie patrzeć… I poinformuję pana o rezultatach poprzez Tallo. Chyba widujecie się dosyć często?
- Nie omieszkam do niego zajrzeć. Jeszcze jedno...
- Tak, panie Garrett?
- Jak to jest: twoja przybrana matka wygląda na trzydzieści lat, a ona jest przekonana o tobie, że masz aż dwadzieścia pięć?
- Tak - uśmiechnęła się - Bo tak naprawdę moja mama przekroczyła już czterdziestkę. Makijaż czyni cuda, nieprawdaż?
- Taaak... Jasny gwint, co za poplątana rodzinka.

***

Tematy dyskusji zaczęły schodzić na „nowe twarze”: DeWalla, Marlę i Garretta. Złodziej wiedział o tym. Był niespokojny. Miał nadzieję, że za chwilę coś się wydarzy.
Został chwycony przez Marlę.
- Tańczymy!
- Że co?!
Nawet się nie zorientował, kiedy muzycy rozpoczęli grę, a wszyscy naokoło zaczęli tańczyć walca prinkijskiego. Marla również, jednak nie udawał jej się za dobrze, ponieważ Garrett swoim zaskoczeniem jedynie przeszkadzał.
- Garuś, skup się!
- Mądra to ty nie jesteś! Skąd mam wiedzieć, jak się tańczy?!
Absolutnie niechętny złodziej próbował naśladować Marlę, zanim się nie zorientował, że w choreografii męskiej stosuje się odmienne ruchy.
Zestresowany, w pewnej chwili zobaczył grupę arystokratów zmierzających z Hali Bankietowej w stronę jednego z korytarzy.
„To oni! To muszą być oni!”
- Marla, muszę iść.
- Nie ma mowy! Nie puszczę cię, dopóki nie nauczysz się tych kroków. Spójrz, to bardzo proste, najpierw prawa tu, lewa tak, teraz…
Tamci oddalali się.
- Nie mam czasu na pierdoły, dziewczyno! - Garrett gwałtownie zatrzymał paserkę - Nadzorcy tam są, muszę iść!
- Ej no, Garuś! Ech, no dobrze… Chodźmy do tych twoich Nadzorców…
- Nie, ty zostań tutaj. Jak ci się będzie nudzić, zatańcz z kimś. Albo sama, nie wiem. Ja pójdę za nimi, wiem, co robić. Zapewne gdy wrócę, będziemy musieli łacherować stąd, dlatego bądź gotowa.
- Nie daj się złapać.
- I komu ty to mówisz.
Pobiegł między tańczącymi parami, omal nie wpadając na jedną z nich. Marla stała na wprost, a swój wzrok wpatrywała w jego plecy, odprowadzając złodzieja z istną tęsknotą.

***

„Dobra, udało mi się ich wyprzedzić dzięki jednym ze schodów na drugie piętro. Dzięki tamtemu ‘garnkowi’ znam lokalizację pomieszczenia oraz fakt, że wyznaczony służbista otworzy do niego wejście specjalnym kluczem. Problem jest taki, że nie wiem, gdzie ten łacher się podział.
Żaden z gości nie może przebywać na tej kondygnacji. To jest najgorsze. Choć z drugiej strony na nikogo nie powinienem się tu natknąć teraz...”
Złodziej szedł skrajem czerwonych dywanów o złotych wykończeniach, trzymając się blisko połówek kolumn. W obecnej sytuacji, przylgnięcie za nimi do ściany oraz skrywanie się za narożnikami korytarzy były jedynymi sposobami na schowanie się. Skorzystał z tych opcji jedynie dwa razy – kiedy omijał sprzątaczkę i… kiedy skradł klucz służącemu. Założył, że przedmiot o takim zdobieniu musi być bardzo ważny. Klucz posiadał dziwne wyobrażenie stajni, które trudno było odczytać bez przyglądania się.
„Kiedyś chcieli mnie zwerbować do jednej ze swoich ‘stajni’. Cóż mogę stwierdzić: ten klucz to nie może być przypadek.”
Poszedł dalej, uważając. Po zbyt długim jak na niego czasie znalazł bardzo daleki pokój numer 67. Otworzył go i zakluczył za sobą zamek, by nie wzbudzić podejrzeń. Zapalił włącznikiem światło, rozejrzał się. Pokoik był okrągły i naprawdę nieduży, posiadał wysokiej jakości trzy fotele, kanapę i niewielki stolik pośrodku. Spojrzał w górę – tak jak twierdził nieznajomy patrycjusz, lampa wisiała z drewnianej belki, która wystawała ze ścian.
„Eee, no dobra, pomysł był niezły… ale tam jest cholernie wysoko! Nie dostanę się nawet, gdybym wdrapał się na stół. A dodatkowe przestawienie mebli nie wchodzi w grę, ponieważ tamci zorientują się, że ktoś tu był. Cholera! Co robić?”
Zamek począł być otwierany. Złodziej się przeraził i jedyne, co zdążył zrobić – to wbiec pod stolik, przykryty jedwabną narzutą sięgającą dywanu.
Weszli jacyś ludzie. Zdyszany służbista przepraszał za kłopoty ze znalezieniem zapasowego klucza. Ktoś miał obiekcje co do tego, że istnieje więcej niż jeden egzemplarz, on powiedział tylko, że takie, a nie inne panują tu środki ostrożności. Wyszedł. Ludzie się rozsiedli.
- De Perrin, tak? – odezwał się pierwszy głos – Dostałeś ostatnio jakieś antyki z Bohn? Razem z Grimworthem sprowadzasz je do Miasta, prawda?
- Nic szczególnego nie przyszło w ostatnim czasie. Same meble ze srebrnej brzozy, które rosną tam od zawsze, nic więcej.
- Z tego, co mi wiadomo, kiedyś lepiej się wiodło twojej rodzinie. W starych kronikach można znaleźć informację, że mieliście swoją ulicę w odgrodzonej części Starej Dzielnicy.
- Wcale nie jest tak źle. Owszem, większość rodziny wyjechała za granicę, lecz przecie wiedzie mi się całkiem dobrze. Wystarczy spojrzeć na notowania. No dobra… teraz, tuż po incydencie z drwalami, przez chwilę będzie gorzej. Ale jaki problem mogą stanowić nowi niewolnicy?
- Taki, że mogą się zbuntować…
- Taaak. Naprawdę, gdybym nie miał pleców, nie mógłbym przyjść tu, na wasze zebranie.
Cisza.
- Dostałeś mój list, Websterze? – zapytał ostatni z udzielających się przed chwilą głosów - Z kurierami w Mieście różnie bywa.
- Dostałem. Właśnie, muszę zamienić z tobą słówko w jego sprawie.
- Tak?
- Dlaczego każda wiadomość, którą wyślesz, musi zawierać imię twoje i odbiorcy? Ostrzegałem cię już kilkukrotnie w podobnych kwestiach.
- Nie uważasz, Websterze, że działamy już zbyt oficjalnie, aby podpisywanie listów pierwszą literą imienia było jeszcze konieczne?
- Nigdy nie wiesz, kto czyta te listy.
- Eee, przesadzasz.
„On ma rację. Nigdy nie wiesz, kto czyta te listy…”
Garrett nie był widoczny. Narzekał w myślach na skrajną ciasnotę oraz na to, że cały czas musiał stać na czworakach. Zanosiło się na to, że spędzi tak wiele godzin debaty podczas tej nocy…
- Napisałem jeszcze post scriptum, żebyś...
- Tak, rozumiem, że mój list dotarł tuż po tym, jak napisałeś swój. Nie musisz tego powtarzać - Nadzorca zaczął denerwować się na nowego, wyraźnie wyobcowanego członka zebrań.
- Skończycie już te czcze gadki? Kiedy w końcu zaczniemy? - odezwał się milczący dotąd uczestnik.
- TERAZ zaczniemy, Raputo.
- Czyli co, Garrett żyje? – zapytał znowu kupiec De Perrin, przerywając rozpoczęcie innego tematu.
- Z pewnością – odpowiedział niechętnie Webster - Mieli go na widelcu. A najlepsze jest to, że nie wiadomo, kto go wybawił.
- Nie szkodzi. Pomyśleliśmy przecież o wszystkim – powiedział Raputo.
- Niestety nie.
- Jak to?
- Mój człowiek, którego oddałem do dyspozycji naszemu nowemu przyjacielowi – Webster wskazał dłonią De Perrina – również nie żyje.
- HAHA, a to dobre! – pełen energii i humoru DeWall podniósł głowę. Tuż po tym znów ją spuścił. Uczestnikom zebrania nie było do śmiechu. Garrett niczego nie widział.
- Nie wierzę. Od kiedy to nawet plany zapasowe nie wystarczają?
- Od kiedy Garrett się narodził…
- Nie wiem, jakie panowie mieli plany wobec tego spotkania – wtrącił kupiec – ale może warto by je wcielić w życie? Przecież Garrett nie jest jego głównym powodem, dobrze myślę?
- Im szybciej rozwiążemy jego kwestię, tym lepiej – nie zgodził się Webster – Najpierw wyznaczmy winnych. Ty nim jesteś, De Perrin!
- Jestem za – potwierdził Raputo - Webster przecież nie schrzaniłby tak prostej sprawy.
- A JA jestem ZA, a nawet PRZECIW. – DeWall ekspresyjnie dodał coś od siebie.
- A zatem ustalone, kto wypłaci nam dodatkowe odszkodowanie. Czy to jasne, De Perrin?
- Ech… Właśnie dlatego nie lubię demokracji. – kupczyk powiedział do siebie.
„Ja też nie. Ale pewnie zmieniłbym zdanie, gdybym miał więcej wpływowych przyjaciół…”
Złodziej doliczył się czterech mężczyzn, choć nie był pewien, czy to wszyscy.
- Powinieneś się cieszyć, cwelu – rzekł groźnie Nadzorca Doków – Normalnie tacy jak ty kończą w kałuży krwi w rzadko uczęszczanej uliczce. Jeszcze jeden taki numer i możesz uciekać do swojej babuni.
- Daj na wstrzymanie, Web. Po prostu ja się tym zajmę – zapewnił Raputo.
- Czy mogę o coś zapytać? – zapytał De Perrin.
- Pytaj.
- Co wy chcecie od tego złodzieja? Nie mam zastrzeżeń co do jego likwidacji, mi prawdopodobnie też zalazł za skórę… Po prostu chciałbym wiedzieć, dlaczego wam tak na nim zależy?
- NOOO, jak dla mnie on może sobie żyć.
- Sam jesteś RZYĆ, DeWall! Zamknij się, jeśli nie masz nic do powiedzenia!
- Akurat teraz wyraził swoje zdanie na temat. Chyba.
- Kto go tam wie, Raputo, kto go tam wie. Mógłby się chociaż umyć. I ogolić. I nie przychodzić tutaj, dopóki nie przestanie być świrem.
- Świr-ŚWIR, świr-ŚWIR! – brodacz najwyraźniej był podatny na skojarzenia. Które w dodatku odbierał po swojemu.
- No więc… Dlaczego?
- A dlatego, panie De Perrin, że pan Garrett łacherem jest.
- Webster, to nie wszystko.
Zamilkli.
- Lepiej było tego nie mówić, Raputo.
- Dlaczego? Co mi szkodzi powiedzieć, że dostaliśmy zadanie od Kubihaja Masahidaja?
Nadzorca Doków zerwał się z fotela i chwycił Nadzorcę Północnej Dzielnicy za frak.
- Ty idioto! Im mniej osób o nim wie, tym lepiej!
- Czy nie powinno się wymawiać Masahidaj Kubihaj?
- Co?! – obaj przestępcy zapytali gniewnie De Perrina.
- Chyba powinno się wymawiać Masahidaj Kubihaj. Ci zamorscy piraci stawiają nazwisko przed imieniem.
Uspokoili się. Webster usiadł na miejsce.
- Więc znasz go. A wiesz, co tu robi?
- To korsarz z Cyric, ale zadomowił się u nas, niezbyt dawno temu, we Wschodnim Porcie – począł wyjaśniać kupiec - Czyli na twoim terenie, Websterze. Nieliczne statki przysyłają mu wyroby rzemieślnicze z rodzinnej miejscowości. Żyje z ich sprzedaży. Te łacherowe podróby rozchodzą się lepiej niż moje drogocenne artefakty z Bohn… Niektórzy zastanawiają się, czy Masahidaj przypadkiem nie ma jakiegoś innego celu niż życie z dala od morskiego zgiełku. W końcu żeglarze z Cyric mają się dosyć dobrze.
Złodziej postanowił zapisać nazwisko Masahidaj Kubihaj, zanim je zapomni. Stwierdził, że może się przydać. Bardzo ostrożnie wyjął niewielki papirus i ołówek.
- A więc nie wiesz, po co naprawdę tu jest…
- Nie, nie wiem. A wy?
Nadzorcy popatrzyli po sobie.
- Niezupełnie. Wiemy tylko, że chce dostać głowę Garretta. Co dziwniejsza, zgłosił się do nas z tą prośbą w kilka dni po tym, jak przybył do Miasta. Do teraz nie wiem, skąd wiedział o naszym istnieniu… Co on może chcieć od tego łachera?
- Może nasz złodziej uwziął się na zagranicznych gości?
- MYTO, hahaha!!! – wybuchnął DeWall.
- Stul się! Niepotrzebnie go wyciągałeś z tego pierdla, De Perrin. Świetny prezent!
- Wybaczcie. Wiedziałem, że to wasz dawny przyjaciel, ale nie sądziłem, że więzienie może tak dać się we znaki… Może z czasem sobie przypomni, kim był dawniej.
- Byłeeeeem… słonieeeeeemm…
- Nie ma nadziei, De Perrin, nie ma nadziei.
„Czyli to nie Nadzorcy, a jakiś zagraniczny koleś chce mojej śmierci! To cenna informacja. Bardzo cenna. Tylko tak jakby… nielogiczna. Lubię kradzież, to prawda, ale morskich konwojów handlowych jeszcze nie napadałem… Więc o co jemu chodzi?
Ten cały Masa… Masami… Masahi… Ten pirat musiał mieć niezły argument, jeżeli Nadzorcy zgodzili się na gonienie mnie po Mieście. Chodzi o pieniądze?... ”
- Tak w ogóle zastanawiam się - stwierdził kupiec - czy to Straż nie mogłaby złapać Garretta. Jak twoje kontakty, Raputo? Ty chyba jesteś od Przedmościa.
- Cóż… - Nadzorca splótł dłonie na brzuchu - Jeszcze niedawno zapowiadałem czasy świetności dla nas i naszych ludzi. Webster nawet powiedział to twoim idiotom od Garretta… No nic, przejechali się. Bywa. W każdym razie wydaje mi się, że Niebiescy zaczynają powoli zyskiwać niepokojącą samodzielność. Dziwne… Nagle zrobili się bardzo odważni i przebiegli. Początkowo zgodzili się na pochwycenie tego złodzieja. Sądziłem, że ich nowe metody na coś się przydadzą, tymczasem, Web jest mi świadkiem, nagle zaczęli nas robić w konia. Na różnych tłach: finansowym, materialnym, informacyjnym… Ściganie twoich ludzi to najnowszy z ich zabiegów. Nie wiem, co się dzieje.
- To ten nowy szeryf, Roger – stwierdził Webster - Roger Ironshaw.
- Taak, jego koncepcje są naprawdę niebezpieczne, sam przyznaję – potwierdził kupiec.
- Zabić? – spytał zwyczajnie Raputo.
- Heh, już widzę, jak twojemu człowiekowi się to udaje. Powodzenia.
- Mam oryginał mapy, którego nieprawdziwą kopię przekazałem De Perrinowi. Tak jak chciał. Do teraz dziwię się, że zgodziłem się mu pomóc. To w końcu był twój obowiązek, kupcze…
- Znając ciebie, pewnie ci zapłacił – zaśmiał się w miarę normalnie DeWall.
- To też, ale od razu mówię: to nie wystarczy. Masz u mnie dług wdzięczności, De Perrin, zapamiętaj to sobie.
- Będę pamiętał.
- A co do mapy: chodziło mi o to, że mając ją, mój człowiek ma przecież szanse.
- Wiesz, co mówi ulica, Raputo? Że porucznicy Ironshawa są jeszcze gorsi. Może to dobrze, że akurat on dowodzi tymi łacherami. A jeśli go zabijesz, myślę, że możemy zacząć odliczać dni do końca półświatka. Przynajmniej naszego.
- Czyli Garrettem zajmie się… kto?
Wszyscy obecni zamyślili się. Nastało długie, niezręczne milczenie.
„Nie mają pojęcia, jak mnie dorwać. To, co w myślach powiedziałem profesorkom z namiotu: o wilku mowa, a wilk tuż-tuż.”
- Niestety – rzekł w końcu Webster - nic innego nie przychodzi mi do głowy. Panie i panowie, proponuję permanentną inwigilację!
- Perma… co takiego?
- Miasto jest duże, ale nie dla nas. Zorganizujmy szpicli w każdym zakątku Miasta. Na każdym targu, alei, ulicy, oknie, w każdej łacherowej dziurze w podłodze. Niedługo każdy dostanie swój przydział dzielnic, De Perrin i DeWall też. Chociaż DeWall... Hm. W każdym razie: nasi ludzie będą wszędzie. I nasze Miasto będzie… Nasze.
- Webster, odbiło ci do reszty?! W całej metropolii nie ma tyle istot żywych! To niewykonalne!
- Wiem, że będzie się to wiązać z kolosalnymi wydatkami. I wiem, że samo w sobie będzie to trudne. Ale spójrz na korzyści. Zapłata od Masahidaja. I przy okazji wszystko pod kontrolą. WSZYSTKO…
- Web… Tak bardzo spodobał ci się DeWall, że też chcesz zostać szalonym?
- Ja bym się powstrzymał z tym pomysłem – wyraził swoje zdanie kupiec - Albo go… zmodyfikował.
- Co masz na myśli?
- Straż Miejska. Tak, wiem, to trochę wątpliwa grupa społeczna, zwłaszcza ostatnio. Ale zobaczcie: jeśli zaoferujemy im swoich ludzi w zamian za, dajmy na to… „pomoc w likwidacji elementu przestępczego”, będziemy mogli wiele zyskać. Co wy na to, aby po cichu zyskać wpływy w ich organizacji? Nawet, jeśli skończyłoby się to tylko na swoistym sojuszu z nimi, to… zawsze coś.
Wszyscy zamilkli.
- Heh! De Perrin, ty to masz pomysły. Główka pracuje! – zachwycił się Webster.
- „Straż Rynsztokowa”? Dajcie spokój… Tobie też zaczyna odbijać, kupczyku.
- Raputo – rzekł Nadzorca - wiem, jak to brzmi. Wiem też, że ty nieco lepiej znasz tamtych bękartów. Ale Szachraj tkwi w szczegółach. A szczegóły można ustalić… Proponuję dopracować takie rzeczy listownie.
- Nie lepiej teraz? – zapytał kupiec.
- Wybacz, ale o pewnych rzeczach nie mówi się otwarcie. Nawet na naszych zebraniach. Szczególnie, kiedy przychodzi na nie ktoś nowy. Na przykład ty.
- Iiii JAAAA!!!
- Tak, ty też, DeWall. Ech…
- Chyba to zrozumiem. – stwierdził De Perrin.
Cisza.
- A więc już wszystko wiemy. Jak chodzi o pierwszy z tematów! – rzekł w końcu.
- Właśnie… Cholera, aż zaschło mi w gardle. Raputo, na pewno nie zostało nic z tej brandy?

***

- Uuu… Hik!
- Hik-BEEEEK. Hik!
- O ja cię… Po co ja to mówiłem…
- Dobrze właśnie. Czuję się jak nowo narodzony! – DeWall sprawiał wrażenie, jakby został cudownie uzdrowiony ze wszystkich przypadłości. Nawet prymitywny wygląd przestał wszystkim przeszkadzać. Trzeźwemu człowiekowi też by przestał. Ale nie było w pokoju nikogo takiego.
Poza Garrettem, który i tak nic nie widział.
- Ej, to może – HIK! – zaczniemy coś w końcu a propo, yyy… Dorkasa Dobrodzieja…?

***

Złodziej, po wysłuchaniu mało istotnych, pijanych planów odnośnie Dorkasa Dobrodzieja, postanowił stąd uciec. Nawet wiedział, jak.
Nagle wstał wraz ze stołem, podbiegł do wyłącznika światła, użył go, odrzucił mebel na najbliższego Nadzorcę, otworzył i zamknął drzwi, bezczelnie je zakluczył znalezioną „stajnią”. Wszystko zajęło zbyt długo jak na złodzieja - siedem sekund – i na tyle długo, by zdezorientowani i podpici przestępcy nie zdążyli skutecznie zareagować. Złodzieja przestało obchodzić udawanie lorda Gary’ego Madisona. Uciekając najszybciej jak mógł, starał się opanować ból dłoni i nóg oraz przywyknąć do wyprostowanej postawy. Powiew zniszczył mu przylizaną fryzurę.
Zbiegając po schodach na parter, dotarł niedługo do Hali Bankietowej. Ci z gości, którzy mogli, tańczyli, reszta – jadła, piła i spała przy stołach. Marla, niestety, zaliczała się do tych ostatnich.
- Cholera, dziewczyno, coś ty z sobą zrobiła?!
- Noo i cooooo, Garrrruuś, jak byłooo…?
- Musimy zwiewać stąd, wstawaj! Szybko!!!
- Taaak, tańczmyyyy!
Paserka swoim podpitym krokiem spowalniała tą złodziejską parę, lecz przynajmniej zachowywała dobry kierunek, naprowadzana przez Garretta. Przez nią zmęczony złodziej, wciąż nieprzyzwyczajony po kilkugodzinnym ukrywaniu się pod stolikiem, również wyglądał na będącego pod wpływem. Gdy spieszyli się jednym z korytarzy, natknęli się na człowieka, wcześniej sprawdzającego zaproszenia. Rozpoznał ich. Zanim zawołał strażników, którzy by ich wyprosili, mistrz złodziei zdecydował się na silne kopnięcie w brzuch. Dzięki temu mężczyzna zaniemówił i skulił się na jakiś czas. Dosyć krótki czas.
Wybiegli z hukiem przez główne wejście. Pilnujący drzwi strażnicy z halabardami nie poczuli się zobowiązani do reakcji większej niż obrócenie głów na zdarzenie. Marla i Garrett przebiegli przez dziedziniec i bramę. Stały za nią oczekujące karety. Jeden z przewoźników odmawiał świadczenia usług osobie, która nie zapłaciła mu wcześniej. Dał się jednak nabrać na bajeczkę o żonie z ostrym zatruciem i o tym, że w Południowej Dzielnicy mieszka dobry lekarz.
Usiedli w środku, konie wraz z pojazdem ruszyły. Oddalili się od siedziby Rady Miejskiej. Nagle Marla, będąca do tej pory w półleżącej pozycji, wybuchła w pretensjonalny sposób.
- Garrett!
- Hm? Co z tobą?
- Dlaczego nie chciałeś tańczyć?! Dlaczego nie było cię tak długo?! I dlaczego nie raczyłeś mnie wziąć na ramiona, kiedy uciekaliśmy?! W dodatku nie przytuliłeś mnie teraz, w karecie! Dlaczego, pytam?!
„Hmm, przypomniała sobie, że jest kobietą?...”
- Zaraz, ty… udawałaś?
- A jakże! Nie jestem pijana! Ani otruta! Wykorzystałam to, że nie wiesz, jak płeć piękna wygląda w takim stanie! I wiesz co? Teraz już wiem na pewno - wszyscy faceci są tacy sami!!!
Kareta gwałtownie zahamowała, na polecenie woźnicy i jego lejców.
- Co ja słyszę? – odezwał się do pasażerów – Wszystko w porządku? W takim razie z wozu! Honorarium, proszę!
Jakoś nie mieli zamiaru się spierać. Wysiedli i od razu, zgodnie, uciekli w uliczkę zbyt wąską dla karety. Bluzgający za nimi woźnica nie mógł ich ścigać.
- Już ci lepiej, Marla?
- Nie. Dopóki się nie zmienisz, nie będzie lepiej.
- Ach, ja mam się zmienić? Śmiechu warte.
Wedle tego, co mówiła paserka, nijak nie dało się wywnioskować, czy przyjęcie urodzinowe sześcioletniego syna bratanka Barona uważała za udane. Ale złodzieja to nie obchodziło. Wiedział już, kto będzie jego następnym celem.
Przemierzali wśród nocnej czerni Wysokie Miasto, Nowy Targ, Południową Dzielnicę i Skalny Rynek. Złodziej próbował nie udzielać się w pseudo-kłótni, która trwała przez cały, powrotny czas. Starał się zaplanować kolejny wypad, który tym razem miał mieć miejsce we Wschodnim Porcie.
Nie przejmował się tym, że w zamian za ujawnienie lokalizacji sekretnego pokoju zebrań, obiecał obcemu patrycjuszowi podzielenie się nabytymi tam informacjami. Marlą nie przejmował się również.
Bardziej niż przez nią – i przez całą tą uroczystość - niezadowolony był z powodu tego, że obecnej nocy nie skradł nic wartościowego.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 kwi 2012 16:14 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Taka, a nie inna pora zmusiła mnie do zamieszczenia dwóch ostatnich już rozdziałów Części I w nieregulaminowym terminie. Zwyczajnie chcę zaoszczędzić czas na nauczenie się na matury.
Here we go.




08: Papier

Biel, czerń i błękit
Słońce i rzadkie chmury
Wiszą nad morzem.

Piasek i fale
Dwie linie walczą przy mnie
Kres mojej drogi.

Wysoka góra
Broni doliny i wsie
Zamkiem na szczycie.

Wojowniczy cień
Przenika między ludźmi
Unika światła.

-- tradycyjna poezja cyrijska autorstwa korsarza imieniem MASAHIDAJ KUBIHAJ





Oboje, zarówno złodziej, jak i paserka, byli bardzo zmęczeni. Zmogła ich nie tylko noc w budynku Rady, ale również piesza podróż w stronę wiadomej paserni. Chyba właśnie przez ten stan Marla jakimś cudem pozwoliła Garrettowi spać w swoim domu. Na podłodze. Tylko i wyłącznie. Najzabawniejsze – ale zgoła przykre dla Garretta – było to, że nie był to jedyny warunek przebywania w tym miejscu. Marla zmusiła go do ubrania się w piżamę z dziecięcymi wzorkami. Dziewczyna argumentowała to tym, że mając na sobie standardową, złodziejską odzież, znów naniósłby brud i smród. On powiedział, że przecież może się położyć w „lordowskim” ubraniu, ona, że ubranie owo powinno zachować się w jak najlepszym stanie, aby jego cena nie spadła. Chciała bowiem zwrócić je znajomej złodziejce, zgodnie z umową.
„Piżama… w HIPCIE?! Że jak?! Mam to na siebie włożyć?! Gdzie produkują coś takiego, w Bohn?!

No dobra… Skoro takie, a nie inne panują tu wymogi. Gdzieś spać muszę. Ech…”
Kobieta była tak wykończona, że następnego dnia nie miała zamiaru prowadzić swojej oficjalnej działalności. Wywiesiła więc szyld „DZISIAJ RÓWNIEŻ NIECZYNNE” i spała przez większą część dnia. W swoim łóżku, nieopodal Garretta, również leżącego na pierwszym piętrze.
Kiedy złodziej się obudził, Marla wydawała się być całkiem zwyczajna. Znów go zaskoczyła. Przygotowała mu śniadanie, a w zasadzie kolację złożoną z jajecznicy na szynce i z ciepłej herbaty. Nie zamorskiej, nie z przemytu, ani nie usypiającej. Normalna, zwykła herbata pochodzącą z Miasta. A może z okolicznych, pogańskich terenów. Któż to wie.
Po wspólnym posiłku Garrett, cały czas noszący „hipcie”, postanowił wydać w tym sklepie nieco pieniędzy. Ze wszystkich ciężko zarobionych na złodziejstwie monet zostało mu w sumie pięćset dziewięćdziesiąt jednostek. Niemal cały sprzęt kupował od zera – w przypadku Marli był to jeden granat błyskowy. Mistrz złodziejski posiadał jeszcze cztery kryształy mchowe z włamania na teren De Perrina. Nie zdecydował się na nabycie peleryny, którą zresztą paserka nie dysponowała. Podobnie jak chodzi o kołczan, w którym mężczyzna mógłby przechowywać amunicję do nowego łuku. Tego, który skradł Strażnikowi Miejskiemu podczas wypadu na majątek kupca. Póki co Marla spakowała wszystko w worek na łupy.
Aby nie wchodzić na posesję Masahidaja Kubihaja z niczym, Garrett musiał się jeszcze trochę pomęczyć. Ubrał się w coś normalnego, wyszedł. Znów miał problemy ze Strażą Miejską. Odebrał z zakładu Noaha Jerma naprawione, mechaniczne oko, oddając pożyczone, szklane. Ku swojemu zaskoczeniu widział przez nie nieco wyraźniej niż kiedyś. Później odwiedził dwa sklepy czarnorynkowe – „Dobrze Wyposażonego Złodzieja” na Czarnej Alei i „Odmęt” w Dokach. Dziwił się, że po niedawnych rewelacjach Straży Miejskiej jeszcze tu stoją. W pierwszym sklepie zakupił trzy strzały wodne, w drugim – wyjątkowo tani kołczan oraz duży, czysty kawał pergaminu. Sprzedawca w Dokach miał najlepszy sprzęt dla typów spod ciemnej gwiazdy. Niestety, wbrew oczekiwaniom Garretta, na pelerynę nie starczyło pieniędzy, a wspomniany, używany zresztą kołczan nie posiadał paska do przewieszenia przez plecy. Zaczepił go więc niechętnie na pasie od spodni, po swojej prawej, na naprędce obmyślonym zawieszeniu z haczykiem.
Ze wszystkich oszczędności, skrzętnie gromadzonych na najem nowego mieszkania, Garrettowi pozostało dziesięć jednostek.
Jego fundusze skurczyły się jeszcze bardziej, gdy wstąpił do pewnej karczmy, na granicy Dziennego Portu i Wschodniego Portu. Tutaj, przy pomocy zakapturzonych informatorów, nakreślił plan rezydencji na nowym pergaminie. Był on bardzo ogólny, gdyż wszystkie informacje pochodziły od osób godzących się na danie darmowych, podstawowych informacji. W przypadku barmana złodziej postanowił wydać pozostałe dziesięć na bardziej szczegółowy zarys kilku budynków w posiadłości.
Posesja zdawała się być fortecą z papieru o niespotykanej, egzotycznej architekturze.
Garrett od dawna znajdował się po wschodniej stronie rzeki Fae. Ruszając dalej na wschód, minął nowoczesną świątynię Młotodzierżców. Było to dawne seminarium Mechanistów, w którym mistrz złodziejski podsłuchał Ojca Karrasa i szeryfa Truarta. W czasie swojej wyprawy do Masahidaja przeszukiwał wszelkie trawniki, kałuże, fontanny, pochodnie i ujścia szybów wentylacyjnych. Dzięki takiemu postępowaniu zebrał kryształy żywiołów: pięć mchowych, cztery ogniowe, aż trzy gazowe i szesnaście wodnych. Wystarczająco dużo, aby skutecznie przeprowadzić dzisiejszą, nocną jak zawsze akcję.

***

„Hmm. Egzotyczne? Na pewno. Papierowe? Z pewnością nie.”
Niezbyt zaludniona dzielnica, jaką był Wschodni Port, nie posiadała zbyt dużo potężnych budowli. Dlatego tak zwana Papierowa Rezydencja, w połączeniu z odosobnioną lokalizacją blisko granicy metropolii, zdawała się być bardzo wysoka. Przyczyniały się też do tego specyficzne mury. Do trzech czwartych wysokości składały się z kamieni, ułożonych gładko pod kątem trzydziestu stopni do podłoża. Dalej przeistaczały się w pionowe, białe ściany, zwieńczone ciemnymi, pochyłymi dachówkami. Wieże z dwoma kondygnacjami, oddzielonymi takimi samymi dachówkami, stanowiły narożniki posiadłości.
Równie osobliwie wyglądała drewniana brama, przez którą złodziej nie zamierzał się przedzierać. Zwrócił uwagę na fakt, że w skalistej części muru istnieją takie same szczeliny, jak w innych konstrukcjach w Mieście. Pochyłość jedynie ułatwiła mu dostanie się pod ciemny daszek z dachówek. Najbardziej kłopotliwe okazało się podskoczenie na wysokość, która umożliwiłaby mu ich chwycenie. Z niemałym wysiłkiem udała mu się ta sztuka. Dopiero za trzecim razem. Ostatecznie zeskoczył na trawnik po drugiej stronie.
Plan architektoniczny okazał się bardziej skomplikowany niż Garrett przypuszczał. Wspomniany trawnik rósł na równinie, która najwidoczniej została sztucznie usypana. Z tego miejsca widział jedynie biel górnej części muru za sobą, kończącą się na zieleni trawy. Znajdował się więc na wielkim tarasie, stojącym ponad gruntem Wschodniego Portu. Drugi taki - jeszcze wyższy, ale mniejszy powierzchniowo - zbudowany został w przeciwległej części fortecy. Odgradzające wszystko mury składały się z wielu prostych fragmentów, usytuowanych względem siebie pod różnymi kątami, niczym nieregularne zygzaki. Ponad całością wznosiły się wielkie, siedmiokondygnacyjne wieże, stylem przypominające te stojące w narożnikach. Najdalsza z nich była też tą najszerszą. Charakterystyczne dla niej było również to, iż poszczególne jej piętra różniły się wielkością - każdy kolejny poziom miał mniejszą powierzchnię niż poprzedni. Z tego, co wypatrzył Garrett, zwieńczał ją też inny dach. Lecz nie widział wszystkiego zbyt dokładnie. Nabywaną o tym miejscu wiedzę pozyskiwał głównie dzięki tajemniczym źródłom światła, rozwieszanymi na linach między poszczególnymi budynkami. I nie tylko.
Mistrz złodziei pierwszy raz oglądał coś takiego. Obserwował wszystko dookoła, w widokach zwykłym i podświetlonym w swoim oku, aby zrozumieć przestrzenny rozkład tych niezwykłych konstrukcji.
„Mają rozmach, sku... znaczy się, ci łacherzy.
Podobno ten cały Kubihaj posiada zacną broń, a jej zdobienie nie składa się tylko ze złota... Zgaduję, że znajdę ją w najważniejszym budynku. Pokręcę się tu i ówdzie, zobaczę, o który chodzi. Z mapy nie da się tego wywnioskować, niestety.”
Poszedł w swoje lewo.
Ścieżką złożoną z płaskich, szerokich kamieni dostał się do środka jakiegoś jednopiętrowego budynku. Jego ściany nie były całkowicie zbudowane z papieru, jak donieśli miejscowi sprzedawcy informacji. Zapewne powiedzieliby inaczej, gdyby Garrett im zapłacił. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że są to ściany złożone z rzadkich podpór z drewna i swoistej siatki z tego samego materiału. Właśnie w siatkę dwuczęściową, bo widoczną również z zewnątrz, wetknięto płachty z białego papieru. Złodziej zastanawiał się, czy w nadchodzącej zimie nie będzie w środku zbyt niskich temperatur. Ale nie uznał tego za swój problem...
O podłogę musiał ktoś bardzo dbać, gdyż jej absolutnie gładkie i błyszczące deski sprawiały wrażenie wręcz wypolerowanych. Mistrz złodziei wypróbował, czy aby nie są zbyt głośne. Nawet się nie ugięły. Ruszył do środka. Nanosił brud z każdym krokiem, czego nie był świadom. Skręcił w prawo, by krótkim korytarzykiem wyjść na większe pomieszczenie.
Lecz korytarzyk prowadził do demona.
Demon chyba patrzył, choć oczu nie posiadał.
Złodziej stał nieruchomo. Demon siedział nieruchomo.
Nie zareagował na intruza.
„A niech mnie... To stojak na zbroję. Widziałem kiedyś niektóre. Z tym tylko, że tamte ‘stały’ i były płytowe. To coś naprzeciwko nie dość, że ‘siedzi’ i emanuje odcieniami czerwieni, to jeszcze ma taki rogaty hełm. I półmaskę, która wyobraża jakiegoś wąsatego stwora. ‘Siedzi’, a ręce... nie, to są rękawy kolcze. Rękawy przechodzą w karwasze, które chronią też dłonie. A ‘dłonie’ nic, leżą sobie na skrzyni u spodu, niemal dotykając oparte o nią nagolenniki.
Cholera. Wygląda jak żywe.
Ma straszyć nieproszonych gości? Bardzo śmieszne.”
Z boków korytarzyka (i zbroi lamelkowej) odchodziły jeszcze węższe, prowadzące do pomieszczenia za zbroją i ścianą. Garrett skierował się w ten po lewej.
A oczy demona się otwarły.
I nie obracając głowy, obróciły wzrok w stronę złodzieja.

***

Obrabowywał kolejne pomieszczenia. Zdziwił się na początku, że drzwi wyglądają tak samo jak ściany i że są przesuwane. Za pierwszym razem o mało nie przebił na wylot jednej pary.
Niepokoiły złodzieja trzy rzeczy. To, że drewniano-papierowe ściany są raczej białe, więc ciemne ubranie wyróżnia go na ich tle (a miało służyć do zamaskowania sylwetki, co wszędzie indziej spełniało swoją rolę). To, że pomieszczenia bywają obszerne i puste, co sprawia, że jeszcze trudniej się ukryć. Trzecią było natomiast nieznane mu uczucie. Podobne do tego, kiedy ktoś go śledził i na które nie reagował entuzjastycznie, mówiąc jedną ze swoich ulubionych sentencji. Lecz nie identyczne.
Uczucie to nie było mu do końca znane, gdyż zazwyczaj to on kogoś obserwował z ukrycia.
Złodziejowi nawet przez myśl nie przeszło, że ktoś inny może być panem najbliższego otoczenia. Nieświadomy, przez długi czas nanosił butami coraz więcej brudu. Zorientował się dopiero po opuszczeniu tego budynku, przy zasuwaniu drzwi.
Nie pojmował korsarskich zwyczajów. Dziwił się, dlaczego we wnętrzach wszyscy noszą szlafroki, a na zewnątrz dziwne zbroje i stożkowate kapelusze. A niezależnie od tego, gdzie się znaleźli – mieli dwie szable wetknięte za biały pas, po jednej na każdy bok. Jedyny Prawdziwy Opiekun stwierdził, że robią to z militarnego sentymentu do piractwa. Albo z przyzwyczajenia. Albo z przezorności. Nie mógł się zdecydować.
Niektórzy posiadali, dodatkowo, łuki refleksyjne.
Na zewnątrz skradanie się uznał za zdecydowanie bezpieczniejsze. Strzały wodne, wystrzeliwane w wiszące lampiony, całkowicie je przebijały, ale jednocześnie też gasiły. Miękka trawa i więcej mrocznych barw umożliwiły mu przedostanie się od wschodniej pagody do przystani. Tak, forteca znajdowała się nad brzegiem morza i miała własną przystań. Z owego miejsca wychodziło całkiem długie molo, które zaczynało się bramą-symbolem o dziwnym kształcie. Natomiast kończyło unoszącą się sponad wody platformą, osłoniętą od góry zaokrąglonym obustronnie dachem. Był tam również zacumowany statek, jakiego Garrett jeszcze nigdy nie widział.
Statek przywodził mu na myśl pływającą skrzynię, na wierzchu której stała jeszcze mniejsza skrzynka oraz dwa maszty o niespotykanych żaglach. Z kształtu i budowy przypominały one pomarańczowe płetwy jakiejś egzotycznej ryby. Zamocowane były w zupełnie inny sposób, niż u klasycznych żaglowców. Całość widoczna była w pełnej okazałości, ponieważ „skrzynia” właśnie odpływała ku dalekiemu horyzontowi. Garrett zobaczył też, że oprócz napędu wiatrowego napędzały ją rzędy wioseł po obu stronach. Była więc swoistą galerą.
Choć przedostanie się do magazynu na końcu utrudniały charakterystyczne lampiony, złodziejowi udało się ominąć wzrok strażników w kapeluszach. Skośnoocy obcokrajowcy załadowali skrzynie na dwie dwukołowe taczki i poczęli wywozić je przez molo do wnętrza rezydencji. Garrett domyślał się, że przynajmniej część zawartości może być cennymi, rzemieślniczymi wyrobami z Cyric, toteż poszukał odpowiednich skrzynek. Tylko w jednej z nich złodziej mógł znaleźć coś dla siebie. Napisano na niej „ŁUPY”. Co ciekawe, wszystkie oznaczenia zapisane były w zrozumiałym języku, to jest w prinkijskim, jednak namalowano je strzelistą i zamaszystą czcionką, którą ciężko było odczytać.
„<<ŁUPY>>. Heh. To wygląda jak prezent urodzinowy dla mnie!”
Najwidoczniej była to zagarnięta przez piratów własność cudzej floty. Nie stwierdzono obecności cyrijskich wyrobów. Po otwarciu skrzyni, opróżnieniu i zamknięciu dla niepoznaki, Garrett zawrócił na molo.
Miał teraz dobry widok na główną wieżę Papierowej Rezydencji, zajmującą całą południowo-wschodnią część. Została zbudowana na potężnym nasypie, podpartym z boków przylegającymi, pochylonymi murami z kamienia. Można powiedzieć, że wyrastał on z wody, piaszczystej plaży i niższego, naziemnego tarasu. Tak jak mistrz złodziejski widział już wcześniej, piętra wieży posiadały różną szerokość. Potwierdził też inny kształt dachu, który różnił się od dwóch pozostałych, najwyższych wież. Specyficzne lampiony i lampy, rozwieszone na wszystkich wysokościach i w każdym obszarze posiadłości, nie podpowiedziały mu, na czym owa różnica polegała.
Oglądając ją, zwrócił też uwagę na pogodę. Niebo było bezchmurne, minimalnie jaśniejsze niż czerń, zapewne przez gruby sierp księżyca, z każdą nocą dążący do kolejnej pełni. Morskie powietrze i fale udzielały złodziejowi odświeżających podmuchów i szumów. Kilka odległych mew, słabo słyszalnych stąd, postanowiło nie spać i latały z nieznanego powodu w pobliżu murów Miasta na wschodzie. Zbudowano tam swoisty kompleks baszt, mający skutecznie chronić metropolię zarówno od strony morza, jak i lądu.
Po chwilowym odpoczynku Garrett postanowił nie dać się złapać wracającym taczkarzom. Ruszył więc szybko przez molo, póki jeszcze nie wracali.
Potem skierował się na swoje lewo, czyli na zachód.

***

Chciał dostać się do pagody. Jednak urządzony przed nią, piracki turniej pojedynków na szable uniemożliwiał dostanie się tam standardowymi środkami. Złodziej przypatrzył się zgromadzeniu. Rozmawiało po prinkijsku, jednak z bardzo charakterystycznym akcentem, przywodzącym na myśl agresywne kłótnie. Wbrew nerwowości w wymowie, ich zachowania względem siebie nie były groźbami czy wyzwiskami. Walczący w turnieju mieli różne taktyki. Część walczyła obiema szablami, część pojedynczą. Później w ruch poszły też włócznie. Stosowali różne postawy, sposoby trzymania broni, akrobacje i elementy walki wręcz: na przykład kopnięcia, ciosy wolną ręką, dźwignie czy rzuty. Garrett nigdy nie widział takiej zaciekłości w okrzykach, w atakach i w wyrazach twarzy. Dlatego zaskoczyły go postawy obu stron przed i po walce, a konkretniej: wszechobecne ukłony. Ze strony korsarzy spodziewał się raczej pijackiej burdy niż sportowej rywalizacji. Tymczasem wojownicy perfekcyjnie posługiwali się bronią i mimo niesamowitej, strasznej wręcz zapalczywości, nigdy nie ranili siebie nawzajem. Choć dla pewności nosili swoje niestandardowe opancerzenie.
Całość odbywała się przy świetle pochodni oraz akompaniamencie bębniarzy, dudniących w wielkie, ułożone wysoko w poziomie instrumenty. Wybijane rytmy tworzyły bitewną atmosferę, nawet Garrett przyznał w myślach, że gdyby on sam miał walczyć, przychodziłoby mu to łatwiej. Niestety, muzyka i hałasy nie podobały się wszystkim. Jacyś staruszkowie, będący sąsiadami fortecy skośnookich, z balkonu po drugiej stronie muru krzyczeli o obowiązującej ciszy nocnej. Zostali jednak zagłuszeni przez wiwaty widzów, wznoszących toasty przy pomocy jakiegoś nieznanego trunku.
„Zamorski alkohol... Marla nie może się o nim dowiedzieć! Bo znów coś wykombinuje z przemytu.
Dobrze, popatrzyłem sobie zza muru... Czas wrócić do pracy.”
Wiedział już, jak może się dostać do wnętrza wieży. Zamierzał posłużyć się metodą, która umożliwiła mu przedostanie się przez mur na samym początku. Tą samą, tylko zwielokrotnioną.
Aby podskoczyć choćby do pierwszego rzędu dachówek, mistrz złodziejskiego fachu zmuszony został zostawić worek z łupami na dole. Rzędy te nie były tak szerokie, jak w przypadku pierwszej pagody, więc sposób złodzieja mógł zostać zastosowany. Jeden z murów w miejscu, z którego zaczął wspinaczkę, oddzielał Garretta od turnieju. A stojąc na daszkach pagody, był przez nią osłonięty przed wzrokiem żółtych szermierzy.
Dachówki były niestabilne. Złodziej bał się, że spadnie.
Ale wziął się w garść.
Dopiero na ostatniej kondygnacji mógł dostać się do środka przez „odsunięte” okno. Zmęczył się po w sumie sześciu podciągnięciach w górę. Nieoczekiwanie siedział tam pewien skąpo ubrany, łysy pirat. Miał zamknięte oczy, więc chyba medytował. Garrett myślał, że wykryje intruza, jeśli ruszy się jeszcze odrobinę. Więc dla bezpieczeństwa zdjął łuk i wystrzelił strzałę mchową w jego twarz. Miał zamiar podbiec do krztuszącego się jegomościa i go obezwładnić pałką.
Jednak on usłyszał napinanie cięciwy. Otworzył oczy. Mimo maksymalnej szybkości strzały, zdołał się uchylić. Ściana z papieru za nim została obrośnięta zielskiem.
Bardzo szybko wstał, podbiegł do stojaka na szable, dobył broni i rzucił się z przeraźliwym krzykiem na złodzieja, trzymając brzeszczot nad głową.
Tak więc złodziej skorzystał z drugiego atutu: bomby błyskowej.
Wcześniejsze modlitwy nie mogły pomóc korsarzowi.
Po odebraniu mu przytomności Garrett okradł wszystkie piętra pagody. Na parterze zawrócił na pierwszą kondygnację. Odkrył, że na każdej znajduje się możliwe do przesunięcia okno. Nie musiał więc wspinać się na ostatnią...
Wyłożył powsadzane w kieszenie kosztowności do pozostałych łupów. Leżały tam, gdzie je pozostawił.

***

Uczestników turnieju już tu nie było. Miejsce pojedynkowania się zostało opuszczone. Garrett wyczuł, że coś się dzieje.
Między wszystkimi murami rozpoczęła się bieganina. Opancerzeni kapelusznicy przeszukiwali teren z wyciągniętą bronią.
„Zauważyli, że ktoś nie posprzątał za sobą podłogi? Heh, ostry regulamin tu mają, poczytałbym sobie...”
Do pełnego rabunku brakowało mu jeszcze przedmiotów z głównej wieży. Przebiegający strażnicy nazywali ją Cytadelą. Aby się tam dostać, należało przejść przez swoisty labirynt złożony z zygzaków białych murów. Skośnoocy patrolowali również między nimi. Złodziej wykorzystywał jednak zakręty i wnęki do omijania zagrożeń. Użył całej swojej cierpliwości, wyczucia czasu i niemałego szczęścia, by dostać się do finalnej części rezydencji.
Aż czterech strażników pilnowało wejścia. Znów czekało złodzieja skakanie po dachówkach...
Zorientował się jednak, że w przypadku pierwszego piętra i wyższych, dobudowano dodatkowe daszki. Jedyne skojarzenie, jakie mogły przywieść na myśl, to widziany z boku egzotyczny dach, przedstawiony niejako w formie płaskorzeźby. Oznaczało to, że addycyjne rzędy umożliwiały przejście po nich na wyższe piętra! Garrett niedługo zamierzał to wykorzystać do swoich celów.
Murów samej Cytadeli nie zrobiono z papieru, a jedynie ściany wewnątrz. Do środka dostał się poprzez okno w ścianie na pierwszym piętrze. Panowały zupełne ciemności. Garrett uruchomił więc mechaniczne oko. Zobaczył, że przed schodami na górę stoi pojedynczy strażnik. W ciemności.
„Czy mi się tylko wydaje, czy ktoś tu wychodzi z założenia, że wyłączając z użycia swój wzrok, wytęży swój słuch? Ja sam tak czasem robię, ale nie przypuszczałem, że ktoś inny może na to wpaść.
Ten żółty łacher ma na celu usłyszenie, nie zobaczenie przeciwnika. Widzę, że ma zamknięte oczy... Czyli co: w zamian za to, że mogę stosować jaśniejące oko bez obaw o zobaczenie mnie, muszę dwa razy bardziej postarać się o wyciszenie kroków.
Wyżej się nie przedostanę tak łatwo... Chyba użyję tamtych dachówek. Tam, mimo silnego wiatru, będzie jednak bezpieczniej. Jednak zanim pójdę na górę, przeszukam parter.”
Ostrożnie, w ciemności, przedostał się do schodów na dół. Nie zastał tam nic ciekawego oprócz odwróconych tyłem, widzianych już wcześniej strażników na końcu długiego korytarza. Wrócił więc. Z pomocą okien i dachówek, mógł przedostać się na drugie piętro, by sprawdzić, czy nie ma tam nic cennego.
Tak postępował przez wszystkie kondygnacje, które to zbudowano na planie kwadratu.

***

Dotarł na ostatnie piętro Cytadeli, które było… jurtą.
I to właśnie była kwatera Masahidaja Kubihaja. Mistrz złodziejski nie zastanawiał się, gdzie w tej chwili może przebywać wrogi gospodarz. Bardziej zaciekawił go wygląd wnętrza namiotu. Był to istny bałagan. Ponadto rozwieszono pełno kunsztownie wykonanych dywanów i ozdób z papieru, potęgujących wrażenie nieporządku.
Tylko jedno miejsce zdawało się być czyste.
Niemal pod samą płachtą jurty, naprzeciwko, stało niemożebnie niskie biurko. Przed nim zaś jeden z dywanów i czerwona poduszka. Garrett ją podniósł. Wyszyto napisy po jej obu stronach.
„<<Dziś NIE, kochanie>>, <<Dziś TAK, kochanie>>. Jasna cholera…
Tylko małżeńskiej poduszki mi tu brakowało. Co dalej? Egzotyczny dywan z wizerunkiem tańczącej kurtyzany…?
W sumie… Marla mogłaby pozować jako wzór. Zgodziłaby się. Ech…”
Złodziej odłożył poduszkę i uklęknął przed biurkiem. Przeglądał leżące tu papiery w nadziei znalezienia ważnych dokumentów. Znalazł jedynie wersję roboczą osobistej poezji Masahidaja, którą Garrett się nie zainteresował.
Za to zwrócił uwagę na stojak na szable, usytuowany tuż za meblem.
Z boku kojarzył się z rogami jelenia. Były tu trzy dwuręczne brzeszczoty jednakowej długości, z czego ten najwyższy wyróżniał się najbardziej. Jego rękojeść pokryta była skórą nieznanej w Mieście, białej ryby. Miała szorstką powierzchnię, co sprawiało, że rękojeść dobrze trzymała się dłoni. Jelec tarczowy, okrągły, z ośmioma wcięciami, z kształtu przypominał kwiat. Złoto-niebieski, misterny, mikroskopijny wręcz grawerunek na nim przedstawiał scenę bitwy morskiej. Odwzorowano nawet najmniejsze szczegóły, choć na wyrzeźbienie twarzy walczących nie starczyło już miejsca. Złodziejski mistrz chwycił broń za pochwę, podniósł, wyjął z pewnym trudem. Jej głownia była ostra jak brzytwa, jednosieczna, zadbana, błyszcząca. Wykonano ją z najlepszej znanej w świecie stali. Posiadała specyficzną linię hartowania, wyglądającą jak wzburzone, morskie fale.
Garrett zastanowił się, jak zabierze stąd to ponadmetrowe narzędzie mordu. W końcu wymyślił, że w dwóch miejscach zawiąże pochwę szabli jedwabnym paskiem, znalezionym wśród sterty gratów. Dzięki temu mógł przewiesić całość przez plecy, tak, że rękojeść wystawała ponad prawym ramieniem.
Poza szablą wziął mnóstwo błyskotek i wartościowych ozdób z reszty namiotu. Worek na łupy zawiesił z kolei na lewym ramieniu. Poczuł się jak… bogaty wojownik. Jak pirat po grabieżczym abordażu.
Wracając, nie chciało mu się męczyć ze stąpaniem po wątpliwych dachówkach. Postanowił więc ogłuszyć od tyłu wszystkich strażników odpowiedzialnych za schody, uprzednio zostawiając worek z tyłu, by mieć wolną rękę. Zamiar się udał na wszystkich tych piętrach, gdzie stali.
Było dziwnie cicho. Garrett, z szablą i pozostałymi dobrami na plecach, szedł zadowolony przez korytarz wyjściowy na parterze Cytadeli. Widział rozchylone drzwi naprzeciwko. Straż gdzieś uciekła. To tylko wzmogło w złodzieju poczucie bezpieczeństwa.
Jeden z zastosowanych tu podstępów.
Nagle, z hukiem zatrzasnęły się z obu stron.
Zawiał wiatr.
Złodziej zatrzymał się, ponieważ nie mógł się ruszyć.
Mimo że nic go nie trzymało.
Magia? Czary?
Czerń.
Poczuł… strach. Jakby nieznana, mroczna siła, zespolona z całym otoczeniem, miała kontrolę ponad wszystkim.
Była złowieszcza, groźna, złowroga. Otoczyła go ze wszystkich stron.
Chciała go zabić.
Słyszał jakieś szepty.
Nagle usłyszał:
- Powitać barbarzyńcę. Nazywam się Masahidaj Kubihaj.
Odwrócił się. Za nim, w jego stronę szedł łysy mężczyzna. Jego długie wąsy i równie długa, cienka broda były czarne, cera żółta, a oczy zielone i skośne. Odziany był w brązowy, niezwykle ozdobny, ekscentryczny wręcz szlafrok. Miał na sobie też biały pas, przy którym, o dziwo, nie sterczały szable. Dziwne buty na jego stopach wykonane były z niedźwiedziego futra. Być może dlatego Garrett nie usłyszał jego kroków. Masahidaj przemawiał spokojnie i uprzejmie, lecz z niespotykanym akcentem:
- Złodzieju, ty zapewne potwierdzisz moje słowa. Na pewno okradłeś już wiele razy patrycjuszy, właścicieli ziemskich, zakonników i nie tylko. Ale mimo to myślę, że nigdy nie zastanawiałeś się nad pewną rzeczą. Rzeczą bardzo prostą i prymitywną wręcz, a jakże skuteczną! Ja bowiem jestem zdania…
Spod sufitu wychyliły się jakieś czarne, niewidoczne postacie.
- …że najlepsza ochrona to taka, której nikt nie widzi.
Garrett patrzył w górę, lecz nikogo nie mógł dostrzec, nawet w noktowizji. Wiedział jednak, że ktoś tam jest. Dach był cały pokryty cieniem.
- Dziwne jest to, że nikt w Mieście nie wpadł na podobny pomysł. Kilku ograniczyło się do zamontowania pułapek w swoich rezydencjach. I to wszystko. Nie byłeś przyzwyczajony to obcych rozwiązań, Garretcie. I dlatego mogę teraz zrobić z tobą, co zechcę.
Złodziej bał się. Kombinował, jak stąd uciec.
- Pozwól mi zgadnąć... Dostałeś się tu, przechodząc ponad murem, czy mam rację?
- Nawet jeśli, to co?
- Czyli to prawda. Ja i mój architekt nie zwróciliśmy uwagi, że tradycyjny styl może ułatwić dostęp na teren fortecy... U nas, w Cyric, nie musieliśmy się tym przejmować. Tylko Miasto jest wypchane złodziejami po brzegi! - stwierdził.
- Chyba nie jesteś na bieżąco, Kubihaj. Nie zdziwiłbym się, gdybym był tym ostatnim.
- Tak, słuszna uwaga. Tak, wasza sytuacja zaczyna się zmieniać. Tak więc dobrze, że tak się składa. Cieszę się z takiego spotkania, Garretcie.
- Dlaczego? Nie rozumiem. Jeśli chcesz ugotować ostatniego żyjącego łachera, to od razu mówię, że nie jestem słodki w smaku.
- Ah-ha ha ha ha! - zaśmiał się skośnooki – Stereotypy! Uwielbiam, kiedy muszę je wszystkie negować… Złodzieju! Wbrew twoim obawom, nie mam zamiaru jeszcze bardziej zmniejszać złodziejskiej populacji, do której przyszło ci należeć. Nie jestem jednak pewien, czy tak się właśnie nie stanie…
- Nie rozumiem.
- Oczywiście, że nie rozumiesz. Spodziewałem się, że przyjdziesz.
- Że co? Teraz rozumiem jeszcze mniej…
Jeden z cieni nad Garrettem wysunął inny cień: podłużny, cienki i zakrzywiony. Wycelował.
- Widzisz – Masahidaj gestem nakazał schowanie broni swojemu człowiekowi – Znałem opowieści o tobie, jednak nie wiedziałem, jak cię odszukać w tym wielkim Mieście. Jeśli Nadzorcy sprawili ci pewną trudność, poszukując cię, proszę o wybaczenie – ukłonił się sztywno, zgodnie z zamorskim zwyczajem. Garrett lekko się zdziwił.
- A sprawili, wyobraź sobie.
- Wybacz mi, biały barbarzyńco. Ostatnio myślę, że nie do końca poprawnie odebrali moje zamierzenie… - wyprostował się - Chodziło mi bowiem o POCHWYCENIE, nie PRZECHWYCENIE. Może źle zaakcentowałem jakąś głoskę…? – zastanowił się.
„O matko.”
- ...Kubihaj, a ze Strażą Miejską też się „umawiałeś”?
- Straż? Nie.
„Szkoda. Byłoby jeszcze zabawniej…”
Garrett chciał się roześmiać, ale nie zrobił tego.
Liczyłem na osobiste spotkanie z tobą - rzekł korsarz – O twej nieuprawnionej obecności wiedziałem od momentu, kiedy jeden z moich podwładnych, udający stojak na zbroję, zauważył cię. Pozwoliłem ci jednak rozgościć się w moim domu, aby zrozumieć, czy aby faktycznie jesteś tym legendarnym Garrettem. Obserwowałem cię bez chwili wytchnienia.
Masahidaj zrobił trzy kroki w stronę złodzieja.
- Garretcie, złodzieju wszechczasów. Moją wolą jest posłużyć się twymi zdolnościami, aby… pozyskać pewien przedmiot.
- O, to coś dla mnie.
- Również tak myślę. Chodzi o…
Z niewiadomych względów mężczyzna zaniemówił.
- Rusznic!
- Co takiego?
- Tak zwany Rusznic – mówił dalej – Jest to przedmiot niezwykły. Legenda głosi, iż powstał on w ogniach Czarnej Rusznikarni, przeklętej przez bogów sekretnej pracowni. Pewien gorący czciciel Budowniczego, należący do ówczesnego Zakonu Mechanistów, zbuntował się i zbudował pod ziemią zakład, w którym produkował piekielną broń. Miał zamiar, w oparciu o nikczemną magię godzącą w imię Budowniczego, stworzyć narzędzie zagłady. Broń, z której pomocą dokonałby pomsty na każdym istnieniu, które kiedykolwiek mu zaszkodziło. Jednak nie udało mu się. Nie mógł zapanować na szachrajską mocą bluźnierczych zaklęć. Umarł. Jego ciało zostało spopielone, a dusza zaklęła się w niewielkim przedmiocie, który działał na proch. Tak powstał Rusznic.
- Który z patrycjuszy go odkopał? – zapytał niecierpliwy Garrett - Lord Bafford? Lord Gerwazjusz?
- Spokojnie, barbarzyńco. Odkopany został, to prawda. Lecz nie wiadomo gdzie, kiedy i przez kogo… Garretcie, widzę w tym przedmiocie wielki potencjał. Pomógłby on moim braciom w walce z tą barbarzyńską flotyllą z Bohn! Opuściłem ich właśnie dlatego: ze względu na poszukiwanie Rusznica. Moje zdecydowanie się opłaciło. Wiem już, gdzie go szukać. Potrzebuję jednak, jakby to ładnie ująć… wykonawcy.
- Wykonawcy brudnej roboty? Cóż, nadaję się do tego w sam raz. Jakieś szczegóły?
- Powoli, Garretcie. Musimy coś ustalić, zanim ujawnię ci lokalizację.
- Tak?
Masahidaj właśnie zmienił ton głosu na jeszcze bardziej oficjalny, znów się ukłonił.
- Czy wybaczysz mi mój niebezpieczny zapał, z jakim cię szukałem? Czy godzisz się na trudne i niezwykle wielkie, lecz ostatecznie opłacalne poświęcenie? I czy przysięgasz mi szacunek, braterstwo i zaufanie, jakim ja cię również obdarzam? Zechciej pracować dla mnie, miejski złodzieju. Oferuję dziesięć tysięcy na potrzebny sprzęt i dwa razy tyle jako nagrodę. Czy przyjmujesz moją ofertę?
Złodziej zastygł.
„Czy ja dobrze słyszałem? Łącznie TRZYDZIEŚCI TYSIĘCY?! Nie wierzę. O cholera!!!

Po głębszym i przyspieszonym zastanowieniu… W sumie…”
Złodziej uniósł głowę z zamyślenia.
- Nie idę na to.
Oczy pirata nie były już skośne, a stały się okrągłe. Z kolei jego brwi zwiększyły kąt nachylenia, a rysy twarzy podkreśliły swoją wyrazistość.
- Nie wezmę tej roboty. Wiesz, dlaczego? Bo jestem uprzedzony. Nie do cudzoziemców, ale do wszystkich ludzi, którzy próbują wejść w posiadanie przedmiotów siejących zniszczenie. Mam z takowymi niemałe doświadczenie, stąd moje słowa. Powinieneś znać to z opowieści.
- Moment, barba...
- Nie chcę słyszeć o podwyżce. Od czasu zlecenia pewnego patrycjusza nie chwytam się wielkooperacyjnych zadań. Mam po uszy wszystkich kłopotów tego świata. Swoich własnych również. Wychodzę.
I zawrócił. Żywe cienie, stojące za nim, nieoczekiwanie, posłusznie ustąpiły mu miejsca.
Szedł kamienistą ścieżką w kierunku bramy Papierowej Rezydencji. Pewny siebie, bez strachu, że ktoś zastrzeli go z łuku. Obawiał się jedynie o to, że łupy mogą zostać mu odebrane. Już miał się zbliżyć do strzegących bramy kapeluszników.
Nagle, w powietrzu przed nim pojawił się mroczny dym, z którego bardzo szybko wyłoniły się dwie sylwetki.
Zupełnie czarni wojownicy. Tak czarni, że nie było widać przejść pomiędzy poszczególnymi częściami ubrania czy ekwipunkiem. Jedynie skośne oczy, pomazane naokoło ciemną mazią, były dostrzegalne. Nie wyglądali na Egzekutorów, choć posiadali kaptury.
Natychmiast, bez słowa zaatakowali złodzieja. Ten nawet nie wiedział, co sprawiło, że jego twarz dotknęła trawy. W sposób bolesny.
Napastnicy od razu zabrali jego worek i skradzioną szablę.
- Skąd pomysł, że zapragnę cię wypuścić? - złodziej usłyszał głos pirata. Obrócił głowę na jego futrzane buty.
- Przyznam, że twe zadanie byłoby trudne. Prawdę mówiąc, nie istniałyby duże szanse powodzenia. Jednak jest to wykonalne, w zasięgu twoich możliwości. Ale nie będę cię zmuszać. Chociaż mógłbym. Znaj moją łaskawość.
Przed twarzą Garretta upadła wielka sakwa.
- Oto pięć tysięcy. Zachęta do owocnej współpracy. Drugie tyle otrzymasz, gdy zgodzisz się na dalsze działania. Przyjdź. Oferta wciąż aktualna.
I odszedł. Wojownicy chwycili mistrza złodziejskiego fachu.
Otwarto bramę, wyrzucono złodzieja, zamknięto bramę. Garrett turlał się po płaskim podjeździe niczym beczka. Zatrzymał się dopiero w kałuży. Wszystko go bolało, najbardziej brzuch i głowa.
Kiedy w końcu zdecydował się wstać... dostał z sakwy w głowę. Nie zabrał jej ze sobą, więc ktoś wyrzucił ją ponad murem rezydencji. Lekko się wysypała, kiedy Garrett znowu upadł. Mimo uderzenia, tym razem szybciej się pozbierał i chciwie zaczął chować zabłocone monety.
„Haha, co za frajer! Myśli, że będę chciał go znów odwiedzić? Nie ma łacherowej mowy. Zabieram mamonę, lecę kupić mieszkanko na własność i nie wychylam się przez najbliższe trzy dni! No chyba, że po mleko i bułki.
Ale takie sprawy załatwia się za dnia. Póki co muszę spać gdzieś indziej. Mógłbym wynająć pokój w zajeździe... Ale co tam. Zabiorę wszystko do Marli. Pewnie się ucieszy. Mimo tego, że to nie jej pieniądze...”
Zawiązał starannie sakwę, wstał i wziął ją na plecy. Zadowolony, ruszył na zachód.
Lecz zanim opuścił Wschodni Port, chciał w nim sprawdzić jeszcze jedną rzecz.

***

„Dzień dobry. Zastałem Izę?”
Przekroczył zewnętrzny mur Kuźni Dusz. Była to największa z budowli we Wschodnim Porcie. Przynajmniej kiedyś, gdyż teraz stoją tu jedynie ruiny.
Otworzył jej zniszczoną, metalową bramę. Było tu inaczej niż ostatnio.
Inne powietrze. Inna atmosfera. Inne kolory.
Inne głosy.
Coś bardzo nieprzyjemnego działało mu na umysł, na jego świadomość. Spojrzał na wprost, w dół.
Ciało Izoldy już tu nie leżało.
Ale jej krew – owszem.
Dziwne.
Z wizji nieznanego Egzekutora Garrett zapamiętał, że na bocznych ścianach wysmarowała napisy. Ruszył do nich.
Powietrze było coraz cięższe.
A głosy - wyraźniejsze.
Zobaczył. Do każdego, krwawego fragmentu podchodził z osobna.




PLAGA GRZECHÓW I SŁABOŚCI NASTANIE.

RATUJĄC NIEWINNOŚĆ, PRZEZ NIEWINNOŚĆ I STRACH URATOWANY ZOSTANIE.

KRAKEN SŁUSZNEJ SPRAWY WYPŁYNIE PO KLUCZ DO ILUMINACJI.

WYPACZENI PODMIANĄ ZATRACENI ZOSTANĄ, A SZACHRAJ WYŻSZY NIŻ SZACHRAJ UNIKNIE WYMIARU ZIEMI.

CIEMNOŚCI WIEK PRÓBĄ I ZAGŁADĄ.





„Niesamowite, co magia glifów potrafi zrobić z człowiekiem przez tyle lat.”
Wszystko zapisał na tyle mapy.
Pojawiły się Dzieci.
To ich głosy!
Uciekał. Widział, gdzie.
On wolny, one szybkie.
Brama daleko, one blisko.



Zdążył.


***

„Dzień dobry. Zastałem… Marlę?…”
Po zejściu schodkami do korytarzyka, tego pod Katedrą św. Edgara na Skalnym Targu, zdziwił się. Zobaczył krzątających się w pobliżu paserni Strażników Miejskich.
Dom Marli miał całkowicie zniszczone drzwi. Szyldu „DZISIAJ RÓWNIEŻ NIECZYNNE” nigdzie nie było.
Jeden ze Strażników wyszedł z wnętrza sklepu, następnie zameldował do dwóch innych, stojących przed wejściem:
- Nigdzie jej nie ma, poruczniku.
- Szlag! Zwiała nam! – odpowiedział jeden ze stojących – Jak to możliwe?
- Pojęcia nie mam, szefie. Byliśmy w pobliżu na dziesięć minut przed czasem, zgodnie z rozkazem. Kręciło się tu kilku typków, więc sklep był cały czas czynny.
- To wiem, zdawałeś mi przecież raport taktyczny. Choć, jak sam twierdziłeś, niekoniecznie byli to jej klienci… - westchnął - Ironshaw nie będzie zadowolony. Przeszukaliście okolicę, Lester? – zapytał drugiego stojącego.
- Tak – odpowiedział – Żadne krzaki, drzewa, płoty, ani nic innego nie skrywa jej łacherskiej osoby.
- Suka. Jeszcze ją znajdziemy. No nic. Oddział „Kaszalot”: wracamy! – rozkazał.
Garrett schował się tuż przy murze obok, w cieniu. Poczekał, aż przeciwnicy wyjdą i oddalą się na bezpieczną odległość. Doliczył się aż dwunastu Niebieskich.
„Kaszalot? KASZALOT?! Rany… Już lepiej brzmiałoby: Oddział „Hipcie”…
A propos Marli. Sytuacja… najwyraźniej nie jest najgorsza.”
Zajrzał do wnętrza jej domu.
Wszystko leżało rozwalone, poprzewracane, brudne. Nigdzie nie było śladu łupów, pieniędzy ani sprzętu złodziejskiego. Na drugim piętrze było tak samo.
- Marla, już sobie poszli, możesz wyjść – powiedział.
Cisza.
„Dziwna sprawa. Nawiała Niebieskim, wierzyć się nie chce. Coś tam jednak umie… Swoją drogą chciałbym wiedzieć, kiedy tu wróci. Jeśli wróci.”
Kombinował nad tym, gdzie mógłby zacząć jej szukać.
„Niech pomyślę. Znając jej, hm, temperament, raczej nie opuściłaby mnie, nie wyjaśniając, gdzie poszła. Może zostawiła dla mnie jakąś informację?”
Przeszukał cały parter i pierwsze piętro, każdy kąt. Nie próbował odchylać desek w poszukiwaniu potencjalnych schowków, gdyż… podłoga została zniszczona już wcześniej.
„Szlag, to bezsensu... Muszę się zastanowić. Gdzie Marla mogłaby zostawić kartkę z wiadomością, abym ja mógł ją znaleźć, a Strażnicy się jej nie doszukali?”
Pomyślał chwilę.
I wymyślił.
Odszedł do ściany blisko drzwi wejściowych. Ich brak powodował teraz przeciąg. Spojrzał w górę. Następnie wspiął się po drewnianych mocowaniach muru, by dostać się pod sufit. Będąc wysoko, przypatrzył się belkom. Jedna z nich - umiejscowiona dokładnie tam, gdzie Marla niegdyś wisiała pod sufitem - minimalnie odstawała od reszty. Odchylił ją.
Wyślizgnął się znad niej jakiś papier.
„Sprytnie, moja ty flądro!”
Garrett zeskoczył, ponieważ przedmiot spadł na podłogę. Nie był to zwykły list, wykonano go z papieru wysokiej jakości. W dodatku ładnie pachniał. Zupełnie jak jeden z kosmetyków paserki podczas przyjęcia w Radzie Miejskiej, w opinii Garretta będący jedynie „podejrzanym flakonem”.
Podniósł wiadomość i odczytał, co było w niej napisane.



Garuś!

Obyś znalazł tą wiadomość… Idę do Doków. Naprzeciwko bramy do Południowej Dzielnicy jest narożnik pewnego budynku. Dostań się za pomocą swoich rękawic na balkon powyżej. Następnie wejdź do środka przez drzwi. Tam się ukrywam.
Nie daj się złapać.

Całuję, Marla




„Aha.
No patrz pani, poradziłaś sobie.
Kurczę, nie chce mi się łacherować do Doków specjalnie dla niej… Już wolałbym iść do najbliższej gospody i się wyspać.
Ale z drugiej strony… sytuacja nie jest normalna. Lepiej się z nią skontaktować.
Nie chcę w przyszłości składać towaru u Tallo, tego dwulicowca, kiedy nie ma takiej potrzeby…”
Schował list i wyszedł.

***

Złodziej uczynił to, co sugerowane było w wiadomości. Wszedł na balkon jednopokojowego mieszkania na piętrze, które nie posiadało żadnych innych drzwi wejściowych. Garrett znał je jako dawny dom rybaka Eliego. Zapamiętał je dobrze, ponieważ rybak w swoim domowym pamiętniku napisał wzmiankę o podwodnym statku Mechanistów – „Cetus Amicus”, co bardzo go kiedyś zaskoczyło.
Wszedł do środka. Na łóżku siedziały dwie znajome twarze. Jedna była niezadowolona, a druga spokojna.
- Marla. I Tallo! Niech zgadnę: Marla ukrywa się przed Strażą, a ty po ostatniej wizycie zdecydowałeś się jej trochę „potowarzyszyć”. Mam rację?
- Hm? Nie rozumiem.
- Może to i lepiej…
Złodziej odłożył worek z pięcioma tysiącami, rozsiadł się w mieszkaniu.
- Garrett, Tallo ma do ciebie jakąś ważną sprawę – powiedziała normalnie paserka.
- Tak, w rzeczy samej – przyznał Tallo - Moja koleżanka, Cecylia, powiedziała mi o tobie. Chciała ci przekazać, że nie udało jej się odtworzyć Glifu Drzwi. Mówiła, że skupiła całą swoją wolę, wykorzystała całą wiedzę, ale nic to nie dało.
- Szlag.
- Mnie też to martwi. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy aby nie kłamałeś z tą opowieścią o Uniwersytecie. Ale przypomniałem sobie pewną rzecz… Kojarzysz, Garretcie, kim są Opiekunowie Egzekutorzy?
- Przepraszam, że wam przerwę – wyrwała się Marla – Cecylię znam, no dobra, ale o czym, do Szachraja, w tej chwili mówicie? Oświecicie mnie?
- Tallo opowie ci później o tym i o tamtym – odpowiedział Garrett - jeśli się zgodzi. W tej chwili nie mamy czasu. Niańko, wyjaśnij mi coś: najpierw chcecie mi wbić nóż w plecy, a potem pytacie się mnie, jak długie było jego ostrze? Wasza arogancja zakrawa już na bezczelność.
- Hm, więc to tak. Pamiętaj, Garrett, że w Bractwie istniał ścisły podział obowiązków. Myślisz, że każdy Opiekun o tobie słyszał? Nie. Ja właśnie teraz wywnioskowałem, że Egzekutorzy na ciebie polowali... To dobrze.
- Jakoś nie byłem wtedy uradowany. Teraz też nie jestem.
- Wierzę… Miałem na myśli, że dobrze, że ich znasz. To ułatwia sprawę.
- W jakim sensie?
- Zapewne wiesz również, iż oni… nie do końca są ludźmi. Ich ciała zostały poddane gwałtownej i bolesnej, glificznej metamorfozie. Zwiększyli dzięki temu swoje umiejętności bojowe. Rozumiesz, Garretcie?
- Że zwiększyli umiejętności bojowe? Rozumiem, całkowicie…
- Nie, nie o tym mówię. Wiesz, że Egzekutorzy… nadal żyją?
- Kurczę… - odezwała się Marla – Dlaczego nic z tego nie czaję… Nawet tego, że ktoś „zwiększył swoje umiejętności bojowe”…
- Egzekutorzy przetrwali Glif Ostateczny – ciągnął dalej Tallo – Oznacza to, że glify, które zostały wchłonięte w ich cielesne powłoki, nie zostały pozbawione swojej magicznej mocy. Gdyby było inaczej, nasi Opiekunowie do zadań specjalnych już dawno by umarli.
- Wiesz, może nie jest to poprawne myślenie - zastanawiał się złodziej, niezaskoczony tym, że wojownicy jeszcze egzystują - ale jeśli dobrze myślę... to efekty zewnętrzne, uzyskane dzięki glifom, są właśnie EFEKTAMI tamtego procesu. A proces już się zakończył, więc glify, które zostały wtedy użyte, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Siła zyskana przez magię glifów to skutek, który od chwili zakończenia owego procesu przestaje być powiązany z tymi waszymi znaczkami. Może tak być? Jak sądzisz?
- No, no, uruchomiłeś wyobraźnię, złodzieju - stwierdził paser - W pierwszej chwili mógłbym sądzić, że przeszedłeś kurs znajomości glifów. Lecz zmartwię cię, Garretcie. Z tego, co mi wiadomo, Egzekutorzy musieli codziennie odprawiać glificzny Rytuał Regeneracji. Czy wiesz, że nie musieli jeść ani pić? Do życia potrzebowali jedynie tego Rytuału. Przeistoczenie glificzne. Coś za coś.
- Heh, rozumiem. Ciekawe - przyznał złodziej.
- A ja dalej niczego nie ogarniam... - marudziła cicho Marla. Siedziała z niepocieszonym wyrazem twarzy, podpierając głowę na otwartych dłoniach. Nastała chwilowa cisza, po której mistrz złodziejski rzekł:
- Dosyć niedawno widziałem jedną z ich masek.
- Naprawdę?
- Tak, ale nie będę się rozpisywał na ten temat. Powiem tylko, że jakiś Egzekutor uratował mnie przed siedmioma bandytami, którym nie spodobała się moja facjata. Odnoszę wrażenie, że nawet umiał więcej, niż dawniejsi Egzekutorzy…
- SIEDMIU ludzi w pojedynkę?!
- To nie byli ludzie, tylko łacherzy, Tallo.
- Na Równowagę… Nieźle. Do tego, że umiał więcej, przekonywać mnie nie musisz… Ale… masz może na myśli jakąś konkretną rzecz?
- Hmm. Nie jestem pewien, czy wasi smutni panowie potrafili, yyy… hipnotyzować? Albo teleportować siebie i innych?
- Czy znali hipnozę lub teleportację? Skądże! W każdym razie nie słyszałem o takich przypadkach. Rozumiesz: ekspertem nie jestem, nie szkoliłem ich. W dodatku nawet wewnątrz organizacji ich istnienie trzymano w sekrecie.
- Wiadomo. Nikomu nie ufaliście, sobie nawzajem również.
- Biorąc pod uwagę, że na świecie istnieją tacy jak ty, złodzieju, nie mogliśmy zakładać, że w kręgu naszego Bractwa nie ma więcej person twojego pokroju. Zwyczajne środki bezpieczeństwa, to wszystko.
- Czuję się… dowartościowany.
- Zamilcz, Garretcie. Wracając do tematu, czy coś jeszcze rzuciło ci się w oczy podczas tamtego wybawienia?
- Pytasz zupełnie tak, jakbyś skądś wiedział o tym zdarzeniu.
- Tak? Sądzę, że odniosłeś mylne wrażenie. Od rozpadu organizacji widziałem raz czy dwa pewne niewielkie sekcje Egzekutorów, skaczące po dachach i zmierzające w niewiadomym kierunku. Pojęcia nie mam, dokąd się wybierali, albo u kogo znaleźli zatrudnienie. W każdym razie zaintrygowała mnie ich podejrzana obecność. Dostrzegasz to, złodzieju? Rytuał Regeneracji! Jeżeli Egzekutorzy jeszcze są aktywni, to znaczy, że nadal stosują glify! Właśnie to sobie uświadomiłem... Teraz wierzę w to, że Glif Ostateczny mógł okazać się... wadliwy.
- Aha, to miło. A co do twojej obecności tutaj, Tallo: ona również jest podejrzana.
- Hm? Czyżbyś mnie oskarżał?
- Tak. Czemu zmieniasz swoją postawę, głos, zależnie od tego, z kim i kiedy rozmawiasz? – zauważył Garrett - Masz teraz zupełnie inny ton niż w swojej paserni. Dokładnie taki, jak za pierwszym razem, kiedy się spotkaliśmy u naszej koleżanki po fachu.
- Hm? Ach, mówisz o paserni. Jesteś niesamowicie podejrzliwy, Garretcie. Widzisz… Opiekuńcze przyzwyczajenie. Drobiazg.
- Co on tu robi, Marla?
- Hę? - wynudzona dziewczyna ocknęła się - To ty nie wiesz? Nasz kolega po fachu również stracił pracę!
Cisza.
- Hm. To coś nowego.
- To nie jest śmieszne, złodzieju. Bez stałego zatrudnienia nie będziemy mogli ci pomagać. Rozważyłeś to?
Zamilkli.
- Jest ciężko... - stwierdziła dziewczyna - Nie mamy gdzie się podziać... A będzie jeszcze gorzej...
- Nie upadajmy na duchu, koleżanko.
Cisza. Taka, w której nie wiadomo, co powiedzieć.
- Dobraaa - przeciągnął się złodziej - My tu gadu-gadu, a pewnie nie zastanawialiście się jeszcze, co chcecie robić w najbliższej przyszłości, skoro Straż Miejska dobrała się wam do zadków. Jeżeli szukacie pomocy... to ja się na nią NIE piszę, od razu mówię.
- Garretcie – powiedział Opiekun - muszę z przykrością stwierdzić, że sytuacja wszystkich tutaj obecnych jest absolutnie… niekorzystna. Dzieje się coś niepokojącego. A znając ciebie i twój legendarny egoizm, będziesz bardziej dbać o własne cztery litery niż o nas. Mimo tego, że jesteśmy paserami. Powiem więcej: prywatnie jesteśmy najbliższymi ci istotami. No ale cóż, ty się nie zmienisz. A zresztą, jeśli już uda ci się coś skraść, to i tak będzie to niewystarczające dla ciebie samego. A co dopiero dla nas.
- Hm. Masz całkowitą rację, popieram.
- Wiesz co, Garrett?
- Co?
- Wydaje mi się, że wiem, jak wydostać nas z tego łajna.
- Słuchamy więc... - powiedziała paserka.
- Powiedziałem tylko, że wydaje mi się, jak to uczynić. Lecz żeby mieć stuprocentową pewność, muszę zadać Garrettowi serię wnikliwych pytań. Czy jesteś gotowy?
- Chwila: jakich pytań, po co?
Opiekun spojrzał nieco dłużej na złodzieja.
- Opowiedz mi o Nadzorcach. I o Masahidaju Kubihaju.

***

- ...Więc Straż staje się coraz bardziej niezależna i bezwzględna. Nadzorcy Miejscy chcieli cię złapać, aby przekazać Masahidajowi, który przybył aż z Cyric do Miasta, gdyż szuka Rusznica. Jego straż osobista nie wyglądała na Egzekutorów, w dodatku stosowała odmienny rodzaj magii. A więc nie potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie zatrudnienia naszych oddziałów... Ale to nic. Poza tą jedną niewiadomą, ja już wszystko rozumiem.
Paserka nie miała ochoty na czternaste już zaprzeczenie, dotyczące jej osoby.
- Wszystko pojmuję. Tak jak myślałem…
- Co myślałeś? - zapytał złodziej.
- Jeszcze jedno pytanie. Z tego, co powiedziałeś, nie podchodziłeś zbyt poważnie do tego, co Nadzorcy omawiali na temat Dorkasa Dobrodzieja. Czy tak?
- No tak.
- To niedobrze. Czy pamiętasz może, czy wspomnieli coś o... dzieciach?
- Dzieci? Yyy, no, było coś.
- Opowiedz.
- Chyba... mówili coś o... „kłopotliwym transporcie”...
- Tak?
- ...i że przerywają dostawy. Ale byli tak upici, że równie dobrze mogli dyskutować o romansowaniu z grubymi niedźwiedziami.
- ...
- Nieważne. Dowcip się nie udał.
- Mówili na serio. Przekaz był prawdziwy.
- Z NIEDŹWIEDZIAMI?!
- Nie, na Równowagę. Rozmawiali o handlu żywym towarem. O handlu dziećmi.
Wszyscy ucichli. Do Marli chyba coś dotarło.
- Handlu... czym?
- To, co powiedziałem. Od pewnego czasu w Mieście zaczął działać jakiś porywacz niewinnych pociech. Zaprawdę, dzieci nie mają łatwego życia w Mieście: najpierw Wiedźma, teraz on... A w zasadzie grupa ludzi któregoś z Nadzorców.
- Co?
- Tajemniczy porywacz to mit. Żeby nie powiedzieć: bajka. Wszystko zostało sfingowane przez Raputo. To jego plan. Następnie ofiary przekazywane były do Webtera, odpowiedzialnego za przemyt zagraniczny. On natomiast wysyłał towar z Dziennego Portu za granicę. Do Dorkasa.
- Kim jest Dorkas?
- To jedyny i absolutny Nadzorca Blackbrook. Tej miejscowości, z którą Baron prowadzi wojnę. Z pewnych względów Dorkas zlecił „naszym” dostawę dzieci. Dużą dostawę. Ale wychodzi na to, że stosunki między nimi się pogorszyły, bo jakiś czas temu zaprzestano tej wymiany.
- Po co mu one? Chyba nie zamierza...
- Z pewnością nie, Marla - zaprzeczył były Opiekun - Choć nie wiedziałbym o tym, gdyby nie moje źródła informacji. Rzeczywiście, cała operacja działa pod przykrywką... stręczycielstwa... Ale spokojnie. To nie jest prawdziwy cel.
- Kim są twoi „informatorzy”, Tallo? - zapytał podejrzliwie Garrett.
- Poganami. I to Poganie właśnie ich potrzebują.
- Co? Dlaczego?
- Nie jestem pewien. Wiem tylko, że Bractwo Winorośli z Blackbrook zabiera je wszystkie do lasów na północ od tamtego miasta. Co ciekawe, nasi rodzimi Poganie nie mają z tą akcją wiele wspólnego.
- Tamci nie proszą ich o pomoc?
- Nie. Ale tylko dlatego, że ci z Doków nie mają wystarczających środków oraz wpływów. Przetransportowanie takiego „ładunku” jest o wiele bardziej kłopotliwe, niż standardowa kontrabanda.
W tej chwili stało się coś nieoczekiwanego.
Tallo niespodziewanie... sięgnął po kubek z wodą. Zaschło mu w gardle. Garrett nie poczuł się zobligowany do wypowiedzenia typowej dla niego, kąśliwej uwagi.
- Tak więc - ciągnął znów Opiekun - Dzieci z Miasta wysyłane są do najbliższego Blackbrook portu. Dzięki temu omijają strefę wojny. Względnie. Stamtąd jadą do Blackbrook, gdzie odbiera je Dorkas. Ten z kolei przekazuje je jeszcze na północ: do pogańskich lasów.
- Czy wiadomo, w jakim celu?
- Niestety. Leśniawi ludzie nie ufają mi aż tak bardzo. To musi być coś niesamowicie ważnego...
Nikt z obecnej tu trójki nie wymyślił żadnej rozsądnej hipotezy do omawianej kwestii. Jedynie Marla miała swoje domysły, lecz bała się je przedstawić. Sądziła, że wyjdzie na głupią, jeśli wypowie się na temat, którego nie rozumie.
Lecz zamiast tego zauważyła inny fakt:
- Maria!!!
- Nie tak się nazywasz, chociaż podobnie. Na imię masz... Marla.
- Garrett! Pamiętasz, jak opowiadałeś mi o tej dziewczynce, którą przygarnąłeś? Porwał ją jakiś pogański stwór przecież!
- Hmm, faktycznie, była taka jedna. Zdążyłem już o niej zapomnieć.
Garrrrrett, pomyślała Marla, nie dobijaj mnie!
- Dziwne, że zrobili jakiś wyjątek... - powiedział paser - Ale może postanowili spróbować. Kto wie. Niemniej, Garrett, chcę złożyć ci propozycję.
- Tallo... Nie przeginaj. Nie ufam ci.
- Ja tobie też nie. A to tylko dlatego, że masz jakieś urojone obiekcje względem mojej osoby. Posłuchaj jednak, co mam ci do zaoferowania.
- ...Słucham.
Opiekun znów sięgnął po kubek z wodą. Wypił do końca zawartość i go odłożył.
- Garretcie. Sytuacja nie wygląda za dobrze w Mieście. Straż pozbywa się coraz większej liczby paserów i złodziei. Nadzorcy zamierzają z nimi rywalizować, jak chodzi o kontrolę nad przestępczością. Zachodzi obawa, że jeśli postanowimy dalej żyć tak jak dotychczas... czeka nas unicestwienie.
- Tallo? - zapytała Marla - Chyba nie sugerujesz nam... żebyśmy... wyprowadzili się z Miasta?
- Nie my, Marla. Garrett.
- Chyba się nie rozumiemy, Opiekunie – powiedział złodziej - W jakim celu miałbym stąd wyjechać, w dodatku zostawiając was na pastwę losu?
- Już wam tłumaczę. Powodów jest kilka.
Po pierwsze: zarówno ja, jak i nasza koleżanka Marla, straciliśmy, że tak to ujmę, zdolność upłynniającą. Nie możemy już handlować zdobytym towarem, a z naszymi kontaktami... kontakt straciliśmy. Tej samej nocy, wyobrażasz sobie? Wciąż jestem w szoku… Możemy zapomnieć o aktywnym paserstwie, zwłaszcza, że Niebiescy depczą nam po piętach. Tym samym nie będziemy mogli ci pomagać. Utrzymywać cię też nie zamierzamy. Nawet nie wiem, czy będziemy w stanie zadbać o własne tyły...
Po drugie: to, co powiedziałem, czyli Straż i Nadzorcy. Zarówno ty, jak i my możemy zostać w każdej chwili schwytani. Ucieczka poza Miasto nie wydaje się więc być złym pomysłem, gdyż tam cię nie sięgną.
Po trzecie: chciałbym, abyś zajął się problemem dzieci. Żebyś dowiedział się czegoś o nich. Nie chciałbym prosić cię o aż tyle, ale myślę, że będą ci sprzyjać dogodne warunki. W końcu i tak nie będziesz mieć zbyt wiele do robienia, więc taka wyprawa to dla ciebie szansa na zarobek. „Przyokazyjny”, rozumiesz zapewne.
Po trzecie: twoim celem miałoby być Blackbrook. To miasto podobne do naszego. Jest tam Podziemna Gildia Blackbrook, co daje ci perspektywy na przyszłość. W dodatku nie ma lepszego miejsca do prowadzenia owego śledztwa, o które cię proszę. Ponadto… Masahidaj właśnie tam spodziewał się odnaleźć Rusznica. Nie pytaj, skąd to wiem. Powiem tylko, że od Pogan. A więc… pojedziesz do Blackbrook.
Po czwarte: wyjedziesz tylko ty, ponieważ my nie możemy. Właśnie: wspomniałem, że rozzłościłeś szeryfa Ironshawa i całą Radę Miejską do tego stopnia, że stworzyli swego rodzaju kwarantannę? A więc właśnie. Od czasu bankietu wszystkie bramy Miasta są zamknięte i trwa poszukiwanie osób podających się za lorda Gary’ego Madisona. Widziałem już jeden list gończy. Marlę czeka to samo, zapewne. W każdym razie: restrykcja jakoś dziwnie nie dotyczy handlu morskiego. Statki wpływają i wypływają tak jak dawniej. I wiesz, co o tym myślę, Garrett? Że to niedopatrzenie. Niedługo, choćby dzisiaj, Straż Miejska zorientuje się, że coś nie dzieje się po jej myśli… W związku z tym zacząłem działać. Udało mi się otrzymać jedynie jeden bilet na prom do niedalekiej stadniny. To nawet lepiej: jednemu człowiekowi łatwiej się przemieszczać niż trojgu. Zakładam, złodzieju, że wiesz, czym jest prom. I stadnina. Szkoli się w niej kawaleria Barona. Jej obszar mieści się dosyć daleko poza Miastem, dlatego statek to najbezpieczniejszy sposób komunikacji. Wylądujesz na niewielkiej przystani, położonej przy brzegu morza na zachód od tej stadniny. Musisz wysiąść właśnie tam, gdyż dalej na południe kręci się zbyt dużo wojska i okrętów. A jeszcze dalej trwa wojna. Dlatego wylądujesz na przystani, pod osłoną nocy ukradniesz konia i odjedziesz. Z jego pomocą, oczywiście. W zabieraniu cudzej własności jesteś mocny, więc powinieneś sobie poradzić, gdy będzie nią wytresowane zwierzę.
Po piąte: oczywiście nie pojedziesz prosto na południe, ponieważ tam wojna, śmierć i ubóstwo. Po kilku dniach wędrówki skręcisz na południowy wschód. W las. Dzięki temu ominiesz strefę działań i po pewnym czasie wyjedziesz na drogę prowadzącą na wschód, do Blackbrook. To najbardziej ryzykowna część planu, ale sądzę, że wykonalna. Dodatkowo dostaniesz ode mnie prezent: kiedyś otrzymałem od Pogan niezwykły amulet. W pobliżu jego posiadacza przestaje działać szachrajska magia. Korzystają z niego wyłącznie zasłużeni szamani. Ja mam jeden taki, ponieważ… posłużyłem się podstępem. Amulet powstał w celu negowania potężnych zaklęć, których nie można dezaktywować w inny sposób, jak poprzez zbliżenie się do ich źródeł. Myślę w kontekście owych „barier strachu”, które pojawiły się niedawno na granicach lasów. Tak więc przy odrobinie szczęścia powinieneś się przedrzeć do Blackbrook.
To już wszystko. Co ty na to?
Widać było, że tym razem Marla wszystko zrozumiała, bowiem miała wystraszoną i zszokowaną minę. Złodziej chwilę pomyślał.
- A więc tak. Po pierwsze: co paliłeś. Po drugie: gdzie to kupiłeś. Po trzecie: u kogo. Po czwarte: za ile. I po piąte: po jakim czasie następuje zgon?
- …
- Nie zgadzam się, jakby to jeszcze do ciebie nie dotarło.
- Ja też jestem przeciwna! – odruchowa kwestia paserki nie zdziwiła Garretta…
- Wysłuchaj mnie, złodzieju! Ta sytuacja jest krytyczna i wielce pejoratywna! Chcesz tu sczeznąć jak jakiś pies, w zapomnieniu? Garrett, nie prosiłbym cię o coś takiego bez naprawdę istotnego powodu. Mam podstawy sądzić, iż to właśnie z Dorkasem i Masahidajem związany jest ów totalny nieporządek. Ty jeden jesteś w stanie dowiedzieć się Prawdy. Zrozum mnie, proszę. Przemyśl sobie wszystko.
- …
- Im szybciej podejmiesz decyzję, tym lepiej dla nas wszystkich.
Złodziej siedział w milczeniu, wpatrzony wrogo w pasera.
- Zostawię tu was – nagle stwierdził Tallo – Z tego, co pamiętam, Straż nie przywłaszczyła sobie wszystkich oszczędności z mojej paserni. Nie zatroszczyłem się o nie, gdyż musiałem szybko uciekać i… ostrzec Marlę. Całe szczęście zdążyłem.
Dobrze więc. Zejdę na dół, gdy nikt nie będzie patrzeć. Niech Równowaga będzie z wami.
Opiekun uchylił lekko drzwi, popatrzył, posłuchał. Za chwilę wyszedł, zamykając za sobą wejście i zeskoczył na ulicę.
Marla obróciła się do Garretta z uśmiechem.
- Nareszcie sami!
- Ty to masz szczęście. Nie to, co ja…
- Dziękuję ci, Garuś, że przeczytałeś moją wiadomość. Głowiłam się nad nią strasznie, Tallo koniecznie chciał mnie wyciągnąć z mieszkania, ale pamiętałam o tobie… Cieszę się.
- Powiedzmy, że ja również.
- Garuś, a co tam masz?…
- Ej!
Marla rzuciła się na worek z pieniędzmi, będący za złodziejem. Garrett odruchowo jej to uniemożliwił, sprawiając, że wylądowała brzuchem na jego nogach.
Wcale się tym nie zraziła. Podparła się dłońmi i nie podnosząc bioder, wygięła tors. Zamaszyście obróciła i pochyliła głowę.
- Garrrruś…
- Zejdź ze mnie. Nie widzę przeciwległej ściany, która mnie bardzo ciekawi.
- …
- Zejdź.
- Ile mamony masz w tym worze?
- Hę? Nie słyszałaś, kiedy opowiadałem Tallo?
- Aha…
Usiadła tuż koło niego, z prawej.
I oparła głowę o jego ramię.
- Garrett, ja tak bardzo nie chcę, żebyś wyjeżdżał… Tyle razem przeżyliśmy… Głupio żyć w przeświadczeniu, że mogę cię już nigdy nie zobaczyć. Nigdy nie byłeś poza Miastem, może ci się coś stać…
- Jeszcze nie wiem, czy pojadę, jakoś nie jestem do tego przekonany. Więc przestań się przyklejać.
- Garrett… - dotknęła obiema dłońmi jego ręki – Zostań ze mną… I przytul mnie.
„Nie omieszkam nie skorzystać.”
Siedział z obrażoną miną, wpatrzony w niezwykle interesującą, brudną ścianę… W końcu dziewczyna odezwała się, będąc dziwnie niespokojna:
- Garuś… Chcę ci… powiedzieć coś… bardzo ważnego…
- Ja tobie też.
- A… s… serio?!
- Serio. Muszę wyjść.
- Ale… ale dlaczego?!
- Zostawię ci moje pieniądze. Nie dawaj ich Tallo, jasne? Tobie samej też nie wolno NIC z nimi robić. Mają leżeć spokojnie, zawiązane.
- Dokąd idziesz, Garrett?
Jedyny Prawdziwy Opiekun odepchnął ją od siebie, aż krzyknęła. Podszedł do drzwi, stanął przy nich.
- Muszę się gdzieś udać. Muszę załatwić coś… bardzo ważnego…

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 04 kwi 2012 16:38 przez Hattori, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 kwi 2012 16:36 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
09: Czerń

Dowiedzieliśmy się o Twoich obawach. W rzeczy samej, doskonale je rozumiemy i podzielamy. Decyzja, żeby uwikłać się w całą sprawę, nie przyszła nam łatwo. Sądzimy jednak, że podjęcie działań było konieczne. Gdybyśmy nie przeciwstawili się Szachrajowi, sprowadziłby zgubę na całe Miasto, a co za tym idzie – również i na nas.
Przedsięwzięliśmy odpowiednie kroki, żeby utrzymać nasze zamiary w najgłębszej tajemnicy. Żywimy nadzieję, że wszystko się powiodło.

-- Lukas do Andrusa (Opiekunowie z czasów Katastrofy)






Przeskoczył ponad murem dzięki tym samym winoroślom, co zawsze.
Minął stare, ceglane, powalone budynki, które nie były oświetlone. Wszystkie lampy wyłączył już dawno temu ze skrzynki kontrolnej sieci wysokiego napięcia. Obawiał się, że ktoś, stojąc na zewnątrz, mógłby dostrzec jaśniejącą sponad muru poświatę. Lub że przyjedzie kontrola skarbowa w sprawie nieopłaconych rachunków za prąd. Od dawna było wiadomo, że Zamurze jest opuszczone, jednak zabawy światłem mogły skończyć się na demaskacji planów Garretta.
Na ul. Rubina nie był już tak pewny siebie. Skradał się, wytężał słuch. Celowo „darował nie-życie” jednemu z zombi, aby ktoś, kto jest tu pierwszy raz, potwierdził stare przesłania i w związku z czym uciekł w popłochu. Taki zabieg zmniejszał szanse na odkrycie, że tak naprawdę odgrodzona część Starej Dzielnicy… nie jest opuszczona.
Mistrz złodziejskiego fachu minął skrzyżowanie z ul. De Perrina. Pogoda tej nocy była bezwietrzna, bezchmurna i zimna. Słabe światło gwiazd nie mogło pokrzyżować zamierzeń złodzieja.
Ponieważ gwiazd… nie było widać.
Jedna z klątw tego miejsca. Nie zawsze zresztą obecna. Mężczyzna do teraz nie wiedział, dlaczego tak się dzieje.
Wykorzystując absolutne ciemności oraz usprawnione oko, bez trudu ominął zawodzące jęki, słyszane z odległości ośmiu metrów. Czy oni błagają o pomoc? Narzekają? Czy może wyją z bólu, zimna lub głodu? Naukowo-teologiczne teorie bywały bardzo rozmaite. Garretta one nigdy nie obchodziły.
Zmierzając tam, gdzie chciał, sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Zawsze starał się zapamiętać położenie każdej rośliny, kamienia i wszystkiego, co się dało, a przy kolejnych wizytach weryfikować, czy nic się nie przemieściło. Mógłby wtedy nabrać podejrzeń, że ktoś był tu przed nim. Lecz zdarzało się, że deszcz i wiatr płatały mu figle. Starał się więc nie reagować paranoicznie na zmiany.
Lecz idąc na północ, wyskoczył na niego zombi. Kolejny.
Tylko dzięki błyskawicznemu przewrotowi w bok Garrett uniknął ryzyka poniesienia obrażeń. Lecz rany nie były tym, co mogło mu zaszkodzić najbardziej. Najgorsza byłaby infekcja, postępująca bardzo szybko w takich przypadkach. Wzbogacona o smród, zgniliznę i czarny strup. Przedarcie się zarazków w dalszą część organizmu skutkuje śmiercią, a nawet zamienieniem się w kolejnego nieumartego obywatela Miasta.
Ten zombi był nowy. Jak zawsze opieszały i nieporadny, szedł w stronę Garretta, stękając i mlaskając. Najwyraźniej posiadał jeszcze usta i język. Złodziej nie miał zamiaru uciekać, choć mógłby. Nie chciał zostawiać nieporządku. Zombi-żółtodziób przekraczał dozwolony, ustalony przez niego limit nieumarłych wynoszący dwa. Ten był trzeci. Drugie miejsce zajmowała pewna ognista, humanoidalna postać, która po każdym jej zgaszeniu zawsze powracała do tej samej piwnicy. Złodziej po szóstej walce z potworem zaprzestał prób zlikwidowania owej przeklętej egzystencji.
Zombi szedł na niego. Garrett zdjął łuk, wyjął strzałę ogniową, wymierzył, strzelił. Zombi otrzymał bezpośrednie trafienie w widoczną od przodu część kręgosłupa.
Mięso, kości i strzępy potwora rozleciały się we wszystkich kierunkach.
Za pomocą znalezionego kija złodziej pozgarniał najistotniejsze fragmenty ciała, co zajęło mu nieco czasu. Odsunął się. Wziął łuk i kolejną strzałę ogniową, wycelował w kupkę. Strzelił. To, czego wybuch nie zniszczył, spalił jego płomień. Na koniec Garrett użył jeszcze dwóch strzał wodnych do zmycia czarnej krwi i innych pozostałości po człowieku, który „umarł dwa razy”.
Nie miał pojęcia, skąd się tu wziął kolejny zombi. Najwidoczniej oczyszczony z plugastwa rejon posiadał jeszcze jakąś cząstkę niepożądanej magii. Właśnie przez takie nie do końca wyjaśnialne zjawiska nie zdecydował się na trwałe ulokowanie w Zamurzu, szukając nowego mieszkania po spaleniu starego. Dokładniejsze odnowienie w obecnej lokacji mogli zapewnić jedynie kapłani Młotodzierżców. Ich nabożeństwa i przedmioty kultu. Oczywiście Garrett nie zaprosiłby nikogo do Zamurza.
Jedyny wyjątek zrobił dla pewnej młodej osoby.
Przeszedł przez most zwodzony w północnej części obszaru, poszedł w prawo i na południowy-wschód. Był na ul. Targowej. Wspiął się po wiszącej z budynku linie na swego rodzaju taras. Otworzył jedne drzwi, a w korytarzu kolejne.
Wyszedł na Grób Wartownika - obóz treningowy Marii.
Nie było to jedyne miejsce, w którym Garrett przekazywał dziewczynce swoje umiejętności. Całe Zamurze mogło być polem do złodziejskich popisów, jednak to tu przebywali najczęściej. Garrett lubił to miejsce, gdyż sprawiało wrażenie odosobnionego nawet w tej części Starej Dzielnicy. Miał pewność, że hałasy nie będą stąd słyszalne przez nikogo „nieupoważnionego”.
Z jednej wiszącej kłody zeskoczył na drugą, zszedł na dół. Musiał uważać, żeby nie potknąć się o walające się kamienie, strzały i przedmioty-tarcze celownicze, walające się w nieładzie po brukowanej powierzchni. Było też pełno odłamków. Brudne i omszałe cegły w obmurowaniu miały dużo jasnych śladów po trafieniach. Część była wyrobiona w premedytacji, część nie. Kiedy mała Maria trenowała siłę uderzenia pocisków ze swojej procy, celowała zwyczajnie w mur. Kiedy zaś trenowała celność, strzelała do ustawionych naczyń, butów, narzędzi i innych znalezionych lokalnie rzeczy. Garrett wolał, żeby jego uczennica szkoliła się w łucznictwie, jednak ze względu na propocję wiek-płeć nie miała dostatecznej siły, by móc się nim posługiwać. Złodziej pomyślał więc, że zastąpi go inną bronią miotaną, z której w przyszłości dziewczynka wystrzeliwałaby nie tylko kamienie, ale również kryształy żywiołów. A może i nawet granaty błyskowe oraz gazowe.
Nie była to zwykła, dziecięca zabawka. W czasach na krótko po Aktywacji, kiedy Garrett miał jeszcze dużo pieniędzy, kupił od Pogan specjalną procę bojową. Jej obsługa uchodziła za bardzo trudną, wymagającą niezwykłego wyczucia oraz długiego, nieustannego treningu. Lecz dziewczynka nie miała nic przeciwko temu. Jednak pod okiem złodzieja nie osiągała dobrych rezultatów. Wynikało to z niewiedzy i braku wyrozumiałości tego drugiego, przekładającą się na jego zbyt wysokie wymagania i surowość.
Garrett zadbał nawet o specjalną dietę dla Marii, bogatą w białko i tłuszcze: kupował jej mleko i smalec. Początkowo były to również pieczone udka kurczaka, ale dziewczynka ich nie znosiła. Trenowali codziennie. Mało brakowało, a parę razy dziecina zabiłaby złodzieja, uwalniając procę w nieodpowiedniej chwili. Raz pozbawiła go przytomności. Nie wiedząc, co robić, wzięła jeden z kryształów wodnych, rozbiła go w urnie-celu i wylała ciecz na twarz Garretta. Postąpiła słusznie i skutecznie.
Pochwały za to nie otrzymała, a nawet wręcz przeciwnie. Mistrz złodziei był zielony, jak chodzi o metodykę spraw wychowawczych. I nauczanie też.
Stojąc tu teraz, Marii oczywiście nie było z nim. Została porwana. Przebywał zupełnie sam, w ciemności. Chciał jedynie sprawdzić, czy w okolicy Grobu Wartownika wszystko jest w porządku.
Oraz wyjąć i włożyć z powrotem monety w misce przy owym głazie. Zabobonność Garretta była niepoprawna.
Chciał też dotrzeć do pewnego miejsca.

***

Z burricków teren również oczyścił dawno temu. Zmierzał teraz ścieżką pokrętnie prowadzącą do terenów katedralnych. Nie miał powodu, by zwiedzić niegdyś nawiedzoną świątynię. Dlatego skręcił w prawo. Zapalił światło w stacji kontroli, odpowiedzialnej za ten fragment odgrodzonej części Starej Dzielnicy.
Na swoisty dziedziniec kryjówki składały się: duży, kamienny walec, otaczające go koliście koryto rzeki, wiszące nad nim sześć belek. Garrett wskoczył na żelazny wizerunek klucza na walcu. Strzałę ogniową wycelował w posąg Opiekuna z tarczą. Strzelił, zapalił pochodnie po bokach posągu. Złodziej tym razem postanowił już nigdy ich nie gasić. Pomyślał, że musi w końcu zaprzestać bawienia się w otwieranie i zamykanie przejścia, ponieważ osmalony już od dawna marmurowy Opiekun w końcu się rozleci.
Uruchomił się mechanizm, otworzyło się przejście po lewej. Garrett dostał się nim do bramy. Za każdym razem przyjemność z otwierania jej była taka sama. Podobnie jak z omijania pułapek wewnątrz.
Usłyszał jej ton.
Znalazł się w Kaplicy Opiekunów.
Nigdy do końca nie rozumiał tej umownej nazwy placówki. Nie odprawiano tu nigdy modlitw albo rytuałów. Ze względu na książki w obu symetrycznych komórkach już bliżej było jej do biblioteki. Mistrz złodziei stwierdził, iż Opiekunów przysyłano tu pewnie za karę, a księgi stały po to, aby nie umarli z nudów.
Jednak zaprzestał prześmiewczego myślenia o Opiekunach. Nabrał do tego miejsca pewnego szacunku.
Najpierw odwiedził komórkę po lewej, stanowiącą w istocie całkiem duży pokój na planie heksa. Posiadała regały książek, sześciokątny stół i trzy krzesła. Na stole leżały dwa listy, będące korespondencją między Andrusem i Lukasem, dawnymi Opiekunami. Przez zdarzenie, z którym byli powiązani, można by nazwać bohaterami nie tylko ich, ale całe dawne Bractwo. Pomieszczenie usiane było jeszcze większą ilością pajęczyn niż kiedy złodziej był tu pierwszy raz w życiu.
Na stole leżał też imponujący stos kluczy. Nigdy nie wiedząc, co z nimi zrobić, Garrett magazynował je tu jako pamiątki z okradzionych rezydencji.
Wyszedł na wcześniejszą, niewielką halę. Wszedł do drugiej komórki.
Wyglądała podobnie. Krzeseł i półek jednak nie posiadała, a stół miał marmurową powierzchnię, na której bardzo starannie namalowano fragment mapy Miasta. Mapa ta wskazywała położenia Talizmanów Żywiołów. Od bardzo dawna była nieaktualna, gdyż Garrett zdobył je wszystkie.
Bardzo tego żałował.
Odłożył wszystkie sprzęty pod ścianą, przy wejściu. Podszedł do stołu. Wspiął się i usiadł na nim.

Dopiero teraz zwrócił uwagę, iż światło z lampy elektrycznej na przeciwległej ścianie jest niezwykle słabe. Tak słabe, że właściwie niczego nie rozjaśnia, mimo swej intensywności. Tak dużej intensywności, że ciężko było na nie patrzeć.
Przypomniał sobie, że wcześniejsze lampy działały bardzo podobnie. Nie umiał tego wyjaśnić. Czy psuły się? W końcu były bardzo wiekowe. Lecz jeśli się psuły, to dlaczego są tak jasne?
I czemu tylko w ich pobliżu jest jasno?
Nie wiedział. Nie umiał odpowiedzieć na zadawane sobie pytania. Być może chodziło o klątwę Zamurza. A może i nie.
Być może było to świadectwo Wieku Ciemności.
Patrzył w dół. Przyglądał się mapie. Przypominał sobie swoje błędy, jakie w życiu popełnił. Nie tylko związane z kontraktem Konstantyna, później znanego jako Szachraj. Błędy przeszłości, te dalekie i bliskie, po zrezygnowaniu z Bractwa Opiekunów i przed tamtą decyzją. Wiele ich było, choć do żadnych nigdy się nie przyznawał.
Trzymał je w sobie. Głęboko, na dnie duszy. Świat nigdy się o nich nie dowiedział. Nikt z żyjących osób już o nich nie pamiętał. Poza nim samym. Trzymał je w sobie. Nikomu nie ujawnił.
Był samotny. I tylko w tym miejscu, w Kaplicy Opiekunów w Zamurzu, był tego najbardziej świadom. Tylko tu pozwalał swojemu umysłowi na największe refleksje. Nie wstydził się ich, nie powstrzymywał, pozwalał im płynąć i mieszać się w dowolne kombinacje wspomnień, myśli i kolorów.
A kolory zawsze były ciemne.
I stawały się coraz ciemniejsze i słabsze, aż w końcu wszystkie uciekły, zostawiając go samego, z brakiem wszelkich istniejących odcieni.
Z czernią.

Był bardzo samotny. I tylko w tym miejscu dawało mu się to we znaki. Lecz nawet nie próbował uciekać. Tu było mu dobrze. Nigdzie indziej na świecie nie mogło być mu lepiej.
Pomimo tego, że nie był ze swojego stanu zadowolony.
A może z całego życia?
Kim jest złodziej?
Arogancką szują czy przestępcą z konieczności?
Kim byli jego rodzice?
Czy gdyby wstydzili się wyrzucić go na ulicę w czasach, gdy pamięć noworodka niczego nie rejestruje, miałby się dziś lepiej?
Czy gdyby rodzice pochodzili z lepszego stanu, zdecydowaliby się wyrzec rodzicielstwa?
Kim byli rodzice…?

Pytania zdawały się nie mieć końca. Ani on, ani nikt inny, nawet najmądrzejszy filozof, nie umiałby mu pomóc.
A wszystkie niewyjaśnione sprawy dotrzymywały mu towarzystwa.
Tak samo kwestia wyjazdu do dalekiego miasta.

Tej nocy, tej i żadnej innej, musiał zadecydować o swojej przyszłości. Im szybciej by zadecydował, tym mniejsza szansa istniałaby na niepowodzenie na samym początku, tutaj, w Mieście.
Myślał o Marii. Dziewczynce, przy której tknęło go nieznane uczucie.
Myślał o Tallo. Byłym Opiekunie, który z całą pewnością miał swoje skryte plany.
Myślał o Izoldzie. Byłej Opiekunce, która nie powinna była się zabić.
Myślał o Marli. Paserce, która nie dawała mu spokoju.
Czy powinien wyjechać, by szukać Marii?
Czy powinien zaufać Tallo?
Czy nie powinien poszukać odpowiedzi na niejasną śmierć Izoldy?
Czy mimo różnicy charakterów, powinien opuścić Marlę?

Siedział. Skupił się i rozważał dwie antagonistyczne możliwości, dylemat, który miał zmienić wszystko.
Siedział i rozważał nad wyjazdem do Blackbrook. A czerń oplatała go, pochłaniała, zwiększając jego siłę i skrytą naturę. Czerń nieprzenikniona, zimna, niezbadana i tajemnicza, która pomagała mu jako jednemu z nielicznych mieszkańców Miasta. Czerń nie występująca podczas nocy w pozostałych miejscach, nie pojawiająca się w żadnych innych miastach na tym ponurym, a jednak wciąż rozwijającym się świecie.

Czerń Wieku Ciemności.







Koniec Części I











---------------

Od autora
I to już koniec! (jak chodzi o Część I, więc spokojnie, zdejmijcie palce ze spustów...) Cieszę się, że udało mi się wyrobić z pierwszą częścią tej historii przed Mrocznym Majem, to jest przed maturami. Jak do tej pory TDA osiągnęło liczbę stron w liczbie 157 !!
Ale jeszcze bardziej zadowala mnie fakt, że spotkałem się z uznaniem na tymże Forum. Nieraz trzeba było coś poprawiać, ale ostatecznie udało się osiągnąć coś, co wzbudza nie tylko moją satysfakcję.
(Oczywiście jeśli coś się nie spodobało w "Papierze" i "Czerni", zaraz mi to wytknijcie. Im szybciej, tym lepiej!)
Zapraszam również do komentarzy wszelakich. Byłoby mi niezwykle miło, gdyby ktoś skusił się na napisanie szerszej recenzji, która dotyczyłaby całej opublikowanej dotychczas treści THIEF The Dark Age.
I żeby nie była to Keeper, która w tej chwili nie jest obiektywna, gdyż od jakiegoś czasu ubóstwia ołtarzyk TDA jak jakiegoś bożka, każdego dnia :-D

Dziękuję za zainteresowanie. Bez was TDA również by nie powstało, a przynajmniej nie pojawiłoby się w tak dopracowanej formie. Dziękuję wszystkim.




No to lecę robić zadania z poprzednich matur...
;)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 kwi 2012 18:56 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
Zmieniam swoją opinię o TDA. Wcześniej sądziłem, że jest on świetny. Teraz wiem, że tak nie jest.




























JEST GENIALNY! :-D Naprawdę masz talent pisarski. Pomijając drobne błędy, typu zaimek "Cię" z małej litery, to nie mogę niczego zarzucić. Najlepiej by było, gdyby tak do każdego pudełka z Antologią Thiefa była dołączona ta historia. I tradycyjne moje już pytanie: kiedy rozpocznie się część druga? Domyślam się, że po maturach, ale gdybyś dal radę uściślić, byłbym wdzięczny. Najbardziej podobał mi się chyba motyw z Kaplicą Opiekunów jako miejscem na refleksje Garretta. Wszak ja to świetnie rozumiem, też mam taki swój czas na refleksje. Tak więc jeszcze raz: Pogratulować!

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 kwi 2012 21:01 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
W którym miejscu masz wątpliwości co do zaimka, Bluu? Bo zgodnie z obecnymi zasadami pisowni (jesteśmy obłożeni sprzętem ciężkim, tj. publikacjami PWN), "Cię" w podanej formie używamy tylko w korespondencji. Choćby i Marla wreszczała w opowiadaniu "Ubóstwiam Cię, Garrett!!!", to będzie się wykłócać z małą literą "c" :twisted: .

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 kwi 2012 21:50 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
A, to przepraszam, zwracam honor. Mnie zawsze uczono, że zaimki osobowe piszemy z wielkiej litery.

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 05 kwi 2012 14:17 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Bluu napisał(a):
A, to przepraszam, zwracam honor. Mnie zawsze uczono, że zaimki osobowe piszemy z wielkiej litery.

Żaden problem, dobrze Cię uczono - tyle że odnosi się to do pisemnej formy. W kwestii opowiadań, poza sytuacją, w której ustęp ma przedstawiać dokładny obraz tekstu, używa się małych liter.

Notabene strasznie pokombinowano ostatnio z użyciem form grzecznościwych. Wyrazy o konotacjach religijnych prawie wszystkie zostały zredukowane do małych liter i na ogólnopolskiej olimpiadzie z polskiego za przytoczenie synonimicznych imion Boga chrześcijańskiego w zdaniu "Bóg jest Miłością, Prawdą i Życiem" odejmowali punkty (choć na uniwersytetach tego się nie stosuje!).

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 06 kwi 2012 13:08 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Hattori - po przeczytaniu twego dzieła, emocje zmuszają mnie by napisać, iż według mnie jesteś bezsprzecznie mistrzem! Zarówno pierwsza część jaki i prolog są wspaniałe! Reszta z pewnością będzie jeszcze lepsza i bardzie zaskakująca niż dotychczas. Wiem, że się powtarzam, ale...





Piszesz wprost wspaniale! Wiemy, że zbliżają się matury, lecz pewnie wszyscy łączymy się w oczekiwaniu na następną część. Obyś napisał ten jakże ważny egzamin jak najszybciej, bo możliwe, że z niecierpliwości nie wytrzymamy! :P

Piszesz:
Hattori napisał(a):
(Oczywiście jeśli coś się nie spodobało w "Papierze" i "Czerni", zaraz mi to wytknijcie. Im szybciej, tym lepiej!)


Ale jak można mieć do czegoś tak genialnego zastrzeżenia? :jez
Nie da się! :P


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 06 kwi 2012 22:03 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Aż takie dobre to jest? Niemożliwe...

Hehe, nawet nie wiecie, jaką mam teraz radochę :rad

Bluu - z tą Antologią... Nie powiem, ucieszyłbym się jeszcze bardziej, aczkolwiek musieliby wspomnieć, że jest to swoisty sequel. (Choć żeby TDA poszło w świat, T4 musiałoby się okazać TOTALNĄ klapą, do której sama Cenega by się nie przyznawała...)
Kiedy wracam do pisania... Hm, założę dosyć optymistycznie, że pod koniec pierwszego tygodnia czerwca. Wydaje mi się, że pierwszy rozdział Części II będzie dosyć obszerny, toteż zastrzegam sobie prawo do opóźnień... Ciężko powiedzieć mi na tą chwilę, wydaje mi się, że będziecie mogli poczytać moje nowe wypociny gdzieś w pierwszej połowie lipca. Tak, wiem, ale proszę mimo wszystko, żebyście zdjęli te palce ze spustów...

karlat11 napisał(a):
Ale jak można mieć do czegoś tak genialnego zastrzeżenia? :jez
Nie da się! :P
Zawsze ktoś coś znajdzie, ZAWSZE. I dobrze zresztą! A propo, czekam na opinię Spidiego.

Przymierza się ktoś do recenzji? :prz

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 06 kwi 2012 22:24 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 297
Lokalizacja: Lublin
Hehe, palca na spuście w ogóle nie trzymałem. To zrozumiałe, że nauka oraz chęć napisania jak najlepszego dzieła wymagają wyrzeczeń. Ja mogę czekać ;) Chociaż już się niecierpliwię.

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 06 kwi 2012 23:54 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4493
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Części 04 i 05

Cytuj:
noktowizję
ajć, znowu te terminy nowoczesne :P

Podobają mi się opisy historii Miasta... w ogóle opisy robią się coraz ciekawsze.

Ale rzecz, która mnie zupełnie rozczarowała, to bitwa. Wielokrotnie narzekaliśmy na forum, że bitwy rodem z TDS to jest jakiś żart, bo ani w nich klimatu, ani logiki, ani nawet konsekwencji. Jak to sobie wyobrażasz? Ze taką zwykłą codziennością jest, że po mieście chodzą sobie plutony dwóch frakcji i walczą z użyciem magicznej artylerii? A obok ludzie śpią i sprzedają rzodkiewkę... daj spokój :P Takie rzeczy to tylko w czasie wojen, a wtedy życie codzienne miasta ulega całkowitej transformacji.
Sama bitwa też wydała mi się mało ciekawa. Opisy batalistyczne musisz moim zdaniem jeszcze poćwiczyć ;)

Cytuj:
sposób udało im się posiąść pawęże
Zdobyć. Brzmi lepiej.

Cytuj:
Miasta - najbogatszej z dzielnic miejscowości
ale zdanie kosmiczne :P Nie lepiej po prostu "najbogatsza z dzielnic"?

Cytuj:
Kowalski
... to może jeszcze "Włodzimierz Truart" :) Spolszczanie na siłę zabija klimat. Garretta może też przerobić na Gerarda? :)

Cytuj:
W obecnym fragmencie mosty był środek kolejnego z łuków budowli
jakbym czytał swoje książki na studia xD Nie pisz tak barokowa, a normalnie, lapidarnie! "Tutaj był środek kolejnego z łuków mostu" (a raczej przęseł)

Cytuj:
nadlatującą bronią drzewcową
... a jak uchyli się przed kulą, to będzie "uchylił się przed pociskiem wystrzelonym z broni palnej wielkokalibrowej" :)

Ale za to podoba mi się intryga z zabójcami, i intryga miłosna. Robią się obie ciekawe!

Woda i kąpiele. Dwa sprzeciwy. To, że w średniowieczu wszyscy chodzili brudni to jest stereotyp. Ów strach przed wodą to wynalazek baroku, a w średniowieczu istniały łaźnie miejskie. Asceci odmawiali kąpieli w ramach umartwiania się, gdyż kąpiel uznawano za przyjemność. Ktoś, kto chciał żyć bez uciech nie mógł także się myć. Robert Guiscard, książę Normanów, ślubował nie golić się i nie myć w ramach udowodnienia pewnej przysięgi.
Abstrahując od historii, to w Thiefie właściwie w każdym domu jest jakiś odpowiednik łazienki, a jak kogoś stać to mamy i eleganckie wanny. Właściwie jak dzisiaj.

Cytuj:
A kusza ma to do siebie, że dasz ją chłopu
I tak i nie. Generalnie każda broń w rękach totalnego idioty jest niebezpieczna, nawet czołg. Ale kusza wbrew pozorom jest jak karabin. By umieć z niej zabić też warto się szkolić, by wiedzieć jak napinać, jak konserwować, jak celować, jak sobie nie uszkodzić czegoś przy strzelaniu... to nie żart! Bardzo duża część ran młodych żołnierzy to było postrzelenie się własną bronią.

Cytuj:
jak budynek o takim znaczeniu zostałby pozbawiony dóbr przez element przestępczy. Cała metropolia odczułaby gniew władz...
Nieco zagadkowe. To nie jest okupacja, gdzie jak zabito niemieckiego oficera, to zabijano 100 Polaków. W miastach średniowiecznych istniała najwyższa w danym kraju własność/przestrzeń prywatna, w końcu mówiło się, ze "miejskie powietrze czyni wolnym". Zatem to, że okradziono nawet burmistrza, nie obchodziło obywateli, to był jego problem i wina, ze się nie zabezpieczył. Ponadto w Thiefie nie ma nigdzie ani słowa o tym,co by mogło kojarzyć się z twoim pomysłem.

Cytuj:
Garrett zorientował się, że na plantacjach niewolnicy pracują nawet w nocy
Kolejny pomysł raczej nie średniowieczny. Wtedy nie używano pojęcia "niewolnik". Jak ktoś był czyjąś własnością, to nie był po prostu człowiekiem ;) Twoja plantacja wraz z kukurydzą i ryżem to jest jakiś XVIII wiek, a nie czasy okołośredniowieczne...

Cytuj:
Zresztą moje zainteresowanie historią jest w gruncie rzeczy dosyć pobieżne (odróżniam greckiego hoplitę od rzymskiego legionisty, MG42 od amerykańskiej półcalówki itp.). A żeby znać berserków, nawet nie musiałbym się interesować. Od czego są fantasy RPG?
I tu jest maleńki problem ;) Kiedyś Pilipiuk w swoim felietonie pisał, że aby pisać o czymś, warto wcześniej przeczytać książkę na ten temat, aby nie popełnić głupiego błędu. Tobie i każdemu (w tym mnie) to polecam, bo wtedy praca staje się profesjonalna. Niestety, ale w przypadku Thiefa takie pomysły jak kukurydza albo niewolnictwo burzą klimat, który został dość precyzyjnie nakreślony przez grę. Spoko, to Twoja wizja, Twoje opowiadanie i nie mam prawa się czepiać. Jedynie komentuję co mi się podoba, a co nie. Jeśli powiesz, że mój post to bullshit i to jest Twoje opowiadanie... to będziesz miał rację ;)


A jakbyś szukał jakiś info z historii, korków, to wal do mnie śmiało.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 07 kwi 2012 13:02 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Nie mówiłem, Karlat? :)

Cytuj:
noktowizję
Akurat mi to słowo bardzo się podoba i poza "podświetlaniem" ciężko znaleźć synonimy. Z tym, że to nieśredniowieczne, oczywiście masz rację. Zwróć jednak uwagę, iż Thief to również steampunk. Mechaniczne oko to wybitnie steampunkowy i nieśredniowieczny element. A steampunk jako taki jest odmianą science-fiction.

Jeśli chodzi o potyczki w TDS, to rzeczywiście nie były to zorganizowane akcje. Poganie i Młotki nawalali się dopiero wtedy, jak na siebie przypadkiem weszli, nie było tu żadnej premedytacji i planowania. Z jednej strony zawiodły programowanie i AI, lecz z drugiej myślę, że owe starcia miały swój cel. Nie bez powodu zaczynają się dopiero od pewnego etapu gry (gdyby istniały od pierwszej misji, byłoby więcej podstaw do wytykania bezsensowności). Ja odbieram je jako objaw Wieku Ciemności:
Cytuj:
Obie frakcje – las i machina – znowu powstaną przeciwko sobie, a świat się wówczas przemieni. Wszystko pogrążone będzie w mroku i cieniu, a przyszłość pozostanie na wieki niezapisana.
Ponieważ Wiek już nastąpił, dochodzi do większego starcia. Jedna rzecz: z tekstu to może nie wynika, ale moja wizja Miasta to nie jest istny rozpierdol na całą planetę i owa bitwa to raczej jednorazowy przypadek. Ja też nie wyobrażam sobie, gdyby codziennie w Mieście dochodziło to potyczek TEJ skali.
Bitwa mało ciekawa? Nic dziwnego, jeśli obie strony stoją w jednym miejscu na moście i robią drugie Termopile ;) Taka "przepychanka" na pewno jest mniej ekscytującą niż, dajmy na to, szarża husarii pod Kirholmem w 1605. Albo dowolna inna bitwa dziejąca się na ogromnej przestrzeni, z urozmaiconym terenem, gdzie trzeba wykorzystać każdy element na swoją korzyść. To jest ciekawsze, nie powiem...

Cytuj:
Kowalski
Element komiczny humoru sytuacyjnego. "To taki dowcip jest!", cytując Walthera. ;)
Swoją drogą to nie było "na siłę": kusznicy ubrani byli w szachownicę, która kolorystycznie pasuje do Młotów, ale jednocześnie kojarzy się...

Thx za uzupełnienia historyczne. Będę mógł to wykorzystać, choćby przy opisywaniu Blackbrook! :ok

Powiem w ten sposób: jak potrzebuję informacji, to jej szukam. Mam swoje wiarygodne źródła. Generalnie opieram się na wiedzy z samego Thiefa, a w przypadku reszty stosuję raczej ciche nawiązania. Gdybym pisał książkę z fabułą wplecioną w realia historyczne, to co innego (Trylogia Husycka Sapkowskiego?). Wtedy musiałbym czuć tamten klimat.
Mówię - jeśli czuję niedosyt wiedzy, to szukam. A bardziej profesjonalna wiedza nie jest aż tak konieczna przy zwykłych odniesieniach. Choć, oczywiście, może być przydatna.

"Burzenie" klimatu Thiefa. I tu znów kłania się steampunk, który swoją egzystencję zawdzięcza XIX-temu wiekowi. Wplecenie co bardziej nowoczesnych elementów w świat gry, o ile nie wykraczają poza ową ramę czasową, nie uważam za złe. Uwspółcześnienie może zależeć od dzielnicy, stanu społecznego, miejscowości... fantazji...
BTW, "Sherlock Holmes" z 2009 to jeden z bardziej thiefowych filmów, jakie widziałem. Co i rusz jakiś akcent (najczęściej w pierwszej połowie dzieła), a i zwykłe uliczki nocą też mają klimat.


Dzięki za ofertę, Oberleutnancie, pewnie zdarzy mi się kiedyś zapytać o taką czy inną niewiadomą :) Cieszy mnie taka krytyka, głupio byłoby żyć w przeświadczeniu, że jestem DOSKONAŁY... Chyba nie chcielibyście drugiego Króla Juliana, co?
;)

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 07 kwi 2012 14:35 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4493
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
No co Ty... Julian na prezydenta! ;)


Steampunk thiefowy to bardzo specyficzny steampunk, bo osadzony w realiach średniowiecza, a nie XIX wieku. Każdy interpretuje go indywidualnie i racja ;) Aczkolwiek jak nie masz synonimu do noktowizji, to wymyśl coś. "Kociewidzenie"... "Nocowizja"... jakoś tak swojsko mogłoby to brzmieć.

To, czy scena batalistyczna jest ciekawa, zależy od tego, jak ją opisano ;) Kiedyś sporo czytałem o Westerplatte i co opis, to inna bitwa... a przecież to dość nieduża potyczka, łącznie około tysiąca ludzi, parę dział i karabinów maszynowych. A jednak jaka była wizja autora, taka też epicka/nudna stawała się batalia.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 07 kwi 2012 17:19 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Hattori napisał(a):
.
BTW, "Sherlock Holmes" z 2009 to jeden z bardziej thiefowych filmów, jakie widziałem. Co i rusz jakiś akcent (najczęściej w pierwszej połowie dzieła), a i zwykłe uliczki nocą też mają klimat.


Niezbyt, tam mieliśmy Londyn z końca (!) XIX wieku, a w Thiefie wyobrażam sobie mieszankę budowli średniowiecznych (kamieniczki kupców, które można spotkać na pierwszej lepszej starówce; mur pruski; zamki) i wiktoriańskich (dworki szlachty w stylu Rose Cottage czy Mission X) ;)

Co do samego TDA, to mam dziwne odczucie. Zatrzymałem się na rozdziale z uniwerkiem, czyta się świetnie, chciałbym dalej, ale nie mogę się zebrać :roll: Lenistwo? W głębi serca nie podoba mi się? Nie mam pojęcia. Więc wybacz, Hattori :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 08 kwi 2012 10:53 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Adrian, dwójkę Sherlocka też widziałem. To tam akcja rozgrywa się gdzieś w latach 90. XIX wieku. Jednak przedstawione realia są już zupełnie inne, więc sądzę, że "jedynka" działa się przynajmniej 10 lat wcześniej, jak nie więcej. (Swoją drogą, w ramach dokładności można by sprawdzić, kiedy budowano most na Tamizie.)

Wiesz, "Wiedza" to najdłuższy, najdziwniejszy i najbardziej kontrowersyjny rozdział. Wielu ma spore zastrzeżenia, już i tak złagodziłem wiele rzeczy. Ale po nim jest "Śmierć" i od połowy tego właśnie rozdziału robi się naprawdę ciekawie. Zgaduję, że jak go skończysz, z powrotem nabierzesz ochoty. Warto :sup

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 08 kwi 2012 12:13 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Zachęciłeś mnie :) Dzisiaj postaram się przeczytać przynajmniej jeden rozdział ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Teraz jest 24 lip 2017 17:58


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron