Zaloguj | Zarejestruj








Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 30 maja 2013 21:09 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Poniższe opowiadanie zaczęłam pisać jakiś czas temu, ale można powiedzieć, że zrzut z T4 zainspirował mnie do jego zakończenia :twisted: Akcja nie ma nic wspólnego z T4, właściwie to rozgrywa się nawet przed wydarzeniami z T1. Wrzucam, bo jak na dzień dzisiejszy (koniec pierwotnego terminu ostatecznego, hłe, hłe, hłe) strasznie biednie się ten konkurs prezentuje xd Ale gdyby pojawiło się więcej kandydatów nie wahajcie się mnie wyrzucić.

Wesoła Wdówka
Obrazek
AKT 1


Czekała na schodach. Chyba go nie zauważyła, ale to nie miało znaczenia: i tak musiał przejść obok, żeby dostać się do swojego mieszkania. Było już za jasno, żeby się bawić we wchodzenie oknem. Szybko przejrzał w myślach listę potencjalnych grzechów, ale nie znalazł niczego, za co miałby odpowiadać. A jednak czekała. Na niego.

– Dzień dobry, madame Bellatrix – powiedział, wychodząc z cienia. Drgnęła zaskoczona, jednak wyraz niezachwianej pewności ani na chwilę nie opuścił jej arystokratycznej twarzy. Cudowna kobieta. – Wydaje mi się, że zapłaciłem już czynsz?

– Witam, panie Garrett.

Stanął jak wmurowany. Nie. To niemożliwe. Jak...?

– Nie wiem, o czym pani mówi – powiedział miękko i spróbował ją wyminąć, ale zastąpiła mu drogę.

– Wie pan cholernie dobrze, o czym mówię. Nie nazywa się pan Alfred Goodwin, tylko Garrett. Samozwańczy Mistrz Złodziejski.

Zaklął w myślach.

– Przypuszczam, że gdyby chciała pani zrobić coś z tą wiedzą, przywitałaby mnie pani w towarzystwie błękitnych płaszczy.

– Bez obaw. Pański sekret jest ze mną bezpieczny. Ale pod pewnym warunkiem.

Prychnął.

– Nie lubię, kiedy mi się stawia warunki.

Spróbował ją przesunąć, ale zaparła się i złodziej zrozumiał, że jeśli chce się jej pozbyć, będzie musiał ją uderzyć. Spojrzał jej w oczy, chcąc dać to do zrozumienia, ale wtedy zorientował się, że doskonale o tym wiedziała. I była gotowa walczyć. Odpuścił; nie lubił bić kobiet.

– Czego pani chce? – spytał niechętnie.

– Drobiazgu, który dla kogoś takiego jak pan nie powinien stanowić najmniejszego problemu.

Skrzyżował ręce na piersi i zmierzył ją zimnym spojrzeniem. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie!

– Może wejdziemy do mojego mieszkania?

Wolał nie omawiać takich rzeczy na korytarzu, ona jednak pokręciła zgrabną główką.

– Bez obaw, panie Garrett, budynek jest pusty. Wilkinsonowie już wyszli, pan Haweks jeszcze nie wrócił, a pani Gilman jest w piwnicy. Mój mąż zaś... nie będzie nam przeszkadzał.

Skinął głową. Jej mąż, a właściciel kamienicy, był najgorszego sortu pijakiem i moczymordą, w dodatku prał swoją żonę tak, że aż na trzecim piętrze – czyli tam, gdzie mieszkał Garrett – było słychać. Złodziej nie raz miał ochotę zejść i posłać go do snu, ale za wygodnie mu się tu mieszkało. Poza tym nie uśmiechało mu się zgrywanie bohatera; sam nie był święty.

– Zamieniam się w słuch – powiedział sucho.

– Zna pan zapewne aptekę „Pod Krokodylem”? – Skinął tylko głową, więc kontynuowała niespeszona: – Przypuszczam, że jej właściciel znalazł się w posiadaniu pewnych substancji, z których mogłabym zrobić użytek lepszy niż on. – To mówiąc wsunęła złodziejowi w dłoń zwinięty kawałek papieru. Odwinął go dyskretnie i przejrzał. Jego brew uniosła się do góry; bez trudu rozpoznał te substancje.

– I do czego zamierza ich pani użyć?

– Czyż to nie oczywiste? – Odwróciła głowę, eksponując dorodny siniak pod prawym okiem i kilka starszych, pożółkłych już, na swej łabędziej szyi.

– Nie podam ich pani mężowi – zastrzegł złodziej.

– Wcale pana o to nie proszę. Ma pan jedynie dostarczyć wymagane substancje. Resztą zajmę się sama.

– A co ja z tego będę miał?

Zawahała się. Ha, o tym chyba nie pomyślała. Nie miała nic oprócz tej starej rudery, jej mąż przepijał wszystkie pieniądze, jakie zbierali z czynszu, nie wspominając o klejnotach i całym majątku, jakim kiedyś – podobno – dysponowała.

– Proszę się o to nie troszczyć, panie Garrett – zapewniła. – Potrafię okazać wdzięczność.

Czy naprawdę upadła aż tak nisko? Złodziej zmierzył ją od stóp do głów. Nawet wychudzona i zmarnowana, nawet w chwili ostatecznego upodlenia miała w sobie coś, pewną arystokratyczną wyniosłość, szlachetność, jakiej próżno było szukać u kobiet, z którymi Garrett zwykle się zadawał. Jakim cudem wylądowała w tej kloace?

Upewnił się, że jest świadoma sposobu, w jaki na nią patrzy i przekonał się, że przez krótki moment, gdy wydawało jej się, że nie widzi, jej twarz wykrzywiła odraza. Czy to przez męża same spojrzenia mężczyzn budziły w niej taki wstręt? Trudno ją winić. Ale Garrett nie był zainteresowany. Nie w ten sposób.

Ale co do jednego miała rację: włamanie się do apteki „Pod Krokodylem” nie stanowiło żadnego problemu. Gdy tydzień później przyszła zebrać czynsz, zamiast pieniędzy wzięła kilka fiolek, a dwa tygodnie później pojawiła się w czarnym woalu, skrywającym figlarne spojrzenie.

AKT 2

– Opowiedzieć ci bajkę, Garretcie?

Z gardła złodzieja wydobył się nieartykułowany pomruk. W chwili obecnej dryfował na falach niewyobrażalnego szczęścia i było mu wszystko jedno, co się dookoła niego dzieje. Ale jeśli ma ją to uszczęśliwić...

Bellatrix pochyliła się, opierając łokcie o blat stołu, przy którym siedzieli. Wciąż piętrzyły się na nim talerze po niedawnym – obfitym – posiłku i kryształowe kielichy pełne wybornego wina, cudem ocalałego z pijatyk niedawnego pana domu. Jeszcze kilka dni temu, gdyby ktoś mu powiedział, że tak właśnie będzie spędzał czas, Garrett zaśmiałby mu się w twarz, teraz jednak odkrył, że przebywanie w kulturalnym towarzystwie sprawia mu dziwną satysfakcję. Przepaść między przesyconą intelektualizmem atmosferą Siedziby Strażników a prymitywnością miejskich spelun była zbyt wielka i nawet po latach Garrett nie potrafił jej przeskoczyć. Czuł się tam obco, niekomfortowo, jego rozmowy były wymuszane, wspólnicy nieliczni. Bellatrix natomiast nigdy nie dała mu poznać, że tu nie pasuje. Doskonale wiedziała, jak zadowolić mężczyznę.

– Była sobie pewna dziewczynka – zaczęła, przykładając palec do stołu i przesuwając nim, jakby chciała narysować to, o czym mówiła, tylko zabrakło jej narzędzi. – Miała bogatych rodziców, którzy chcieli dla niej jak najlepiej, dlatego bardzo wcześnie wydali ją za mąż za człowieka, który wtedy wydawał się idealnym kandydatem. Był bogaty, przystojny. Miał perspektywy. Rodzice myśleli, że będzie z nim szczęśliwa. Ale mężczyzna podjął kilka złych decyzji i ich majątek szybko się ulotnił. Mężczyzna porzucił resztę swoich interesów. Zaczął pić – jej twarz stężała, ale palec nie zaprzestał swego tańca – stał się brutalny. W tym czasie rodzice dziewczynki podupadli na zdrowiu i w końcu umarli, a hotel, który prowadzili przeszedł w ręce ich jedynego syna. – Pochyliła się nad złodziejem i teraz praktycznie szeptała mu do ucha: – Jednak dziewczynka jest pewna, że w testamencie rodzice zapisali majątek dwójce swoich dzieci. I że gdyby dostała ten testament w swoje ręce, udałoby jej się nie tylko odzyskać należność, ale i przejąć część należącą do jej brata.

– Co to za hotel? – spytał sennie Garrett.

– Hotel Marvel.

Złodziej natychmiast orzeźwiał. Hotel Marvel! Jeden z najbogatszych tego typu przybytków w Mieście. Znajdował się on w samym centrum Wyspy Różanej, zajmowanej jedynie przez najwytworniejsze hotele, restauracje, teatry, kasyna, ogrody, sporadycznie rezydencje ludzi tak bogatych, że stać ich było na sracze z litego złota. Zawsze wiedział, że Bellatrix nie pochodziła z „jego” klasy, ale nigdy by mu nie przyszło do głowy celować tak wysoko.

– Trudno byłoby się tam dostać – zauważył.

– Budynek jest doskonale strzeżony, jedynie goście i obsługa mają tam wstęp. Na udawanie gościa ani mnie, ani ciebie nie stać. Pozostaje obsługa.

Prychnął.

– Nie zamierzam się najmować.

– Nie musisz. Kelnerzy pracują w maskach aby nie razić bogatych gości swoimi plebejskimi twarzami. – Kolejne prychnięcie. – Ale to nam tylko ułatwi sprawę.

– Wiesz, gdzie może być ten testament?

– W pokojach właściciela, jak przypuszczam. Znajdują się na pierwszym piętrze, tam gdzie wszystkie biura. Nie można się tam dostać żadnymi schodami, a jedynie specjalną windą.

– Dotarcie do której okaże się o wiele trudniejsze, niż do samego Hotelu. Jakieś inne propozycje? Okna? Tajne przejścia?

– Żadnych okien w Hotelu nie da się otworzyć. Tajnych przejść jest mnóstwo między samymi pokojami gościnnymi, ale żadne nie prowadzi na to piętro. – Zastanowiła się przez chwilę. – Jest jednak winda na jedzenie.

– W samym środku ruchliwej kuchni.

– Kuchnię można opróżnić.

– Jak?

– Pozostawię to twojej kreatywności.

– A kto powiedział, że zamierzam to zrobić?

– Czy kiedykolwiek pożałowałeś umów ze mną?

– Jednej umowy. Która zaowocowała jedynie tym, że nie muszę płacić czynszu.

Pochyliła się nad nim.

– A nie wolałbyś zamiast kisić się w tej dziurze, samemu zamieszkać w Hotelu Marvel? Gdzie jeden pokój jest większy niż całe to mieszkanie? Gdzie ściany wykładane są boazerią z najdroższego drewna, a podłogi kryte dywanami miększymi niż twoje obecne łóżko? Jadać potrawy, które teraz możesz kosztować jedynie przemykając nocą przez kuchnie bogaczy? Pijać codziennie najlepsze wina? Zapewniam cię, że gdy Hotel Marvel będzie w moich rękach, zawsze znajdzie się dla ciebie wolny pokój.

Zastanowił się przez chwilę. Zadanie nie należało do łatwych... Ale tylko w takie warto się angażować. Propozycja Bellatrix natomiast... Cóż, to oczywiste, że nie będzie mógł całego życia spędzić pod jej opieką. Sam tego nie chciał i wiedział, że i jej niezupełnie o to chodziło. Jednak posiadanie tak wysoko postawionej przyjaciółki... Taak, gra zdecydowanie mogła być tego warta.

– A nawet, jeśli nic z tego nie wyjdzie – zaczęła, jakby wypowiadając na głos wątpliwości złodzieja. – W Hotelu jest mnóstwo kosztowności. Srebrna zastawa, złote kielichy, sakiewki gości. Im gorsza reputacja mojego brata, tym lepiej dla mnie.

* * *

Mieszkania służby znajdowały się w niewielkim domku, w ogrodach za głównym gmachem hotelu. Znalezienie odpowiedniego kandydata nie było trudne: chłopak był nowy, na imię miał Gaston. Odpowiednia wysokość, zbliżona sylwetka, ciemne włosy i oczy. Garrett obserwował go przez kilka dni, by nauczyć się jego ruchów i sposobu chodzenia, kilka razy udało mu się podejść na tyle blisko, by podsłuchać jak mówi – głos miał inny, ale to dałoby się wytłumaczyć chorobą.

Tak więc pewnego dnia Gaston obudził się, by ujrzeć, jak ktoś noszący jego strój poprawia przed lustrem jego maskę. Spróbował wstać, ale wtedy zorientował się, że jest przywiązany do łóżka i zakneblowany. Narobił jedynie dość hałasu, by spoczęło na nim spojrzenie obcego.

– Spokojnie, Gaston – powiedział nieznajomy cichym, głębokim głosem. – Masz dzisiaj dzień wolny. Poleż sobie, odpocznij, a ja się wszystkim zajmę.

Gaston spróbował coś powiedzieć, ale zza zapychających jego usta szmat dobiegł jedynie niezrozumiały bełkot.

– Później mi podziękujesz – powiedział obcy, po raz ostatni poprawiając muszkę i wyszedł.

Na szczęście Gaston był tu nowy: w jego pokoju Garrett znalazł plan sali z zaznaczonymi na czerwono stolikami, które miał obsługiwać, a także generalny plan całego budynku. W chwilach takich jak ta złodziej błogosławił swą doskonałą pamięć. Dawno temu nawet Strażnicy byli zaskoczeni wiedząc, jak bez pudła potrafi zapamiętać i powtórzyć skomplikowaną wiadomość, ale nie było to nic dziwnego dla kogoś, kto przez znaczną część życia nie potrafił pisać ani czytać.

– Wszyscy gotowi? – pytał szef kelnerów na odprawie. Ze znalezionych w pokoju Gastona listów Garrett wnioskował, że nazywa się Jonatan Burgess. – Gaston, zapamiętałeś w końcu, co masz robić?

– Chyba tak – powiedział Garrett, starając się, by jego głos brzmiał ochryple. Pan Burgess zmarszczył nos, jakby dobiegł go wyjątkowo przykry zapach.

– Dobrze się czujesz?

Garrett pokręcił głową.

– To tylko przeziębienie. Nic mi nie będzie.

– Może chcesz dzień wolny?

– Dam radę.

– Jak chcesz. – Pan Burgess podszedł do niego i zaczął wygładzać mu marynarkę. – Pamiętaj jednak, że nasi goście nie życzą sobie kichania do swoich potraw. Zostawiają tu ciężkie pieniądze i wymagają najwyższej jakości, także w dziedzinie obsługi. I jedz więcej, albo z własnej kieszeni będziesz musiał zapłacić za nowy strój. Pan Marvel nie toleruje niechlujstwa.

Garrett pokiwał głową.

– Dam z siebie wszystko, panie Burgess.

Szef pokiwał z roztargnieniem głową.

– Dobry chłopak.

Praca była łatwa i Garrett szybko złapał rytm, cały czas jednak szukając okazji, by wymknąć się i poszukać sposobu na opróżnienie kuchni. Restauracja zajmowała połowę parteru: była to wielka sala, zaprojektowana w taki sposób, by przebywający w niej goście odnieśli wrażenie, że znaleźli się w innym świecie. Podłogę pokrywały marmury wypolerowane jak lustra, sufit zaś miał przypominać wieczorne niebo, z lampkami udatnie imitującymi gwiazdy. Ściany ginęły pod naporem fantazyjnie udrapowanych zasłon, lekkich i barwnych jak skrzydła motyla. Między stolikami i krzesłami wyglądającymi jak wyciosane z lodu stały fantazyjne donice z kwiatami, a nawet drzewkami, przez cały rok obsypanymi kwieciem (gdy naturalne ginęło, zastępowano je papierowym). Niewidoczna orkiestra napełniała powietrze dyskretną, ale słodką muzyką. Nawet drzwi prowadzące do kuchni otoczono dekoracją imitującą wejście do groty. W takim otoczeniu nawet prosty umysł złodzieja szybko pojął, że kretyńsko niewygodne, obsypane srebrnym pyłem marynarki kelnerów i zwierzęce maski nie miały na celu ukrycia plebejskich oblicz, ale pogłębienie wrażenia niezwykłości.

Regularna praca szybko zaczęła go nudzić, więc zaczął rozglądać się za okazjami. I tak pewien dżentelmen podczas płacenia pożegnał się z diamentową spinką do mankietu, inny – ze złotym zegarkiem z dewizką. Pewna dama z kolei nalegała, by odprowadził ją do toalety, co kosztowało ją bransoletkę wysadzaną szmaragdami. Nie wspominając o niezliczonej ilości sakiewek, które podebrał przed i po zapłaceniu. Nawet ciekawie było patrzeć, jak pewien nadąsany wąsacz tłumaczył się przed Burgessem i Garrett z najwyższym trudem powstrzymał wypełzający na usta złośliwy uśmiech.

Wciąż jednak nie wymyślił, jak dostać się na wyższe poziomy. Cóż, nie wymyślił nic kreatywnego. Istniało jedno, proste rozwiązanie, ale brakło mu finezyjności i dyskrecji, jakich można by się spodziewać po Mistrzu Złodziejskim. Jednak gdy dochodziła północ i nie wyglądało na to, by mógł złapać chwilę wytchnienia, nie miał wyjścia.

Wynosząc z kuchni kolejne zamówienie, przypadkiem upuścił minę gazową. Gdy zamówienie dotarło do klienta, zza zasłony odgradzającej kuchnię od sali wydobywała się rzadka, zielona mgiełka, zbyt już rozrzedzona, by stanowić zagrożenie. Garrett pospieszył w tamtym kierunku. W środku panowało zamieszanie: połowa obsługi leżała nieprzytomna na ziemi, reszta biegła bezładnie w tę i z powrotem. Burgess biegał najwięcej, jakby próbował być w każdym kącie jednocześnie, wykrzykując bezładne rozkazy i starając się przywrócić porządek. Garrett wykorzystał zamieszanie by przedostać się do odpowiedniej windy i wysłał się na górę.

Zbyt łatwe.

I oto był na miejscu. Widział w życiu wiele wytwornych apartamentów, jednak na widok tego aż zagwizdał z podziwu. Było tak, jak mówiła Bellatrix: ściany wykładane boazerią, podłogi kryte grubymi dywanami, wielkie lustra w złoconych oprawach, kryształowe żyrandole, ciężkie zasłony spięte wysadzanymi klejnotami spinkami, wszystkie meble starannie rzeźbione i intarsjowane. W innych okolicznościach mógłby wynieść i sprzedać każdy jeden element wystroju i dostać za niego dobrą cenę. Ale teraz musiał się ograniczyć do paru bibelotów, które upchnął pod zbyt luźną marynarką. Wysadzany opalami naszyjnik zawiesił na własnej szyi, z klejnotami na plecach. Pierścienie i platynowe obrączki ukrył pod rękawiczkami, bransolety – na przedramieniu, modląc się, by nie pękły, gdyż większość z nich wykonano z myślą o delikatniejszych niż jego rękach. Kilka brosz wpiął po wewnętrznej stronie koszuli. Wieczne pióro w złotej oprawie wylądowało w wewnętrznej kieszeni, razem z kilkoma zabranymi jeszcze z kuchni łyżeczkami i klejnotami zbyt niepraktycznymi, by je zakładać. Uprzednio przygotowane rozdarcie w marynarce zmieściło jeszcze jeden zegarek, srebrny flet i dwie złote ramki na obrazki.

To, czego szukał, znalazł w sypialni, za niewielkim, owalnym obrazem przedstawiającym podstarzałą parę w pokoju podobnym do tego. Najpierw próbował otworzyć sejf, posługując się wszystkimi ważnymi datami, jakie podsunęła mu Bellatrix: jego urodziny, śmierć rodziców, zaręczyny i ślub z madame Garniere. Na próżno. Potem rozejrzał się i po krótkich poszukiwaniach natrafił na dziennik Marvela. Zapalił więc lampkę, rozsiadł się w nieprzyzwoicie wygodnym fotelu i pogrążył w lekturze. Po kilku chwilach na jego usta wypełzł wredny uśmiech. O tym by nie pomyślał. Odłożył dziennik i wystukał właściwą datę: urodziny kochanki.

Wieko sejfu odskoczyło. W środku znajdowały się sztaby złota i serce złodzieja ścisnął ból nie do wytrzymania. Drżącą ręką odsunął je na bok i sięgnął po leżące z tyłu papiery. Przejrzał je pospiesznie; tak, tego właśnie szukał. Dostał nawet mały bonus w postaci kilku listów od Nadzorcy De Wall. Im gorsza reputacja Marvela, tym lepsza sytuacja Bellatrix, nie?

Miał się zbierać, gdy usłyszał dobiegające zza drzwi kroki.

– To bez sensu. Jak niby włamywacz miał się tu dostać?

– Mówię cie, że pan Marvel widział przez okno światło w swoim pokoju.

– Pewnie zostawił włączoną lampę...

– Wychodząc rano?!

– Nie wiem. To bardziej sensowne niż to, że ktoś miałby się tu włamać.

Szlag! Do tego czasu sytuacja w kuchni wróciła już pewnie do ładu, dlatego złodziej zamierzał w drodze powrotnej skorzystać z tradycyjnej windy, ale teraz to nie wchodziło w grę. Gdy strażnicy wejdą, na pewno zaczną od włączenia światła, a przy tak wielkich żyrandolach nie było co liczyć na odrobinę cienia, w którym mógłby się ukryć. Musiał uciekać. Już.

Niewiele myśląc rzucił się w stronę windy na posiłki, w ostatniej chwili wciskając przycisk. Zanim jednak dotarł na sam dół, oparł się rękami i nogami o ściany i zdołał utrzymać w tej pozycji aż winda osiadła na swoim miejscu. Odczekał chwilę i zerknął przez krawędź: znajdował się w odległej części kuchni i uwaga wszystkich skierowana była w inną stronę. Usatysfakcjonowany powoli opuścił się na ziemię i ruszył w stronę wyjścia. Zmniejszony o połowę personel krzątał się jak w ukropie, by nie dać gościom znać, że cokolwiek miało miejsce, dlatego nikt nie zwrócił na niego uwagi. Do czasu.

– Gaston! – Był już prawie przy drzwiach wyjściowych, gdy Burgess złapał go za ramię i odwrócił gwałtownie. Skradzione kosztowności zabrzęczały złowieszczo, ale przez huk garnków trudno to było usłyszeć komuś obdarzonemu mniej wyczulonymi zmysłami. – Dzięki Budowniczemu, że jesteś. Nie dajemy już rady, musisz natychmiast wracać na salę. Bierzesz szóstkę i ósemkę. Już. – I pchnął go w stronę wyjścia na salę.

Garrett zaklął w myślach, ale czuł, że łatwiej mu będzie przemęczyć się jeszcze kilka godzin, niż uciekać przez Różaną Wyspę ze strażnikami Marvela siedzącymi mu na tyłku, gdyby teraz się ujawnił. Wyszedł więc na salę... I natychmiast tego pożałował. Przy stoliku numer sześć – tym, który odziedziczył po jednym z nieprzytomnych kelnerów – siedział De Wall.

Nie, spokojnie. Nie pozna mnie w tej masce, przekonywał siebie. Zresztą, nawet bez niej, nigdy w życiu mnie nie widział. Poza tym, szkodzę raczej Ramirezowi, niż jemu. Nawet jakby mnie poznał, nic na mnie nie ma.
Szlag.


Był tak blisko! Dotychczas wszystko poszło gładko, praktycznie bezboleśnie, dlaczego teraz miało pójść źle? Będzie dobrze, powtarzał sobie, podchodząc do szóstki i z całych sił usiłując opanować drżenie kolan. Musi, kurwa!

A jednak udało mu się utrzymać kamienną twarz i beznamiętne brzmienie głosu, gdy odbierał zamówienie. Dopiero gdy stawiał talerz przed Nadzorcą De Wall złapał go za nadgarstek i przytrzymał w żelaznym uścisku. Garrett przypomniał sobie, że ten człowiek podobno może złamać w ten sposób rękę. Nie wspominając o tym, że na pewno wyczuł ukryte pod rękawem klejnoty.

– Proszę pana? – spytał najspokojniej jak potrafił, choć serce waliło mu jak oszalałe.

– Ten człowiek nie jest tym, za kogo się podaje – oznajmił głośno Nadzorca. Spojrzenia wszystkich na sali zwróciły się w ich stronę. Najwyraźniej nie tylko Garrett wiedział, z kim ma do czynienia.

– Nie wiem, o czym pan... – zaczął, ale De Wall wstał i pochylił się nad nim groźnie. Był potężnym mężczyzną o zmierzwionej czarnej brodzie i dzikich oczach, a całe podziemie Miasta huczało od plotek o jego wyjątkowym, nawet jak na Nadzorcę okrucieństwie.

– Nie kłam – ostrzegł. – Myślałeś, że nie rozpoznam zabójcy, gdy ten przede mną stoi...

Nie zdołał dokończyć, gdyż w tym momencie rozległ się suchy trzask i Nadzorca poleciał do tyłu. Jeszcze zanim padł na stolik, ciężki złoty łańcuch zakończony imponującym rubinem, który dotychczas zdobił jego szyję, zmienił właściciela. Uderzenie było tak silne, że ręka Garretta zdrętwiała aż do łokcia, ale, cholera, było warto!

Nie miał jednak czasu się napawać: strażnicy przemykający po drugiej stronie zasłon byli jeszcze zaskoczeni, ale zaraz rzucili się w stronę złodzieja: nie miał szans dopaść głównego wejścia (nie wspominając o tym, że w portierni oraz przy samych drzwiach znajdowali się kolejni zbrojni), więc niewiele myśląc popędził w stronę wejścia do kuchni, gdzie wpadł na dwóch kelnerów, prawie się przewracając.

– Zniszczę cię, śmieciu! – dobiegły go wrzaski De Walla. – Ty nie wiesz, kim ja jestem!

Nie przystanął, żeby się nad tym zastanawiać. Dopadł do wyjścia dla służby, ale drzwi były zatrzaśnięte; w rękawie miał schowane wytrychy, ale nie miał czasu by ich użyć. Rozejrzał się gorączkowo: po lewej stronie była kuchnia, zbyt tłoczna, by przedarł się do wind na jedzenie i wjechał na górę, po prawej zaś schody do piwnicy. Nie namyślając się długo skręcił w prawo, mając nadzieję, by było stamtąd inne wyjście albo chociaż żeby udało mu się zgubić strażników i wrócić tutaj. Droga jednak okazała się prosta i pozbawiona odgałęzień: rząd magazynów z jedzeniem, chłodni i piwniczek z winami, dalej kilka pomieszczeń, w których trzymano zapasowe meble i windy prowadzące na piętra – nie działające. Czy gdzieś w piwnicach nie powinna znajdować się pralnia? Nawet jeśli tak, najwidoczniej nie łączyła się z kompleksem kuchennym.

Przebiegł jeszcze parę pomieszczeń, blokując za sobą drogę przewróconymi pudłami i meblami, gdy nagle wyrosła przed nim do połowy rozebrana ściana. W skale za nią ziała wąska szczelina i Garrett przypomniał sobie notkę, którą znalazł w pokoju Gastona:

W związku z licznymi zaginięciami w obszarze objętym planem rozbudowy piwnicy, wszystkich pracowników obowiązuje zakaz zbliżania się do wymienionego obszaru.

Och. Wspaniale. Nie żeby miał jakiś wybór.

Nie zastanawiając się długo dał nura do jamy. Znalazł się w wąskiej szczelinie pochylonej tak mocno, że nie miał innego wyboru jak zjechać w dół, szorując plecami i bokami o ściany. Po krótkiej chwili wypadł na płaskie, pokryte błotem podłoże. Sfatygowana marynarka, nie stworzona z myślą o takich wyczynach, nie wytrzymała napięcia i pękła w szwach, a kosztowności z rozsypały się i zniknęły w błocie. Garrett rzucił się by je pozbierać. Z góry dochodziły go głosy strażników: kłócili się, nie chcieli iść za nim. Dobrze.

Gdy myślał, że ma już wszystko, wstał i ostrożnie przesuwając palcami po ścianach zbadał otoczenie. Znajdował się w niskim, niezbyt szerokim korytarzu z łukowatym sklepieniem, ścianach wyłożonych cegłą i ociekających wilgocią. Nie było śladów lamp ani nawet obręczy na pochodnie. Ktokolwiek wybudował ten tunel, raczej nie myślał o jego regularnym użytkowaniu.

On sam nie widział różnicy między jedną a drugą stroną, wybrał więc na chybił-trafił i zaczął pospiesznie, ale jednocześnie ostrożnie oddalać się od szczeliny. Wolał nie być w pobliżu kiedy strażnicy się zdecydują.

Znalazł kilka odgałęzień. Nie miał pojęcia, dokąd mogą prowadzić, więc szedł prosto. Co to mogło być? Stary system kanalizacyjny? Ale Wyspa Różana nie była wykorzystywana dość długo, by mogły na niej zaginąć jakieś konstrukcje. Jeśli wierzyć Strażnikom, powstała niecały wiek temu z gromadzonego przez Rzekę śmiecia. Potem została umocniona, przysypana czystą ziemią i zabudowana przez ludzi, dla których nie starczyło już miejsca na brzegach Rzeki. Różane ogrody, od których wzięła nazwę rzekomo powstały, aby stłumić smród odpadów.

Więc skąd tunele? Nie mogły być starsze, niż umocnienia. A jeśli? Może dotarł tak głęboko, że znajdował się poniżej dna rzecznego? Słyszał kiedyś o takich tunelach: miały łączyć niektóre zamki i posiadłości z lewego brzegu z niezamieszkanym wtedy prawym brzegiem, dając bogaczom sposobność ucieczki w razie oblężenia. Potem zagospodarowano i prawy brzeg i obecność tuneli przestała mieć sens. Jeśli znajdował się teraz w jednym z nich... to oznaczało, że przynajmniej z jednej strony łączy się on z bogatą posiadłością. Nie miał co prawda sprzętu ani nawet porządnego worka na łupy, ale zawsze mógł improwizować. Ciekawe, kto to może być. Ktoś ze Starych Rodów, to na pewno. Rutherfordowie? Stamfordowie? Może Bafford? Słyszał, że ten ostatni ma w posiadaniu pewną interesującą błyskotkę...

Tak bardzo pochłonęły go wyobrażenia przyszłych łupów, że prawie zapomniał o tym, że w zasadzie to nie wie, czy naprawdę znajduje się w jednym z takich tuneli, a jeśli już, to czy w ogóle zmierza w dobrym kierunku. A wtedy ściany wokół niego rozstąpiły się i złodziej znalazł się na otwartej przestrzeni.

Cóż, nie do końca otwartej. Ale na pewno rozległej. Zbyt rozległej, jak na tunele ewakuacyjne. Przed sobą w pewnej odległości ujrzał zaś coś jakby... fasadę budynku? A widział ją dokładnie, bo grupka stojących przed nią ludzi nawet nie próbowała się kryć ze swoimi pochodniami. Garrett przypomniał sobie o znikających członkach obsługi Hotelu i poczuł się niepewnie. Ale ciekawość zwyciężyła.

Trzymając się ściany podszedł jak najbliżej, omijając gigantyczne kolumny i ścielący się na ziemi gruz. Z bliska lepiej widział fasadę: wzniesiono ją w stylu, który nazywano vertebralis, od briliańskiego słowa oznaczającego kręgosłup. Wzięło się to stąd, że budowle wzniesione w tym stylu odznaczały się nadzwyczajną lekkością i filigranowością, osiągniętą przez wyeksponowanie i wyażurowanie elementów konstrukcyjnych. Był to ulubiony styl Młotodzierżców, dla których nagość konstrukcji symbolizowała czystość duszy czy coś takiego. Ale istniała jeszcze jedna grupa, która bardzo go lubiła...

Był już całkiem blisko, mógł usłyszeć głosy postaci sprzeczających się przy bramie. Przycupnął za jedną z kolumn, prawie niewidoczny... Ale wtedy poczuł ruch za plecami. Wiedział, że nie ma czasu na wahanie: mógł zrobić tylko jedną rzecz.

– Pozostań w równowadze, bracie – powiedział cicho w sekretnym języku, który tylko wybrani mogli zrozumieć.

Postacie przed bramą zamilkły i spojrzały w jego stronę. Złodziej wyprostował się i wyszedł z cienia. Egzekutor bezszelestnie podążył za nim.

– Garrett – zauważył jeden ze Strażników. Złodziej rozpoznał go: to był Villon, jego nauczyciel języka, historii i filozofii Brilianu. Niski, chudy mężczyzna o głowie przypominającej wielkie, łyse jajo z którego wyrastały karykaturalnie wielkie uszy i nos. Jego oczy były brązowe i mętne jak kałuże w czasie suszy, ale Garrett nie dał się zwieść. To był jeden z najbystrzejszych facetów, jakich widziała Akademia Strażników. Który teraz szybko otaksował go wzrokiem i powiedział z nieznośną uprzejmością: – Widzę, że zmieniłeś profesję.

Złodziej prychnął i z godnością spróbował poprawić na sobie idiotyczną marynarkę, ale to tylko pogłębiło pęknięcia i niedbale upchnięte kosztowności znów posypały się na ziemię.

– Ale nie zmieniłeś zwyczajów – dokończył Villon.

– Słuchaj, trafiłem tu przez przypadek – powiedział poirytowany złodziej. – Przypuszczam, że obaj nie jesteśmy zadowoleni z tego spotkania, więc może po prostu pokażcie mi wyjście i zapomnimy, że w ogóle się spotkaliśmy.

Villon zassał wargę.

– I widzisz, Garretcie, tu pojawia się pewien problem. Bo poinstruowano nas, aby zabić każdą osobę z zewnątrz, która zabłąka się w te okolice.

Złodziej zesztywniał.

– Od kiedy to jestem osobą z zewnątrz?! – krzyknął. Strażnik przekręcił głowę.

– Masz rację, nie jesteś... kiedy jest to dla ciebie wygodne.

Zapadła cisza. Naprawdę trudno było się z tym nie zgodzić. Garrett nigdy nie chciał być Strażnikiem. Ale też nie chciał zginąć jako „osoba z zewnątrz”.

– Dziwna rzecz – kontynuował Villon tonem niemalże marzycielskim. – Jesteś Strażnikiem, ale nie jednym ze Strażników. Jesteś złodziejem, ale nie jednym ze złodziei...

– Co ty pieprzysz? – warknął poirytowany Garrett. Tego typu gadki były jednym z powodów, dla których opuścił Siedzibę.

– Ubolewam tylko. To tragedia, chłopcze. Wszędzie obcy, nigdzie nie znajdziesz domu...

– Nie potrzebuję twojej litości. – Z wściekłości niemal pobielało mu przed oczami. – Ani twojej łaski. Możesz ją sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi! Ty, Orland i wszyscy inni! Nie chciałem jej, nigdy o nią nie prosiłem...

– A jednak przyjąłeś, gdy była ci dana.

– A potem tego żałowałem – odwarknął.

Villon nie odpowiedział. Spojrzał tylko na niego z jakimś niezrozumiałym smutkiem, który doprowadzał złodzieja niemal do pasji. Gdyby mógł, rzuciłby się na starca i wydrapał te wstrętne ślepia. Jednak szacunek, jaki wpojono mu w Akademii – batem, głównie – był wciąż zbyt silny, więc tylko zacisnął zęby i skrzyżował ręce na piersi, na wzrok Strażnika odpowiadając hardym, wrogim spojrzeniem, które i tak nie robiło na nikim wrażenia.

W końcu Villon westchnął, pokręcił ze smutkiem głową.

– Chodź z nami – poprosił miękko.

– Nie zamierzam – odparł hardo złodziej.

– Niedaleko – zapewnił Strażnik. – Potem będziesz mógł odejść.

Garrett zmełł w ustach przekleństwo, ale powlekł się za Villonem. Czuł, że w ten sposób szybciej zakończy tę farsę. Nie zapomniał jednak uprzednio pozbierać rozsypanych kosztowności.

Villon poczekał cierpliwie, a potem zaprowadził go do wrót budowli. Były zamknięte, a w miejscu zamka znajdowało się jedynie płytkie wybrzuszenie w kształcie dziurki. Gdy Villon przyłożył do niego swój pierścień, metal zalśnił błękitnym blaskiem, w drzwiach pojawiła się szpara. Z każdą chwilą stawała się coraz szersza, aż w końcu wrota rozstąpiły się, ukazując mroczne wnętrze.

– Niezły efekt – mruknął Garrett. Villon spojrzał na niego przelotnie, po czym złapał pod ramię i wprowadził do środka.

– Co to w ogóle za miejsce? – spytał złodziej.

– Stara kaplica. Zbudowana kiedy jeszcze Rzeka płynęła w innym miejscu.

Kaplica! Była większa od niektórych młotodzierżczych świątyń. Ale Garrett nie zamierzał się sprzeczać. Ani pytać, po kiego licha Villon ją teraz odgrzebywał. Z tego, co Garrett pamiętał, Strażnik specjalizował się w Brilianie a to, tak jakby, nie ta część kontynentu. A może miał jeszcze inne zainteresowania?

Po przekroczeniu progu znaleźli się w długiej nawie nakrytej gwieździstym sklepieniem. Blask pochodni zatańczył na ociekających wilgocią ścianach. Dawno temu musiały pokrywać je freski, teraz jednak niewiele z nich zostało oprócz trudnych do zidentyfikowania plam. W nie lepszym stanie znajdowały się zajmujące niegdyś kaplicę meble - być może ławy. W sumie tylko stojąca w przeciwległym końcu fontanna zachowała swój kształt: okrągły basen, ze środka którego dumnie wystawała kamienna waga.

– Bardzo oryginalnie – sarknął Garrett.

– Dawno temu – zaczął Villon, zupełnie go ignorując – młodzi adepci przybywali tu, by w modlitwie i medytacji odnaleźć równowagę.

– Taa, to właśnie ten dobór rozrywek był jednym z powodów, dla których odszedłem...

– Stare pisma mówią, że łyk wody z tej fontanny zapewniał wybranym zdolności profetyczne.

– Taaa?

– Chciałbyś spróbować?

– Za nic w świecie.

Villon spojrzał na niego. Wyglądał na zaskoczonego. Garrett z trudem powstrzymał złośliwy uśmiech. Zamiast tego wskazał brodą fontannę.

– Nawet, jeśli w tych bredniach tkwi ziarno prawdy, w co szczerze wątpię, woda, która płynie w niej teraz nie ma nic wspólnego z wodą, która płynęła tu wieki temu. Wydaje mi się, że bliżej jej do ścieku, który nazywamy Rzeką. Dlatego daruj, ale powstrzymam się – za bardzo cenię swoje życie.

– Nie interesuje cię przyszłość?

Złodziej wzruszył ramionami.

– A co ma mnie interesować? Kolejne włamy. Strażnicy, kosztowności. Pieniądze przewalone w winiarniach i burdelach. A potem ostatnie przedstawienie na Placu Czerwonym. Moja praca naprawdę nie zapewnia różnorodnych wyzwań.

– A pewien jesteś, że prócz pracy nie czeka cię nic innego?

– Nic mi nie przychodzi do głowy.

Zapadła cisza. Garrett rozglądał się znudzonym wzrokiem, pragnąc dostrzec rozbłysk światła na czymś bardziej interesującym od starych malunków – w końcu widział już, jak zwykle wyposażone są siedziby Strażników – Villon zaś patrzył w przestrzeń, zagrywając wargi i głęboko się nad czymś zastanawiając.

– Dobrze więc – powiedział w końcu. – Jednak mam dla ciebie pewne proroctwo. – Zanim Garrett zdołał zaprotestować, Strażnik uciszył go ruchem dłoni. – Już niedługo twoja równowaga zostanie zburzona a okoliczności zmuszą cię do rzeczy, jakich nie chciałbyś robić. Stracisz wszystko, co dla ciebie drogie, a z czego nie zdajesz sobie jeszcze sprawy, i dopiero wtedy, z samego dna, zdołasz powstać do swej pełnej chwały.

Złodziej zmarszczył brwi.

– Co ten bełkot ma niby znaczyć?

– Zrozumiesz, w odpowiednim czasie. A teraz musisz już iść. Rada i tak nie poparłaby tego, co ci teraz przekazałem. Egzekutor pokaże ci drogę.

– Dzięki – rzucił sucho Garrett i odwrócił się do wyjścia.

– Uważaj na siebie, chłopcze – rzucił za nim Villon, a gdy upewnił się, że nie słyszy, dodał ciszej: – Mój biedny, biedny chłopcze...


AKT 3

Zjawiła się, gdy był w środku posiłku. Wysoka, kształtna, o szlachetnych rysach twarzy i starannie upiętych włosach, przybrana w jedwabie i lśniące klejnoty. Mógłby wziąć ją za arystokratkę, gdyby nie wiedział lepiej.

– Nie zamawiałem towarzystwa – oznajmił chłodno odstawiając kielich. Nawet mimo sympatii właścicielki jeden wieczór tutaj kosztował go więcej, niż pół roku wyżywienia gdzie indziej i wolał nie marnować tego czasu.

– To na koszt firmy – oznajmiła niespeszona, przysiadając się do jego stolika. Kelner natychmiast podbiegł z kieliszkiem i butelką wina. Zadziwiające, ale oni wciąż nosili te idiotyczne maski, mimo że przybytek dawno zmienił nazwę na bardziej swojską: Wesoła Wdówka. Gdy skończył nalewać, niewiasta podziękowała mu wytwornym skinieniem głowy i kurtuazyjnie zamoczyła usta; złodziej nie był w stanie stwierdzić, co było czerwieńsze: napój czy jej pomadka.

Kobieta pochyliła się i szepnęła mu do ucha:

– Stolik numer czternaście.

Garrett posłusznie spojrzał w odpowiednią stronę; dzięki znajomości z Bellatrix znał rozkład sali na pamięć. Przy tym konkretnym stoliku właśnie rozsiadała się para: on – wysoki, barczysty, ze starannie przystrzyżoną czarną bródką i zielonym kaftanem haftowanym złotymi nićmi, ona – spowita w długą, białą suknię wyszywaną perłami.

– Lord Anders i jego żona, Ludwika – oznajmiła wysłanniczka, już z przyzwoitej odległości. Łokieć oparła o stół, a na zwiniętej pięści złożyła głowę, podczas gdy drugą ręką bawiła się nóżką kieliszka. – Za dwa dni ich jedyny syn, Henryk, żeni się z niejaką Dominiką d'Anglezy. Wcześniej jednak urządza wieczór kawalerski. Będzie wielki bal, mnóstwo znamienitych gości... a do tego dwanaście naszych dziewcząt.

Parsknął śmiechem. Czy można wyobrazić sobie lepszy prezent ślubny, niż dwanaście ekskluzywnych dziwek?

– Wynajęcie jednej kosztuje okrągły tysiąc – kontynuowała kobieta. – Więc możesz sobie wyobrazić, jak bogata jest ta rodzina. Po ślubie zaś ich majątek powiększy się o hojne prezenty i legendarne już perły madame d'Anglezy. Tu jest adres – to mówiąc, wsunęła mu w dłoń niewielką, starannie złożoną kartkę. Złodziej podniósł wzrok i jeszcze raz spojrzał w stronę państwa Anders. Skinął głową.

– Wezmę to pod uwagę – zapewnił.

– Lepiej się pospiesz, bo po ślubie państwo młodzi zamierzają zabrać swoje kosztowności i wypłynąć na Wyspę Cecylii, a wtedy możesz ich już nie złapać.

– Zdążę – zapewnił, po czym skierował wzrok na kobietę. – Czy firma sponsoruje twoje towarzystwo przez całą noc?

– Niestety, nie. – Figlarny uśmieszek ani na chwilę nie opuszczał jej ust. Znów się pochyliła i szepnęła: – Ale jeśli obiecasz mi diamentowy naszyjnik Lady Anders, mogę przymknąć na to oko.

Zaśmiał się. Już na samym początku zwrócił na niego uwagę: wspaniałe, złote okucie inkrustowane co najmniej tuzinem diamentów wielkich jak ziarna grochu. Wart chyba tyle, co cały wieczór kawalerski młodego Andersa.

– To taniej mi wyjdzie po prostu zapłacić!

Kobieta wyglądała na urażoną.

– Dostaniesz, za co zapłacisz – zapewniła chłodno. Złodziej uniósł jej dłoń i ucałował.

– Mogę ci obiecać jeden z jej diamentowych kolczyków – zaoferował wielkodusznie, a twarz kobiety spochmurniała jeszcze bardziej.

– A cóż ja zrobię z jednym kolczykiem?

– A co zrobisz z kradzionym naszyjnikiem?

– Przynajmniej będę go mogła nosić w zaciszu swoich komnat.

– To ty masz coś takiego jak swoje komnaty? – Na te słowa wyrwała swoją rękę z jego uścisku i usiadła prosto, krzyżując ramiona na piersiach, do cna już urażona. – Nic z tego, moja droga. Wystarczy jeden niewłaściwy klient, a spotkamy się w sąsiednich celach. Ale obiecuję, że jak będziesz dla mnie miła, przyniosę ci jakąś błyskotkę. – To mówiąc wyciągnął rękę i pogładził jej łabędzią szyję. Jej skóra nie była przyzwyczajona do dotyku twardych, szorstkich rąk ciężko pracujących ludzi, ale nawet jeśli jego dotyk sprawił jej przykrość, nie dała tego po sobie poznać. Bellatrix dobrze ją wytresowała.

Z wielką łaską pozwoliła mu znów ująć swoją dłoń i poprowadzić się do pokoju, który wiele lat temu obiecała trzymać dla niego Bellatrix, by nacieszył się jednym z ostatnich spokojnych dni, zanim Los odwrócił się od niego, zmuszając do rzeczy, jakich nie chciał robić i odbierając wszystko, co cenił, nawet jeśli o tym nie wiedział...

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 maja 2013 08:58 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Mi się podobało :) Krótko i na temat, że tak powiem. Twój Garrett jak zwykle fajny, pani Bellatrix też. Styl przyjemny, może trochę mało opisów czy coś, ale mniejsza z tym :P

Wyspa Różana i hotel Marvel kojarzy mi się z Three Gates Bridge (Mostem Trzech Bram) oraz z Ivory Rose Casino z CoSaS 2: Mission X. Wzorowanie się czy przypadek? ;)

A po to ci było info o De Wallu :) On był Nadzorcą, nie Naczelnikiem - specjalnie to zmieniłaś, czy "Naczelnik" to tytuł oficjalny?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 maja 2013 10:01 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
adriannn napisał(a):
A po to ci było info o De Wallu :) On był Nadzorcą, nie Naczelnikiem - specjalnie to zmieniłaś, czy "Naczelnik" to tytuł oficjalny?

*sto tysięcy epickich facepalmów*
Oczywiście, że Nadzorcą xd
Myślałam, czy by jakoś nie pociągnąć tego wątku, napisać, jak to poczynania Garretta i Bellatrix doprowadziły do upadku De Walla... Ale to w następnej części (jeśli w ogóle).

Hotel faktycznie był trochę wzorowany na Ivory Rose, ale tylko trochę. Raczej ogólny koncept, niż jakieś szczególne cechy (co widać zresztą).

Cieszę się, że się podobało :)

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 maja 2013 12:31 
Poganin
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 12 kwi 2008 15:25
Posty: 707
Lokalizacja: Zadupie
wszystko fajnie, tylko...
Cytuj:
Przypuszczam, że oboje nie jesteśmy zadowoleni z tego spotkania


raczej powinno być "obaj"

a tak poza tym to czytało się szybko i przyjemnie, historia wciągająca, tylko ciężko mi było wyobrazić sobie przeklinającego i chadzającego do burdeli Garretta xD


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 maja 2013 13:02 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Garrett przeklinał w grze... co prawda słabo, ale przeklinał. Cholera, cholerny, co do diabła itp. :P


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 maja 2013 13:35 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Mjodek napisał(a):
raczej powinno być "obaj"

Ksywa zobowiązuje :))
Lecę poprawiać.

Mój Garrett nie klnie... przynajmniej nie na głos. Pamiętajmy, że pierwsze lata życia spędził wśród skrajnej patologii, co się nasłuchał, to jego. Oczywiście, Strażnicy zrobili, co w ich mocy, żeby go naprostować, ale wszyscy wiemy, co z tego wyszło. Nauczyli go najwyżej panować nad językiem, nad myślami - niekoniecznie, zwłaszcza w skrajnych sytuacjach. A ja lubię go w takich stawiać :twisted:
Co do burdeli... Gdzieś musi marnotrawić te pieniądze, które zarabia na włamach. Inaczej już dawno mieszkałby w luksusowej posiadłości, otoczony gromadą służących i pomniejszych złodziei, którzy pracowaliby na jego dalsze utrzymanie. Chociaż przyznaję, burdele to pójście po najmniejszej linii oporu. Może w przyszłości wymyślę mu oryginalniejsze hobby...

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 cze 2013 22:18 
Akolita
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 sie 2010 15:41
Posty: 141
Całkiem ciekawe opowiadanko. Mam nadzieje, że dokończysz, bo przyznam, że się wciągnąłem i byłem zirytowany jak nagle się urwało ;).

_________________
"Some people in the City are just too rich for their own good... lucky they have me to give them a hand".

www.marcinbblack.deviantart.com


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 cze 2013 22:56 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Ale co dokończyć? Scenkę między Garrettem a bezimienną niewiastą? Tst, tst, to nie na takie strony ;)
Jeśli idzie o historię Bellatrix, może kiedyś do niej wrócę. Jednak od początku planowałam pisać to opowiadanie w takiej formie i generalnie na tym zakończyć, więc... :roll:
Ale miło czytać, że wciągnęło :)

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 cze 2013 15:03 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Na początek kilka kosmetycznych uwag, naprawdę drobnostki.

Cytuj:
Garrett rzucił się by je pozbierać.

Przed "by" wstawi się przecinek.
Cytuj:
Różane ogrody, od których wzięła nazwę rzekomo powstały, aby stłumić smród odpadów.

Między "nazwę" a "rzekomo" - przecinek, gdyż "od których wzięła nazwę" to zdanie wtrącone.
Cytuj:
Niski, chudy mężczyzna o głowie przypominającej wielkie, łyse jajo z którego wyrastały karykaturalnie wielkie uszy i nos.

Po "jajo" - przecinek. Zawieszamy głos, a czytelnik robi się ciekawy :twisted: ...
Cytuj:
Zbudowana kiedy jeszcze Rzeka płynęła w innym miejscu.

Przed kiedy - przecineczek.
Cytuj:
Z tego, co Garrett pamiętał, Strażnik specjalizował się w Brilianie a to, tak jakby, nie ta część kontynentu.

Zmiana ułożenia przecinków - po "Brillianie", a usunięcie po "to" i "nie" - "Strażnik specjalizował się w Brilianie, a to tak jakby nie ta część kontynentu".
Cytuj:
Już niedługo twoja równowaga zostanie zburzona a okoliczności zmuszą cię do rzeczy, jakich nie chciałbyś robić.

Po "zburzona" przecineczek. Finito.

A teraz moje ulubione kawałki!
Cytuj:
– Ubolewam tylko. To tragedia, chłopcze. Wszędzie obcy, nigdzie nie znajdziesz domu...

– Nie potrzebuję twojej litości. – Z wściekłości niemal pobielało mu przed oczami. – Ani twojej łaski. Możesz ją sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi! Ty, Orland i wszyscy inni! Nie chciałem jej, nigdy o nią nie prosiłem...

– A jednak przyjąłeś, gdy była ci dana.

– A potem tego żałowałem – odwarknął.

Villon nie odpowiedział. Spojrzał tylko na niego z jakimś niezrozumiałym smutkiem, który doprowadzał złodzieja niemal do pasji. Gdyby mógł, rzuciłby się na starca i wydrapał te wstrętne ślepia. Jednak szacunek, jaki wpojono mu w Akademii – batem, głównie – był wciąż zbyt silny, więc tylko zacisnął zęby i skrzyżował ręce na piersi, na wzrok Strażnika odpowiadając hardym, wrogim spojrzeniem, które i tak nie robiło na nikim wrażenia.

W końcu Villon westchnął, pokręcił ze smutkiem głową.

– Chodź z nami – poprosił miękko.

– Nie zamierzam – odparł hardo złodziej.

...i...
Cytuj:
– Dawno temu – zaczął Villon, zupełnie go ignorując – młodzi adepci przybywali tu, by w modlitwie i medytacji odnaleźć równowagę.

– Taa, to właśnie ten dobór rozrywek był jednym z powodów, dla których odszedłem...

...oraz...
Cytuj:
– Uważaj na siebie, chłopcze – rzucił za nim Villon, a gdy upewnił się, że nie słyszy, dodał ciszej: – Mój biedny, biedny chłopcze...


Teraz podsumowanie. Tak za całokształt. To takie niewielkie opowiadanie, a przecież wciąga i mile zaskakuje świeżością. Podobał mi się motyw gospodyni (?), chociaż dałoby się go pogłębić. Mimo to jest dobrze. Wizja Garcia-kuchcika była czymś zaskakującym :o ! Bardzo mnie cieszy, że wypróbowujesz ciekawe koncepcje. Podobały mi się delikatne, choć krótkie opisy kosztowności - tego często brakuje. Nagminne jest natykane tekstów akcją z pozostawieniem opisów "na pastwę losu". To trochę tak, jakby piekarz sprzedał klientowi bułkę tartą i kazał poskładać rogalik. Wielki plus za dokładność konstrukcji! Niespecjalnie podobało mi się wyjaśnienie, w jaki sposób bohaterka dotarła do Garretta, a raczej jego brak. Mimo wszystko nie jest to typ, który przybija sobie na drzwiach plakietkę z nazwiskiem, wyobrażam sobie, że trudno jest do niego dotrzeć. Wizja przyszłości też mi nie pasowała do całości, ale to nie zmienia faktu, że "Wesoła Wdówka" to tekst, który autentycznie przyjemnie się czyta.

No i jak dla mnie dodatkowe punkty za dawanie przykładu Spidiemu, że Strażnicy nie mogą być nudni!!! :))

Flavia napisał(a):
Mój Garrett nie klnie... przynajmniej nie na głos. Pamiętajmy, że pierwsze lata życia spędził wśród skrajnej patologii, co się nasłuchał, to jego. Oczywiście, Strażnicy zrobili, co w ich mocy, żeby go naprostować, ale wszyscy wiemy, co z tego wyszło. Nauczyli go najwyżej panować nad językiem, nad myślami - niekoniecznie, zwłaszcza w skrajnych sytuacjach. A ja lubię go w takich stawiać :twisted:
Co do burdeli... Gdzieś musi marnotrawić te pieniądze, które zarabia na włamach. Inaczej już dawno mieszkałby w luksusowej posiadłości, otoczony gromadą służących i pomniejszych złodziei, którzy pracowaliby na jego dalsze utrzymanie. Chociaż przyznaję, burdele to pójście po najmniejszej linii oporu. Może w przyszłości wymyślę mu oryginalniejsze hobby...


Zgadzam się całym sercem z pierwszą częścią Twojej wypowiedzi powyżej. Co do reszty, trochę to rzeczywiście niepasujące do całokształtu Garretta jako mało przykładowego faceta. Ja mam inną koncepcję trawienia całej tej małej fortuny.

(Werble...)

Książki.

Moja koncepcja opiera się na tym, co ładnie wprowadziłaś w "Wesołej Wdówce" - otóż Garrett nigdy nie miał okazji wykształcić mapy doświadczeń między osiami zupełnej degeneracji a skrajnej inteligencji. Wyobrażam sobie, że w ramach kompensacji w czasie swojego pobytu w Siedzibie pożerał książki. Są przecież zapiski o jego uzdolnieniach i "wybitnych osiągnięciach", w różnych misjach wychodzi na jaw jego wiedza ogólna. W jakiś sposób - jako osobie, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, przesiąkniętej klimatem Siedziby - trudno jest mu zrezygnować z poszanowania SŁOWA. Słowa trzeba obdarzać szacunkiem, a pamiętajmy, że nasz Złodziej nieraz miał do czynienia z magią, która przecież na wadze słów się opiera (dobra, może to pokrętne, ale istotne dla całości). W mieszkaniu ma, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, licho (nic dziwnego, spędza tam raczej niewiele czasu) - ale co rzuca się w oczy? Ten regał zapełniony książkami. Wyobrażam sobie, że "dochody" dzieli między fundusz na kolejne misje a zasilanie biblioteczki (książki w Thief'ie nie są może rzadkością, ale i tak nie są tanią rozrywką). To tak w kwestii innego spojrzenia ;).

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 cze 2013 15:36 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Dzięki za opinię.
Myślę, że Garrett zarabia dość, by pozwolić sobie i na książki, i na luksusowe obiadki i na panienki :twisted:
A skoro przy książkach jesteśmy, to jak myślcie, jak mogą one wyglądać w Mieście? Pisane ręcznie? Drukowane? Jedne i drugie? (Ja obstawiam to ostatnie...)

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 cze 2013 15:56 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1044
Lokalizacja: Karath-din
No... prasy drukarskiej nigdzie nie widać (choć Mechaniści wyglądają na takich, którzy mogliby ją stworzyć). Gazeta (!) nawet jest pisana ręcznie (choć to akurat mnie nie dziwi po lekturze ostatniego kryminału historycznego ;) ). Z drugiej strony, jeśli wszystkie książki miałyby być pisane ręcznie, statystycznego Benny'ego nie byłoby na nie stać, a przecież są dość powszechne w Mieście. Co więcej, może nie wszyscy, ale nawet najbiedniejsi służący potrafią czytać i pisać (co nie do końca pasuje mi do mojej wizji "średniowiecza") i zostawiają po sobie listy.

Może więc jesteśmy gdzieś na początku rewolucji? W sumie teskty z T2 są pisane taką czcionką, że wyglądają jak inkunabuły... :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 cze 2013 16:19 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Myślę raczej, że gazety, utwory beletrystyczne itp. są drukowane. Stare tomiszcza o magii, religii itp. pisane. Brak druku w grze wyjaśniłbym tylko brakiem możliwości lub nie konsekwentnością twórców ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 04 cze 2013 20:14 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Też mam takie wrażenie, jak adi. Gazety i zwykłe książki drukowane, manuskrypty - stare, a także nowe, powstające na specjalne zamówienia np. Zakonu Młota, Wielkiej Biblioteki czy bogatych snobów.

Caer, po czym wnioskujesz, że gazeta jest pisana ręcznie?

A co do prasy drukarskiej... cóż, może po prostu nie było okazji? W końcu do redakcji "Trybuny miejskiej" się nie włamywał. Chociaż to mogłoby być niezłe...

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 05 cze 2013 16:20 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Stawiam na ostatnią propozycję Flavii. Druk dla bogaczy, na zamówienie, a pismo ręczne na co dzień. Księgi magiczne nie powinny być drukowane - to trochę związane z metafizycznym postrzeganiem procesu pisania, tak przynajmniej sądzę. Ale uważam, że obie opcje były dostępne, różniąc się tylko ceną.

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 05 cze 2013 22:00 
Szaman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 05 sty 2003 13:23
Posty: 1044
Lokalizacja: Karath-din
Flavia napisał(a):
Też mam takie wrażenie, jak adi. Gazety i zwykłe książki drukowane, manuskrypty - stare, a także nowe, powstające na specjalne zamówienia np. Zakonu Młota, Wielkiej Biblioteki czy bogatych snobów.

Caer, po czym wnioskujesz, że gazeta jest pisana ręcznie?

A co do prasy drukarskiej... cóż, może po prostu nie było okazji? W końcu do redakcji "Trybuny miejskiej" się nie włamywał. Chociaż to mogłoby być niezłe...



Na podstawie wyglądu jedynej strony, jaką znajdujemy w grze :jez.

A tak naprawdę, jeśli założyć, że cała akcja dzieje się gdzieś na przełomie "późnego średniowiecza/wczesnego renesansu" (mój headcanon), to nawet miałoby to sens. Mamy (nieliczne jeszcze) inkunabuły i książki drukowane, część rzeczy (te starsze naturalnie) są napisane ręcznie. Gazety zresztą też zaczynały od pisanych ręcznie "notatek" (przepraszam, że trochę po łebkach i po angielsku):

Cytuj:
In Early modern Europe the increased cross-border interaction created a rising need for information which was met by concise handwritten newssheets, called avvisi. In 1556, the government of Venice first published the monthly Notizie scritte, which cost one gazetta, a small coin. These avvisi were handwritten newsletters and used to convey political, military, and economic news quickly and efficiently to Italian cities (1500–1700) — sharing some characteristics of newspapers though usually not considered true newspapers.
https://en.wikipedia.org/wiki/Newspaper


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 06 cze 2013 10:36 
Egzekutor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 07 maja 2012 14:34
Posty: 1592
Lokalizacja: Dno Piekieł
Keeper in Training napisał(a):
Druk dla bogaczy, na zamówienie, a pismo ręczne na co dzień.

Właśnie odwrotnie :P

Caer napisał(a):
Gazety zresztą też zaczynały od pisanych ręcznie "notatek"

Ciekawe. Dotychczas ręcznie pisane gazety kojarzyły mi się tylko z pisemkami naukowymi, jakie młody Lovecraft rozprowadzał wśród rodziny i sąsiadów :P

Co nie zmienia faktu, że jeśli w Mieście znany jest druk, to szybko powinien wyprzeć pismo ręczne, przynajmniej w takich przypadkach, gdzie liczy się ilość, a nie jakość. Mieszczanie znają elektryczność, więc nie wydaje się, aby prasa drukarska była tworem zbyt zaawansowanym. Mógł być zresztą jednym z nielicznych przydatnych wynalazków Mechanistów :P
Z drugiej strony - to samo można powiedzieć o broni palnej, a tej, jak wiadomo, nie uświadczymy...

_________________
Heroes are so annoying.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ] 

Teraz jest 22 wrz 2017 18:13


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron