Zaloguj | Zarejestruj








Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 23 gru 2011 14:09 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Update 6.04.2017r.

Obecnie TDA jest oficjalnie publikowane tutaj: http://keeperhattori.deviantart.com/gal ... ark-Age-PL

-------------------------------

Jakby to powiedział przewodniczący samorządu w mojej budzie, 1 września: Nadszedł długo oczekiwany dzień.

Przedstawiam THIEF The Dark Age. Fan-fiction, sequel, ale - przede wszystkim - alternatywna historia do zdarzeń, które będą mieć miejsce w T4. Dlaczego tak? Bo wydaje mi się, i nie tylko mi zresztą, że Eidos spieprzy sprawę. A skoro nie mogę stworzyć samodzielnie własnej wersji gry, napiszę do niej fabułę w formie opowiadania. Co wy na to?

Mogłoby się wydawać, że napisanie czegoś tak długiego będzie niewykonalne. I być może to prawda, nie wiem, ile lat mi to zajmie. Ale póki co jestem dobrej myśli. Tworzę to od lipca 2011 (z dużymi przerwami) i pisząc to, mam 59 stron A4 (Book Antiqua 12). Mam dużo pomysłów na fabułę, choć – jak wiadomo – wiele rzeczy dochodzi do skutku dopiero przy samym pisaniu danego fragmentu książki.

Wszystkich, którzy znają się na języku polskim bardziej ode mnie (pozdrowienia dla Bukarego :-D), zapraszam do oceny również pod względem gramatycznym, leksykalnym etc. Najbardziej interesowałaby mnie interpunkcja, ze szczególnym uwzględnieniem przecinków.

Na razie wstawiam prolog. Chciałem każdy kolejny fragment tekstu zamieszczać w osobnych tematach, ale chyba zaśmieciłbym forum w ten sposób. A – ze względu na czasochłonność nowe rozdziały będą dochodzić co miesiąc. Napiszcie, jeśli chcecie częściej ;)

Potraktujcie to jako prezent gwiazdkowy ode mnie. A zatem… do dzieła.

Merry Christmas! Long life Thief Forum!

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 06 kwi 2017 00:02 przez Hattori, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 gru 2011 14:16 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
THIEF
The Dark Age


Autor: Hattori
Historia alternatywna do czwartej części przygód mistrza złodziei.
Opowiadanie dla użytkowników forum:
http://thief-forum.ehost.pl

Nie na sprzedaż, rzecz jasna. :P






---------------------------------------------------------------------

PROLOG

Strzeżcie się Wieku Ciemności -
Światło stanie się cieniem
Czas stanie się wrogiem
Życie stanie się bólem...


-- Fragment z Księgi Przepowiedni Opiekunów




Noc. Niebo. Księżyc. Pełnia.
Ruiny. Kuźnia Dusz.
Drzwi. Otwierają się.
Ciemność? Krok?
Światło z góry.
Drugi krok. I trzeci. Buty widoczne w świetle. Czwarty. Peleryna. Piąty. Kaptur.
Niewidoczna twarz.
Oko. Otwiera się. Zielona źrenica? Metalowe białko? Oko jest mechaniczne.
Pustka, cisza i ciemność wokół postaci w świetle. Nie rusza się. Patrzy na światło z księżyca. Wpada do katedry przez dziurę w dachu. Przyjemny chłód.
Krok. Inny. Nieudolny. Ktoś się skrada?
Szybka reakcja, błysk w mroku, sztylet.
Sparowanie ręki ze sztyletem lewą ręką postaci w świetle.
Prawa składa pięść. Leci ku twarzy.
Uderzenie!
Krzyk bólu. Kobiecy. Przeszywający w tej ciszy, a mimo to groteskowy. Powalenie.
Echo niesie teraz męski głos:
- Nigdy się nie nauczycie, że bez stosownego doświadczenia nie zdołacie mnie zajść.
Westchnienie.
- O cholera! Garrett!


***

Komora hermetyczna, dawna kwatera Karrasa. Dookoła półokrągłego stołu panowały zupełne ciemności. Dwie postacie rozmawiały przy świetle lampy naftowej stojącej na blacie.
- Powinnaś ostrzegać przed swoim brakiem humoru, Izolda.
- Sam jesteś sobie winien! Kto normalny przychodzi w takie miejsce? Do tego o tej porze?
- Mnie akurat mogłabyś się spodziewać.
- Od czasu aktywowania Glifu Ostatecznego, to jest od tygodnia, nie dawałeś znaku życia. Nawet my nie wiedzieliśmy, gdzie jesteś.
- Zrobiłem sobie małe wakacje. W końcu uratowałem Miasto. Znowu.
- To nie jest wytłumaczenie. Co teraz? Znowu nie masz złota? Może jeszcze mam ci pożyczyć? Czego tu szukasz?
- Chcę wiedzieć, dlaczego nie byliście w stanie określić miejsca mojego pobytu. I dlaczego ja znalazłem was bez problemu.
- Nie znalazłeś nikogo. Poza mną.
- Wy, w przeciwieństwie do mnie, raczej nie przebywacie w osamotnieniu.
- Jestem tu sama, wierz mi.
- Gdzie reszta?
- Już ich nie ma.
- Jak to?
- Nie wiesz? A, no tak. Zawsze miałeś nas gdzieś. Bractwo Opiekunów rozpadło się.
Garrettowi ulżyło na duchu.
- Heh, a już myślałem, że wszyscy pozdychaliście.
- Uwielbiam tą twoją obojętność. Starożytna organizacja, od zawsze strzegąca Równowagi w Mieście, w jednej chwili przestała istnieć, a ciebie to w ogóle nie wzrusza!
- Po tonie wypowiedzi wnioskuję, że twojej Równowagi też już nic nie pilnuje.
- Cicho bądź.
- Przecież zawsze jestem.
- Ech. Oczywiście... Fakt, nie jestem już taka ortodoksyjna jak dawniej. Nikt mnie nie pilnuje. Nikogo tu nie ma.
- Można wiedzieć, dlaczego jest tak, a nie inaczej?
- Jakbyś jeszcze nie zauważył, wszystkie glify trafił szlag. To przez ten Ostateczny, który aktywowałeś.
- Wybacz, zło konieczne.
- Nie mam do ciebie pretensji. To zresztą nie było zło. Wszystko odbyło się tak, jak zostało zapisane.
- Brzmi znajomo.
- Właśnie. Gdybyś przeczytał uważniej przepowiednie, nie zadawałbyś głupich pytań.
- Gdzie są Opiekunowie?
Izolda westchnęła z irytacją.
- Słuchaj uważnie. Glify we wszystkich księgach zniknęły. W związku z tym, że cały nasz dorobek intelektualny przestał istnieć, staliśmy się bezrobotni. Jednak dalej posiadaliśmy - i posiadamy - przydatne umiejętności. Rzadko można znaleźć ludzi wykształconych, mających zdolność do logicznego myślenia i dedukcji. Znających szereg metod działania w ukryciu, znających największe tajemnice znanego nam świata. A do tego wszystkiego wieloletnie doświadczenie.
- Dziękuję za komplementy, Izolda - przerwał jej Garrett - ale z tym wykształceniem to przesadziłaś.
- Nie pochlebiaj sobie. Twoje podobieństwo między tobą a nami na chorobliwym zamiłowaniu do ciemności się kończy. Może i przeczesałeś... nie: splądrowałeś naszą Siedzibę, ale tak naprawdę nic o nas nie wiesz. Nie masz pojęcia o tym, co cię otacza.
- Wy też nie wiedzieliście, dopóki ulice w całym Mieście nie zaczęły świecić, bo aktywowałem Glif. Jakby na to nie patrzeć, zrobiłem dla tej zakichanej metropolii więcej, niż Bractwo przez całe jego istnienie.
Lekkie opóźnienie w reakcji Izoldy mogło świadczyć o przyznaniu mu racji.
- Wrócę do opowieści - kontynuowała. - Glify zawsze ukrywały nasze działania. Nie mogliśmy już funkcjonować jako tajna społeczność. Nie razem. Wielu postanowiło odejść i zaoferować swoje usługi.
- Gdzie, na przykład?
- To na pewno cię zainteresuje. Głównie w Straży Miejskiej.
Na odzew nie czekała długo.
- W końcu będą mieli jakieś szanse ze mną.
- Istotnie. Ale to nie wszystko. Drugi największy odsetek Opiekunów, wykorzystując koneksje, wkroczył do przestępczego półświatka. Nadchodzi konkurencja, Garrett.
- Jasne, już to widzę. Pały będą mnie częściej ścigać, i za to tylko, że wdarłem się do posiadłości, z której i tak nic bym już nie ukradł. Wyśmienicie.
- Ciesz się, że w ogóle ci o tym mówię. Bez tego jutro skończyłbyś w Brukowych Ciemnicach, a może i w Rozpadlinach.
- I w jednym, i w drugim pierdlu nie jest tak strasznie.
- No tak - parsknęła - do kogo ja to mówię. Nie dość, że byłeś w obu, to jeszcze oba ogołociłeś. Cały Garrett. Ale musisz zmienić podejście do swojego fachu, mój złodzieju. Ty ich nie znasz, ale ja jestem w stanie wyobrazić sobie, co się stanie - Izolda nagle spoważniała. - Zmiotą przestępczość Miasta z powierzchni ziemi. Mówię ci. Całą. Również ich starych kolegów, a nowych wrogów. Garrett, nawet Zamurze nie będzie dla ciebie kryjówką.
- Chyba minie sporo czasu, zanim w to wszystko uwierzę. Co z resztą Opiekunów?
- Nie mam informacji o wszystkich. Nie każdy chciał się tym dzielić. Słyszałam nawet o samobójstwach... A jednego to nawet musiałam bardzo długo przekonywać.
- W jaki sposób?
- Nie pytaj.
- Aaa, no tak. Koniec z Równowagą. Wszystko rozumiem.
- Nie przeginaj. Nie o to mi chodziło. Zresztą, męska część Bractwa nie okazała się lepsza. Zdziwiłbyś się. Wyobraź sobie, że było dwóch takich, co poszli się zatrudnić w burdelu.
- Wzbogacili asortyment usług?
- Nie wiem, czy faktycznie tam doszli, bo obaj byli pod wpływem zawartości sporej beczułki. Taki mały wyjątek z opiekuńczego magazynu.
- Mimo wszystko będę uważał.
- Zabrzmiało to tak, jakbyś chodził na dziwki.
- Co ty, i tak nie miałbym kasy. - I dodał niewinnie: - Różne miejsca się okrada.
- Ech... Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś wiedzieć?
- Gdzie jest najbliższy burdel?
- Już go okradli. Konkretniej, proszę.
- Czemu jesteś sama?
Nastała cisza. Izolda w przeciągu kilku chwil, najpierw zastygła, a potem posmutniała.
- Bo... Nie chciałam się w nim znaleźć. Wszystkie miejsca w Straży już zajęte, koledzy byli szybsi. Kontaktów za dobrych to ja nie miałam, został mi naprawdę niewielki wybór... Ech, nie wiem, co mam robić. Podumam trochę tu, w tych ruinach. Może jakaś zębatka mi podpowie.
- Wychodzi na to, że zadałem zbyt konkretne pytanie.
- Heh, nie przejmuj się. Jeszcze nie jest ze mną tak źle.
Po krótkiej przerwie Garrett rzekł:
- Niedługo będzie świtać. Idę do domu.
- O, widzisz, ja też muszę iść spać. My to prowadzimy dziwne życie. Do widzenia, Garrett.
- Niech zębatka będzie z tobą.
Uśmiechnęła się.

***

Wszedł do jednej z kamieniczek w Południowej Dzielnicy. Nie był to jednak budynek stojący przy pamiętnej fontannie. Znajdował się trzy ulice dalej, w okolicy, której nie można określić mianem "charakterystyczna" albo "znana". Podobnie kamienica nie należała ani do drogich, ani do zadbanych.
Przeszedł obok mieszkania gospodarza, w desperacji okradzionego wczoraj. Minął stróżówkę, na którą składały się stołek, flaszka i zawsze śpiący o tej porze strażnik. Wszedł po brudnych schodach na piętro, gdzie były łącznie cztery, jak to reklamował gospodarz, "apartamenty". Jeden z nich różnił się od reszty większym rozmiarem. Ale to nie w nim mieszkał Garrett, człek przyzwyczajony do opłacania największego pokoju w budynku. Nie miałby za co go opłacać. Musiał zadowolić się niewielkim "apartamentem" z wejściem przy narożniku, w ścianie, na którą wychodziły schody. Podszedł do drzwi, sięgnął po klucz. Gdyby nie jego wyczucie do takich czynności, złodziej nie byłby w stanie ich otworzyć, bowiem korytarz był fatalnie oświetlony. Mówiąc ściślej nie było okien, były za to rozbite lampy i pogaszone świece.
Mógłbym je zapalić, pomyślał Garrett, strzałą ogniową, lecz niestety pożar nie wchodzi w grę. Kurczę, kiedyś zwyczajnie zabiorę zapałki temu pijakowi z parteru i wykonam jego zakichany obowiązek.
W końcu otworzył zamek, wszedł do środka. Drzwi same się zamknęły. Nie odwracając się do ściany z oknem, powiedział:
- Niesamowite, jak długo potrafisz wytrzymać, Mario.
Na stole po jego prawej, tuż przy oknie, z którego do mieszkania zakradał się już świt, siedziała dziewczynka. Ręce miała oparte o stół i o swoje cienkie nóżki. Była nieruchoma, patrzyła dużymi, smutnymi, niebieskimi oczami, obok których zwisały średniej długości ciemne, zaniedbane włosy.
- Ale mówiłem ci, że w nocy pracować nie będziesz. Znowu niepotrzebnie czuwałaś.
- Nie czuwałam - zaczęła nieśmiale, swoim śmiesznym głosikiem - tylko czekałam na ciebie.
- Heh, żeby do mnie mówiła w ten sposób jakaś dorosła kobieta... Najlepiej paserka...
- Wujku, a kiedy już będę paserką?
- Nie wiem, Maria. I nie jestem twoim wujkiem, ile razy mam to powtarzać.
- Wujku, a kiedy będziesz wiedział?
- Kiedy przestaniesz nazywać mnie wujkiem.
Cisza trwała kilka chwil.
- Już?
- Nie - zdjął swoją pelerynę z kapturem i powiesił na wysłużonym wieszaku przy drzwiach. - Musisz mi to obiecać. Przyrzeknij.
- Przyrzekam.
- No to fajnie.
Ruszył w kierunku łóżka stojącego w narożniku na lewo od niego. Pokój nie posiadał już więcej atrakcji, no, może poza pustą szafą przy lewej ścianie. Nie było w nim praktycznie nic, nawet zwykłego krzesła, kubka, nawet zardzewiałego nocnika.
Podszedł do łóżka. Stan prześcieradła i poduszki stanowił przeciwieństwo komfortu. Położył się w ubraniu, w jakim przyszedł. Tak jak zawsze.
Maria zeskoczyła ze stołu, podbiegła do łoża i usiadła przy nim.
- Wu... Znaczy się... To kiedy zostanę paserką?
- Pojutrze.
- Naprawdę? Będę twoim wspólnikiem? Nauczysz mnie paserskiego fachu?
- Nie. Zabiorę cię do kogoś, kto może cię go nauczyć.
- Czyli do kogo?
Po chwili odpowiedział:
- Do wujka Perry'ego.


***

- JAAA?! Nauczyć?! Z kim ty mnie pomyliłeś, Gerif? W życiu nie przygarnę takiej smarkuli!
Było przed północą. Maria, znużona brakiem snu przez ponad dobę, siedziała na krześle przy wejściu do paserni, bawiąc się granatem błyskowym. Nie obchodziły jej słowa Bezwzględnego Perry'ego, grubego i łysego pasera bez prawego oka i prawej dolnej trójki. Stracił ząb nieco ponad dwa tygodnie temu. Przez to zdarzenie zyskał niekojarzący się z niczym akcent, który uwydatniał się najbardziej przy imieniu Garrett.
- Nie przygarnij, tylko przyjmij do terminu.
- Gerif - wyjął spod lady szmatkę i zaczął wycierać drewno - ja nie potrzebuję następcy. Żadni paserzy nie działają w parach. Słuchaj, ja ledwo liczyć umiem, a ze skutecznym przekazywaniem wiedzy mam jeszcze mniej wspólnego. Nie wezmę jej.
- Mógłbyś okazać wdzięczność za to, że składałem u ciebie towar nawet po tym, jak mnie wydałeś.
- Nie przypominaj mi o tym, zapomnij - zmiana głosu Perry'ego przypominała wściekłość. - Po kiego grzyba w ogóle ją wziąłeś ze sobą?
- Przypominała mnie. Niechciane dziecko porzucone przez rodziców, zostawione na pastwę szczurów i głodu. Dziecko, dla którego największym szczęściem było uratowanie przed utonięciem w rynsztoku i jego smrodzie. Uratowanie przez nieznajomego, którego najpierw chciało okraść.
- Takie roztkliwianie się nie pasuje do ciebie. Ja bym ją do tego rynsztoku wrzucił z powrotem. Wiesz czemu?
- Czemu?
- Bo nadchodzą podejrzane czasy, Gerif. Coś dziwnego się dzieje. Od trzech dni nie mogę dotrzeć do konkurencji, ani do kilku moich kontaktów. Nikt nie wie, co się dzieje.
Garrett zaczął coś podejrzewać.
- Czy jest ktoś inny, kto mógłby się nią zająć?
Perry odstawił szmatkę, oparł ręce o blat, spojrzał złodziejowi w oczy z lekkim szyderstwem.
- Daj ją do Przytuliska, tam na pewno się ktoś nią zajmie.
- Średniej klasy dowcip. Odpowiesz na pytanie?
- Hmm... Ze starych znajomych, których znasz, jest jeszcze jedna osoba, może ona się zlituje.
- Kto to?
- Berta.
Nagle rozległ się wybuch.
Drzwi odpadły, do paserni wbiegli niebiesko umundurowani ludzie, w hełmach, z kolczugami i mieczami. Straż Miejska.
Szarżowali z krzykiem na Garretta, tuż po wyważeniu drzwi. Złodziej zareagował z opóźnieniem, ustawił się do skoku przez ladę pasera. Byli szybcy. Nie zdążyłby.
Wybuch.
Białe światło. Oślepienie.
Wszyscy go doznali. Złodziej, paser, Straż, dziewczynka.
Okazało się, że ta ostatnia, będąc w półśnie, z przerażenia po wybuchu odbezpieczyła i wyrzuciła granat błyskowy. Upadł on dokładnie między strażnikami a Garrettem.
On zorientował się pierwszy. Przez to tylko, że jedno oko miał mechaniczne. Patrząc przez nie, pobiegł w stronę Marii, wziął ją pod pachę i rzucił się do wyjścia, roztrącając wszystkich pochylonych i jęczących gliniarzy. Za chwilę ocknął się jeden z nich oraz Perry. Ten ostatni rzucił się w tył, w kierunku tylnego wyjścia. Na jego nieszczęście było obstawione. Strażnicy zasiekli go, gdy tylko wybiegł.
W tym samym czasie Garrett biegł przez ulicę, byle dalej od paserni. Od momentu opuszczenia budynku strzelali do niego łucznicy, ustawieni przed sklepem i trochę dalej, na ulicy. Złodziej miał wrażenie, że ogień prowadzony jest też z góry, jakby z dachów kamieniczek. Jednak nie mogli go trafić, ulica była bardzo słabo oświetlona. Goniły go zwinne błyski stali.
Dobiegał do niewielkiej, ulicznej bramy, w której nagle stanęło kolejnych dwóch przeciwników. Złodziej postanowił wykorzystać ten sam motyw, co przed chwilą - wyrzucił w ich stronę granat. Gliny jednak odpowiednio wcześniej zasłoniły oczy, każdy lewą ręką. W identyczny, błyskawiczny sposób. Garrett zorientował się dopiero, kiedy odruchowo wbiegł między nich, żeby ich odrzucić od siebie, robiąc miejsce w bramie. Strażnicy nie zdążyli zareagować - ale tylko dlatego, że Garrett zawsze roztrącał przeciwników tuż po eksplozji, często nie zwalniając tempa. Pobiegł dalej, cały czas z półprzytomną Marią pod ręką.
Pościg się opóźnił. Garrett postanowił zaczaić się w najbliższym zaułku, gdy znajdzie się na granicy słyszalności jego kroków przez gliniarzy. Praktykował to wiele razy. Kiedy ledwo słyszał ich własne kroki, wbiegł w takie miejsce. Znalezienie go nie okazało się trudne, biorąc pod uwagę architekturę Miasta. Jedynie w Starodalach mogło to stanowić problem. Była to bogata dzielnica, więc stało tam więcej lamp ulicznych. Ponadto miejscami można było już mówić o siatce przecznic.
Jednak Garrett był cały czas w Południowej Dzielnicy.
Straż minęła go niczym wściekła horda najeźdźców. Złodziej jeszcze nigdy nie widział jej biegnącej tak energicznie po takim dystansie. Nawet kilku wybudzonych mieszczan wyjrzało przez okna. Garrett zastanawiał się nad tym wrzaskiem: lepsza kondycja czy motywacja?
- Wuj... ku... - odezwała się nagle Maria.
- Żyjesz?
- Postaw... mnie... na ziemi.
Trochę za bardzo ją ścisnął, kiedy uciekał. Teraz dyszeli oboje.
- Nie mów do mnie... wujku. Mów mi... zwyczajnie... po imieniu.
- Dobrze... Ga... panie Garrett.
Po minie pana Garretta można było wnioskować, że ma już dosyć na dzisiaj pościgów i kłótni z dziećmi.
Odpoczęli chwilę, wsłuchując się w noc. Było cicho i przyjemnie, najwyraźniej pościg dał sobie spokój. Zirytowani gapiowie w szlafrokach schowali się i pozamykali okna.
- Panie Garrett, czy ci niebiescy panowie zabili pana Perry'ego?
- Nie wiem, nie widziałem. I tak byś się u niego nie uczyła.
- Czemu nie?
- Bo z takimi ludźmi nie można współpracować.
Chwilowa cisza.
- Panie Garrett, to kto mnie teraz nauczy paserstwa?
Złodziej znał odpowiedź od Bezwzględnego Perry'ego.

***

Przedostali się do Skalnego Rynku.
Odbili od jednej z uliczek, przy której stała Katedra św. Edgara. Zeszli po krótkich schodach w dół. Byli teraz w czymś na kształt obudowanego, prostokątnego korytarza znajdującego się pod powierzchnią ziemi. Były tam dwie pary drzwi. Te bardziej odległe zostały zniszczone.
Należały do paserni Berty.
Podeszli, przechodząc przez korytarz, Garrett zajrzał do środka. Nie było nikogo. Jedynie przewrócone meble, leżące na ziemi monety i papiery. Nie było krwi. Zabrali ją, pomyślał złodziej.
Nie było czego tu szukać. Wyszedł i zabrał Marię na drugi koniec korytarza, do drugich drzwi. Był to sklep złodziejski. Zapukał ustaloną sekwencję i wszedł z Marią. Tu też nikogo nie było. W każdym razie nikogo, kto by stał za ladą. Garrett powiedział:
- Marla, nie wygłupiaj się, to ja.
- Garrett!
Nagle przy nich spadła na równe nogi blond dziewczyna. Zapytała:
- Garrett, skąd wiedziałeś? - Marla zawsze mówiła do niego tym samym tonem, w którym pożądanie było oczywiste. Z kolei w przypadku złodzieja zawsze oczywista była ignorancja, i to jeszcze przed udzieleniem odpowiedzi.
- Już dawno byłaś złodziejką, chyba też niezbyt doświadczoną. Pod tym sufitem dyszałaś tak, że... No, nieważne.
- To z podniecenia, Garrett.
- Pukałem poprawnie, dlaczego się chowasz?
- A widziałeś się z Bertą?
- Nie.
- No to już wiesz, dlaczego.
Okrążyła ladę, podeszła do niej od strony sprzedawcy. Pochyliła się, opierając szeroko ręce o blat.
- Garrett - spytała ponętnie - dasz mi swój...
- Nie, nie dam ci chromolonego autografu - głośno odpowiedział.
- Ej no... Zawsze to samo. A tak w ogóle to myślałam, że w użyciu jest słowo "łacherowy"?
- Ostatnio dużo rzeczy się zmienia. Straż Miejską znowu można określać jako "Błękitne Płaszcze".
- Widziałam dzisiaj. Właśnie wtedy, kiedy wynosili Bertę. Kurczę, zawsze miała trzy noże w pogotowiu, a wtedy wynieśli ją prawie od razu!
- Skąd pewność, że się po prostu nie poddała?
- W czasie, kiedy przeklinała nowego szeryfa na całe gardło, wynosiło ją pięciu Niebieskich. Wyrywała się jak kot, którego się trzyma nad miską z wodą.
- Czyli obezwładnili ją...
- Najwyraźniej, chociaż wierzyć się nie chce.
- Wspomniałaś o szeryfie.
- A, tak. Roger go zwą. Nadkomisarz pieprzony. Widziałeś już, co potrafi?
Odpowiedział z opóźnieniem.
- Jego ludzie traktują nakaz przeszukania jak polecenie napadu na bank.
- Heh, no, coś w tym jest.
- Wywarzają drzwi za pomocą prochu. Od razu atakują będących w środku. Rozstawiają łuczników na dachach, zabezpieczają tyły. Nauczyli się reagować na błysk-dymki. I chyba trenują na bieżni, bo nie sądzę, żeby szeryf zaczął im lepiej płacić. Albo że wzmogło się w nich poczucie sprawiedliwości i niewymuszona chęć pomocy mieszkańcom.
- A propos sprawiedliwości u Niebieskich: wydaje mi się, Garrett, że my oboje mamy z nią więcej wspólnego. I chodzi mi nie tylko o korupcję. Co to jest, żeby nawet nie krzyknęli: 'Straż Miejska, mamy nakaz, otwierać!'.
- Nie zabronisz im zmiany taktyki.
- Ano, nie zabronię. Ej, a właściwie kto to?
Wskazała palcem Marię, która w trakcie trwania rozmowy poszła do kąta, zwinęła się w kłębek i zasnęła.
- Dziecko ulicy. Nie spała dosyć długo. Chciałem, żeby Berta wyszkoliła ją na paserkę.
- Ojej, Garrett! Taka dobra jest?
- Umie liczyć. Na początek to wystarczy.
- Tak ci na niej zależy?
Za chwilę odpowiedział:
- Nie chcę, żeby wróciła tam, skąd ją zabrałem. Sama, wiesz, jak tam jest.
Ruchem głowy przyznała mu rację.
- Wszyscy wiemy, Garrett. Każda paserka i złodziejka. A jeśli ktoś kradnie i nie ma rynsztokowych korzeni, to znaczy, że to urzędnik.
- Na pohybel Radzie Miejskiej.
- Heh, szkoda, że nie mamy alkoholu.

***

Uczucie. Dziwne.
Otwieranie oczu.
Sen? Ja spałem?
Garrett zorientował się, że leży w jakimś łóżku. Nie sam.
Z Marlą.
- O, kur...
To może oznaczać tylko jedno, pomyślał Garrett... Znaleźliśmy alkohol.
Ta cholera mnie upiła!
Usłyszał mruczenie.
- Mmmm... Garrrrrett...
Wstał, chwycił ją i brutalnie podniósł.
- Marla!!! - wrzasnął jej w twarz. - Odbiło ci?! Jak mogłaś mi to zrobić? Jak?!?!
- Eeej, ciszeej. Przecież sam prosiłeś o dolewkę...
- Ty... ty mnie...
- Taaak, Garuś. Zrobiliśmy to.
Złodziej skulił się, cały czas trzymając ją za ramiona, dygotał.
- Wypiliśmy razem tą herbatkę nasenną!
Cisza. Konsternacyjna cisza.
- ...co?
- No mówię, herbatkę, tą zamorską. Wczoraj, tak coś o drugiej w nocy, stwierdziliśmy, że przydałby się nam sen, tak jak twojej Marii. Ale że było późno, nie bardzo byśmy się wyspali, więc wyciągnęłam z magazynu mój nowy nabytek. Z przemytu, oczywiście.
Garrett miał mieszane uczucia. I adekwatny do tego, idiotyczny wyraz twarzy.
- Zapewnia niezwykle twardy sen. A jaki ma smak! Garrett, pierwszy raz piłam coś takiego. I do tego z tobą! Jeeej, to takie romantyczne...
Jak cholera, pomyślał, jak cholera...
- Zmogło nas tak, że poszliśmy do jednego wyrka i od razu zasnęliśmy. Raaany, Garuś, co ja powiem koleżankom...! - zapiszczała.
- ...Nie wiem, co im powiesz... - wydyszał Garrett - ale mi musisz powiedzieć, gdzie jest Maria.
- Ee? A, ta mała. Jakoś zdołałeś ją zanieść do łóżka, tutaj. Nie ma jej?
Garrett zerwał się z miejsca. Rozejrzał się po niewielkim mieszkaniu, po czym wziął swoje sprzęty i wybiegł na ulicę.

***

Skalny Rynek, pomyślał. Pewnie wstała gdzieś po południu, nie mogła nas wybudzić i z nudów poszła na rynek. Pooglądać sobie to, czego nie mogła nigdy kupić. Słońce dopiero zachodzi, jeszcze może tam być. Cholera jasna...
Biegł. Jeszcze był dzień, a ulice zaludnione. Zwracał uwagę, zwłaszcza, że miał pelerynę i kaptur. Zorientował się i zdjął wszystko w biegu. Jednak dalej się wyróżniał, bowiem widać było łuk i kołczan, w dodatku nosił czarny strój z dużą liczbą klamer i rzemieni. Jak rzezimieszek.
Źle się za to zabieram. Ale trudno, nie mam czasu do stracenia. Smarkulę jeszcze złapią na próbie kieszonkowej.
W pewnym momencie się zatrzymał.
Chwila, pomyślał. Dlaczego po nią biegnę? Warto dla niej ryzykować rozpoznanie? I tym samym życie? Nic dla mnie nie znaczy. Przygarnąłem ją ze względu na jej... pocieszne zabiedzenie. Od tamtej pory jest jak zbędny balast. Może znajdzie tam kogoś, kto jej pomoże? To by rozwiązało problem.
Wiem, co zrobię. Jeśli ją znajdę, znowu spróbuję wyszkolić ją na pasera. Jeśli nie... Nie będę jej już więcej szukał. To zbyt niebezpieczne.
Ruszył całkiem szybkim chodem. Już tak bardzo nie zwracał uwagi.

***

Większość straganiarzy spakowała już towary i wybyła do domów. Zostali tylko ci, do których były największe kolejki i którzy teraz zwijali interes jako ostatni.
Żadnego śladu Marii.
Słońce zaszło. Garrett coraz mniej rzucał się w oczy.
Niech to, pomyślał, tylko się przez to zmęczyłem. I spociłem.
W tym momencie wykorzystał swój złodziejski nawyk rozglądania się we wszystkie możliwe kierunki. Wcześniej patrzył tylko po straganach i uliczkach, teraz obserwował dachy.
Na jednym z nich poruszał się drobny, dziewczęcy kształt.
Cholera, jak ona tam wlazła.
Wiedział, że to Maria, choć była widoczna jedynie jako żywy cień na tle rozżarzonego nieba. Ostrożnie przechadzała się po dachówkach w kierunku bardzo wysokiej, prostokątnej wieży wyrastającej z kamieniczki po przeciwnej stronie Rynku. Przez moment Garrett chciał krzyknąć, ale na Skalnym Rynku zawsze byli jacyś ludzie, nawet w środku nocy. Zresztą, w całym swoim życiu Garrett krzyknął tylko raz – tuż przed śmiercią Wiktorii w Kuźni Dusz. Nie licząc żenującego incydentu znad rana...
Pobiegł więc w stronę sąsiadującej kamieniczki.
„Mogę wbić strzałę linową w ten najwyższy, drewniany parapet. Stamtąd jakoś dostanę się do pierwszych dachówek, na pochyłość dachu. Mam nadzieję, że nikt tego nie zauważy.”
Wyciągnął strzałę z kołczanu przewieszonego przez prawy bark, zdjął łuk z pleców, napiął go i strzelił. Zrobił tak, jak zaplanował, sprawnie, jak na mistrza przystało. Kucając na dachówkach, zorientował się, że dziewczynka właśnie znika za blankami kamiennej wieży. Samymi palcami - pomyślał, podchodząc do sześciometrowej ściany wieży i wspinając się po niej za pomocą swoich rękawic z utwardzanej skóry. - Bez żadnego sprzętu. Jest lepsza niż ja wtedy, gdy byłem w jej wieku. Co ją tak zainteresowało, żeby wejść na taką wysokość? Czy to pułapka? Czy to możliwe, żeby ktoś chciał ją wykorzystać jako przynętę… na mnie? Nie, to niemożliwe. Nikt nie wie, że w ogóle mam z nią coś wspólnego. A nawet jeśli, to byłby to nieziemsko wyrafinowany plan.
Chwycił ręką kamień blanki od góry i w tym samym momencie usłyszał pisk. Podciągnął się nieco już na obu rękach i zamarł z wrażenia.
Po drugiej stronie tej prostokątnej wieży, na blankach, stał bokiem zielonkawy potwór. Przypominał gargulca ze skrzydłami ptaka jakiegoś ohydnego, nieznanego gatunku, z futrem nieświeżym do tego stopnia, że wyglądało jak stare, omszone siano. Pysk miał kształt dziobu i był jasny, koloru kości słoniowej. Do złudzenia przypominał maskę.
A może to była maska?
Dla Garretta najważniejszy w tej chwili był fakt, że stwór trzymał w swoich dziwnych, trójpalczastych łapach małą Marię, której powieki się zamykały, jakby była usypiana. Złodziej wisiał cały czas na obu rękach. Dla ptaszyska widoczne były jego dłonie i głowa. Garretta zdziwiło to, że dziobaty w ogóle go zauważył, mając głowę pod takim kątem.
Mimo groźnego wyglądu potwór nie zaatakował, popatrzył chwilę wielkimi, czarnymi, matowymi oczami, po czym wzbił się w powietrze niczym spłoszona wrona. Odleciał, mając wieżę dokładnie za sobą.
Garrett podciągnął się z jednoczesnym przewrotem w przód, by znaleźć się na dachu wieży i pobiec na drugi koniec prostokąta. Na próżno. Mógł jedynie patrzeć na oddalający się, machający skrzydłami kształt, unoszący się nad dachami budynków i w niezwykły sposób ginący na tle coraz ciemniejszych chmur.
Mógł też powiedzieć jedno, jedyne słowo.
- Poganie.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 15 lut 2012 14:14 przez Hattori, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 gru 2011 14:36 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Hattori, gratulacje! Widzę, że to był ten wielki projekt :D . Świetnie! Właśnie przymierzam się do czytania, kiedy tylko skończę, opiszę moje wrażenia. Jak na razie wygląda nieźle. Gdzie mogę pobrać całość? Przyznam się, że nie przepadam za podzielonymi pracami, trudniej to potem zebrać w całość i obiektywnie ocenić. Mógłbyś mi posłać kompilację? Pozdrawiam ;) .

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 gru 2011 17:12 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 298
Lokalizacja: Lublin
Cóż mogę rzec... opowiadanie zapowiada się bardzo dobrze, widać ciekawy zarys fabularny, doliczyłem się tylko jednego czy dwóch błędów ortograficznych. Sposób w jakim napisałeś sam początek przypomina mi styl pisarski Dmitrija Głuchowskiego, autora "Matro 2033", a to duży plus, jak dla mnie. Tylko czekać na więcej ;)

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 gru 2011 11:09 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Zapowiadało się tak, tak dobrze... A wyszło tak...

Wyśmienicie! :-D Kilka uwag:

Cytuj:
Noc. Niebo. Księżyc. Pełnia.
Ruiny. Kuźnia Dusz.
Drzwi. Otwierają się.
Ciemność? Krok?
Światło z góry.
Drugi krok. I trzeci. Buty widoczne w świetle. Czwarty. Peleryna. Piąty. Kaptur.
Niewidoczna twarz.
Oko. Otwiera się. Zielona źrenica? Metalowe białko? Oko jest mechaniczne.
Pustka, cisza i ciemność wokół postaci w świetle. Nie rusza się. Patrzy na światło z księżyca. Wpada do katedry przez dziurę w dachu. Przyjemny chłód.
Krok. Inny. Nieudolny. Ktoś się skrada?
Szybka reakcja, błysk w mroku, sztylet.
Sparowanie ręki ze sztyletem lewą ręką postaci w świetle.
Prawa składa pięść. Leci ku twarzy.
Uderzenie!
Krzyk bólu. Kobiecy. Przeszywający w tej ciszy, a mimo to groteskowy. Powalenie.
Echo niesie teraz męski głos:
- Nigdy się nie nauczycie, że bez stosownego doświadczenia nie zdołacie mnie zajść.
Westchnienie.
- O cholera! Garrett!


Lubię takie momenty. Niby nic nie wiadomo, ale wiadomo to, co wystarczy ;)

Cytuj:
Wielu postanowiło odejść i zaoferować swoje usługi.
- Gdzie, na przykład?
- To na pewno cię zainteresuje. Głównie w Straży Miejskiej.
Na odzew nie czekała długo.
- W końcu będą mieli jakieś szanse ze mną.
- Istotnie. Ale to nie wszystko. Drugi największy odsetek Opiekunów, wykorzystując koneksje, wkroczył do przestępczego półświatka.


Dla mnie to bzdura, aby opiekunowie mieliby dołączać do Straży i jej przeciwników. Wg. mnie ukrywaliby się gdzieś. Razem. I dumaliby co dalej.

Cytuj:
Okazało się, że ta ostatnia [...]. Ten ostatni rzucił się w tył [...]


Powtórzenia charakterystycznych sformułowań to zły nawyk. Trzeba uważać, aby zbyt często się nie pojawiały. U mnie np. był to "wzbijając w górę kurz z podłogi" czy coś w tym stylu ;)

Cytuj:
Uczucie. Dziwne.
Otwieranie oczu.
Sen? Ja spałem?
Garrett zorientował się, że leży w jakimś łóżku. Nie sam.
Z Marlą.
- O, k...
To może oznaczać tylko jedno, pomyślał Garrett... Znaleźliśmy alkohol.
Ta cholera mnie upiła!
Usłyszał mruczenie.
- Mmmm... Garrrrrett...
Wstał, chwycił ją i brutalnie podniósł.
- Marla!!! - wrzasnął jej w twarz. - Odbiło ci?! Jak mogłaś mi to zrobić? Jak?!?!
- Eeej, ciszeej. Przecież sam prosiłeś o dolewkę...
- Ty... ty mnie...
- Taaak, Garuś. Zrobiliśmy to.


Hahaha, świetne :-D Już myślałem, a tu... Ech, rozczarowanie ;)

Teraz ogólnie: Czytało się bardzo dobrze, trochę fajnego humoru, który mi odpowiadał. Żadnych rażących błędów, fabuła ciekawa i zapowiada się fajnie, ale gdybym patrzał na to jak na scenariusz do gry, to dość trudno byłoby to wykorzystać. Dopiero po modyfikacjach itp.

Tak więc powodzenia w dalszym pisaniu i czekam na więcej! Lepiej następnym razem wstaw całość lub o wiele dłuższą część niż ten Prolog.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 24 gru 2011 14:04 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Jeśli chodzi o pierwszy fragment od adriannna, to Sapkowski podobnie opisuje takie chwile. Jak dla mnie wystarczająco sugestywnie :) Na pewno sceny tego typu jeszcze się kiedyś pojawią.

Opiekunowie posiadają specyficzne umiejętności, nie ma zbyt wielu zastosowań dla nich. Kryminalistyka najbardziej pasuje, zarówno do tej pozytywnej, jak i negatywnej strony. Z przereklamowanymi dzisiaj ninja było podobnie.
Historycznie, po 1603 roku otrzymywali coraz mniej zleceń. Z czasem zanikły operacje grupowe, a w końcu indywidualne. Przez ten czas shinobi stopniowo zatrudniali się jako prywatni detektywi, w policji, albo jako zwykli bandyci. Wśród tych ostatnich znajdowali się również roninowie (wolni samuraje), którzy zachowali w sobie niektóre elementy kodeksu bushido. I którzy stworzyli podwaliny dzisiejszej yakuzy.
A gdyby Opiekunowie przebywali w osamotnieniu, nawet w grupie, to z czego by się utrzymywali? Zresztą - nie jest powiedziane, że wszyscy trafili tam, gdzie trafili...

Fakt, należałoby dużo przeinaczyć, żeby The Dark Age stał się scenariuszem. Ale książki rządzą się swoimi prawami. Gdyby każda przygoda Garretta wyglądała jak pierwsza misja, powieść byłaby nudna. Jeszcze w tym roku wrzucę ową "pierwszą misję" ;)

Wstawianie dłuższych części będzie problematyczne ze względu na... długość. W pisaniu. Może więc będę wrzucać po dwa rozdziały naraz, co wy na to?

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 25 gru 2011 18:13 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Witam nowego autora :) !

Zaczynamy, tak jak obiecałam. Na początek wspomnę, że muszę zgodzić się z Adriannem w kwestii Opiekunów. Tak dobrze opisałeś charakter organizacji - zachowywanie dla potomnych spuścizny intelektualnej. Strażnicy przede wszystkim szukaliby możliwości odnowienia się. Gdzie najłatwiej zebrać się grupie podobnych "mózgowców"? W przybytkach nauki - uniwersytet, biblioteka, jakiś instytut naukowy. Tak moim skromnym zdaniem przyczailiby się i szukali sposobu poradzenia sobie z zaistniałą sytuacją. Co do wątku tych dwóch bidoków... Coś podobnego zaserwowała Tiens w "Furious Flames", ale tam sytuacja była inna. W Twoim tekście nikt ich nie wyrzyna w pień. Zresztą zastanów się... To chyba ostatnia z możliwości, w jakie bezrobotny by się wpakował, prawda?

Żeby pokrótce opisać moje wrażenia, będę przechodziła od ogółu do szczegółu i na koniec zrobię podsumowanie. Po pierwsze, język. Jest schludny, praktycznie nie ma tam rażących błędów - z pomniejszych, doradziłabym sprawdzać, aby w jednym lub dwóch zdaniach obok siebie nie występowały te same zwroty, chyba, że to celowy zabieg estetyczny (np. wypowiedź pijaka :P). Narracja jest wartka, nie wyjaśniasz niczego przedwcześnie. To generalnie plus, ale pamiętaj, by w kolejnych częściach wyjaśnić te wątpliwości. Błędów ortograficznych nie zauważyłam wcale - to wielka zasługa, nikt nie traktuje poważnie autora zakładającego "ranczo z bykami" :kwa . Stylizacja niezła, co prawda przemowa Strażniczki jest trochę drewniana - niezbyt pasuje do wyobrażenia, brakuje literackich i naukowych stylów wypowiedzi ("[...] Rekordem jego mowy jest tryb warunkowy [...]"!), ale ogólnie mi się podoba. Brawa za kreacje paserów. Opisy... Są, mogłoby być ich więcej, ale pewie niedosyt jest jest jakoś specjalnie rażący. Widać, że masz "dryg" do tego, spójrz chociażby na otwierający tekst opis kroków. Jest świetny! Zadbaj o to, aby takich wysmakowanych pejzaży było więcej. Zawsze powtarzam nowym, żeby nie bali się opisów. To one w dużej mierze odpowiadają za klimat. Sztuką jest nie przesadzić, ale do tego w swoim czasie dojdziesz. Ważne jest jednak, abyś bez przesady, ale wyraźnie narzucił czytelnikowi swoją wizję. Nie obawiaj się ram. Najpierw musi poznać dokładnie świat autora, aby mógł zacząć tworzyć swój własny w oparciu o książkę.

Kolejna kwestia to fabuła. Tutaj jako krytycy stąpamy po grząskim gruncie, bo właściwie każdy pomysł przy zdolnościach pisarza może zmienić się w coś fajnego. Nie ma głupich pomysłów na pracę, są tylko głupie efekty. Twój jest dość wyeksploatowany, co nie znaczy, że nieświeży. Nadal nie wiemy, co zdarzyło się po T3, dlatego jest to wspaniała pożywka dla autorów. Ty rozwijasz finałową cutscenkę w coś nowego, Twoje postaci mają pewien rys charakterologiczny. To wielka sztuka. Nawet płaskiej, choć z pewnością komicznej Marli dałeś rumieńce (w jaki sposób, przejdę za moment). Tekst Perry'ego brzmi jak Perry :D . Zarówno postaci, jak i fabuła mi się podobały. Od Ciebie jednak zależy, w jaki sposób to rozwiniesz i czy nie zmarnujesz zapewnionego sobie potencjału. Jestem jednak optymistką w tym zakresie ;) .

Dobrze, teraz mamy pewną bazę, przejdźmy zatem do szczegółów. Lubię, kiedy autor prowadzi grę z czytelnikiem, dostarczając mu zagadek, smaczków i "Easter eggów". Istotnym aspektem jest też szczypta komizmu, pod warunkiem, że zachowuje się on w granicach dobrego smaku. Tutaj ma to miejsce, jednak kilka zgrzytów jest. Rzućmy na nie okiem.

- Nieco mało wiarygodna kreacja Strażniczki. Używasz znanej postaci, Izolda jest raczej przeciętna i mało wojownicza. Większą swobodę pozostawia zupełnie nowy bohater. Jednak jest to w sumie marginalna kwestia. Większy sprzeciw budzi historia bzerobocia Zakonu. To jednak wyjaśniliśmy sobie wcześniej.
- Sprawa nowego szeryfa. Żeby Garrett nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia? Niewiarygodne. Ponadto nie wprowadziłby tak radykalnych zmian w takim tempie, to nierealne. Jednak pomysł takiej postaci jest ciekawy, chociaż ja dla przykładu poszłabym w "znanych i lubianych" i w ramach równouprawnienia wybrałabym Mosley :P .
- Dziewczynka. Trochę mało o niej wiadomo... Rozwiń tę postać!
- Motyw Marli i opis tekstu... Powiem szczerze. Marla to najbarwniejsza postać w całym tekście. Jest dziko śmieszna, świetnie, żywotnie zarysowana, po prostu wspaniała! Ale w związku z tym, że forum jest typowo rodzinne, na Twoim miejscu wstawiłabym adnotację o sugerowanej grupie wiekowej. Jak już powiedzieli moi przedmówcy, ogółowi zapewne dziwnie się zrobiło przy tej herbatce... Pod koniec tekstu odetchnęłam z ulgą, ale przez moment wahałam się ("co temu chłopakowi przyszło do głowy?!" było bodajże najłagodniejsze :twisted: ). Wiesz, Garrett jest raczej typem singla i zatwardziałego kawalera. Trochę to dobrze obrazuje ten gif: http://nehemaplz.deviantart.com/art/Emo ... 1378&qo=56. Po prostu pomimo cynizmu Garretta, jest jakby "poza" w temacie układów międzygatunkowych ("To samica, Garrett. Próbujesz układać się z przedstawicielem INNEGO GATUNKU!" - mój ulubiony cytat z Truposza ;) ).

A teraz najprzyjemniejsza część, czyli malutkie perełki:
- Marla. Pod każdym względem powala, boroczka (uzależniona nimfomanka? :twisted:).
- Garrett-czaruś (to dziecko... Staruszek dorósł do odpowiedzialnego rodzicielstwa?! :o ).
-
Hattori napisał(a):
Jednak dalej posiadaliśmy - i posiadamy - przydatne umiejętności. Rzadko można znaleźć ludzi wykształconych, mających zdolność do logicznego myślenia i dedukcji. Znających szereg metod działania w ukryciu, znających największe tajemnice znanego nam świata. A do tego wszystkiego wieloletnie doświadczenie.
- Dziękuję za komplementy, Izolda (...), ale z tym wykształceniem to przesadziłaś.
- Urocze.
-
Hattori napisał(a):
- Nie czuwałam - zaczęła nieśmiale, swoim śmiesznym głosikiem - tylko czekałam na ciebie.
- Heh, żeby do mnie mówiła w ten sposób jakaś dorosła kobieta... Najlepiej paserka...
- Wujku, a kiedy już będę paserką?
- Nie wiem, Maria. I nie jestem twoim wujkiem, ile razy mam to powtarzać.
- Wujku, a kiedy będziesz wiedział?
- Kiedy przestaniesz nazywać mnie wujkiem.
Cisza trwała kilka chwil.
- Już?
- Nie - zdjął swoją pelerynę z kapturem i powiesił na wysłużonym wieszaku przy drzwiach. - Musisz mi to obiecać. Przyrzeknij.
- Przyrzekam.
- No to fajnie.
- Cuuudne :roll: .
-
Hattori napisał(a):
- Marla, nie wygłupiaj się, to ja.
- Garrett!
Nagle przy nich spadła na równe nogi blond dziewczyna. Zapytała:
- Garrett, skąd wiedziałeś? - Marla zawsze mówiła do niego tym samym tonem, w którym pożądanie było oczywiste. Z kolei w przypadku złodzieja zawsze oczywista była ignorancja, i to jeszcze przed udzieleniem odpowiedzi.
- Już dawno byłaś złodziejką, chyba też niezbyt doświadczoną. Pod tym sufitem dyszałaś tak, że... No, nieważne.
- To z podniecenia, Garrett.
- j. w.
-
Hattori napisał(a):
Okrążyła ladę, podeszła do niej od strony sprzedawcy. Pochyliła się, opierając szeroko ręce o blat.
- Garrett - spytała ponętnie - dasz mi swój...
- Nie, nie dam ci chromolonego autografu - głośno odpowiedział.
- Ej no... Zawsze to samo. A tak w ogóle to myślałam, że w użyciu jest słowo "łacherowy"?
- Ostatnio dużo rzeczy się zmienia.
- ostre, ale niezłe.
-
Marla napisał(a):
- Garuś...
- Zgiń, przepadnij, siło nieczysta.

Reasumując, w tym kawałku widzę potencjał. Masz smykałkę, to widać. Od Ciebie zależy, czy tego nie zaprzepaścisz. Musisz jak najwięcej pisać, czytać i wymyślać. Jeżeli reszta opowiadania będzie przynajmniej tej jakości... No, no, no... Gratulacje :) .

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 gru 2011 00:31 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Według mnie, to z Marlą było świetne. Kobieta przyczepiona do sufitu jak ninja, spada na podłogę jedynie po to by powiedzieć ukochanej (bez wzajemności) osobie; "Garrett".
:D :))
Opowieść jest naprawdę świetna!
Myślałam, że wspaniale malujesz, a okazało się że do tego jeszcze wspaniale piszesz. :) ;) ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 gru 2011 10:37 
Złodziej
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 sty 2009 13:38
Posty: 2329
Lokalizacja: Archiwa Miejskie
Ciekawe, czy Hattori jeszcze umie grać na instrumencie ;) Jeśli tak, to jest jakimś szczególnie uzdolnionym GENIUSZEM :-D

Karlat, malować to można farbami, a Hattori rysuje ołówkiem, tuszem itp. ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 gru 2011 16:37 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Dobrze, na przyszły raz będę pamiętać. ;) :P


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 29 gru 2011 16:38 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
adriannn napisał(a):
Ciekawe, czy Hattori jeszcze umie grać na instrumencie ;) Jeśli tak, to jest jakimś szczególnie uzdolnionym GENIUSZEM :-D

Jak to się mówi, "Nie umiem ALE CHĘTNIE BYM SIĘ NAUCZYŁ"
:cry: :cry:

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 sty 2012 13:38 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Na razie skończ nam historię w trybie pilnym :) . Co z tą dziewczynką? Nie pozwolisz chyba, aby "Garuś" długo tęsknił?

:roll: :tar:

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 sty 2012 19:17 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Skończyć?!
:)) :)) :)) :)) :)) :)) :)) :)) :)) :))
Ta historia zacznie się, kiedy ukończę Część I...
:twisted:

-----------------

OK, mamy początek miesiąca, więc czas na nową dostawę. Oto dwa nowe rozdziały, 1 i 2. Ponadto, dzięki uprzejmości Keeper in Training, otrzymujecie wersję poprawioną, i to bardzo skrupulatnie. :)
A, i jeszcze jedno.
Niepełnoletni! Zasłońcie oczy! Nie wiem, jak będziecie wtedy czytać, ale nie obchodzi mnie to!
A na serio, to ograniczenie wiekowe wynosi +16. I dotyczy to całego TDA.

Dosyć gadania - zajadajcie.

-----------------





Część I. Czerń


01: Klasyka

Jedną z cech charakterystycznych najzamożniejszego patrycjatu było przywiązanie do tradycji. Nawet, jeśli wśród siedmiu tak zwanych Wielkich Rodzin dochodziło do krwawych, wewnętrznych intryg, ich ponowne zjednoczenie zawsze miało miejsce przy udziale wyjątkowych, artystycznych przedmiotów. Głowy tych Rodzin były często mecenasami sztuki i jako jedne z nielicznych wciąż trzymały się starych stylów na tym ponurym, a jednak wciąż rozwijającym się świecie.

-- z Księgi Rodzin Historycznych





Strażnik, ubrany w kolczugę i karminowe barwy, stał przed bramą. Jego miecz, wyjęty z pochwy przy pasie, leżał na ziemi. Jedynym w miarę racjonalnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy mogło być to, że pomylił go z leżącymi u stóp pustymi flaszkami. Dużo ich było, stosownie do stanu świadomości strażnika.
Nie były jednak dobrze widoczne. Słabe światło dwóch latarni przy bramie ledwo dochodziło do brukowanej ulicy. W tę zimną, czarną noc, oświetloną przez księżyc kilka dni po ostatniej kwarcie, widoczność była stosunkowo mała.
Nie dla złodzieja, siedzącego na zewnętrznym murze tej starej, kamiennej rezydencji.
Mam stąd dobry widok na większość terenu działania, pomyślał Garrett. Przypomina mi się posiadłość Ramireza. Ech, stare dzieje... Zamek Bridgeshire'ów jest jednym z tych miejsc w Starej Dzielnicy, w których jeszcze nie byłem. Jak mogłem pominąć starożytną wazę Claviusa? W tych trudnych czasach, gdy znowu nie mam grosza przy duszy, z pewnością mi się przyda. No, może tyle ona sama, co jej wartość w złocie…
Ubiór Garretta składał się między innymi z ciemnoniebieskiej peleryny z kapturem, czarnej koszuli i spodni oraz z utwardzanych rękawic i prostych, wysokich butów, przy czym dwa ostatnie elementy wykonano z brunatnej skóry. Rękawice, tak samo jak buty zapinane za rzemienie, częściowo zasłaniały karwasze na przedramionach. Resztę stroju stanowiło kilka pasków, cholewa sztyletu na pasie wokół prawego uda, kołczan specyficznie zawieszony na pelerynie i wystający nad prawym barkiem oraz krótki, prostej konstrukcji łuk z celownikiem przewieszony przez plecy. Na pasku od spodni znajdowała się drewniana pałka, zapinana kieszonka na różności oraz sakiewka na łupy. Bardzo rozciągliwa.
Wstał i zeskoczył trzy metry w dół, na trawnik. Wysoka, niezadbana trawa mogła dać osłonę przed kontaktem wzrokowym w noc taką jak ta. Przykucnięty Garrett wykorzystał to przeciw strażnikowi patrolującemu wydeptaną ścieżkę blisko muru cytadeli. Zielsko nie zasłaniało całego, skurczonego tułowia, jednak w połączeniu ze skradaniem się przy murze zewnętrznym oraz wyczuciem czasu dawało efekty. Tym sposobem złodziej pokonał dwadzieścia metrów, dochodząc pod balkon, wystający z baszty cytadeli piętnaście metrów nad ziemią.
„Strzała linowa może zrobić niewielki hałas, który byłby słyszalny dla straży, być może pilnującej balkonu. Więc użyję rękawic. To właśnie dlatego musiałem zejść z muru, z którego również mógłbym strzelić z łuku.”
Wetknął urękawiczone palce w szczeliny między kamiennymi ciosami i zaczął się wspinać. Na poziomie płaskiej blanki balkonu zatrzymał się, nasłuchiwał, wychylił głowę. Nikt tutaj nawet nie podsypiał, zapewne przez temperaturę wieczornego powietrza. Wspiął się i podszedł do drzwi, wyciągając wytrychy. Chwilę siedział z uchem na drewnie, czy aby nie słychać kogoś po drugiej stronie. Wtedy zaczął otwierać zamek. Właściwie jedyną trudność sprawił wiek mechanizmu, topornie obracającego trzy zębatki. Zabezpieczenie zostało złamane.
„Jak na razie gładko. Jak u Konstantyna.”
Otworzył drzwi i wychylił się. Wejście prowadziło na kamienny korytarz z ciemnoczerwonym dywanem, oświetlony pochodniami wiszącymi na przeciwnej ścianie. W tej chwili nikt go nie patrolował. Garrett wyciągnął zwój z owczej skóry.
„Rzadko trafia mi się tak dokładna mapa. Nawet wtedy, u Bafforda, nie miałem rozrysowanych ścieżek partoli... Przekonajmy się, jak bardzo wiarygodne są te informacje.”
Z drobnego, ołówkowego opisu wynikało, że strażnik przechodzi tędy "co pięć zdrowasiek". Żebym ja wiedział, ile trwa jedna, pomyślał złodziej... Zamknął drzwi za sobą, przemieścił się do ciemnej niszy, między światłami dwóch pochodni ze ściany naprzeciwko, i poczekał. Siedział nieruchomo, trochę się niecierpliwiąc, aż ktoś nadszedł od lewej. Strażnik, umundurowany tak samo jak ten spod bramy, znudzonym krokiem przeszedł środkiem dywanu obok kryjówki złodzieja. Garrett postanowił sprawdzić, ile może trwać "pięć zdrowasiek", odliczając czas swoją miarą - w sekundach. W tym celu odczekał dwa kółka patrolu, z czego drugie dla pewności, podzielił wynik przez pięć i otrzymał szesnaście sekund.
Dzięki tej informacji mógł poznać znaczenie reszty opisów - wystarczyło przy każdym z osobna wykonać proste mnożenie. Wyciągnął ołówek i naniósł korekty na mapę.
„Zachciało się religijnej rachuby... Powinienem pamiętać o wzięciu poprawki, powiedzmy pięć sekund w obie strony... Ech, Skryptorium nie przestanie mnie prześladować tą swoją matmą.”
Spojrzał jeszcze raz na mapę, schował ją i wyszedł z niszy. Skręcił w prawo, zgodnie ze zwrotem ścieżki strażnika, by ten nie wyszedł złodziejowi naprzeciw, i udał się do innej części zamku.

***

Garrett znalazł spiralne schody, dzięki którym potwierdził istnienie piwnicy, parteru i dwóch pięter. Akurat kuchnia i piwniczka były blisko początku schodów, więc postanowił rozpocząć "zwiedzanie" od dołu ku górze, po kolei ograbiając poziomy budynku. Taka systematyczność zapewniała porządek oraz gwarancję, że niczego się nie ominie.
„Nigdy nie traktuję okradania WSZYSTKIEGO jako obowiązek, chociaż lepiej dbać o swoją niesławną reputację. Mam na tyle wprawne oko do błyskotek, że mogę dostosować się do sytuacji. Bardziej martwi mnie mapa. Jest tu zaznaczone niemal wszystko, czego mogę zapragnąć... i to jest najbardziej podejrzane. Podobno informator jedynie obserwował z zewnątrz trasy strażników. W wielu miejscach są okna, w porządku, ale w przypadku niektórych lokacji niemożliwe jest określenie rzeczy, które mam tutaj rozrysowane. Chyba, że było się w środku, ewentualnie przekupiło odpowiednią osobę... Mój kontakt powinien powiedzieć mi całą prawdę. Bo coś mi się nie wydaje, żeby oszacował to wszystko na zasadzie podobieństwa. A jeśli tak, to muszę mieć świadomość, że gość nie jest zbyt wiarygodny. Mimo że wszystko zgadza się co do cala...”
Zakradł się do otwartej na oścież kuchni. W jej piecu palił się ogień.
„Stawiam dziesięć do jednego, że kucharz zszedł do piwnicy po jakieś jedzonko i za chwilę wróci, żeby je przyrządzić. W międzyczasie zabiorę mu to, co zdążył tu przynieść. A co! Część złota stąd i tak musiałbym przeznaczyć na wyżywienie.
To się nazywa indywidualna przedsiębiorczość...”
Wziął z lekko wybrudzonego stołu kilka truskawek, kawał sera i ogórek, a z kosza pod nim dwa jabłka. Myślał też o wódce na półce, ale wiedział, że wszelkie szkło może wydać dźwięk w najmniej stosownym momencie. Czasem robił wyjątki dla tych roczników win, które bardziej opłacało się sprzedać niż wypić. Generalnie złodziej nie wziął całej żywności, bowiem nie chciał przedwcześnie wzbudzać podejrzeń kucharza, że ktoś obcy może być w budynku. Dla pewności nawet zrobił dowcip, biorąc trzy myszy z zakamarka i kładąc je na stole. Człowiek, który nie będzie widział innej opcji, przyjmie najbardziej niedorzeczne wyjaśnienie za najbardziej logiczne...
Usłyszał kroki. Schował się za drzwiami.
Nocnym podjadaczem okazał się nie kucharz, a jeden z jego pomocników ze służby. No tak, pomyślał złodziej, szef kuchni byłby zbyt zmęczony - i najedzony - żeby o tej porze tu przychodzić. Założę się, że to tłusty wieprz, który nie pozwala temu tutaj chudzielcowi jeść należycie, argumentując kolejną, rzekomą obniżką funduszu na rzecz zaopatrzenia. Może za dużo sobie dopowiadam, ale po prostu nienawidzę głodu. Mam tak od dziecka. Ulicznego dziecka...
Szczupły służbista odłożył gwałtownie całego kurczaka trzymanego w dłoniach, kiedy wchodził do kuchni, i począł kląć na „łakome” gryzonie. Teraz Garrett nie tylko mu współczuł, ale również nabijał się z niego w duchu jako ofiary niewyszukanego żartu. Korzystając z drobnego zamieszania, wyszedł po cichu przez otwarte drzwi i zszedł schodami do piwnicy po lewej.
Nie było tu nikogo, więc zaczął jeść część ze skradzionej żywności, idąc korytarzem spokojnym krokiem. W zimnym i ciemnym pomieszczeniu na końcu były półki z przeróżnymi, spożywalnymi dobrami. Żadnymi ze złota czy srebra. Spodziewał się tego, jednak za zasadę przyjął skrupulatne sprawdzanie każdego pokoju w miejscu akcji. A żeby nie wychodzić z niczym, odkręcił "źródło prawdy" - kurek jednej z dwóch beczek leżących na stojakach przy prawej ścianie. Stwierdził w myślach, że ciekawe jest połączenie jabłka z czerwonym, wytrawnym winem sprzed dwudziestu lat, po czym zawrócił w kierunku kuchni.
Służbista uporał się jakoś z myszami i teraz obracał kurczaka na rożnie prawą ręką. Te miłe zwierzątka najwyraźniej nieźle wkurzyły chudego, ponieważ lewą ręką popijał sobie wcześniej wspomnianą wódkę z półki. Złodziej pamiętał, żeby sprawdzić jeszcze zawartość szafek w pomieszczeniu. Pomocnik kucharza stał w raczej niefortunnym miejscu, w narożniku kuchni, więc Garrett poczekał na rozwój sytuacji. Obserwował wnętrze zza lewej framugi drzwi. Po jakimś czasie pomocnik kucharza otworzył górną szafkę i wyciągnął...
Złote talerze i kieliszki.
„Wiedziałem!”
Usiadł przy drugim stole, tym bliżej niego samego, i zaczął zajadać mięsko. Siedział naprzeciwko ściany z piecem.
„Trochę mu na tym zejdzie. Jakby się go stąd pozbyć? Zabójstwo nie wchodzi w grę. Wywabić go z pomieszczenia jakimś dźwiękiem? Nie. Na tym skrzyżowaniu korytarzy nie mam gdzie się schować, koleś może pójść w każdą stronę. Mogę go jedynie ogłuszyć.
Ale nie muszę. Podłoga tutaj jest z kafelków. Skradanie się jest możliwe, ale byłoby bardzo trudne. Hmm... jako profesjonalista staram się nie tyle ogłuszać, co wykorzystywać sytuację tak, by nie musieć tego robić. Poza tym nie spieszy mi się.”
I ruszył w lewo, długim, kamiennym korytarzem, na okradanie reszty parteru.

***

Wszystko się zgadzało. Brama do wnętrza cytadeli faktycznie była nie do przejścia - za dużo światła i dobrze umiejscowiona obstawa. Tylko w tym najbardziej oczywistym miejscu kapitan straży pozwolił sobie na kompleksowe zabezpieczenie. Czyżby oszczędność właściciela zamku? Lord Morgan Brigdeshire znany był ze swojej arogancji i cholerycznej wściekłości. Zapewne nie zniósłby kolejnej wieści o niepowodzeniu, jakim mogło być nieupilnowanie jego drogocennej Wazy.
Jednak Garrett też był arogancki. Nie zamierzał rezygnować ze swojego planu.
Poza dużą halą z bramą wewnętrzną patrole chodziły raczej rzadko, choć i tak nie należało ich ignorować. Były jedno- i dwuosobowe, z czego w tych drugich pojawiał się czasem łucznik. Jednak zawsze występował przynajmniej jeden osobnik ze stalowym, jednoręcznym brzeszczotem. Wszyscy oni nosili kolcze zbroje z karminowymi emblematami z materiału. Mimo tego, w większości lokacji stanowili najbogatsze wyposażenie wnętrza. Wyróżniali się trochę na tle kamiennych ścian zamku, które w połączeniu z rzadkimi gobelinami i innymi, skromnymi ozdobami tworzyły specyficzną aurę, miejscami przytłaczającą, a gdzie indziej kojącą. Stare zamczysko nie było należycie zadbane.
Garrett w ogóle nie zwrócił uwagi na jego niepokojący klimat. Kroczył wedle wytyczonej na podstawie mapy kolistej ścieżki, dzięki której chciał zapewnić sobie maksimum łupów w najkrótszym czasie na pierwszym piętrze. Przekradał się korytarzami za plecami strażników, kryjąc się w niszach, za narożnikami albo... gasząc ogień.
Znalazł się w pomieszczeniu ze stołem, kanapą, drewnianymi ławkami z podbitymi purpurowym materiałem oparciami, biblioteczką i kominkiem. Pokój gościnny miał kształt kwadratu, na dwóch przeciwległych ścianach były drzwi. Garrett wszedł za strażnikiem, którego już tu nie było. Na stole stało kilka drogocennych kieliszków i sakiewka - rzeczy pozostawione bez opieki przez leniwą służbę. Ich spakowanie zajęłoby trochę czasu - zbyt dużo, by zdążyć przed strażnikiem, który "za zdrowaśkę" wejdzie tu znowu. Nie było żadnego miejsca do schowania się. Złodziej stwierdził, że obie pary drzwi są w tej chwili na czyimś widoku. Wyciągnął więc z kieszeni podłużny, niebieski przedmiot.
Kryształ wodny.
Doszedł do wniosku, że rzucenie go z bliska w palące się drewno w kominku będzie szybsze i prostsze, niż wyciągnięcie łuku i strzały z przywiązanym już wcześniej kamieniem i wystrzelenie jej w ogień. Ten drugi wariant byłby bezpieczniejszy, bowiem lecąca strzała miała zwykle większą energię kinetyczną potrzebną do rozbicia kryształu, by ten zamienił się w wodę.
Ale poprawny zamach miał ten sam skutek. Zrobiło się bardzo ciemno, niemal matowo. Garrett przywarł do narożnika między ścianą a biblioteczką, naprzeciw kominka. Wszedł strażnik. Skomentował brak światła, przykucnął i zapałkami próbował na nowo stworzyć płomień. W ogóle nie okazywał podejrzliwości. Garrett wyciągnął pałkę zza pazuchy, ruszył w kierunku pleców strażnika. Powoli skradał się po drewnianej podłodze oraz po dywanie, pamiętając o cichym i powolnym oddychaniu. Zatrzymał się metr za nim. Wolał zaczekać, aż jego głowa będzie lepiej widoczna na tle płomienia, który za chwilę miał znów płonąć. Po kilku przekleństwach tak się stało. Gdy żołnierz wstawał, złodziej wziął zamach obuchem i uderzył.
- Uhm! Eeyyy, już idę, skarbiee…
Przewalił się na prawy bok, na podłogę. Garrett mógł go spokojnie chwycić, żeby nie zrobił hałasu przy upadaniu. Jakoś nie uznał tego za konieczne.
W sumie mogłem wcześniej go walnąć – myślał, przesuwając ciało za ręce w inne miejsce – Jego opancerzony, pusty łeb był lepiej widoczny w mroku niż na tle tej jasności, mimo że wtedy ogień był jeszcze słaby. Mój wzrok nie mógł się tak nagle przyzwyczaić do różnicy światła. Gdybym lepiej wycelował, gościu wydałby co najwyżej jeden dźwięk, mniej lub bardziej przeciągły. Właściwie to jeszcze nigdy nie ogłuszałem nikogo w takiej sytuacji. Heh, zawsze znajdzie się coś, czego się można nauczyć po latach…
Ułożył ciało na purpurowej ławce, pozorując sen ofiary. Z obecnego położenia opłacało się zneutralizować przeszkodę – wynikało tak z mapy i z zamiarów złodzieja wobec budynku. Owszem, nie było to konieczne, ale Garrett to pragmatyczna postać – byłoby dziwne, gdyby nią nie był, skoro przez lata wykorzystywał podstępy, skradanie, ukrywanie się i ucieczki… Codziennie.
A raczej – co noc.
Przystąpił do konfiskacji kosztowności. Kieliszki owijał w miękki papier, który niedawno nabył w pewnej hurtowni. Właściciel twierdził, że jego nowy produkt wkrótce zrewolucjonizuje toalety we wszystkich domach w Mieście. Praktyczny Garrett nie przejął się reklamą, wykorzystując towar do swoich, nie aż tak intymnych celów… Zapakowane naczynia i sakiewkę wrzucił do jednego worka, który zaczynał już trochę ciążyć. Przewiesił go przez lewe ramię. Następnie otworzył cicho drugie drzwi, rozejrzał się i ruszył dalej, gasząc pochodnie i świeczniki na rozmaite sposoby – rozbijając kryształy wodne, wystrzeliwując je z łuku, ściskając lonty świeczek nawilżonymi palcami…
W ten sposób złodziej okradł wszystkie piętra, nie ogłuszając już nikogo więcej.

***

Salę tronową widział już drugi raz.
Znajdowała się na drugim piętrze. Garrett zabrał dwa złote świeczniki z przedsionka i spakował je do wypchanej już sakwy, zawierającej łupy z całego zamku. Dalsza penetracja hali wymagała już dokładniejszego krycia się w cieniu i cichszego chodzenia - wielki, kanciasty od zawartości worek uniemożliwiał to. Słabe światło księżyca, te silniejsze od pochodni, dwaj strażnicy przed wejściem i niespokojny Morgan Bridgeshire we własnej osobie. Przechwytując wazę Claviusa, nie można sobie było pozwolić na najmniejszy błąd.
Zostawię sakwę na balkonie, pomyślał, przez który dostałem się do środka. Też jest na drugim piętrze. Wtedy wrócę tu znowu.
I tak też zrobił, omijając zręcznie dwóch krążących strażników, przechodząc w obie strony. Jeden, chudy i niezbyt pewny siebie, był trochę nerwowy. Według Garretta dostrzegł on braki różnych ozdób gdzieś na tym piętrze, ale ze strachu przed lordem nie chciał tego zgłosić, żeby nie wyszło to na jego niekorzyść. Tak naprawdę korzystniejsza byłaby ta pierwsza opcja - w końcu taka jest rola straży - ale stres różne rzeczy potrafi... Złodziej wiedział, że liczba "coś podejrzewających" strażników była wprost proporcjonalna do długości trwania akcji. W najgorszych przypadkach cały personel mógł zostać poruszony do poszukiwań intruza. Teoretycznie wystarczyło odpowiednio długo pozostać w jakimś miejscu, przeczekać obławę, lecz nie dawało to gwarancji pozostania niewykrytym. Garrett starał się czym prędzej opuszczać takie zagrożone obszary - o ile wykonał wcześniej postawione sobie zadania. W innym przypadku musiał ryzykować.
Ale do tego już dawno się przyzwyczaił.
Wszedł, już bez łupów, do komnaty obok sali tronowej, wykorzystując zaciemniony obszar przy drzwiach. Wspiął się po linie od wbitej wcześniej strzały linowej na belkę pod sufitem. Nad miejscem, z którego wystawała ze ściany, była kwadratowa dziura - przejście awaryjne do sali na wypadek jakiegoś wypadku. Doświadczony, wszędzie patrzący Garrett i tak znalazłby je bez mapy, na której było ono uwzględnione. Otwór prowadził do przedsionka, z którego mistrz złodziei wziął wcześniej dwa świeczniki z półek.
Teraz pojawił się problem - informator od mapy nie miał pojęcia, jak wygląda sala tronowa. Garrett ocenił, że składają się na nią przedsionek z przodu, sala właściwa i komnata sypialna z tyłu. Stwierdził to po pierwszym zejściu z belki za pomocą ręcznie wbitej w jej bok strzały linowej. Już drugi raz zeskoczył na dywan w przedsionku. Miał on kolor królewskiej purpury, w przeciwieństwie do karminowych dywanów na korytarzach. Sam przedsionek był oddzielony od reszty sali dwoma ścianami, między którymi, dokładnie pośrodku, było przejście. W sali właściwej, która posiadała kwadratowy kształt, w tylnej części stał tron na dwóch podłużnych, sześciokątnych tarasach wykonanych z białego marmuru. Sam mebel, obity fioletowym materiałem, nie wyróżniał się na tle innych tronów widzianych przez Garretta. Złodziej miał jednak ochotę na pozłacane wykończenia, lecz uznał odpiłowanie drewnianych nóg przytwierdzonych do podłoża za lekką przesadę. Przed tronem znajdowała się pusta przestrzeń i tylko dwa kolejne dywany, leżące na kafelkowej posadzce, stanowiły urozmaicenie. Jeden był prosty, prostopadle łączący się z przedsionkiem, drugi tworzył półokrąg, którego punktem centralnym był najważniejszy mebel w zamku.
Bladoniebieskie, migoczące światło wpadało do sali przez jeden z rzędów spiczastych okien-witraży. Rzędy te zbudowano naprzeciw siebie, jakby po bokach tronu. Smugi światła wisiały nad podłożem pod stosunkowo ostrym kątem, docierały do przeciwległej ściany - księżyc musiał być nisko. W narożnikach tej sali, na kamiennych ścianach przytwierdzono pojedynczo cztery pochodnie. Wcześniej Garrett widział, że były zapalone. Czemu teraz się nie paliły - nie miał pojęcia.
Do zawartości pomieszczenia należał jeszcze jeden element. Lord Morgan Bridgeshire posiadał średniej długości faliste, kasztanowe włosy i nosił bogatą, czerwoną szatę. Wydeptywał kolistą ścieżkę na całej sali, krążył po niej niespokojnie raz w jedną, raz w drugą stronę, mamrocząc coś niewyraźnie. Wcześniej Garrett sądził, że twarz patrycjusza jest jakby zamyślona, natomiast teraz jej wyraz był niewątpliwie przestraszony, paranoiczny. Aż dziwne, że przy takim roztrzęsieniu mężczyzna zachowywał regularność kierunku przemieszczania się po sali.
Złodziej chciał jakoś dostać się na tyły, do komnaty sypialnej. Najprawdopodobniej tam właśnie znajdowała się waza Claviusa i być może inne kosztowności. Musiała tam być, skoro Garrett nigdzie w zamku się na nią nie natknął, a dokładna aż do przesady mapa nie ukazywała jedynie sali tronowej.
„Ruszę, kiedy minie wejście z przedsionka na główną salę.”
Ukrył się za swoją lewą ścianą, blisko której było górne, "tajne" wejście do komnat. Bridgeshire nadchodził z lewej, wydając dziwne dźwięki. Kiedy minął przerwę w ścianie i oddalił się, Garrett wkroczył na prosty dywan. Zaraz po tym wszedł po cichu na drewniane, rzeźbione wyjątki w podłodze, leżące tuż przy ścianie po prawej - i nie tylko przy tej. Stanowiły bardzo duże ułatwienie dla skradającego się - biało-turkusowa szachownica z kafelków wydawałaby zbyt głośne dźwięki przy stąpaniu. Drewno było zdecydowanie cichsze, choć nie tak ciche jak dywan. Garrett zrezygnował z przechadzki po purpurowym materiale dlatego, że hrabia dosyć często odwracał się i zaczynał swój szybki marsz w drugą stronę. Ponadto światło z witraży po prawej dawało stosunkowo dobry widok na oba dywany w sali, ale omijało obszar znajdujący się bezpośrednio pod murem.
Złodziej wykorzystał ciche kroki do poruszania się w prawo, aż znalazł się pod witrażami. Wtedy przystanął, bowiem Bridgeshire zawracał w jego stronę. Przykucnięta sylwetka w bezruchu była teraz w zasadzie niewidoczna. Trzeba było wiedzieć, że Garrett znajdował się w tym konkretnym miejscu i długo się wpatrywać, żeby dostrzec pofałdowaną powierzchnię jego peleryny.
Arystokrata minął złodzieja i wtedy szybkim ruchem zawrócił. Już miał wejść na zaokrąglony dywan przy marmurowej podstawie tronu, lecz znowu ruszył w przeciwną stronę. Kręcił się tak długi czas, Garrett nie mógł nawet obrócić zakapturzonej głowy na centrum pomieszczenia, żeby nie zdradziła go jasna cera jego twarzy. Bridgeshire cały czas mamrotał coś do siebie, nie zmieniając tonu. Złodziej, chcąc nie chcąc, musiał wysłuchiwać jego dziwnego monologu:
- Skąd się oni wzięli? Żeby mówić w ten sposób do mnie... Mnie! Zaiste, ta pewność siebie nie bierze się znikąd. Nigdym o tychże zbirach nie słyszał. Lecz żeby prosić... ŻĄDAĆ ode mnie czegoś takiego - na Budowniczego! Do czego to doszło! Traktowali mnie niczym równego sobie. Pojęcia nie mam, co na myśli mieć mogli. Miałbym im pomóc w taki sposób, nie wierzę! Pod groźbą jeszcze! To wszystko jest grubymi nićmi szyte, coś jest na rzeczy. Co mam zrobić? Czy wrócą? Może już tu są? Może ten dziwny cień... To jakby skulona sylwetka przecież. Nic to, niech biorą, co chcą, tylko niech nie tykają tronu!!! I mnie, zostawcie mnie!!! Oby brak światła ich odstraszył. Nie po temu zgasiłem pochodnie, bym teraz był widoczny. Jeśli przyjdą po mnie, ja zauważę ich pierwszy... Tak, tak...
Garrett powoli przestawał być spokojny. Nie ruszał się, z tej pozycji niewiele widział. Słyszał jedynie z boku biadolenie hrabiego. Szaleniec robił kroki w regularnych odstępach, ich kafelkowe dźwięki dodatkowo potęgowały nieprzyjemne wrażenie. Jakby tykanie zegara o nietypowym mechanizmie, odliczającego czas do końca czyichś dni... zbliżające się i oddalające...
W końcu Bridgeshire zwiększył dystans między sobą a świecącymi witrażami. Garrett nareszcie uciekł od niepokojącej monotonii, przekradając się już pod same, podwójne, hebanowe drzwi komnaty sypialnej. Kucając, przetestował ich przepustowość, powoli naciskając obiema dłońmi na klamkę.
Zamknięte na klucz.
Używanie wytrychów w takich warunkach nie należało do łatwych, chociaż było wykonalne. Garrett uznał jednak, że ryzyko jest zbyt duże przy takiej zmienności ścieżek lorda. Postanowił przemieścić się pod ścianę po drugiej stronie drzwi i pomyśleć, co dalej.
„Kurczę, zawsze istnieje jakieś wyjście. To nie jest wielce super-udziwniona sytuacja, musi być jakiś prosty sposób, by dostać się do środka.”
Rozglądał się. Ani teraz, ani wcześniej nie zauważył niczego podejrzanego w murach ani w całym pomieszczeniu, które było raczej ubogie. Najbardziej rzucającym się w oczy istnieniem był oczywiście Morgan Bridgeshire. W tej chwili manewrował przy przejściu do przedsionka, a więc w miarę daleko. Złodziej postanowił użyć swojego unikalnego atutu.
Mechanicznego oka.
Zamknął swoją lewą powiekę. Siłą woli przybliżał widok w stronę lorda, wyobrażał sobie, że jego prawe oko jest niczym lecący po linii prostej wróbel. Impuls elektryczny z nerwu ocznego przeniknął do mikroskopijnych zębatek, trybików i przewodów wewnątrz metalicznej sfery gałki ocznej, napędzając je. Garrett widział teraz dwuwymiarową, zielonkawo podświetloną twarz szaleńca. Z tego dystansu Morgan nie mógł zauważyć małego, okrągłego, fosforyzującego światełka bijącego z głowy złodzieja. Garrett przypatrywał się każdemu elementowi jego ozdobnej szaty. Dzięki nagłym zwrotom mężczyzny mógł go obserwować z każdej strony. Po chwili znalazł jakiś charakterystyczny kształt.
Do złudzenia przypominający klucz.
Wisiał na nitce zawieszonej na drobnym haczyku ozdobnego pasa. Był takiego samego koloru, Garrett z pośpiechu nie zauważył go wcześniej. Morgan zbliżał się do złodzieja, od strony ciemniejszych witraży. Złodziejski mistrz oddalał myślą przybliżenie, by szklana źrenica oka świeciła mniej, w stopniu takim, jak przy normalnym widoku. Ciało zajętego własnymi przemyśleniami patrycjusza zamierzało przejść za tronem, przy skurczonym złodzieju. Garrett wykorzystał to, że lord zajęty był patrzeniem w sufit.
Delikatnym ruchem, od lewej strony pasa, zdjął od góry klucz.
Bridgeshire, myślami ukryty w odległej kryjówce, poszedł dalej. Okrążał od lewej tarasy pod tronem.
„Udało się.”
Nie zwlekając, złodziej zaczął po cichu otwierać zamek. Gdy jedne drzwi się otwarły, od razu wszedł do środka i zamknął je za sobą. Garrett miał wcześniej dużo czasu do wsłuchania się we wnętrze sypialni, z której nie dobiegał żaden dźwięk. Mógł więc z pewnością wkroczyć do środka. Założył, niezbyt podręcznikowo, że przy wejściu nie ma pułapek, mimo że w takim miejscu prawdopodobieństwo wystąpienia takowych było trochę większe, niż w innych pokojach zamku.
Nie pułapki go zaskoczyły, lecz wystrój wnętrza.
W narożniku po lewej łóżko z baldachimem, w tym po prawej szafa. Nad nią duży, jasny od księżyca witraż, przedstawiający pieszą pielgrzymkę ku nieznanej krainie. Zapewne wyobrażenie jakiejś legendy. Pośrodku dłuższej ściany duży kominek, naprzeciwko wejścia. Komnata miała taką samą wielkość i kształt, co przedsionek - a więc nie była zbyt duża. Całość sprawiała dosyć skromne wrażenie.
Żadnych kosztowności. Żadnej wazy.
„Cholera. Jak to możliwe?”
Przeszukał szafę, zajrzał pod łóżko i nad baldachim. Nic, nawet osobistej biżuterii.
„Coś się nie zgadza. Co powinienem zrobić?”
Przez chwilę rozglądał się i zastanawiał nad sytuacją.
Wtedy usłyszał krzyk.
Przystawił oko do dziurki od klucza. Widział przez nie komicznie biegnącego Bridgeshire'a z rękami w górze, wydającego potępieńcze dźwięki. Zatrzymywał się przy pochodniach i nerwowo zapalał je za pomocą zapałek. W podobny sposób biegał od narożnika do narożnika.
- GDZIE ON JEEEEST???!!! Co sie z nim stało?!
„Jak długo jeszcze ten psychiczny silnik będzie go napędzał? Kurna, pewnie chodzi mu o klucz, który zabrałem. Jeszcze chwila i pewnie zacznie szukać w sypialni.
Do jasnej cholery, co mam zrobić?”

***

„Spokojnie. Nie mam się czym stresować. Jeśli tu wejdzie, mogę rzucić granat błyskowy. Albo ręcznie zaatakować. Potem uciec przed strażnikami przez przejście u góry, albo nawet przez drzwi. Następnie z balkonu na dół. Zawsze jest jakieś wyjście.”
Straż, strzegąca wejścia do sali tronowej, wbiegła do środka. Dobrze słyszała, że coś się dzieje. Niestety, bardziej niż ich przydałaby się tu pomoc renomowanego psychiatry, jakich w Mieście było mało. Choć dla niezrównoważonego arystokraty zawsze by się znalazła profesjonalna opieka. Wystarczyłyby pieniądze.
Te, które Garrett zostawił na balkonie.
Garrett, złodziej wychowany przez Opiekunów.
Złodziej, który teraz obserwował okolice tronu przez ich symbol.
Dziurkę od klucza.
Symbol. Oznacza wiedzę tajemną. A jej użycie jest...
Kluczem.
„No tak, Opiekunowie. Jaką wiedzę mi przekazali, jeśli chodzi o sytuacje takie jak ta?”
...

„Ludzie pozbawieni Równowagi oddają się rzeczom pozornie przyjemnym, które niepilnowane, doprowadzają ich do upadku i cierpienia. Cenią swoje grzechy do tego stopnia, iż te rzadko mogą ujrzeć światło dzienne. Strzegą je jako największe tajemnice, tymczasem - jak to jest zapisane w ‘Ośmiu Zasadach’: ‘Tajemnica winna służyć utrzymaniu Równowagi, mającej zapewnić szczęście wszystkim żywym istnieniom, których ta tajemnica ma dotyczyć’.”
...

„Hm. To się chyba nie przyda. Co najwyżej mogę zgadywać, że Morgan ukrył gdzieś Claviusa, w jego mniemaniu bardzo dobrze. Jeśli to jest jego tajemnica, to dosyć... egoistyczna.
Zakładając, że Opiekun Mayar miał rację...”
...

„Mistrz sztuk tajemnych rozpoznaje obce spiski i odkrywa Prawdę, przyczyniając się do pokonania wszechobecnego zła.”
...

„To jeszcze gorsze, ale…
Moment.
Bridgeshire nie pozbył się wazy.
Ona wciąż tu jest. A jego prymitywna chciwość - nie to, co moja... - kazała mu ją ukryć. Gdzie można schować coś takiego? Całe pomieszczenie sprawdziłem.”
Zerknął jeszcze raz na salę, robiąc zbliżenie w mechanicznym oku. Strażnicy stali w miejscu i drapali się po głowach. Nagle lord obrócił roztrzęsioną twarz na drzwi sypialni. Garrett miał wrażenie, że patrzy dokładnie na dziurkę od klucza. Morgan ruszył w stronę hebanowego przejścia. Był jeszcze za tronem, blisko przedsionka.
Złodziej wpadł na pewien pomysł.
Zakluczył drzwi, podbiegł do łóżka. Przeczesywał dokładnie jedwabne prześcieradło i baldachim, dotykał mahoniowych nóg. Nic nie zwracało szczególnej uwagi. Chciał przerzucić aksamitną poduszkę leżącą na drewnianym oparciu, tuż przy ścianie.
I napotkał opór.
Poduszka odchyliła się tylko trochę, po czym wróciła na swoje miejsce.
Wydawała przy tym metaliczny zgrzyt. Była ciężka na spodzie, od którego odchodził łańcuch przechodzący przez dziurę w prześcieradle i przez samo łóżko. Garrett natychmiast chwycił ją oburącz i pociągnął najwyżej, jak mógł.
Uruchomił się mechanizm, którego głuchy odgłos pracy był słyszalny zza ściany.
Z tej samej, która obok łóżka się otwierała.
„Tajne przejście. Klasyka.”
Drzwi do sypialni właśnie zaczęły być szarpane. Zrozpaczony hrabia po drugiej stronie zaczął lamentować, że skoro nie ma klucza, to przecież nie wejdzie do środka. Nie było to zbyt logiczne z jego punktu widzenia, więc załamał się i znowu wrzeszczał.
Tymczasem Garrett wszedł w przejście i pociągnął zamykającą dźwignię na ścianie w zaokrąglonym korytarzyku, który oświetlony był przez świecznik.
„Który architekt stworzyłby otwieraczkę w tak widocznym miejscu? Który arystokrata spałby na czymś takim? Może zrobiono tak na życzenie tego paranoika? No nieważne. Czas na główną nagrodę w tym niskobudżetowym konkursie na bezczelność.”
Schodził kamiennymi, prawoskrętnymi schodami w dół. Na wysokości pierwszego piętra znajdowało się małe pomieszczenie z następnym świecznikiem oraz ze stojącym pod ścianą stolikiem z narzutką. A na narzutce główny cel.
Waza Claviusa.
Plus osobista, lordowska biżuteria.
Naczynie było raczej niewielkich rozmiarów, wykonano je w całości ze złota. Jedynie na wysokości, gdzie średnica była największa, przytwierdzona była srebrna obręcz wysadzana szafirami. Mimo swej skromności w porównaniu z niektórymi skarbami, Waza sprawiała bardzo urokliwe wrażenie.
Garrett przyglądał się jej z uśmiechem. Sprawdził, czy nie ma nigdzie jakiejś ekscentrycznej maszynerii z łańcuchem przechodzącym przez stolik, po czym zdjął Claviusa i schował do sakwy. Drobne kosztowności zapakował osobno, w papier - rozwiązanie z wrzuceniem ich do wewnątrz wazy byłoby oszczędniejsze jak chodzi o przestrzeń, jednak mogłyby one wtedy wydawać hałas w trakcie przemieszczania się. Złodziej, bardziej obciążony i nie kryjący dumy, ruszył dalszymi schodami w dół.
Przy kolejnym świeczniku korytarz się kończył. Była tu też dźwignia. Garrett nie mógł niczego dosłyszeć po drugiej stronie przejścia, już niespokojny ruch małego płomienia wydawał mu się bardziej słyszalny. W ciemno pociągnął za kij. Usłyszał te same dźwięki i ten sam ruch kamieni przed sobą, co wcześniej.
Pomieszczenie wydało mu się znajome, jednak z tej perspektywy nie mógł go rozpoznać. Wychylił się trochę i rozejrzał. Była to kuchnia. Górna część ciała chudego pomocnika kucharza leżała na stole, obok resztek kurczaka na talerzu i niedokończonej wódki. Dolna - siedziała na krześle. A całość spała w najlepsze i chrapała.
Kurde, pomyślał Garrett, przypomniało mi się o tych złotych naczyniach. Nie zabrałem ich wcześniej. A teraz zmogło tego żarłoko-pijaka i trudno je będzie sobie przywłaszczyć... Wódka działa z dużym opóźnieniem, oznacza to, że gość nie śpi od dawna, więc jego sen nie jest jeszcze twardy. Na bank coś nie wypali, jeśli będę próbował się przekraść po tych kafelkach. Trudno - Garrett zdjął łuk. - Czasy ciężkie, a kraść trzeba.
Dobył z kołczanu strzałę mchową. Ten nietypowy, magiczny wynalazek, powiązany z żywiołem ziemi, pod wpływem nacisku uwalniał chmurę pyłu, który opadając, wypuszczał z dowolnej powierzchni warstwę miękkiego mchu. Można było po nim przejść, a nawet przebiec bezszelestnie. Kryształy mchowe były niezastąpionym narzędziem złodziei, szpiegów, skrytobójców i niegrzecznych dzieciaków - wszystkich tych, którzy musieli się skradać po hałaśliwych powierzchniach. Jednak nikt spośród nich nie znał dokładnego działania - żaden z czeladników magicznego Bractwa Dłoni nie wydał tej tajemnicy, ani też nie wkroczył na nieprawą ścieżkę. No, może poza jednym nekromantą, który kiedyś miał wieżę w Porcie Dziennym, a z której w chwili obecnej można zrobić mauzoleum...
Garrett pociągnął tą samą dźwignię i szybko wrócił do kuchni, żeby ruchomy fragment ściany nie zostawił go po drugiej stronie. Mech pokrywał niewielki, niemal zupełnie kolisty obszar. Złodziej musiał użyć dwóch kryształów, aby utworzyć w miarę przystępną, wyciszoną ścieżkę do szafki na prawo od niego. Zrobił delikatne skoki między zielskiem, znalazł się między krzesłem ze śpiochem a szafką. Pozbawił ją złotej zawartości, a następnie ostrożnie przestawiał kości i skórki kurczaka z drogocennego talerza na stół. Wziął to naczynie oraz pucharek i sztućce, uważając na chrapiącego służbistę. Widząc u niego całkowity brak podświadomych reakcji, pozwolił sobie łyknąć raz z flaszki i powoli ją odłożyć. W międzyczasie nasłuchiwał. Nie słychać było żadnych dźwięków z korytarza obok kuchni. To dobry znak, pomyślał.
„Wszystko znalazło się w sakwie - wraz z moją Wazą. Bridgeshire nie wzbudził powszechnej paniki z powodu klucza. Doskonale. Teraz muszę tylko wrócić na balkon.”
Pozbierał z podłogi drzewce strzał i sznureczki, za pomocą których kryształy były przywiązane do strzał. Umieścił jeszcze jeden mech przy drzwiach wyjściowych, po czym wszedł na drugi stół w pomieszczeniu, zeskoczył na mech i tak samo posprzątał za sobą. Wyszedł, udając się w kierunku pobliskich schodów prowadzących na górę.
W zamku nie istniało już nic, czym chciwe oko włamywacza mogło się zachwycić.

***

Przekradał się od niszy do niszy, między światłami, za plecami patroli. Skręcił w lewo, w bardzo długi korytarz z wyjściem na balkon. Znalazł się w zaciemnionym narożniku. Już chciał ruszyć na wprost, gdy nagle z balkonu ktoś wyszedł.
Podejrzanie wyglądający strażnik, z workiem Garretta na plecach, zamknął za sobą drzwi i lekko pochylony szedł korytarzem na wprost niewidocznego złodzieja, ze złowrogo uśmiechniętą miną. Wypisz, wymaluj stereotypowy kradziej. Tylko że bardziej komiczny.
„Naiwniak. Myśli, że jak weźmie moje łupy, to nikt się nie połapie w tej grabieży. I będzie mógł dalej bez przeszkód tu pracować. Życie nie jest takie proste, kolego.”
Garrett skulił się jeszcze bardziej w kącie, żeby nie było go widać. W międzyczasie wygrzebał coś z worka. Podekscytowany i zadowolony z siebie mężczyzna skręcił przy Garretcie w swoje lewo, wcześniej wychylając głowę i sprawdzając położenie patroli. Gdy żółtodziób minął mistrza złodziejskiego fachu, ten wyrzucił Wazę Claviusa za narożnik korytarza. Mężczyzna obrócił się, pomyślał, że musiała wypaść przez dziurę w sakwie, której oczywiście nie było. Postanowił schylić się i podnieść naczynie.
Wtedy Garrett wyskoczył z drewnianą pałką i uderzył z góry w potylicę, ogłuszając ofiarę.
Zanim worek z łupami spadł, Garrett chwycił go, jednak nie zdołał powstrzymać upadku nieprzytomnego strażnika. Otworzył drzwi do pomieszczenia obok, wiedział, że nikogo w nim nie ma. Zaciągnął tam ciało i zamknął drzwi. Wtedy usłyszał:
- KURWA, GDZIE TEN GOBELIN!?
Na korytarzu nieopodal, pozbawionym naściennej ozdoby, ktoś zaczął coś podejrzewać. I pewnie nie on jeden. Garrett czuł, że musi uciekać.
Dosyć szybko znalazł się na balkonie. Zejście na dół za pomocą rękawic nie było możliwe, mając na barkach dwa worki ze złotem. Złodziej zdecydował się na rozwiązanie, którego nie zastosował nigdy wcześniej. Zdjął łuk, w tym celu pozbawiając się wcześniej swojego bagażu, po czym wystrzelił strzałę linową w drewniany daszek baszty nad nim. Lina rozwiązała się i stworzyła cienki, kołyszący się słup, sięgający trawy pod balkonem. Wziął sakwy, związał je mocno za końce i zawiesił z przodu pod szyją. Takie rozwiązanie było bardzo uciążliwe, ale zapewniało obie ręce wolne. Złodziej mógł teraz uczepić się liny i zacząć po niej schodzić.
Usłyszał biegi z wewnątrz budynku. Garrett znajdował się w niezbyt bezpiecznym położeniu. Co prawda trawnika nikt nie patrolował w tej chwili, ale w każdej chwili ktoś ze straży mógł wejść na balkon. Złodziej był w połowie długości liny.
Drzwi balkonu się otwarły. Garrett odruchowo zastygł, wisiał nieruchomo. Starał się wyhamować linę.
„To nie skończy się miło.”
Spojrzał w górę. Zobaczył czyjąś zdziwioną twarz. Za chwilę zniknęła, a w jej miejsce pojawił się błysk. Garrett zaczął spadać. Worki z łupem ciążyły na jego szyi.
Upadł.
Ale nie była to trawa.
Upadek był bolesny, ale mniej, niż szacował złodziej. Myślał, że zginie.
Szczęśliwie - niezbyt spostrzegawczy strażnik zamortyzował upadek.
„Jest tak ciemno, że nawet ja go nie widziałem. A tym bardziej idiota na górze, który przeciął mieczem linę... Mam nadzieję, że nie ubiłem tego tutaj. To by było ciekawe zabójstwo na moim koncie…”
Był trochę obolały, ale szybko się pozbierał i biegł do wieżyczki, zostawiając za sobą nieprzytomnego pechowca. Zatrzymał się na drzwiczkach.
Zamknięte.
„Cholera, czemu wcześniej ich nie sprawdziłem!”
Wyciągnął wytrychy i zaczął manipulować zębatkami zamka. Z doświadczenia wiedział, że było ich cztery. Był w stanie to ocenić po chwili kombinowania.
Zabierał się za ostatnią zębatkę, kiedy po lewej, zza baszty od bramy wewnętrznej, wybiegli strażnicy. Sześciu, z mieczami i łukami, jednak przez adrenalinę w głowie złodzieja sprawiali wrażenie tłumu. Garrett kontynuował obracanie po kole wytrychu w prawej dłoni. Gdy uporał się z czwartym zabezpieczeniem, byli dziesięć metrów od niego.
Wbiegł do wieży, jednym ruchem zamykając drzwi, ruszył po schodach na górę. Nie chciał skakać z jej szczytu, bo to byłaby zbyt duża wysokość. Zamiast przez klapę wyżej, wyszedł przez drzwi na niższym pięterku.
Wiedział, że łucznicy tylko na to czekają.
Pozornie zwolnił, a zaraz po tym zrobił krótki sprint wzdłuż muru. Zmyleni strzelcy spudłowali, trafiając w otwarte wejście za nim. Wtedy złodziej skoczył ponad blankami. Zniknął z pola widzenia łuczników, umknął ścigającym błyskom stali, które były już w wieży.
Po wylądowaniu poza terenem twierdzy oddalił się jeszcze dla pewności, biegnąc brukowaną ulicą. Miał za sobą bramę oraz jeszcze pijanego strażnika, stojącego na "warcie". Reszta straży wybiegła za chwilę, przewracając wartownika na butelki i miecz. Ale Garrett był już daleko.
„Tja... Trochę planowania, cierpliwości, wyczucia czasu, wyostrzania wzroku, sprytu i kombinowania, trochę brutalności, odporności na ból i pośpiechu, a do tego wszystkiego nieco doświadczenia. Wszystko razem, zespolone w całość...
I można zarobić na życie.”
Ruszył w swoją stronę, przenikając w mroczną czerń Miasta. Czerń nie występującą podczas nocy w pozostałych miejscach, nie pojawiającą się w żadnych innych miastach na tym ponurym, a jednak wciąż rozwijającym się świecie.
Bezsilne wobec niej latarnie uliczne usłyszały szept.
- Czas na konsumpcję.











02: Głód

Zabezpieczenie przeciwko Zaprzańcom zostanie odkryte. Ostatni z Wszystkich Glifów, który wszyscy widzą, ale którego nikt nie dostrzega. Oko narodzi się dzięki Wybrańcowi, który nie będzie jeszcze nosił Znaku. Nikt nie stanie pomiędzy nimi, aż nadejdą Czasy Niezapisane.

-- Izolda do Thorensona (przed nadejściem Wieku Ciemności)






- Dziwne, że wcześniej tam nie byłeś.
- Też mnie to ciekawi. Chyba byłem zajęty spełnianiem tych ich przepowiedni...
- Jakich? Czyich?
- Nieważne. Na moje oko to będzie... tysiąc sto czterdzieści pięć.
- Zaraz sprawdzę. Hm, hm-hmm... Tysiąc dwieście.
- Równo?
- Tak, mam dobry cennik – odpowiedziała Garrettowi Marla, pakując pieniądze do sakiewki i chowając towar pod ladę jej nowej paserni. Od ostatniej wizyty nie zmieniła stroju: dalej była to przeciętna, ale pożądliwie czerwona szata. - Jestem w tym zielona, ale przejęcie interesu Berty Szmuglerki nie okazuje się takie trudne. Chociaż jeszcze nie udało mi się dotrzeć do tych szlifierzy, którymi się zawsze chwaliła. A co do twojego mechanicznego oka, to chyba się rozregulowało.
- Trochę przekombinowałem w szacunkach. Heh, możesz wiele zyskać, ale mam nadzieję, że jesteś świadoma ryzyka.
- Komu ty to mówisz? Współpraca z Bertą nigdy nie należała do bezpiecznych, skoro działałyśmy w tym samym tunelu. Miałyśmy bardziej przerąbane od każdych innych paserów i sprzedawców. Ale pomagałyśmy sobie i jakoś przetrwałyśmy. Aż do tamtej nocy…
- „Straż Rynsztokowa” wzięła się na poważnie do roboty. Ostatnim razem coś takiego działo się za czasów Gormana Truarta.
- Nawet mi o nim nie przypominaj. Przeklinałam go podczas zbyt wielu nocy.
- Prowadzisz teraz jedyne w swoim rodzaju centrum złodziejskie. Będziesz zwracała na siebie uwagę całej przestępczej strony Miasta. Prędzej czy później nowy szeryf cię sprzątnie.
- Obecna Straż nie ma pomocy z zewnątrz. Wtedy to dopiero były jazdy… Ale Mechaniści już dawno zostali rozwiązani. Hm, popularna jak Penelopa Rothchild to nie będę, bo nie zamierzam rozwinąć interesu o handel dziełami sztuki.
- To jakaś patrycjuszka, prawda? Sprzedaje obrazy?
- Nie, ale jest popularna. No. W każdym razie mam nieco doświadczenia i trochę asów w rękawie. Nie dostaną mnie tak łatwo.
- Berta też miała pełno noży w rękawach, i teraz siedzi w Rozpadlinach. W dodatku dalej jesteś jedyną osobą, u której można dostać magiczny mech.
- Heh, Garuś, to miłe, że się o mnie martwisz, ale spokojnie, nic mi nie będzie.
Jasne, pomyślał, najwyżej będę cię musiał ratować, bo inaczej dostanę wielką falę pretensji, że cię nie obroniłem. Co z tego, że nie miałem jak, to już nie będzie takie istotne…
- Właśnie, Marla, musimy pogadać.
- Mmm, Garuś... - Spojrzała na niego lekko przymrużonymi oczami. - A o czym chcesz…?
- O twoim informatorze.
- W sensie?
- Ściślej mówiąc, o jego dokładności.
- No ale o kogo ci chodzi?
- O gościa, od którego masz tą mapę. Tak szczegółowej to ja dawno nie widziałem. Nigdy, ściślej mówiąc.
- Chyba powinieneś się cieszyć? Musiała ci znacznie pomóc w zebraniu kosztowności. Wszystkich. Ściślej mówiąc.
- Ściślej mówiąc, to ja mu nie ufam. Kim on jest?
- A bo ja wiem? Przedstawił się jako Stephen. Wyglądał normalnie, to znaczy - jak typowy, szczurzy bandzior.
- Nie wydał ci się podejrzany?
- My wszyscy jesteśmy o coś podejrzani, Garrett.
- Kurna, nie o to pytam, dziewczyno. Czy nie masz jakiegokolwiek pomysłu, skąd mógł mieć takie dane? Skąd wiedział, że na żyrandolu w łazience na drugim piętrze jest ukryte dokładnie dwadzieścia siedem srebrnych monet?
- Uspokój się, Garuś. Żadni paserzy nie pytają nigdy o pochodzenie przedmiotów, dobrze o tym wiesz. Zbyt bardzo zależy nam na kolejnych bochenkach chleba, żebyśmy mogli pozwolić sobie na ewentualne wybrzydzanie. W dodatku to mógł być tylko pojedynczy przypadek, nie panikowałabym tak od razu. Zawsze trafi się jakaś była sprzątaczka, która więcej zarabia w tej chwili na żebractwie niż wcześniej u jakiegoś sknerusa. Poza tym mapy zawsze kupujesz w profesjonalnych sklepach, ja dostałam ją właściwie gratis. Ten Stephen powiedział, że taka nowatorska nowicjuszka jak ja powinna mieć coś dobrego na starcie. No, tak za darmo to to nie było, trochę zapłacić musiałam, ale to były grosze...
- Coś dużo gadasz przy tym wyjaśnianiu.
- Pewnie! I co, dla ciebie też jestem „podejrzana”? Mi też nie ufasz? Naprawdę, Garrett, powinieneś się z tym przespać. Za pół godziny świt.
Złodziej przez chwilę milczał.
- Czyli nie masz więcej takich map?
- No nie.
- Dobrze, Marla. Załatwiłem już wszystko, co chciałem. Do następnego włamania.
- Nie daj się złapać.
- I komu ty to mówisz.
Wziął nagrodę za robotę w zamku z tej samej nocy, skierował się ku drzwiom wyjściowym z paserni.
- Czekaj, Garrett.
- Hm?
- Wiadomo coś o Marii?
- Szczerze, Marla – ruszył znowu, nie oglądając się za siebie - myślę, że prędzej ty się czegoś o dowiesz.
Wyszedł na podziemny korytarzyk, a później na ulice Skalnego Rynku.
- Palant - stwierdziła świeżo upieczona paserka - Cholera, nigdy tak o nim nie myślałam, ale dzisiaj po prostu przesadził. Przejął paranoję Bridgeshire'a czy co?

***

Wracał do domu.
Szedł ulicami Południowej Dzielnicy. Architektura budynków w Mieście była dla złodzieja czymś absolutnie naturalnym. Mimo tego, że pewne rozwiązania nie miały praktycznego, czy nawet logicznego sensu. W dodatku często dochodziło do mieszanki stylów z różnych epok. Kamienne budowle mieszały się ceglanymi, drewniane dachówki z tymi wypalanymi w piecach, elektryczne lampy uliczne z ich magicznymi odpowiednikami. Szklane okna z brakiem jakichkolwiek.
Było ciemno i cicho, Garrett odnosił wrażenie, że latarnie dają jeszcze mniej światła na ulicę, niż kiedyś. Zużywały się z czasem?
A może to wzrok się pogarszał?
Złodziej doznał rozterki, czy aby nie dosięgają go metaforyczne, stare łapska wieku średniego. Nie, myślał, to jeszcze nie jest możliwe. To jeszcze nie ten czas. Nie przesadzajmy, przecież ledwo dwadzieścia lat temu zacząłem tą niesławną karierę... Heh, to żałosne, żebym rozmyślał nad czymś takim.
Ciemność i cichość. Jednak za plecami Garrett miał już wielką, pomarańczowo-fioletową łunę na niebie. Noc, jeszcze egzystująca noc, była spokojna.
Do czasu.
Do czasu, aż zza narożnika dwadzieścia metrów dalej nie wyskoczył czerwony oddział Młotodzierżców.
Wysocy, pancerni zakonnicy szarżowali w prawą stronę Garretta. Zamaszystymi uderzeniami wielkich młotów bojowych zetknęli się z półnagą grupą Pogan, wyposażoną w toporki i sierpy. Cała dzielnica słyszała okrzyki bojowe i wrzaski bólu. Mimo dwóch zabitych po stronie Młotów, zieloni wojownicy byli bez szans.
Garrett, już dawno schowany w cieniu przy murze kamienicy, obserwował. Czekał, aż Młoty opatrzą rany i pójdą dalej. Dosyć szybko, bo minutę później pomaszerowali w uliczkę po prawej.
„Do walk ulicznych między nimi dochodziło jeszcze przed Glifem Ostatecznym, co nie zmienia faktu, że powoli zaczyna to być wkurzające. I jeszcze ulice brudzą.”
Złodziej podszedł do pobojowiska, upewnił się, że wszyscy już stąd odeszli - w przenośni i dosłownie... - i kontynuował swój powrót do tymczasowego mieszkania.
Niespokojna, bojowa atmosfera ustępowała miejsca wobec ciszy nowego świtu.

***

Dochodził do swojej kamienicy, gdy zauważył ją.
Była to zakapturzona postać ubrana w ciemnozieloną szatę, siedząca przy drzewku, które rosło nieopodal wejścia do budynku i który był otoczony niskim płotem. Osoba ta nosiła długie, siwobiałe włosy i wyglądała na roztrzęsioną.
- Najwyraźniej zębatki zaczęły ci dokuczać, Izolda.
- Garrett - wstała i zaczęła mówić dosyć zbiedzonym głosem - muszę... prosić cię o coś... żałosnego.
Chyba jeszcze nie widziałem nigdy żadnej Opiekunki w takim stanie, pomyślał sobie złodziej.
- Masz... chleb? Albo coś innego? Coś do jedzenia?
- Mam nadzieję, że to nie jest efekt tych waszych ascetycznych praktyk.
- Przestań już... Masz? Pożyczysz?
- Nie pożyczę. Dam ci.
Kobieta nie miała najmniejszej ochoty na bawienie się słowami.

***

- Lepiej opowiedz mi, co się stało, zanim oskarżę cię o coś naprawdę żałosnego.
- To nic szczególnego – Izolda odpowiadała między łapczywymi kęsami bochenka baltonowskiego od szefa kuchni Bridgeshire'a - ale i tak... wstyd o tym mówić.
- Mów. Może ci pomogę. Niechętnie, ale jednak.
Siedzieli w zubożałym „apartamencie” Garretta, ona na łóżku, on - na stole. Świt dawał o sobie znać promieniami wpadającymi przez spiczaste okno za plecami złodzieja.
Izolda uchodziła za raczej spokojną osobę. W końcu była Opiekunką. Ostatnio jednak Garrett dostrzegał u niej niepokojące zmiany. Jej drobna, spiczasta twarz przeinaczała opanowanie w wyraz smutku. Pewne jego oznaki złodziej widział już w Kuźni Dusz, jednak dopiero teraz, po ponownym objawieniu się, dały mu powód do zastanowienia. Wiedział, że melancholia ta była inna niż wszystkie. Nie umiał tego sobie dokładniej wytłumaczyć, wiedział natomiast, że musi mieć to związek z jej oczami. Z jej zielonymi źrenicami, o nieco większej średnicy niż w przypadku innych ludzi. Ale nie wyglądały osobliwie. Być może było to tylko naturalne złudzenie optyczne, w jakiś sposób powiązane z niewielkimi rozmiarami twarzy. Lub też z oryginalnym, mlecznobiałym odcieniem włosów Opiekunki.
- Garrett, ja... nawet nie do końca wiem, co to było. To... Nie mogłam się uspokoić, chociaż właśnie po to tam weszłam. Przebywałam, rozważałam i spałam. Kuźnia mnie przetrzymała. Byłam głodna, a mimo to nie chciałam wyjść. Znaczy się, chciałam, myślałam o tym, ale nie zdecydowałam się, nie wiedzieć czemu. Tak, jakbym… pozbawiła się woli. Wolnej woli… Jakby coś mi ją odbierało….
Jedynie wytrenowana cierpliwość oraz… pewne doświadczenia Garretta pozwalały mu słuchać tej nie do końca normalnej opowiastki. Izolda długo mówiła o tym, co ją spotkało w ruinach katedry, w zasadzie nie podając żadnych szczegółów. W końcu złodziej postanowił zakończyć monolog:
- Nie podchodziłbym do tego zbyt poważnie, gdybym nie był świadkiem pewnych rzeczy... Ten budynek chce posiąść twoją świadomość.
- Co?
- Chce zyskać własną wolę. Nie patrz tak na mnie, serio mówię. Faktem jest, że to pewna abstrakcja, sprzeczna z doktrynami Młotów i tak dalej... Ale swoje wiem. Słyszałaś o Przytulisku Przedmościa?
- Rodzice mnie nim straszyli.
To by wiele wyjaśniało, pomyślał Garrett...
- Miałem okazję wybrać się tam na wycieczkę. Niezwykłą w skutkach, jak się nieco później okazało. Nie wiem, Izolda, to wszystko było jak koszmar, dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie, że przynajmniej połowa tych rzeczy nie była snem. Dzisiaj jestem pewien, że ten sierociniec... myślał. Jednak nie był do końca świadomy tego, może nawet nie wiedział, że istnieje... Jednak gdyby znał w pełni swoje możliwości - już bym nie żył, jestem tego pewien. Co do Kuźni Dusz... To tylko moja hipoteza, ale być może te ruiny chcą się usamodzielnić. Chcą przejąć umysł osoby, która w nich przebywa. Za długo byłaś tam sama, moja Opiekunko.
Chwila milczenia.
- Ojej, Garrett, jakie ty historie opowiadasz... Kuźnia... Przytulisko... A jak stamtąd uciekłeś?
- To jest tak: dawno, dawno temu…
- Proszę cię, Garrett, nie bądź taki dziecinny.
Nie ma sprawy, pomyślał złodziej.
- Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka imieniem Lauryl, która nie miała rodziców i mieszkała w Przytulisku. Wiedźma Gamall zabiła ją, zdjęła jej skórę i z pomocą tejże ukrywała się w Bractwie Opiekunów jako Tłumaczka, używając niesławnego Glifu Transmutacji. Lauryl nie opuściła jednak tego świata – budynek sierocińca wkrótce stał się nawiedzony, a jego „wola” uwięziła w nim niewinną duszyczkę dziewczynki. Po wielu latach do tegoż domu wariatów, w przenośni i dosłownie, udał się złodziej Garrett, który tak samo utknął w środku, choć – niestety – jeszcze żył. Lauryl wykorzystała ten fakt i poprosiła Garretta, żeby ten pozbył się jej rzeczy, gdyż – jak twierdziła – to dzięki nim Przytulisko o niej „pamięta”. Kiedy wykonał wszystkie zadania, okazało się, że dziewczynka, a w zasadzie jej duch, może opuścić to milusie miejsce, lecz Garrett był istotą żywą i nie mógł jeszcze tego zrobić. W związku z czym złodziejaszek musiał któryś raz z rzędu przenieść się do „wspomnień” sierocińca, stosując przedmioty pozostawione niegdyś przez leczonych tutaj psychopatów. W swoistym półśnie wbiegł na sam szczyt budynku, uciekając przed nieumarłą „służbą” sierocińca. Już mieli go dopaść i zjeść, lecz w ostatniej chwili Garrett wyskoczył przez niewielkie okno w brawurowym celu zabicia się. I owszem, popełnił samobójstwo – ale tylko na niby! Spadł na dziedziniec budynku i umarł w wizji Przytuliska, ale ocknął się już w realnym świecie, w tym samym miejscu. Przeżył – i to bez żadnej odrąbanej kończyny! W ten oto sposób duszek dziewczynki i złodziejaszek opuścili to miejsce, by w niedługim czasie dokonać krwawej zemsty na nikczemnej czarownicy Gamall. KONIEC.
Opowiadacz „bajeczki” wyszczerzył zęby w uśmiechu po uszy. Izolda od pół minuty miała otwarte usta przy bardzo, bardzo nisko opuszczonej żuchwie.
- Podobało się? Czy było zbyt dziecinnie?
Nastała kolejna cisza w rozmowie. Opiekunka układała każdy szczegół opowieści w swojej głowie, dochodząc do wniosku, że było to uzupełnienie wiadomości na temat znanych jej wcześniej faktów. Nie rozśmieszyło jej to zbytnio.
- Nie przypuszczałam, że można stamtąd wrócić. Właściwie nikt w Mieście nie wie, co z tym budynkiem jest nie tak. Wszyscy tylko zgodnie twierdzą, że został nawiedzony. Pewnie trudno będzie ci w to uwierzyć, ale to chyba jedyne miejsce na świecie, o którym Opiekunowie do dzisiaj nie wiedzą nic. Zewnętrzne obserwacje na nic nie wskazywały, a dwie ekspedycje zwyczajnie nie wróciły... Teraz wiem, że psychiatryk zwyczajnie „wiedział” o ich obecności i nie otwierał im drzwi wyjściowych. Ej, a dlaczego nie spotkali Lauryl?
- Najwyraźniej nie zajrzeli na strych. Musieli nie słyszeć pukania stamtąd…
- Hm. Czemu wcześniej nikomu nie powiedziałeś o tym wszystkim?
- W dzisiejszych czasach nikt już nie czyta bajek dzieciom. A ja nawet nie mam dzieci… A tak na serio, to nikt mnie o to nie pytał.
- Nie dziwię się, przy twoim stylu opisywania wydarzeń. Ech… Nie do wiary. Byłeś tam sam, uciekłeś i nie wyszedłeś przy tym nogami do przodu. Gdyby Orland żył, na pewno inaczej by na ciebie patrzył. I gdybyś zechciał bardziej otwarcie współpracować, po złożeniu stosownego raportu... wszedłbyś do grona Starszyzny. Nie musiałbyś kraść do końca życia.
- Nie byłbym tego taki pewien. To była organizacja non-profit.
- Heh, Garrett, ty materialisto. Może to głupie pytanie względem kogoś, kto ma tyle lat kariery za sobą, ale... nie uważałeś nigdy złodziejstwa za coś haniebnego?
- Hmm. Nie. Od początku nie miałem wyboru.
- Ależ miałeś, Garrett. Miałeś pełno możliwości. Z twoimi zdolnościami mógłbyś awansować na dowolne opiekuńcze stanowisko. Z czasem. Zabrakło ci cierpliwości, z której tak bardzo teraz słyniesz.
- Nie, Izolda. Nie byłem typem kujona, który chciał spędzić resztę życia z nosem w książkach i babrać się, kaligrafując glify. Który miałby praktycznie do końca swojego żywota siedzieć w zamknięciu, ponieważ ktoś kiedyś zadecydował, że to właśnie byłaby „Równowaga”. Gdzie tu akcja?
- Gdybyś został w naszej wspólnocie trochę dłużej, stwierdziłbyś, że aktywność ruchowa i ryzyko nie są gwarantem sukcesu. Albo szczęścia.
- Wybacz, Iza, ale z tą pierdołą Xavierem nie wytrzymałbym ani chwili dłużej.
- No fakt, były Pierwszy Opiekun nie należał do miłych ludzi. Był jeszcze bardziej surowy niż Orland. Trochę cię rozumiem. Swoją drogą, miałeś jaja, żeby uciec. Takie przypadki zawsze kończą się „zaginięciami w niewyjaśnionych okolicznościach”. Wiesz, o co chodzi.
- Nawet niewtajemniczony by się domyślił.
- Przeżyłeś tylko dzięki Caduce. Stwierdziła, że możesz być jednym z elementów przepowiedni.
- Którymi, dzięki bogom, nie będziecie mi już truć dupy.
- Przestań. Zawsze się tak odzywasz do kobiet?
- Prawdę mówiąc, nigdy się do nich nie odzywam.
Izolda parsknęła. Złodziej nic sobie z tego nie zrobił.
- Musiałeś mieć niezłą radochę przy aktywacji Ostatecznego.
- Szczerze? Myślałem, że zemdleję, gdy Gamall i jej kamienni przyjaciele mnie chwytali. Na szczęście zdziwili się słupem światła z fontanny, zatrzymując się w miejscu.
- I to jest sytuacja, w której Egzekutorzy by nie zawiedli, gdyby byli na ich miejscu.
- Te mutanty? Daj spokój. Za jaką cenę?
- Sami zdecydowali o swoim losie.
- ZUPEŁNIE sami?
- No dobra tam, nie ukrywam, że Bractwo potrzebowało ich trochę więcej, niż było ochotników...
- Ha, wyszło szydło z wora!
- A co mi zaszkodzi powiedzieć prawdę. I tak nie byłam odpowiedzialna za nabór.
- Byłaś za czy przeciw?
- No cóż. Sam projekt jest... był rewolucyjny, lecz ja nikogo bym do tego nie zmuszała. Ale nie robiłam problemów z tego powodu w Bractwie, byłam neutralna.
- Jak wszyscy Opiekunowie. Do dzisiaj brzydzę się tymi waszymi pomysłami, ideologią.
Izolda po krótkiej chwili stwierdziła:
- Chyba nigdy nie było dane ci poznać pewnej prawdy życiowej.
- Hm... Zmoralizuj mnie.
- Przy odpowiednich ludziach... można przetrwać nawet nago.
To była trzecia przerwa w ich dialogu.
- Dziwnie to zabrzmiało, wiesz?
- Ach, dałbyś sobie spokój z męskimi skojarzeniami. O metaforach nie słyszałeś? Dlaczego wystarczy powiedzieć coś niestosownego i od razu zamieniacie się w takich prymitywów?
- Znam gości, którzy zareagowaliby ZNAAAAcznie gorzej.
- Tak, jeszcze pochwal się nimi przede mną. Nie chcę być niemiła, Garrett. Po prostu Opiekunowie... byli inni.
- Współczuję im. A tak na poważnie, to chyba nawet wiem, skąd ta inność.
- Skąd?
- Większość z nich to bękarty, nie obrażając ich matek. Pewnie sam taki jestem, chociaż już nigdy nie będę mieć pewności. Zostali znalezieni na ulicy przez starszych Opiekunów, tak jak ja. Od początku byli wychowywani w specyficznych warunkach, które nie pozwalały im w pełni rozwinąć... człowieczeństwa. Również mi daje się to we znaki. Do dzisiaj.
- Heh, chyba wiem, o co ci chodzi. Chociaż na pesymistę nie wyglądasz.
- Dobrze się ukrywam.
- Wiele razy udowadniałeś.
- Mówię o uczuciach.
- Ja też.
- Nie wydaje mi się.
- Naprawdę?
Lekko zdezorientowany Garrett zapytał:
- O co ci chodzi, Izolda?
- Stare czasy. Jak jeszcze byliśmy dziećmi.
- O czym konkretnie mówisz?
- Nieważne. Hihi...
Z jednej strony złodziej był zirytowany, z drugiej cieszył się, że do wnętrza Opiekunki znów zawitał humor. Choć dalej mógł się tylko domyślać, o co jej chodziło.
Izolda skończyła jeść chleb. Cały. Garrett był pod wrażeniem, chociaż za chwilę przypomniał sobie swoje dzieciństwo. Jego mniej przyjemne historie... Po kilku dniach bez jedzenia nawet dwa bochenki nie wystarczały ogłupionemu poczuciu głodu. Tymczasem Opiekunka dobrała się do kolejnego łupu Garretta, jakim było zielone jabłko. On sam również wziął jedno z worka na prowiant.
- Powiedziałeś jej kiedyś?
- Kogo masz na myśli?
- Marlę.
- A co jej miałbym powiedzieć?
- O nas. O Opiekunach.
- Nie. Pomyślałem sobie, że może lepiej będzie dla niej, jeśli nie pozna dodatkowych inwigilatorów. Zresztą nigdy nikomu nie wspomniałem o waszej znikomej egzystencji.
- W sumie... rozsądnie.
- A jakże. Skąd ją znasz?
- Wszyscy ją znaliśmy. Kiedy nasze niebezpośrednie kontakty z Poganami nie były stabilne, to właśnie od niej kupowaliśmy kryształy mchowe. Pod przebraniem, rzecz jasna.
- No tak, Poganie też je mają. Dobrze, że dawno temu opanowali sposób ich wyczarowywania. A może je uprawiają? Nieważne. Jakby nie oni, musiałbym robić zakupy u Magów z Bractwa Dłoni. Po tym, jak rozbroiłem ich zabezpieczenia, żeby dostać Talizman Ziemi, hmm... Na upartego może inne kryształy bym od nich dostał, ale powiązany z ziemią mech? Nigdy. Oni przykładają zbyt dużą wagę do filozofii...
- Swoją drogą, nie kiwnąłeś nawet palcem, żebyśmy się dowiedzieli o tym, że kradniesz Talizmany. Choćby ze względu na stare znajomości. Przecież domyślałeś się, że po coś są te pieczęcie na drzwiach Nawiedzonej Katedry…
- A przepowiednie? Przy poprzedniej rozmowie wychwalałaś je.
- One nie mówiły wszystkiego. Zwykle było tak, że elementy układanki zaczęły się dopasowywać dopiero przy faktach dokonanych. Nawet Caduca niewiele mogła na to poradzić.
- Ani Gamall. Tym bardziej ona.
- Nic mi o niej nie mów. Niektórzy przeżyli prawdziwą traumę po jej zdemaskowaniu. Mi też się źle kojarzy.
- Czy przypadkiem nie utrudniała ona interpretacji tych całych glifów?
- Chyba tak właśnie było.
- Heh, stare dzieje...

***

Rozmowa ze wspominaniem tego i owego trwała w najlepsze. W końcu Garrett się zorientował, że na zewnątrz jest już ósma godzina.
- Pewnie nie chcesz wracać do Kuźni.
- Nie. Mimo wszystko możesz mieć rację z tą „świadomością”... Powinnam przespać się w jakimś normalnym miejscu.
- Siedzisz na jedynym łóżku w mieszkaniu.
- Wiem.
Spojrzeli na siebie.
- No co?
- Nie wiem jak ty, Iza, ale ja mam oczywiste skojarzenia.
Wciąż patrzyli. Trwało to chwilę.
- Nie, nie, nie, Garrett, jestem zbyt zmęczona tym wszystkim. Ty zresztą też. Widzę to po oczach. Nie licz na wiele.
- Wystarczy, że będziesz u góry.
- Hę?
Zszedł ze stołu, ruszył w jej stronę.
Zastygła, trochę przestraszona.
Chciała coś powiedzieć, ale przez zaskoczenie nie mogła. Był już blisko.
I… nie dotknął jej. Położył się przy ścianie, na plecach, na wolnym miejscu łóżka, zręcznie na nie wchodząc.
- Nie zmieścimy się całkowicie. Przynajmniej w połowie musisz położyć się na mnie. Ja chyba mogę zasnąć w takich warunkach.
- Chyba?
- Nie masz wyboru.
- Hm... Ty też nie.
Kobieta położyła się na brzuchu, tak, że lewą nogę ustawiła między jego kończynami dolnymi, a lewa dłoń trzymała mu ubranie nad prawym obojczykiem. Głowę ułożyła na lewym ramieniu. Znieruchomieli. Garrett był bardziej niespokojny, niż zakładał.
- Za bardzo bije ci serce.
- A tobie to nie?
- Aż tak to czuć?
- Nawet słychać.
Uśmiechnęła się. Garrett położył dłonie na jej talii i lewej ręce. Jeszcze chwilę rozmawiali - miło na tyle, by dobrze zapamiętać sobie koniec nocy… I nic poza tym. Popatrzyli po sobie.
Po czym powiedzieli sobie dobranoc.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 12 kwi 2012 10:46 przez Hattori, łącznie edytowano 4 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 sty 2012 21:12 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 298
Lokalizacja: Lublin
I teraz oślepnę, bo przeczytałem kolejną część opowiadania, choć szesnaście lat kończę za trzy miesiące :-D A tak na poważnie, to ta część podobała mi się tak jak poprzednia, nie mam żadnych zastrzeżeń. Przyjemnie się czyta, prosty język. Widać łatwo mnie zadowolić :)

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 02 sty 2012 23:32 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4494
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Komentarz dotyczy samego prologu.

Po pierwsze, gratuluję przedwsięwzięcia. Sam zacząłem swoją książkę pisać właśnie w tym wieku, więc wiem, o co tu chodzi ;)
Nie patrz na to, jako epicką, syzyfową pracę. To da się zrobić!

Rozpad Strażników i próba znalezienia nowych dróg życia to fajny motyw wyjściowy. Trochę mi to śmierdzi... faktycznie... nieco do nich niepodobne, że tak od razu idą robić jako hydraulicy itd... ludzie, którzy przecież poświecili swe życia pewnej idei. I ta idea okazała się taka słaba? Popatrzmy na ludzi historycznych, których świat się zawalił, np. na wskutek wojny. Nie rezygnują tak łatwo.

Ale jeśli już mieliby się rozpaść, to Twój scenariusz przy taki założeniu jest prawdopodobny.


Język masz bardzo fajny i dojrzały, tylko go pozazdrościć w takim wieku. Nieco czasem za bardzo rozwijasz zdania, co może zabrzmieć nieco pretensjonalnie.

Bogate opisy :ok

:dobani W dialogach brakuje wstawek typu:
-xxxx - westchnął Garrett


To czas na szczegóły:

Cytuj:
morda
a fe! Strażniczka mówiąca takim językiem? Generalnie w Thiefie mało przeklinają... wiem wiem, sam napisałem ze dwa opowiadania, gdzie wszyscy klną jak najęci, ale dzisiaj mi wstyd xD

Cytuj:
-splądrowałes –
myślniki oddzielają kwestię dialogową od komentarza narratora. zatem lepiej byłoby:

przeszukałeś... splądrowałeś...
ew
przeszułaeś, a raczej splądrowałeś,

Cytuj:
zasranej
Garrett przeklina "bloody", "damn"... zatem lepiej brzmiałoby "przeklętej"

Cytuj:
Super
w tym kontekście używa się słowa super od XX wieku. Nie pasuje to do Thiefa xD

Cytuj:
poduszki nawet nie ma co opisywać.
Musisz się zdecydować. Albo przełamujesz czwartą ścianę i nawiązujesz żywą relację z czytelnikiem (wstawiasz teksty typu "historia ta zaczęła się... słuchajcie uważnie..." czyli narracja jest w formie opowieści, albo nie robisz tego. Z tą poduszką dajesz wyraźnie do zrozumienia, że komuś opowiadasz tę historię.

Cytuj:
Goniły go błyski stali Straży.
Straży psuje klimat xD Usuń to słowo.

Cytuj:
To najbogatsza dzielnica, więc stało tam więcej lamp ulicznych, w dodatku posiadała bardziej regularny układ ulic
O ile pamiętam, to Starodale było właśnie stare i poplątane, co zresztą widać w grze.

Cytuj:
Te bardziej odległe zostały zniszczone.
Należały do paserni Berty.

Przykład zdania, które rozbite traci...

Cytuj:
-O, k...
Jeśli maiło być "O kurwa", to wróćmy do stopniowania przekleństw :) A jeśli "OK", to też źle, bo tego słowa w Thiefie nie używają.

Cytuj:
Zresztą, w całym swoim życiu Garrett krzyknął tylko raz
Bardzo bystre spostrzeżenie! Nie do końca prawdziwe (bo Garrett krzyczy za każdym razem jak otrzymuje jakieś obrażenia... wątpię by cała jego kariera była taka milusia), ale na potrzeby książki brzmi świetnie!

Cytuj:
zielonkawy potwór
O motywie z potworem porywającym dziewczynkę można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest oryginalny. Ale zobaczę jak to rozwinąłeś/rozwiniesz.

Scena łóżkowa i pogoni bardzo dobre! Tak samo intryga z Perrym i... jako całokształt, cały pomysł z nową Strażą Miejską. Jestem ciekaw co z tego wyniknie. Pierwsza wspólna wersja z Marią (i mówienie wujku" sweet :P ) również bardzo mi się spodobały.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 sty 2012 17:32 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Hattori napisał(a):
OK, mamy początek miesiąca, więc czas na nową dostawę. Oto dwa nowe rozdziały, 1 i 2. Ponadto, dzięki uprzejmości Keeper in Training, otrzymujecie wersję poprawioną, i to bardzo skrupulatnie.

Hattori, przyjemność po mojej stronie. Moja rola naprawdę była marginalna, nie było tam dużo poprawek, raczej zmiany kosmetyczne. Niemniej bardzo to uprzejme z Twojej strony. Równocześnie zapewniłeś sobie stałego edytora :roll: .

Hattori napisał(a):
A, i jeszcze jedno.

Niepełnoletni! Zasłońcie oczy! Nie wiem, jak będziecie wtedy czytać, ale nie obchodzi mnie to!

Oto prawdziwy artysta.

:roll:

Tak na serio, miło z Twojej strony, że to wstawiłeś. Dowodzi dojrzałości.

Ogólny opis przesłałam Ci przy korekcie, dlatego teraz wspomnę tylko o paru sprawach, które wypłynęły na forum.

Język. Zgodzę się z Kubą, że Garrett nie przeklina. Ja akurat mam taką wizję naszego Złodzieja, że piekli się co chwilę, ale używa jedynie drobnych wyrazów w stylu "cholera", "szlag". Ostatecznie jest spokojnym gościem, któremu wszystko wisi, to raz. Poza tym Opiekunowie w Siedzibie każdemu robią pranie mózgu i wypuszczają osoby w gruncie rzeczy eleganckie, to dwa. Po kreacji postaci zarówno w grze, jak i w tekstach pobocznych, wyłania się obraz Garretta-erudyty, to trzy. Owszem, "barwny język" pozwala wykreować pewien typ bohatera, ale ze Złodziejem się to kłóci. Jednak w przypadku zwykłego zbira, pasera czy np. strażnika miejskiego jest to dopuszczalne.

Z kolei drobnostki typu "super", "OK"... To są anglicyzmy, jeżeli starasz się zrobić stricte niby-średniowieczny klimat, to nie pasują. Jeśli np. tak jak w moich satyrach korzystasz z odwołań i chcesz wywołać efekt komiczny, jest to dozwolone. Bardziej to "super", "OK" już zaczyna drażnić...

Kolejna kwestia:
SPIDIvonMARDER napisał(a):
scena łóżkowa

Ej, bez przesady. Przypuszczam, że używasz metafory. JEŻELI JEDNAK NIE... Powiem krótko: głodnemu chleb na myśli, a styl Hattoriego bazuje w dużym stopniu na skojarzeniach. Inaczej popatrzy Ci na ten tekst pięciolatek, a inaczej... bo ja wiem... Czterdziestolatek spod monopolowego. To już kwestia publiczności, a jakoś granic dobrego smaku chłopak nie przekroczył... Ujdzie.

Zgadzam się ze Starodalami. Owszem, są stare, jednak równocześnie Hattori ma rację: były obrzydliwie bogate, więc i często naprawiane. Nie była to dzielnica nowobogacka, jak np. Nowa Dzielnica czy przedmieścia (te lepsze), tylko taka jakby starówka i dzielnica arystokracji w pigułce. Nie jest źle ;).

Kreacja Izoldy podobała mi się połowicznie. To, co w tej postaci lubię, to wątpliwości pod koniec, wahanie. Widać, że starasz się nadać jakąś głębię (zobaczymy, jak Ci się to uda). Co drażni, to przekleństwa i mało elegancki stosunek do życia :roll: . Chodziło Ci o taka niby-emancypantkę? To jak kobieta powiem, że to trochę kulą w płot :] . Ale się nie martw, to przyjdzie z czasem. A w razie pytań: przecież ponad połowa populacji to kobiety! Nie wierzę, żeby nie dało się którejś spytać :)) . Jest kawiarenka na forum, jest na Wyszczekanych - korzystaj, kolego, korzystaj :) .

Reasumując, ocena podobna, jak pierwszej części. Dobrze, tak trzymać, nie ustawać w pracy nad sobą. Język dość bogaty, ładny, w gruncie rzeczy bez przesady. Fabuła całkiem wartka, poza kilkoma rozminięciami dotyczącymi Strażników poprawna. I widać, że Ci się chce, a tego nigdzie się nie nauczysz. Brawa!

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 sty 2012 19:37 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Część z tego, co napisała Keeper dotyczy małego, dalszego fragmentu, który pojawi się przy najbliższej sposobności. Cóż... Powiedzmy, że Izolda jest zagubiona. ;)

A tak poza tym - poprawiłem to, co uznałem za stosowne zmienić, dodałem też różne, krótkie drobnostki. W Prologu i później również. Wasze komentarze, szanowni forumowiczowie, zawsze są cenne i nie chciałbym, żebyście milczeli tak, jakby w pobliżu przechodziło Dziecko Budowniczego. To większe, w sensie ;) Nie zmuszam - zwłaszcza, jeśli nie macie pomysłu na wniesienie czegoś nowego. Ale ciepło zachęcam.

Wszystkim odważniejszym wyjątkom mówię arigato :pad :mru

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2012 22:58 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4494
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Część 01:

Zjednoczenie szlachty przy przedmiotach.... bardzo ciekawa, choć ryzykowna teza. Mam nadzieję, że to się jakoś rozwinie.

Często zmieniasz narrację z trzecio na pierwszoosobową, przy czym brakuje jakiejś wskazówki dla czytelnika, kiedy ten moment następuje.

Rozciągliwa sakiewka na łupy - hmmmm, kauczowa? xD

U bafforda nie było ścieżek na mapie

Zdrowaśki - W Thiefie nie ma kultu maryjnego ;)

Paliło się W PIECU xD

Po raz setny opis zwykłej kradzieży

Cytuj:
Zostawię sakwę
Plus, wiele osób o tym zapomina. Garrett taszczy tam 2 tony złota i nadal cicho chodzi!

Odpiłowanie - zdecydowanie przegięcie ;)

Nazwanie lorda elementem jest nieco dziwne...

Opis działania kuli zwiadowczej - plusik

W tekście jest mało opisów przeżyć wewnętrznych...

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 29 sty 2012 00:08 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Z tą narracją to nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Jeśli chodzi o Garretta, którego myśli "uzupełniają" narratora, to są one wyróżnione poprzez cudzysłowy. Czasem piszę akapity w stylu:
Cytuj:
Mam stąd dobry widok na większość terenu działania, pomyślał Garrett. Przypomina mi się posiadłość Ramireza. Ech, stare dzieje...
ale nie powinno to sprawiać czytelnikowi problemu...

SPIDIvonMARDER napisał(a):
U bafforda nie było ścieżek na mapie

A widzisz. Słuszna uwaga.
SPIDIvonMARDER napisał(a):
Zdrowaśki - W Thiefie nie ma kultu maryjnego

Nie ma, ale taki element może kojarzyć się ze sposobem liczenia czasu w średniowieczu. Poza tym nazwa nie nawiązuje bezpośrednio do Matki Boskiej, modlitwa mogłaby równie dobrze nazywać się "Zdrowyś Budowniczy" :-D
SPIDIvonMARDER napisał(a):
Po raz setny opis zwykłej kradzieży

Będziecie musieli dać trochę czasu TDA na rozwinięcie się. Piszę tak, aby odbiorcą mogła być też osoba nie znająca Thiefa. Taki standardowy rozdział tuż po Prologu jest typowy, ale myślę, że niezbędny przy prozie TEJ skali.
SPIDIvonMARDER napisał(a):
W tekście jest mało opisów przeżyć wewnętrznych...

Hm...
Do pomyślenia. Chociaż należy uważać, bo każdy taki opis czyni złodzieja bardziej emocjonalnym... Z jednej strony całkowity brak takowych nie jest dobry, choć z drugiej nie widzę, gdzie mogłyby przypasować w "Klasyce"... Cóż, na przyszłość pomyślę!

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 29 sty 2012 10:47 
Garrett
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 29 sty 2008 21:32
Posty: 4494
Lokalizacja: Świątynia Nieba z Zaginionego Miasta
Z narracją, to dodałbym myślnik jak przy wypowiedziach. To czytelniejsze ;)

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 lut 2012 13:45 
Arcykapłan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2009 14:01
Posty: 1409
Lokalizacja: Miasto, Południowa Dzielnica (przy fontannie)
Z tymi zdrowaśkami sugerowałabym wrzucenie którejś z modlitw Młotków.

_________________
"(...) Garrett had the humbling realisation that he'd smothered more girls than he'd kissed. A good deal more. An embarrassingly good deal." - RedNightmare, "Half-Full"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 lut 2012 14:21 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Hattori napisał(a):
- Siedzisz na jedynym łóżku w mieszkaniu.
- Wiem.
Spojrzeli na siebie.
- No co?
- Nie wiem jak ty, Iza, ale ja mam oczywiste skojarzenia.
- W sumie... ja też.
Wciąż patrzyli. Trwało to chwilę.
- Nie, nie, nie, Garrett, jestem zbyt zmęczona tym wszystkim. Ty zresztą też. Widzę to po oczach. Nie licz na wiele.


Hattori napisał(a):
- Nie zmieścimy się całkowicie. Przynajmniej w połowie musisz położyć się na mnie. Ja chyba mogę zasnąć w takich warunkach.


Czyżby zajechało Marlą? :twisted:
(Sorrki za tekst, ale gdybym nie wiedziała, że to Izolda i Garrett, to pomyślałabym o Marli. (Z resztą i tak czytając za pierwszym razem, pomyślałam o Marli. :twisted: ))

Genialne opowiadanie! ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 lut 2012 16:07 
Młotodzierżca
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 lis 2011 16:40
Posty: 869
Lokalizacja: The Keepers' Chapel (Zamurze)
Kurczę, nie rozumiem. Wcześniej nie miałem wątpliwości, ale teraz, kiedy zamieszczam trzeci już rozdział... Cholera. Odnoszę przesadzone chyba wrażenie, że jest on ze wszech miar kontrowersyjny.

Dlatego przygotuję się na serię uwag... Również odnoszących się do środowiska, które zostało tutaj przedstawione. Chodzi o to, że z tym środowiskiem nie mam póki co zbyt wiele wspólnego, nie wiem tak dogłębnie, jak funkcjonuje. A że duża część forum jest już "po" albo "w trakcie", liczę na to, że mnie poprawicie w razie czego. :roll:

(tylko proszę nie rzucać jedzeniem ani twardymi przedmiotami, chyba, że będą to puszki piwa.)
;)


-----------------------------


03: Wiedza

(...) Owo niezidentyfikowane zdarzenie, znane wszystkim jako „Noc Świecących Ulic” lub też „Żart Elektrowni”, po niespełna tygodniu dalej pozostaje niewyjaśnioną tajemnicą dla wszystkich instytutów naukowych umiejscowionych zarówno w Mieście, jak i poza jego obrębem. Co prawda niebieskie światła nie pojawiły się na wszystkich ulicach megalopolis, jednakowoż ogłuszający, przebijający bębenki uszne huk słyszalny był nawet kilkadziesiąt kilometrów od murów zewnętrznych aglomeracji. (...)
W tej chwili nie znamy żadnego racjonalnego wyjaśnienia sprawy tej pamiętnej daty. Magiczne Bractwo Dłoni twierdzi, że ani ono, ani żadne znane im siły magiczne nie byłyby w stanie wywołać niczego podobnego w tak ogromnej skali. Z kolei Święty Zakon Młota Mistrza Budowniczego w Mieście postawił jasną tezę - miałyby to być „szachrajskie sztuczki grzechem ludzkim wspomagane, a przez niegodnych ze wszech miar Pogan wywołane, by ponownie zasiać strach y zamęt wśród religijnych y prawych obywateli”. (...)
Wielu osobom, w tym mi i moim asystentom pomagającym przy zbieraniu materiałów do niniejszej pracy, wydaje się, że wszystko to musi mieć związek z pewnymi wydarzeniami mającymi miejsce na krótko przed Godziną B. Tamtej nocy we wszystkich dzielnicach widziano poruszające się, agresywne gargulce z kamienia, chodzące ulicami i atakujące wszystkich przechodniów, bez względu na wiek, płeć czy pochodzenie. Wiele osób straciło przy tym życie, w całej stolicy naliczono ok. 40-60 ofiar. Świadkowie (którzy de facto stanowią, szacunkowo, ponad trzydzieści osiem procent populacji Miasta) potwierdzają też, że z chwilą eksplozji światła wszystkie golemopodobne potwory zastygły tam, gdzie wtedy się znajdowały. Co ciekawe, niektóre do dziś stoją nieruchomo w mało uczęszczanych miejscach. Ponadto znaczna część, bo około siedemdziesięciu jeden procent świadków, utrzymuje, że wraz z gargulcami widziała „czerwoną górę mięsa, śmiejącą się i machającą anorektycznymi kończynami oraz strzelającą w ludzi i budynki kulami ognia”. (...)
Podejrzewamy też, że zamieszani w to mogą być tajemniczy, zakapturzeni osobnicy o prostych, acz przerażających maskach, przechadzający się bez celu ulicami Miasta. Miało to miejsce na kilka dni przed NŚU. Mroczne postacie zachowywały obojętność wobec otoczenia, jednak stawiały niezwykle skuteczny opór przy próbach obezwładniania ich przez Straż Miejską. Przynajmniej dla jednej ze stron zawsze kończyło się to śmiertelnie. Co dziwniejsza, nieliczne ciała tychże osobników w tajemniczych okolicznościach znikały przy wszelkich okazjach polegających na pozostawieniu ich bez opieki. Do dzisiaj nie zachował się ani jeden okaz... (...)

-- Prof. dr hab. Joseph Miltovic, Lux in obscura, fragmenty




„Znowu zasnąłem z kobietą. Tym razem świadomie. Zaraz otworzę oczy. A jeśli się okaże, że nieświadomie pozwoliłem sobie na coś jeszcze...”
Otworzył.
Nic.
Podniósł się.
I dalej nic.
Był zupełnie sam.
„Izolda? Gdzie ją wywiało znowu?”
Nie zastanawiał się zbyt długo. Chwilę siedział na łóżku. Obmyślił sobie plan na tę noc. Naszła go pewna idea.
Sprawdził stan sakiewki przy pasie, czy aby Opiekunka nie wpadła na pomysł zrobienia dla siebie zakupów w warzywniaku. Upewnił się też co do sprzętów. Wstał, opuścił mieszkanie. Nie zakluczył drzwi. I tak nie było co stąd ukraść, a jedzenia Garrett nigdy nie miał za dużo i wszelkie zapasy zawsze trzymał przy sobie. Zbiegł na dół i wyszedł z kamienicy.
Prosto w narastającą czerń Miasta.

***

Poszczególne oddziały Wielkiego Uniwersytetu im. Adama Smithsona stały bardzo blisko siebie na wielkiej, ogrodzonej dwumetrowym murem połaci terenu w Starodalach. Można tu było studiować wszystko, w Mieście instytucja ta nie miała sobie równych, nie istniała żadna konkurencja. Stąd też w nazwie „Wielki”. Uczelnia była zorganizowana w ten sposób, że wszystkie nauki - poza trzema kierunkami - pobierało się w jednej budowli. Kształtowali się tu tylko najbogatsi - i to też był jeden z powodów interwencji Garretta. Ale nie jedyny.
„Normalnie odczuwam wstręt, kiedy widzę tych wszystkich tłustych burżujów, nie jest on jednak na tyle wielki, bym nie mógł się do nich zbliżyć i pozbawić ich sakiewek. A już zwłaszcza, kiedy śpią. Kampus z naiwnymi żakami będzie jednak tylko pobocznym celem. Głównym natomiast... biblioteka. Podobno, nie wiedzieć czemu, zbudowali ją pod ziemią, jak piwnicę. Dlaczego tak? Czy trzymane są tam aż tak ważne tajemnice? Jak więc wygląda codzienna nauka przeciętnego studenta? Od zawsze mnie to ciekawiło. Pewnie znajdą się tu jakieś cenne, białe kruki - wiele ludzi dałoby sobie za nie uciąć to i owo, ale mogą oni liczyć co najwyżej na dekapitację... Może mi uda się to zmienić. I dowiedzieć czegoś ciekawego - powoli kończą mi się pomysły na miejsca do obrobienia. A wraz z nimi pieniądze na opłacenie czynszu. Ech, nigdy nie ucieknę od tego problemu...
Kiedyś, ze względu na status społeczny, nie mogłem pozwolić sobie na wstąpienie w te nowobogackie szeregi. Teraz będę mógł to zrobić, wykorzystując wiedzę, jakiej bym tu z pewnością nie otrzymał.
Tajemną wiedzę. Prosto od Opiekunów.”
Noc była bezwietrzna. Byłaby też zupełnie cicha, gdyby nie odległy szum tych ulic metropolii, które nigdy nie zasypiały. Wielki obszar uniwersytecki, z kilkoma średniej wielkości budynkami, dawał poczucie pustki, mimo otaczającej zewsząd architektury Starodalów.
Garrett stał w tej chwili w cieniu gospody „Xerox”, popularnej pijalni studentów. Zastanawiał się nad sposobem pokonania muru po drugiej stronie ulicy. Stwierdził, że specjalne rękawice ani łuk nie są do tego potrzebne. Podszedł do niego. Podskoczył, chwycił się górnej krawędzi, podciągnął i przykucnął na górnej krawędzi, wykonując wszystko w przeciągu sekundy.
W oddali widać było główny budynek uczelni, prostopadły względem muru pod Garrettem. Równolegle stały natomiast trzy mniejsze oddziały. Kampus uniwersytecki, rozmiarem średni względem pozostałych budowli, położony był jeszcze bardziej na prawo z perspektywy złodzieja. Przed nim samym zaś zaczynał się park z latarniami i żywopłotami. Gdzieniegdzie z trawiastej powierzchni wyrastało kilka fontann, pluskających nawet w nocy. Okalający cały teren mur miał, patrząc z lotu ptaka, kształt prostokąta i nie posiadał wieżyczek. Garrett dostrzegał nieliczne ruchy jakichś osobników.
„No no, żeby nawet uniwerek miał czynną, nocną ochronę. Zapewne nie bez powodu. Coś czuję, że nie będę żałować wyprawy tutaj.”
Zeskoczył z muru, żeby nie zostać zauważonym - był przecież na widoku. Postanowił przejść przez labiryncik półtorametrowego żywopłotu w pobliże głównego oddziału. Był kiepsko oświetlony, Garrett widział jednak, że tutaj również kręcą się strażnicy. Ruszył po trawie w jeden z korytarzyków w nadziei, że nie zaprowadzi go w ślepą uliczkę.
Patrolujący trzej mężczyźni nie mieli ze sobą zbyt dobrego kontaktu wzrokowego ani słuchowego. Gdyby jednak Garrett zrobił hałas, usłyszeliby go wszyscy. Mijał niskie, drewniane ławeczki, mając głowę nisko i co jakiś czas podnosząc ją w celu lepszego rozeznania w sytuacji.
Zatrzymał się w miejscu, gdzie za narożnikiem pojawiło się skrzyżowanie „T”. Nasłuchiwał. Tak jak podejrzewał, z naprzeciwka nadchodził jednoosobowy patrol. Na szczęście na skrzyżowaniu skręcił w swoje prawo. Garrett podążył za jego plecami. Co prawda strażnik miał na sobie kaftan kolczy, jednak na lewym ramieniu nosił pionowo coś bardziej nowoczesnego.
Arkebuz.
„A myślałem, że czarny proch to broń heretyków z czasów Karrasa. Najwyraźniej, za odpowiednią cenę, można uniknąć likwidacji. Zapytam później Marlę, czy coś takiego podpada pod kontrabandę.”
Wtedy spostrzegł, że idą w ślepy zaułek.
Nie wiedziałby o tym, gdyby jego koniec nie był podświetlony przez jedną z latarni. Strażnik za chwilę musiał zawrócić. Korytarzyk był zbyt wąski, żeby móc przylgnąć do roślinnej ściany z boku i przepuścić go niezauważenie. Byli już bardzo blisko. Złodziej nie miał wyjścia.
Wyciągnął pałkę i zaatakował.
Powstrzymał mężczyznę przed głośnym upadkiem, położył go powoli na ziemi.
„No, niezłe cacko, ci powiem. Niestety dla mnie bezużyteczne. Chociaż proch i kule przydadzą się kiedyś. Może.”
Odpiął z pasa niewielkie woreczki ze wspomnianą zawartością. Wstał od nieprzytomnego ciała.
„Muszę bardziej uważać.”
Wrócił się do skrzyżowania. Niedługo wyszedł z ogrodu bez napotykania pozostałych dwóch strzelców. Zauważył niedaleko boczne drzwi do głównego kompleksu.
„Za dużo światła! Mógłbym spróbować je otworzyć za plecami patroli przy budynku, ale wtedy i tak nie miałbym pod kontrolą tych z labiryntu. Zresztą ktoś może być w środku. Jeśli w dodatku wejście jest zakluczone, to w ogóle nie ma o czym gadać. Od biedy mogę ogłuszyć cały ogród i wtedy spróbować, ale to ostateczność. Na pewno istnieje inne wejście.”
Skradał się w prawo. Chciał później odbić w lewo, na tyły budynku, które - jak widział wcześniej - były słabo oświetlone. Szedł w cieniu. Miał strażników po obu stronach, w tym jednego za żywopłotem.
I wtedy coś mu stanęło na drodze.
- MIAU!
Śliczny, szary kotek miał trochę wystraszone, wielkie i zielone oczy. Garrett nie miał pojęcia, skąd się wziął, panicznie skulił się pod „żywym murem” i szybko ruszył do przodu, byle dalej od zwierzaka. Kocur uciekł w lewo, komentując gwałtowność złodzieja dodatkowym pomiaukiwaniem.
„Cholerny zdrajca!”
Skulił się pod żywopłotem, okrywając dokładnie peleryną. Arkebuzerzy za nim zainteresowali się hałasami. Zza narożnika uniwerka wychylił się kolejny strażnik. Stali i zastanawiali się nad źródłem przerażenia u czworonoga. Obserwowali otoczenie. Garrett wiedział, że lepiej się teraz nie ruszać. Mimo cienia, każdy ruch mógł zostać zauważony.
- Ha ha, głupi sierściuchu! Nie strasz nas! Tu się pracuje.
Wszyscy strzelcy ryknęli śmiechem.
„Najwyraźniej niczego nie podejrzewają. W dodatku nie posiadają stosownych kwalifikacji. To aż dziwne przy takim wyposażeniu. Nawet do zwykłego chodzenia w kółko trzeba mieć trochę oleju w głowie...”
Garrett wykorzystał wesoły nastrój i oddalił się, powoli skradając pod zieloną zaporą. Nieco później odbił w lewo, na kolisty, kamienny placyk. Jego słabe oświetlenie wynikało z zepsutej latarni, jednej z dwóch w tym miejscu. Miał teraz po lewej otwarte drzwi do wnętrza największej z budowli. Chwilę nasłuchiwał i wypatrywał czegokolwiek na parterze. Zaraz wszedł do środka.
Na ścianie po prawej, w gablotce wywieszono spory plan całej infrastruktury uniwersytetu.
„Tak jak myślałem.”
Zbliżył się do niej, wyjął płachtę, zwinął ją w rulon, zawrócił.
„ I w ten sposób zaoszczędziłem na kupnie mapy.”
Wyszedł tymi samymi drzwiami, co wcześniej.
Znowu spotkał swoją włochatą zmorę.
Tym razem kot siedział na tylnych łapach, naprzeciw wyjścia. Miał zdziwiony i zaciekawiony wyraz pyszczka.
- Czego chcesz, zdrajco?
Zwierzę nawet nie drgnęło, dalej było wpatrzone w złodzieja. Ten, lekko pochylony, udał się na wprost, omijając kota.
„Heh, zawsze znajdzie się jakiś cichy wyjadacz studenckich śniadań. Pewnie codziennie go tu dokarmiają.
Niektóre zwierzaki mają lepiej niż ludzie...”

***

„Danie główne zostawię sobie na... deser. Osławioną bibliotekę obrobię na samym końcu. Mam najlepiej oprawioną mapę, jaką widziałem, w dodatku jest drukowana… Teraz pójdę do tych trzech wydziałów, w których są głównie sale doświadczalne. Być może nie będzie tam nic, co cenne, a co mógłbym wziąć ze sobą - z naukowej aparatury mogliby skorzystać co najwyżej producenci narkotyków. Ale pewnie będzie za ciężka. Poza tym nie wspieram tego naćpanego w przenośni i dosłownie biznesu.”
Wydział Fizyki, Wydział Biologii i Wydział Magii nie stanowiły szczególnie wysokich budowli. Były raczej niewielkimi, dwupiętrowymi halami z dodatkowymi pomieszczeniami, na przykład składzikami i pokojami dyżurnymi. Budynki połączone były z uniwersytetem za pomocą wiszących, drewnianych łączników, opartych na kolumnach pod nimi. Ostatni wydział, w przesadzonej opinii publicznej, dorównywał ekscentrycznością kierunkom artystycznym pod patronatem Xaviera van Cassosteina, słynnego (według niektórych) malarza-abstrakcjonisty, jednego z siedmiu Starych Mistrzów. Przeciętny arystokrata, dla którego liczyła się głównie przyziemność, nie podchodził zbyt poważnie do zjawisk paranormalnych. Natomiast Garrett wiedział już od dawna, że nie należy ich ignorować…
Pojedynczy strażnicy maszerowali brukowanymi ścieżkami między budynkami, wszyscy uzbrojeni w długą broń palną. Kilka latarni oraz zamknięte na klucz drzwi nie przeszkodziły złodziejowi w dostaniu się do środka budynków.
Wnętrze Wydziału Fizyki, podobnie jak jego sąsiadów, nie było patrolowane. Wystarczyło nie robić żadnego hałasu, by móc spokojnie poszukać przedmiotów do zabrania. Garretta nie interesowały jednak żarówki i świece porozstawiane na stołach, ani akumulatory i cewki, transformator, ani nawet miedziany solenoid. Wypatrzył tylko srebrną monetę pod krzesłem należącego do jednego z rzędów, uszeregowanych pod ścianą.
Kiedy przemieścił się do trochę przypominającego szklarnię Wydziału Biologii, od razu wyczuł, że zdecydowana część sprzętu... żyje. Rosły tutaj rośliny zarówno doniczkowe, jak i te zasadzone na stałe w specjalnie przygotowanych poletkach z ziemią i trawą. Na stołach zostawiono futerały z przyrządami do krojenia oraz nietypowy przedmiot - mikroskop. Złodziej przypatrzył się mu i stwierdził, że nawet jeśli sam w sobie nikomu się nie przyda, to przynajmniej jego soczewki okażą się dosyć cenne. Ściągając urządzenie ze stołu musiał uważać na wysoki, mięsożerny kwiat, niespokojny od momentu wyczucia intruza.
Wydział Magii okazał się być ściśle powiązany z alchemią - najwyraźniej obsługa alembików, moździerzy, retort, kolb oraz rurek wiodących we wszystkie strony zabierała żakom więcej czasu, niż kumulowanie kosmicznej energii. Niewielu zresztą posiadało nadnaturalne zdolności duchowe. Kierunek stanowił po prostu pierwszy krok na drodze do powstania konkurencji dla Bractwa Dłoni, którego siedziba znajdowała się poza murami Miasta. Alchemia, oczywiście, była powiązana ze specjalnymi formułami i zaklęciami magicznymi, ale tylko nieliczni potrafili tutaj w pełni wykorzystać ich potencjał. Ostatecznie wychodziło na to, że uczelnia zwyczajnie nadała kierunkowi szumną nazwę dla zyskania rozgłosu. Mimo wszystko uwagę mistrza złodziei zwróciły cztery przezroczyste pojemniki - z palącym się mimo braku powietrza ogniem, bulgoczącą bez powodu wodą, niepokojąco drżącą ziemią oraz zaklętym mini-huraganem. Oświetlane były od czasu do czasu przez przelatujące świetliki, znane Garrettowi z pogańskich terytoriów. Zajrzał on do gastronomicznego składziku, gdzie przywłaszczył sobie drogocenny cynamon, paprykę, kawior i trochę mniej warte sól, cukier i koprę.
„Oni tego używają do praktyk? Z ich próżnością jest gorzej, niż myślałem.”
Opuścił ostatni z trzech budynków, udając się w cień. Jak dotąd nie napotkał specjalnych trudności ze strażą. Poszedł dalej, w kierunku kampusu. Potrząsnął sakiewką przy pasie.
„Jak tak dalej pójdzie, to kradzież złotych monet wyjdzie z użycia.”

***

„Ci, którzy tu mieszkają, muszą płacić za fakt, iż nie tracą czasu na dojazd na uniwerek. A dzisiaj zapłacą dodatkowy, jednorazowy podatek od nieuważania na złodziei. W sumie to nie rozumiem tych ludzi, Miasto nie jest chyba aż tak duże, żeby przebywanie tu było konieczne. A mieszkają tu nie tylko cudzoziemcy, których zresztą za wiele tu nie uświadczysz. Więc - o co chodzi? To jakiś przymus? Czy może kolejna forma wywyższenia się ponad innych?”
Okrążył od prawej budynek kampusu, by nie narazić się na zauważenie przez strażników strzegących oświetlonego wejścia. Dobrze wiedział, że próba wkroczenia do wnętrza w tym miejscu byłaby co najmniej nie w jego stylu. Dotarł na przestrzeń między tylną, dłuższą ścianą a murem oddzielającym cały obszar od reszty Starodalów. Spojrzał w górę. Ponad nim nie było żadnej przyzwoitej powierzchni do wbicia strzały linowej, czym lekko się zaniepokoił. Dostrzegł stalową, pionową rurę, która kończyła się na rynnie na samej górze. Bardzo blisko balkonu łączącego dwa mieszkania.
„W sumie... można i tak.”
Chwycił ją i zaczął się wspinać, opierając podeszwy butów o kamienną ścianę. Starał się nie robić przy tym hałasu. Jednocześnie odnosił wrażenie, że im jest wyżej, tym czuje większe ciążenie w dół. Ale już nieraz radził sobie w podobnych sytuacjach, niemożliwych do przejścia dla ludzi ze skrajnym lękiem wysokości.
Doszedł na szczyt i z gracją skoczył w prawo, na balkon. Przez pierwsze drzwi nie dobiegały żadne dźwięki. Był to dobry znak, chociaż i tak utrzymywał włamywacza w niepewności - jeśli ktoś tam śpi, może usłyszeć rozbrajanie zamka lub samo otwieranie wejścia. Garrett zajrzał przez okno bliższego mieszkania - faktycznie, w łóżku leżała krótkowłosa dziewczyna. Jednak już od jakiegoś czasu słyszał istną kakofonię dźwięków, dochodzącą z pokoju po prawej, którego drzwi wychodziły na ten sam balkon. I które były otwarte. Zbliżył się więc do następnego okna, w którym paliło się światło.
Garrett ujrzał rzeczy, które kapłani Młotodzierżców uznaliby za gorszące.
A szamani Pogan - za starożytne obrzędy rytualne.
Całkiem spora grupa nowych przyjaciół bawiła się w najlepsze przy udziale przemyconego piwa, wina, wódki, whiskey, tabaki i tajemniczego, zielonkawego proszku. Wciągali, palili, mieszali z alkoholem, czynili z nimi to, na co nie pozwolili by sobie przy 1,3 promilach mniej. Do tego dochodziły wymiociny, niezamierzone całowanie się z nieznanymi wcześniej postaciami i skórzana piłka z wysmarowanym napisem „ŻYWIOŁAK ZJEBANEGO WIATRU”, odbijająca się co jakiś czas od każdego mebla i osoby. Nie była magiczna. Wszędzie wisiały papier toaletowy, pierze, bielizna, jedzenie oraz wszelkie możliwe kombinacje tych czterech...
„Ej! Też chcę być studentem! Już wiem, po co się tu mieszka, wszystko jasne! Ale żeby cynamon? Idioci! Szlag by was wszystkich!
Impreza trwa w najlepsze - to chyba ta druga, gorsza połowa - ale mimo wszystko przynajmniej jedna, dwie osoby wykazują jeszcze oznaki trzeźwości. Lepiej tędy nie przechodzić. Jednak z drugiej strony nie mam wcale lepszej alternatywy. Śpiąca królewna w mieszkaniu obok może i ma twardy sen, ale raczej niewiele jej brakuje do obudzenia się przez byle co. A może tylko stara się zasnąć?
Tak więc... mam problem. Dachem się raczej nie dostanę do środka. Co robić?”
Myślał nad rozwiązaniem, mimowolnie słuchając niewyszukanej lingwistycznie i etycznie piosenki. Dosyć długo rozważał. Po pół minucie stwierdził:
„Skoro wszystkie opcje są jednakowo niepewne... jest obojętne, którą wybierze się najpierw.”
„Wylosował” więc sobie pokój z dziewczyną. Przystąpił do otwierania zamka. Jednak wytrychy jakoś nie chciały obracać jego zębatek. W dodatku, jak wyczuł Garrett, były równo ustawione.
Drzwi najzwyczajniej były otwarte.
Zapomniał je sprawdzić, jak to miał w zwyczaju. Przystąpił więc do oburęcznego, powolnego i jak najcichszego przesuwania klamki w dół. Niestety - okazało się, że skrzypi ona przy najmniejszym nawet przemieszczeniu.
- Kurnaaaaa, ludzieee! Jak już musicie balować, to balujcie u siebie, do cholery!!!
Studentka z wewnątrz gwałtownie wstawała z łoża, by odpędzić niechcianego gościa. Garrett spanikował.
Z emocji zaczął uciekać do sąsiednich drzwi. Zatrzymał się przed nimi, opamiętując się w porę. To jednak nie rozwiązywało jego problemu. Był w kropce. Drzwi za nim się otwarły.
„Szlag!”
Za chwilę stało się.

Błysk.
Światło.
Biel.
Krzyk.
Przemykający cień.
Cisza. Która nastała szybko, choć nie od razu.

Garrett pojawił się na korytarzu trzeciego, najwyższego piętra kampusu. Szybko wszedł do następnego pokoju, po upewnieniu się, że nikogo w nim nie ma. Był otwarty na oścież i paliło się w nim światło świecy. Zgasił je i zaczaił się za framugą drzwi. Trzymał pod pachą… piłkę z napisem.
„Uff... Właśnie tak bawi się nieśmiała, ale nieprzewidywalna dusza towarzystwa. Za pomocą błysk-dymki. W burdelu, jaki tam mają, nie zorientują się nawet, co się stało. I w tym cynamonowym haju dojdą do wniosku, że to „żywiołak” eksplodował...
Ech, dlaczego pomysły przychodzą do człowieka z takim opóźnieniem? Przecież miałem tyle możliwości! Rzeczywiście należało wejść na dach i poszukać jakiejś klapy – a nuż się trafi. A nawet jak nie, to dałoby się stamtąd wleźć na inne balkony i tam szukać wejścia. Albo jeszcze inaczej - kiedy ta laska już wstała z wyra, trzeba było schować się za otwieranymi drzwiami i poczekać. Następnie użyć czegokolwiek - granatu błyskowego, pałki, nawet strzały mchowej wymierzonej w twarz... Z tamtego pokoju miałbym pewniejsze dojście na korytarz, bo nikt na pewno do niego nie przychodził. A z tym tutaj to nie wiem. No ale nic, mówi się trudno. Ze śmiechów, jakie słyszę, domyślam się, że prowizorka okazuje się równie skuteczna. Hehe, niesamowite, cholera...
Dobra, ja tu gadu-gadu, sam ze sobą zresztą, a przecież nie jestem tu bezpieczny. Oby nikt teraz nie szedł korytarzem...”
Otworzył szafkę blisko niego i schował żakom ich okrągłą zabawkę. Wymknął się z pokoju, skradając na prawo w źle oświetlonym korytarzu, po jasnozielonym dywanie położonym na kamiennej podłodze.

***

„Wysoki ten kampus, nie ma co.”
Znajdował się już na pierwszym piętrze, gdzie tak jak na pozostałych było pełno małych pokoików. Plądrowanie ich nie zajęło mistrzowi złodziei dużo czasu, choć do niektórych nie mógł się dostać ze względu na obecnych wewnątrz ćpunów, alkoholików i dziwkarzy-amatorów. Musiał też uważać na pojedyncze osoby przechodzące z rzadka od pokoju do pokoju. Garrett pytał sam siebie, czy każda noc jest tutaj taka wesoła. Był przecież piątek, dzień nie przeznaczony do robienia imprez - tak twierdzili Młotodzierżcy. Ich religia mówiła, że w tym dniu tygodnia wielki kafar Mistrza Budowniczego został rozkawałkowany przez ogon Szachraja, a on sam wygnany na pustynię. Tam bóg po trzech dniach zregenerował siły i stamtąd powrócił w wielkiej chwale. A wszystko to miało miejsce całe wieki przed powstaniem Miasta, kiedy na tych terenach rósł bujny las, którego wnętrze było wielkim i niezbadanym przez nikogo jądrem nieprzeniknionej ciemności...
Ukrył się w ciemnym kącie korytarza, by pijana parka mogła przejść dalej. Za ich plecami przekradł się do następnych drzwi. Według tego samego algorytmu okradał resztę pokoi: przystawał, nasłuchiwał, czy nikogo nie było wewnątrz. Jeśli coś słyszał, przechodził do następnych drzwi, jeśli nie - sprawdzał przepustowość. Kiedy były otwarte, otwierał powoli, obserwował i wchodził do środka, a przy zamkniętych dodatkowo otwierał po cichu zamek. Trochę inaczej wyglądała sprawa z wejściami od początku otwartymi na oścież – ale wtedy musiał się ustosunkować do każdego w sposób indywidualny.
Te były zakluczone. Garrett wytrychem w prawej ręce obracał zębatki zamka, tym w lewej przytrzymywał już ustawione w pozycji do otwarcia. Musiał się spieszyć, bowiem z korytarza za rogiem słyszał już…
- EEEEEEEEJ, heej, zaczekaj, baloniku, już ideeeę. Idę po żółwikaaaa, haaa!
…oraz zbliżające się ciężkie i nierówne kroki. Udało mu się w porę unieszkodliwić zamek i wykonać powoli wszystkie czynności niezbędne do dostania się do środka. Zamknął wejście. Było ciemno.
- No koleżko, wpadłeś!
Wystraszył się. Szybko podświetlił wolą obraz w prawym oku. Chciał dobyć noża.
- O, witaj! To ty jesteś tym dziwakiem spod dwunastki?
Zdziwiony Garrett błyskawicznie wpadł na pomysł rozpoczęcia blefu.
- Ja? Dziwakiem? Dlaczego niby?
- Przecież widzę. Czemu się tak ubrałeś? Wychodzisz na jakieś włamanie?
- Nie... Na imprezę na trzecim.
- Heh, no to się nieźle spóźniłeś, chłopie. Znając tych imbecylów, pewnie znowu nie będą w stanie zrobić aftera. Poza tym chyba cię nie lubią, wiesz?
Złodziej wypatrzył w ciemnościach siedzącego na łóżku pod ścianą naprzeciwko, łysego gościa w okrągłych okularach.
- W tym stroju nie zrobisz na nich wrażenia. Ale spoko, ja nic nie mam do ciebie. Możesz tu zostać.
Nagle wokół całego pokoju zapaliły się świeczki. Wszystkie. Umiejscowione były na stole, na stoliku nocnym, na półkach z książkami, nawet na jedynym w pokoju łóżku. Nie zmieniało to faktu, że pomieszczenie i tak było dosyć ciemne.
- Hmm, przytulne klimaty.
- Oczywiście. Cieszę się, że ci to odpowiada. Normalnie wiara nie lubi tu wchodzić, za mną też nie przepadają. Tylko trochę bardziej się boją mnie niż ciebie, nie wiedzieć czemu.
Złodziej domyślał się, dlaczego.
- Poza tym nie lubię takich imprez. Wolę czytać książki. Wiem, że to dziwne, ponure, przykre, aspołeczne, mało atrakcyjne i co tam chcesz. Ale akurat ty mnie rozumiesz.
- Rozumiem...
- Jak masz na imię? Garrett?
- Yy, tak. Jak zgadłeś?
- No wiesz, trochę już tu mieszkamy, prawda? OK, czyli dobrze zapamiętałem. Ja nazywam się Felix, jeśli mnie nie kojarzysz.
- Hm, nie pytałem nigdy o twoje imię. Dobrze wiedzieć, Feliksie.
Okularnik uśmiechnął się. Po rozświetleniu mieszkania okazało się, że właściciel jest czarnoskóry, więc zapewne pochodził z daleka. Mimo dosyć ciamajdowatego wyglądu sprawiał wrażenie pewnego siebie, pana najbliższej okolicy. Było w nim coś demonicznego. Złodziej dostrzegał w jego oczach nienaturalny wzrok.
- Powiedz mi jedną rzecz, Felix. Gdzie kupiłeś te świeczki?
- Hahah, tak, to dobre pytanie. Chociaż niezupełnie - powinieneś zapytać: jak to się stało, że zapłonęły.
- Nie chciałem być taki prostoliniowy.
- Heh, no patrz, nie jesteś taki głupi, jak mówią. Reszta naszych kumpli zapytałaby: „Co to kurwa było?”. Dobrze, że nie tylko wyglądem się wyróżniasz.
Wygląd, pomyślał złodziej. Czy on jest ślepy i głuchy? Nie widzi mojego łuku? Nie słyszy, że głosu dwudziestolatka to ja nie mam? W dodatku ten wystrój wnętrza. I poza, w jakiej siedzi na łóżku, po ciemku, w czasie, gdy inni urządzają libację. Mówcie sobie, co chcecie, ale gość jest zdecydowanie dziwniejszy ode mnie...
- To co z tym światłem?
- Zanim ci odpowiem, ja ci zadam pytanie. Jak udało ci się otworzyć drzwi? I po co zresztą?
- ...Były poluzowane. Jakieś takie niedomknięte. Sam możesz sprawdzić.
- Hmm, zastanawiające. Ale dobra, wierzę ci, nie chcę się teraz ruszać z wyra. A po co tu wszedłeś?
- No więc... podobno masz dobry towar.
- O, ty też bierzesz?
- Wszyscy biorą...
- No patrzcie go. Faktycznie, dobrze trafiłeś. W sumie, nie zaszkodzi mi cię poczęstować. Weź trochę.
Wskazał na stolik przy łóżku. Złodziej podszedł i zauważył jasnozielony proszek podobny do cukru - ten sam, co dwa piętra wyżej przerabiał Dzień Budowniczego w pogański trans chaosu. Garrett nie mógł uwierzyć w to, jak sprawnie wymyśla na szybko nowe kłamstwa, udając faceta o nieco ciemnym umyśle. I że Felix dalej widzi w nim rówieśnika.
- Nie weźmiesz od razu?
- Nie, teraz nie mam ochoty - nasypał nieco do jednego z drewnianych pojemniczków na stoliku i schował. - Później strzelę sobie w pokoju. Przyszedłem, bo mi się nudziło.
Mistrz złodziejskiego fachu podejrzewał, że to właśnie narkotyk napędzał tą kuriozalną historię.
- Rozumiem. Czyli już nie idziesz na imprę.
- No to jak z tymi świecami?
- Lubisz książki, Garrett?
- Nie odpowiadaj znowu pytaniem
- Zaraz się wszystkiego dowiesz. Lubisz?
- Hmm... Tylko drogie egzemplarze.
- Ha! Ciekawe. Niby konkretny, a jednak ogólny gust. Oryginalny koleś z ciebie, nie powiem. To się dobrze składa. Zobacz, co tu mam.
Garrett zbliżył się do łóżka okularnika, na którym postawione były niewielkie stosy literatury. Podniósł jedną i otworzył. Książka napisana była w jakimś tajemnym języku, zawierała miniatury z wizerunkami potworów oraz dziwne schematy.
- To „Occuli ardeo”. Bardzo ładne wydanie. Używam jej jako podręcznika.
- Co przez to rozumiesz?
- Chodzi mi o to, że pewnych rzeczy nie uczę się na wykładach. Największy uniwerek na świecie, a mimo to ubogi, jak chodzi o wykłady. A szkoda.
- Czego się z niej uczysz?
- Zapalania świeczek. Siłą woli. I nie tylko tego.
- Hm. Skąd masz tą książkę?
Felix odpowiedział ciszej niż zwykle.
- Z Biblioteki.
Musiałoby to brzmieć śmiesznie w uszach niezaznajomionego obserwatora.
- Aaaa. Dostałeś się tam?
- Powiedzmy.
- Możesz uściślić?
- Nie bardzo. Aż tak dobrze się nie znamy.
- Heh, rozumiem. Co jeszcze tu masz?
- Różne takie. „Wieki stare”, „Myśli Szachraja”, „Bella virginali limes”...
Koleś nie tylko jest dziwny, pomyślał Garrett. Jest też co najmniej stuknięty. Wygląda na to, że na boku praktykuje czarną magię, i to na własną rękę. W dodatku pomaga sobie narkozą. Pewnie był szykanowany przez tutejszą społeczność ze względu na kolor skóry. Następnie uznał siebie za nieudacznika i teraz szuka alternatywnych dróg rozwoju. Hm. Nie wiem, nie znam się na tym i nie mam zdania, ale wygląda mi on na typowego "niebezpiecznego amatora". Jeśli nie odróżnia ludzi jednych od drugich, to powinien sobie dać z tym spokój. Przynajmniej dzisiaj.
Postawa i wyraz twarzy Felixa sprawiały wrażenie, jakby był coraz bardziej śpiący. Jednak ton, w jakim przemawiał do Garretta, zupełnie na to nie wskazywał i biła od niego pewność siebie. Wyglądało to nienaturalnie. Złodziej był przekonany, że to są właśnie efekty działania zielonkawej substancji.
- Wiesz, mimo wszystko chciałbym się dostać między jej regały.
- Mówisz o Bibliotece? Nie ty jeden byś chciał. To raczej nie jest możliwe. Ale jesteś w porządku, więc mimo wszystko powiem ci coś.
Odruchowo, lecz niepotrzebnie rozejrzał się po pokoju.
- Nawet tam nie byłem. Dzieła, które tu mam, nabyłem, można by rzec, od pośrednika. Mogę je niestety pożyczać na bardzo krótki czas. Żeby ci w Biblio się nie skapnęli.
- Tyle książek „na chwilę”? Jak szybko je czytasz?
- Hehehehe… Ujmę to tak: wiedza z „Occuli ardeo” pozwala pochłaniać wszelką inną wiedzę w ułamku sekundy.
- …
- Zainteresowany?
- Raczej nie. A czy jest szansa, żebym ja też mógł coś „pożyczyć”?
- Hm. Jaki tytuł cię interesuje?
Cholera, myślał Garrett, jaką książkę miał wtedy ten szajbnięty nekromanta z Portu Dziennego? Wtedy, kiedy przechadzałem się dachami do Strażnicy Anioła?
- Hmm… No więc… To pewnie tylko plotka, ale chodzą słuchy na drugim piętrze, że mogą tam trzymać nawet „Księgę Popiołu”.
Felix błyskawicznie spojrzał na niego wzrokiem takim, jakby nie był człowiekiem.
- Że jak?! Tutaj?! U nas?! Nie wierzę!
- Akurat ty mógłbyś potwierdzić tą informację.
- Czekaj, moment. Kto zna tą księgę? Kto o niej mówił?
- Hmm, jacyś czterej goście piętro wyżej. Gadali o tym w jednym z pokoi, przy piwku.
- Cholera, skoro przy piwie, to pewnie są najbardziej trzeźwymi osobami w budynku. Czyli mogą mieć rację! Znasz ich?
- Nie, nawet ich wyglądu specjalnie nie kojarzę.
- Chłopie, rusz ty się czasem spod tej dwunastki. Ogarniaj, co się dzieje, to będziesz rozpoznawał ludziska.
- I kto to mówi…
- Daj spokój, ja medytuję tylko wieczorem. Wtedy organizm jest najbardziej zmęczony, więc najlepiej pochłania energię wszechświata. To mi pozwala na nowo odbudować jej pokłady po całym dniu pracy. Inaczej nie wprowadzisz do swego wnętrza pokoju i harmonii.
- …
- No dobra. Wydaje mi się to niemożliwe, żeby to dzieło było właśnie u nas, ale nie darowałbym sobie, gdybym tego nie sprawdził. Postaram się o nią zapytać… pośrednika. Ale dopiero jutro. Cholera, dopiero jutro!
Wtedy już będzie za późno, pomyślał Garrett. Muszę coś wymyślić.
- Właściwie to czemu się interesujesz „Księgą Popiołu”, Garrett?
- Nie nią samą, bardziej interesuje mnie poznanie prawdy na jej temat. Lubię takie zagadki. Na pewno nie ma sposobu na to, żeby dostać ją dzisiaj?
- Nie, z góry mówię, że to niemożliwe. I wolę nie zdradzać szczegółów, dlaczego. Ale…
- Tak?
- Jak chodzi o Główną Bibliotekę, to wiem tylko, że rektor uczelni ma tam wstęp. Poza tym nie wiadomo, gdzie ona jest ani kto normalnie tam przebywa. Ktoś przecież musi. Jakiś bibliotekarz, konserwatorzy, sprzątaczka… Nie wierzę, żeby…
- Ej. Co ci jest?
- …żeby pozwolili… kurzyć się… tylu… skarbom…
Okularnik opadł powoli do tyłu, uderzając lekko głową w ścianę. Zastygł w nieładnej pozie.
- Ej, Felix. Felix!... Stracił przytomność. Ciekawe, czy na zawsze.
To pewnie wina tego specyfiku – myślał, chowając nowe książki do sakwy – Ale nie, żeby zależało mi na jego ratowaniu. Po przebudzeniu mógłby już nie widzieć we mnie tego „Garretta spod dwunastki”. No i mam teraz kilka zakazanych ksiąg do zgarnięcia…
Ksiąg, które normalnie leżą w bibliotece, a z których nie korzysta się na wykładach. Więc po co są tam trzymane? I czy jest to... całkowicie legalne? Okultyzm nie był chwalony na ostatnim kazaniu w Katedrze św. Edgara... I skoro nawet ja o tym słyszałem, to o czymś to świadczy...
Tu zwyczajnie coś śmierdzi.
Przywłaszczył sobie również całość narkotyku ze stolika, tworząc działki za pomocą pobliskich pojemniczków z drewna i chowając je.
„Jak dotąd nie zebrałem zbyt dużo monet. A ci wszyscy studenci biedni nie są, skoro stać ich na używki. I książki. Jeszcze trochę i złoto naprawdę wyjdzie z użycia!”
Upewnił się co do uporządkowania łupów trzymanych przy sobie, ponieważ zaczęły mu już nieźle ciążyć. Następnie podsłuchał kroki kogoś idącego korytarzem. Po ich oddaleniu się, Garrett wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
I wtedy wszystkie świece zgasły.
Choć złodziej już o tym nie wiedział.

***

Strażników nie było przed wejściem. Najwyraźniej postanowili sprawdzić hałasy na piętrach, choć nie było to specjalnie w ich interesie. Mogli też zostać na dłużej, dołączając się do pijatyki.
Tym lepiej dla Garretta. Złodziej wyszedł bez problemu z kampusu, standardowymi metodami przedostał się między Wydziałami do największego kompleksu uniwersyteckiego. Przez to samo wejście, co wcześniej, przy skradzeniu planu. Nie napotkał kota.
„Felix określał podziemie jako ‘Główna Biblioteka’. Gdyby była jedyną stojącą na tym terenie, nazywałaby się raczej ‘Podziemna Biblioteka’, ‘Tajna Biblioteka’ lub po prostu ‘Biblioteka’... Więc jest ich więcej?”
Wszedł za drewniany murek tworzący ladę portierni. Usiadł pod nim, żeby właśnie idący w pobliżu patrol go nie zauważył. Wyciągnął mapę. Widział jej detale dzięki światłu lampy elektrycznej wiszącej na ścianie przed nim.
„No dobra, jest tu Biblioteka Studencka, pomieszczenie wielkie tak samo jak aula do przemówień. Ale Głównej tu nigdzie nie widzę. To chyba nie jest jedno i to samo? Tym bardziej, że wisi nade mną klucz do tej na planie… Taka ładna mapa, a jednak coś ukrywa. Hm.
Niby rektor może się dostać do interesującego mnie miejsca. A pomieszczenia profesorskie znajdują się na ostatnim piętrze.”
Przejrzał dokładnie cały plan, gdyż wcześniej nie poświęcił mu szczególnej uwagi. Sale wykładowe nie wydawały mu się szczególnie interesujące – niby co miało tam być cennego? Kreda? Mimo to chciał zajrzeć do nich. Dla zasady.
Gdy nie było nikogo w pobliżu, wstał i zebrał wszystkie klucze wiszące na tablicy naprzeciw niego.
„Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz. A jak będziesz mieć dużo kluczy, to… zostaniesz klucznikiem? Nie, nie pasuje. Tak samo jak stosunek mojego stanu wiedzy o świecie do posiadanych teraz kawałków blachy.”
Wyszedł z oświetlonej kryjówki. Korytarz po prawej był bardzo długi, a lampy nie dawały dobrego widoku. Wisiały w zbyt dużych odstępach. Złodziej umiejętnie wykorzystał ten fakt, chodząc zygzakiem w kierunku schodów na górę po drugiej stronie. Mógł nawet pozwolić sobie na skulenie się przy ścianie, by strażnik z arkebuzem nie spostrzegł go, idąc korytarzem. Dodatkowo, kiedy minął Garretta, ten ogłuszył go. Przeszkadzałby w plądrowaniu wszystkich tych pomieszczeń, których drzwi wychodziły na korytarz. Zapewne zauważyłby też rażące braki w portierni. Jego ciało i broń zostały schowane w barku, którego wejście stanęło przed złodziejem otworem po zastosowaniu odpowiedniego klucza. Garrett gubił się mimo dokładnych oznaczeń na tych metalicznych wyrobach. Złodziejski mistrz sprawdził w obecnej lokacji, czym raczą żaków podczas przerw w wykładach. Jednak musiał obejść się smakiem – nie było tu cynamonu, papryki, kopry…
W pobliżu stała Studencka Biblioteka. Dostanie się do niej nie przysporzyło trudności, jakich można by spodziewać się po super-ściśle-tajnym pomieszczeniu. Hala ta sprawiała wrażenie, że jest źle wykorzystana, ponieważ zajmowała wielką powierzchnię, a nad nią znajdowała się wolna przestrzeń. Pustka była na tyle ogromna, że o tej porze nie widać było sklepienia, do którego przylegały stojące w rzędach kolumny. Wyglądało na to, że nikt nie przebywa w tym miejscu. Garrett przeszedł więc spokojnie do biurka starej jędzy zwanej zwyczajowo bibliotekarką. Zaczął wertować księgę na blacie będącą spisem dzieł dostępnych dla żaków i nie tylko. Jednak żaden tytuł niczego mu nie mówił - złodziej był zbyt słabo obeznany w świecie beletrystyki, by znać się na wartościach poszczególnych tytułów. Bądź też, żeby jakiekolwiek tytuły kojarzyć.
„Heh, przecież nie będę obczajał wszystkich regałów i sprawdzał, która książka się nadaje do zjuchcenia. Nie spieszy mi się, ale do rana nie doszedłbym nawet do ‘C’. Spadam stąd.”
Opuścił więc składnicę ksiąg z niczym. Trochę żałował, że wcześniej narzekał na brak łupów ze szlachetnych metali. W tej chwili mógłby wziąć z Biblioteki okładkę z jakiegoś drogocennego materiału, kartki z rzadkiego papieru, albo nawet jedwabną wstążkę służącą jako zakładkę. Jednak chciwość mistrza złodziei nie była wystarczająco duża tej nocy, by spędził w tym przerastającym jego inteligencję miejscu choćby minutę dłużej.
Szukał dalej. Pokoje były ubogie, jak chodzi o potencjalne łupy. Taki stan rzeczy miał się przez cały parter i aż trzy piętra. Garrett nieźle się przy tym wynudził, a monotonia całego włamania zaczęła być dla niego męcząca. W każdym razie musiał w międzyczasie unieszkodliwić kilku strażników. Nie mógł przy tym ułatwić sobie zadania poprzez zgaszenie źródeł światła - hałaśliwe rozbijanie lamp elektrycznych tylko utrudniłoby ogłuszanie. Po penetracji trzeciego poziomu budynku złodziej udał się na czwarty. Różnił się od pozostałych wyglądem, materiałami budowlanymi, ogólnie - przyjemniejszą atmosferą. To tutaj mieściły się gabinety profesorów, do których Garrett nie omieszkał zajrzeć. Na biurkach, w szafkach i półkach znajdował dokumenty, które mogłyby posłużyć jako… dowody w przeróżnych sprawach sądowych. Głównie łapówkarstwo, wyzysk na studentach i nielegalny handel tajemniczą literaturą.
„No proszę, proszę - więc arkebuzy to jednak kontrabanda! A najzabawniejsze jest to, że nikomu to nie przeszkadza. Belfry w ogóle nie liczą się z Zakonem Młota... Tylko szkoda, że nie przebywam tu na niczyje zlecenie. Mógłbym sporo zarobić na przechwyceniu kilku papierków. Ech, co nuda robi z człowiekiem...”
Opłacało się być cierpliwym. W każdym pomieszczeniu złodziej znajdował coś dla siebie - ozdobne pióra do pisania, obrazy, biżuterię, grube pieniądze. W końcu.
Ale nie zanosiło się na to, żeby był to koniec atrakcji.
Rektor uczelni, Joseph Miltovic, zdawał się być obecny.
„Coś słyszę z wewnątrz gabinetu. Czyżby doktorek o niepoliczalnej liczbie tytułów zarywał nockę?”
Zajrzał przez dziurkę od klucza. Faktycznie, pewien brodaty i łysy okularnik po pięćdziesiątce siedział przy biurku, naprzeciw wejścia. Był pochylony nad kartkami papieru i pisał coś, cały czas mówiąc do siebie przelewaną na papier treść.
„Nowe drzwi, solidny zamek. Otwarty, całe szczęście. Zobaczmy więc, czy przejdzie mój nowy i zarazem całkowicie nierozsądny numer.”
Zdecydował się na coś, co w żadnym podręczniku Opiekunów nie było chwalone.
Mimo siedzącego na wprost drzwi profesora powoli otwierał klamkę. Na dobrą sprawę była w tym pewna logika, ponieważ biurko stało w odległości aż sześciu metrów, profesor pochłonięty był pisaniem, a innych wejść do środka nie było. Powolny i cierpliwy, wręcz majestatyczny mistrz złodziei właśnie dokonywał niewiarygodnego czynu, bezczelnego w swojej bezpośredniości i prostocie. Bardzo delikatnie odchylał drewno, a milczące zawiasy jakby zmówiły się z intruzem, zdradzając właściciela pomieszczenia. Równie powolnie Garrett prześlizgnął się przez szparę w drzwiach, a stojąc już za nimi, począł je z powrotem domykać. Gdy już to zrobił, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i patrzył na doktora habilitowanego, moczącego kolorowe pióro w inkauście - bez odrywania wzroku od papierów przed sobą.
„Nie wierzyłem, że się uda. No cóż, cuda się zdarzają... A od ciebie, staruszku, mógłbym pewnie zajumać tak zacne informacje, że wybuchnąłby skandal nie z tej planety. Albo Dysku. Jak kto woli.”
Gabinet był zdecydowanie najbardziej ozdobnym pomieszczeniem. Każdy element wyposażenia był drogi - meble, obrazy, ogromny dywan w kształcie kwadratu, gobeliny, przyrządy do pisania. Nawet okulary na nosie brodacza. Ściana za nim dysponowała szeregiem prostokątnych okien. Z kolei on sam popijał kawę z ceramicznego kubka z napisem „Najlepszy szef w Mieście”... Będąc wewnątrz pomieszczenia, Garrett w miarę wyraźnie słyszał pomruki rektora. W tym czasie mistrz złodziejskiego fachu skradał się w lewo pod zaciemnioną ścianą, ponieważ zaciekawiło go niebieskie światełko po prawej stronie profesora.
Doktor dokonywał korekty niektórych z napisanych na brudno rozdziałów, czytając zawartość na głos. Garrett nie mógł powstrzymać się od dawania niemych komentarzy.

- „…nie byłyby w stanie wywołać niczego podobnego w tak ogromnej skali. Z kolei Zakon Mło…” Nieee, jak to brzmi, bogowie! To co prawda ich oficjalna nazwa, ale nie zaszkodzi dodać czegoś od siebie. „Z kolei Święty Zakon Młota Mistrza Budowniczego w Mieście postawił jasną tezę…”.

„Oto, w jaki sposób dokonuje się gloryfikacji. Zakłamane burżujstwo!”

- O, to brzmi nieźle! „Około siedemdziesięciu jeden procent świadków utrzymuje, że wraz z gargulcami widziała ‘czerwoną górę mięsa, śmiejącą się i machającą anorektycznymi kończynami oraz strzelającą w ludzi i budynki kulami ognia’ ”.

„Hahahahahahaha!!!”

- A o nich co mam napisać? Hm. „Co dziwniejsza, nieliczne ciała tychże osobników w tajemniczych okolicznościach znikały przy wszelkich okazjach polegających na pozostawieniu ich bez opieki. Do dzisiaj nie zachował się ani jeden okaz…”.

„No fakt, Egzekutorzy umieli o siebie zadbać. Szczególnie, jak chodzi o...”
Przyjrzał się światłu ze ściany.
„...glify?”
Zobaczył działający, odwrócony znak. Glif Drzwi.

***

„Eee... Co?
Jak to? Co to tu robi? Tak może być?
Przecież one wszystkie zniknęły już na zawsze. W dodatku ten tutaj jest przypieczętowany do góry nogami. O co tu chodzi?”
Monolog doktora nie ułatwiał złodziejowi znalezienie wyjaśnienia.
„No nic, może to tylko ozdoba. Taka magiczna. Hmm, niezbyt przekonujące to wyjaśnienie... Cholera, zamknij mordę, durny okularniku! Jeśli założymy, że te Drzwi prowadzą do tajnej skrytki za ścianą, to mi to nawet odpowiada. Tylko co ma z tym wspólnego ten czterooki ważniak? Czy zauważy, kiedy to aktywuję?”
- Hmm... A niech to! Zupełnie nic nie wiem na ten temat! Chyba wejdę do Indeksu.
Najważniejszy wykładowca zdjął i odstawił okulary, wstał i skierował się w stronę Garretta. Wykorzystując jego słaby wzrok oraz ciemności, złodziej ominął zagrożenie, mając pochyloną głowę. Od razu poszedł do biurka i za plecami profesora zabrał okulary i pióra do pisania, tworzące razem wszystkie kolory tęczy.
„Ten układ barw źle mi się kojarzy, nie wiedzieć czemu. Ale bryle są spoko. A co zrobi brodacz?”
Brodacz zwykłym, pewnym siebie ruchem dotknął glifu. Prostokątny kawał ściany bezgłośnie zamienił się w obłok niebieskawego dymu, w którym zniknął znak, a za chwilę również rektor. Po kilku sekundach znów pojawił się Glif oraz drewniana ściana.
„Dziwne są te Drzwi. Normalnie widziałbym, co jest po drugiej stronie. Ale to nic, skoro ten nie-Opiekun może z nich korzystać, to ja też. A pod jego nieobecność zwinę, w przenośni i dosłownie, zawartość tej mini-galeryjki. Hmm, te gęby to chyba byli rektorzy...”
Garrett pozbawił gabinet obrazów oraz wszystkiego, co cenne, a co dało się zabrać ze sobą. To, że wcześniej widział glif i przejście za nim, było zasługą Rytuału Akolity. Obowiązkowego i nieco uroczystego obrzędu Opiekunów, szczególnie ważnego dla Skrybów. Jak habilitowany go przeszedł, pozostawało tajemnicą.
Złodziej zaczął wyraźnie odczuwać ciężar swoich łupów. Głównie dzięki książkom Felixa i mikroskopowi. Nie zamierzał jednak zostawiać ich w niewidocznym miejscu, tak jak w zamku Bridgeshire'ów. Obciążony, podszedł do Glifu Drzwi.
Który nie reagował na dotyk Garretta.
„No co za łacherstwo!”
Nie mógł przedostać się tam, gdzie Miltovic. Chętnie posprawdzałby teraz biurko profesora w poszukiwaniu "dowodów zbrodni", ale ten mógłby wrócić w każdej chwili. Oślepienie i ogłuszenie go nie wchodziło w grę, bowiem w obecnej sytuacji habilitowany pozostawał jedyną osobą mogącą uruchomić glif. Garrett sprawdził tylko, co pisał podstarzały wykładowca. Odczytał na głos:
- „Lux in obscura, czyli o obrotach sfer świetlistych. Największa tajemnica ulic Miasta”. Ha! Najwyraźniej nie wiesz, jaka gildia kryła się pod nimi. Biedni Zawietrznicy...
Usiadł w zaciemnionym kącie, przy ścianie z oknami za biurkiem.
„Tylko proszę cię, dziadku, nie nadużywaj mojej cierpliwości.”
Czekał. Po pewnym czasie znów pojawił się dym, a wraz z nim rektor. Brodaty podszedł do biurka i dziwił się, że nie ma jego okularów. Nie czekając, Garrett przekradł się za jego plecami w głąb otwartego jeszcze przejścia.

Mrok.
Wicher.
Szum.
Błysk.
Światłość.
I krok.

Złodziej nadepnął na drewnianą powierzchnię. Był to taras z barierką z tego samego materiału. Jeden z wielu.
Zaledwie ułamek w miejscu, w którym się znalazł.
„Tak, jak już wcześniej podejrzewałem. Jeden wielki indeks ksiąg zakazanych. Oto Główna Biblioteka!”

***

Bezkształtne przestrzenie między niejednolitymi regałami poprzedzielane były prowizorycznymi tarasami, pomostami, schodami i drabinami. Wielka liczba półek składowała niezliczone kroniki, spisy, opracowania, prozy, tomiki wierszy, podręczniki i poradniki - wszystko w wielu wydaniach i tłumaczeniach.
„Ładnie, ładnie. Na moje mechaniczne oko, hala zajmuje mniej więcej cztery piętra. Czyli tyle, co ta wielka przestrzeń nad Biblioteką Studencką! Jednak coś mi tu nie gra. Po pierwsze, po układzie pomieszczeń śmiem twierdzić, że Główna powinna znajdować się, patrząc od strony drzwi wejściowych, na prawo od gabinetu brodacza, a nie na lewo. Po drugie, nad Studencką widziałem jedynie pustkę, i to taką, że nie było widać końców filarów. Hm. Chyba nasuwa mi się pewien wniosek.
Tamten dziwny glif to nie Drzwi. To portyk teleportacyjny. Wnioskuję to na podstawie tej dziwnej rzeczywistości, w której przed momentem byłem. Nigdy nie słyszałem o teleportach Opiekunów, ale oni wiele rzeczy trzymali w sekrecie. Glif ten, dodatkowo, tworzy iluzję na całe to miejsce, sugerującą, że ponad nie-tajną Biblioteką nie ma nic. Z tego, co widzę na dole, w podłodze znajdują się kwadratowe dziury, przez które dostrzec mogę Studencką Biblio.
Ogólnie mówiąc - nieźle!”
Wyczuwało się spokojną atmosferę pracy i wkładu, jaki włożono w każde z napisanych dzieł. Hala miała swój urok. Tworzyły go chłodne powietrze oraz bezdźwięczne, niedostrzegalne przemijanie czasu. Garrett chciał zostać tu na dłużej - mimo faktu, że nie był zbyt oczytany.
Szum.
Jakiś głośno szeleszczący kształt przyfrunął do złodzieja z prędkością światła.
- DZIEŃ DOBRYYYYY!!!
Przed twarzą Garretta unosiła się... otwarta księga.
- Cholera! Ciszej, ty... czymkolwiek jesteś. To po pierwsze. A po drugie to dobry wieczór.
- ZANIM ZEJDZIEEEESZ, MIŁY GOŚCIU - dalej darła się nienaturalnym głosem księga - DO GŁÓWNEJ BIBLIOTEKIII WIELKIEGO UNIWERSYTETU IMIENIA ADAMA SMITHSONAAA...
Przestraszony złodziej przykucnął i przeszedł do cienia przy murze, żeby potencjalne, pobliskie osoby nie mogły go dostrzec. Książka i tak poleciała przed jego oczy.
- ...MUSISZ ODPOWIEDZIEEEEĆ NA JEDNO, PROSTE PYTANIEEE...
- A czy ja chcę brać udział w losowaniu nagród!?
- CO TO JEEEST: RANOOO MA CZTERY NOGIII, W POŁUDNIE DWIEEE, A WIECZOOOREM TRZYYY, POWTÓRZYYYYYYYYĆ???
- Debilko, przecież każde dziecko wie, że to człowiek!
- TAAAK! BRAWOOOO!!!
- I się tak nie ciesz, bo ci zatrzasnę tą frajerską okładkę...
- ZNAKOMITA, POPRAWNA ODPOWIEEEEEDŹ! ZAJĄŁEŚ DRUGIE MIEJSCEEEE W NASZYM RANKINGU, GRATULACJEEE!!! PODAJ SWOJEEEE IMIĘ!
- Yyy, hm. W sumie nie muszę się ukrywać. Niech znają swego „oprawcę” hehe. Garrett.
Na jednej ze stron jakieś niewidzialne pióro zapisało po kolei każdą literę imienia.
- ROZGOŚĆ SIĘ W NASZYCH SKROMNYYYCH PROGACH GŁÓWNEEEEJ BIBLIOTEKIIIII WIEEEELKIEGO UNIWERYTETUUUU IMIENIAAAA ADA-
Książka urwała, ponieważ zirytowany złodziej zatrzasnął ją oburącz. Księga odleciała bez pożegnania za jeden z odległych regałów.
- Świetnie. A ja nawet nie wiem, czy ktoś tu jest.
Garrett zaczął zmieniać miejsce pobytu, przechodząc tarasem na lewo.
„Jak się tu znalazła magiczna księga gości? Chyba się nie dowiem. Zresztą, profesorek mógłby dać jej jakieś trudniejsze hasło wstępu... I skromniejszy głos, przy okazji.”
Za sobą usłyszał krok.
- Do diaska, gdzie te okulary?
Rektor ponownie wkroczył do Biblioteki.
„Ech, miał kiedy wrócić. Może niepotrzebnie gwizdnąłem mu te bryle?”
Szukający szedł po tarasie za Garrettem. Ten był jednak daleko, więc zdążył ukryć się za regałem książek, przepuścić profesora i śledzić go w tym czterokondygnacyjnym labiryncie. O dziwo, nigdzie nie leżał nawet gram kurzu. Powietrze było tu niesamowicie czyste, współtworzyło kojącą atmosferę, dodatkowo potęgowaną przez granatowe światło przechodzące przez wielką rozetę w jednej ze ścian.
Przy jednej z barierek złodziej zatrzymał się. Stwierdził, że profesor zejdzie do miejsca tuż przy krótszej ścianie, które będzie stąd dobrze widoczne. Znajdowało się ono na wysokości pierwszego piętra i wyglądało na to, że właśnie tu, przy ladzie, wypożycza się księgi i dokonuje prac konserwatorskich. W każdym razie za dnia.
Bo teraz przesiadywał tutaj jedynie pijany strażnik. Habilitowany podszedł do niego, przechodząc między pulpitami.
- Ej ty! Wstawaj! Jak ty porządku pilnujesz!
- Yyy, no normalnieee - odpowiedział przepitym basem strażnik. - Porządek to ty masz w burdelu, nie tuuu...
- Coo? Jak śmiesz się tak do mnie odzywać!
- Ja jestem miś, ty jesteś miś, razem jesteśmy dwa misieee... Hje hje…
Wykładowca już chciał go spoliczkować, ale powstrzymał się.
- Ech, Benny, i tak nic nie zapamiętasz z tej kary... Jesteś żałosny.
„Benny! O cholera! Sie masz, brachu!”
Rektor przeszukiwał okolice lady, później pulpitów przed nią, jeszcze później poszedł dalej. Garrett zszedł wtedy na dół, do starego znajomego.
- Hejka Benny! Znowu zmieniłeś miejsce pracy?
- Yyy, nooo, wszędzie mnie nakrywają z moim piwkiem, nooo... - jego bas jakby posmutniał. - A ktoś ty?
- To ja, Garrett.
- Aaaaa! Wiem, wiem, to ty mnie ogłuszyłeś uu... yyy... gdzieeyy, kiedy?...
- Nieważne. Czy to ty „wypożyczasz” księgi dla Felixa?
- Uuuu, yyy, noo, tego… TAK, a co ci do tego?! Też chcesz?
- Nie, spoko. To może pozwolisz, że się rozejrzę, OK?
- Uuu, skoro chceeesz, ale tu nic nie maaa... Hik!
Mistrz złodziei zostawił Benny'ego w spokoju. Mógłby zorganizować arcyśmieszną rozmowę z tym niesławnym „komikiem”, jednak nie miał na to czasu - w pobliżu kręcił się Miltovic. Zajrzał więc do spisu książek i z ciekawości wyszukał „Księgę Popiołu”. Zapamiętał też kilka nazw innych tytułów na ‘K’. Udał się do „Sektora VI”.
Przedostanie się do tej części Głównej Biblioteki, wyglądającej jak wielki i długi prostopadłościan, nie okazało się zbyt trudne, nawet z założenia. Wszędzie było ciemno, a po pewnym czasie złodziej znalazł się już ponad rektorem-poszukiwaczem, chodzącym z zapaloną świeczką – jedynym w tej chwili (poza rozetą) źródłem światła. Problemem okazał się labirynt. Garrett nie zawsze mógł ustalić właściwą ścieżkę w stronę Sektora. Jego oko potrafiło podświetlać widziany obraz, jednak patrząc przez nie, nie mógł korzystać z drugiego, biologicznego - sprawiało to, że nie postrzegał trójwymiarowej przestrzeni, niezbędnej do poprawnej orientacji wśród sieci drabin i tarasów. Po kilku wejściach w ślepe zaułki w końcu dotarł na miejsce.
I znalazł to, czego szukał. „Księgę Popiołu”.
„Nie, nie, nie, zdecydowanie nie ciągnie mnie do lektury. Nie po tym, co przeżyłem w wieży w Porcie Dziennym. Ale cena, jaką za nią zgarnę, też będzie... niecodzienna.”
Wyciągnął też z kilku innych regałów pierwszy tom „Kronik Miejskich”, dalej „Księgę Roślin”, „Księgę Gości” i „Księgę Ksiąg”. Dwie ostatnie to powieści. Nawet na niezbyt oryginalnych dziełach można było zarobić, a wynikało to z niewielkiej liczby osób umiejących pisać. Największy odsetek stanowią patrycjusze, z którymi do niedawna konkurowali Opiekunowie. W każdym razie najwięcej książek w Mieście przechowywano właśnie tutaj, na Uniwersytecie.
Sakwa na łupy stała się niemożliwie ciężka. Złodziej nie był już w stanie używać cichych kroków, ledwo mógł podnieść swoje zdobycze. Musiał teraz szczególnie uważać na przechadzającego się tu i ówdzie okularnika bez okularów.
„Jego ścieżki są wyjątkowo nieregularne podczas tych poszukiwań. Najrozsądniej byłoby więc zwiększyć dystans. To zmniejszy prawdopodobieństwo, że nagła zmiana jego kierunku spowoduje wykrycie mnie.”
Szedł nieudolnymi krokami z powrotem, minął jakiś regał.
- E! Coś ty za jeden?! - rektor go zauważył.
- Cmoknij mnie, emerycie!
Teraz Garrett nawet nie starał się być cicho.
Uciekał do wcześniejszych części Biblioteki. Długo biegł w górę po różnych schodach, mając za sobą Miltovicia wykrzykującego kolokwializmy, które już dawno wyszły z użycia. Sprint nie był ani prosty, ani długi ze względu na ciężar worka. Mimo to złodziej cały czas utrzymywał podobny dystans między nim a wykładowcą.
Właśnie przypomniał sobie, że nie wydostanie się stąd przez odwrócony glif na ścianie u góry.
Ale wymyślił coś innego.
Skoczył przez barierkę w dół. W ostatniej chwili krzyknął w lewo:
- Nara, Benny!!!
I przebił się przez jeden ze szklanych kwadratów w podłodze. Wylądował na regale książek - już w Bibliotece Studenckiej. Odłamki szkła nie wyrządziły szkody jego butom, natomiast reszta ubrania była trochę podrapana. Dwa miejsca na jego twarzy lekko krwawiły, ponieważ nie miała ona osłony innej niż kaptur.
Zeskoczył. Biegł do wyjścia hali, następnie całego budynku. Szczęśliwie Garrett ogłuszył wcześniej wszystkie patrole wewnątrz (czego zwykle nie robił). Tym samym rozbicie okna w podłodze nie wywołało większego zamieszania.
Oczywiście nie mógł tu pozostać na długo.
Po wyjściu na świeże powietrze pozostał problem wydostania się poza mury Wielkiego Uniwersytetu. Należało ponownie przedrzeć się przez ogród na prawo Garretta, jeszcze później przerzucić wór z kosztownościami ponad murem. Musiał szybko się zdecydować - Miltovic za niedługo miał wywołać alarm.
„Cholera. Gdzie mam iść? W kompleksie znajduje się „oficjalne” wyjście z tego obszaru, obstawione i oświetlone tak, że... ech. Jeżeli pójdę w labirynt, w każdej chwili strażnicy mogą stać się bardziej czujni i zapewne mnie wykryją. Trudno. Pójdę w lewo.”
Przemierzał tamtejszą okolicę. Usłyszał wtedy jakby skrzypienie drzwi, w dodatku zauważył coś.
Cienie.
Mroczne, żywe cienie, które szybkim ruchem oddalały się od muru po prawej w kierunku kampusu. Cienie mówiły.
- Szczepan, za tobą!
- Co?
- Za tobą! Wypadła ci jedna!
- Chuj z nią!!
Nieznajomi mężczyźni pobiegli dalej. Garrett zbliżył się do miejsca, przez który przemykali. Zobaczył i podniósł z trawy szklany przedmiot.
"Wódka? Mało im źródeł inspiracji tam, na trzecim piętrze? Ale mniejsza o to. Przez chwilę nawet myślałem, że to Opiekunowie się skradają..."
Flaszka znalazła się między innymi łupami i tym samym znowu zwiększyła się masa tej ostatniej.
„Hmm, spore były te ich worki. Aż musieli je nosić na plecach, tak jak ja. A skoro przenieśli je przez ten mur, wydaje mi się, że skorzystali z jakiejś łacherskiej pomocy.”
Udał się w kierunku fragmentu muru, od którego mniej-więcej przyszli. Rozejrzał się po nim. Nic. Rozglądał się po najbliższej okolicy – też nic. Jedynym wyróżniającym się w tej okolicy elementem było drzewko śliwkowe. Garrett podszedł do niego i zrzucił łupy na ziemię. Obmacywał roślinę, wyginał w różne strony w nadziei, że być może stanowi dźwignię w jakimś sprytnym mechanizmie.
„Ech… Moje szpiegowskie skrzywienie na nic się zdało. To zwykłe drzewko.”
Myślał dalej. Miał dosyć czasu na to. Nie słyszał jeszcze żadnych głośnych dźwięków mogących świadczyć o panice wywołanej jego obecnością. Nie słyszał też skrzypienia ani nie widział niczego, co mogłoby je wydawać. Jedynym postrzegalnym szumem była dla niego libacja w kampusie. Nic się nie działo. Staromodny rektor wciąż nie mógł znaleźć swoich okularów. Hałaśliwy kot nigdzie nie miałczał, a uprzejmy aspołeczniak-narkoman-nekromanta-nałogowiec nie odnalazł złodzieja za pomocą sztuczek ze swojej szajbniętej książeczki. Natomiast Garrett coś wymyślił… Podświetlił obraz w prawym oku, pochylił się i zaczął dokładnie grzebać w ziemi rękoma. Wyrywając trawę, w uniżonej postawie obszedł całą śliwę.
By ostatni fragment ziemi okazał się dziwnie trudny do wyrwania.
A jak już się podnosił, to… po kole. I wydawał dźwięk.
Jak wysłużone drzwiczki.
Zielsko i ziemia były w jakiś sposób przymocowane do dużej, prostokątnej, drewnianej pokrywy, która otwierana, odchylała się w prawą stronę złodzieja. Pod nią Garrett znalazł schowek, w którym ktoś ukrył…
„Sama roślina może i nie należy do schronienia, ale stanowi punkt orientacyjny. Komuś, kto wie o istnieniu kryjówki, na pewno pomaga w jej lokalizacji. A to ważne, bo jakoś trzeba przechowywać drabinę do przechodzenia przez mur! Przecież zakazane fanty muszą być sprawnie przemycane…”
Wspomniana drabina posiadała cechy tej używanej przez miejską straż pożarną. Na tą pierwszą składały się pojedynczy, drewniany drąg, umocowane poziomo szczeble oraz żelazny hak. Całość nie sprawiała profesjonalnego wrażenia. Musiała być wykonana na szybko, za pomocą prostych środków - jednak przez kogoś, kto choć po części znał się na rzeczy. Zapewne przez żaka-pasjonata, który posiadał uzdolnienia stolarskie.
I który teraz miał szacun na kampusie.
Garrett podniósł i postawił konstrukcję przy murze nieopodal. Jeśli ustawiło się ją pod określonym kątem, zaczep pasował idealnie. Wrócił się kilka metrów i zamknął skrzypiącą klapę – stwierdził, że dla żaków dostatecznym upokorzeniem będzie, jeśli sama drabina zostanie odkryta. A nie zamierzał jej odstawiać na miejsce – i tak nie miałby jak, musiałby ponownie się wrócić na teren Uniwersytetu - już po ukryciu gdzieś w pobliżu miejscowych własności. Ale nie posiadał wystarczająco dużego serca do czynienia takiego dobra… Chwycił worek z łupem i przerzucił przez plecy, udał się do drabiny. Wspinał się po niej, stąpając po szczeblach i trzymając drąg wolną ręką. Stanął na szczycie muru.
Usłyszał strzał, potem eksplozję.
Poczuł coś. Jakaś siła sprawiała, że leciał brzuchem do przodu.
Szybował w symetrycznej, choć niebezpiecznej pozie. Wyglądał, jakby był pod wpływem uniesienia. W przenośni i dosłownie.
Tuż po tym, jak poczuł strach, poczuł również kamienną ścianę na twarzy.
Reszta ciała wbiła się w okno pewnego budynku, rozbijając je. Garrett, pod wpływem skomplikowanych sił kinetycznych, w końcu wylądował w nieładny sposób.
Leżał. I żył.
Ale co to za życie w takim bólu?
Między innymi przez to uczucie, odczuwalne w jeszcze nie określonych miejscach ciała, nie wiedział, co się dzieje. Jedynie czaszka dawała o sobie znać czymś na kształt kaca - tyle, że dziesięć razy silniejszego od tego, który pojawi się niedługo u uczestników „trzeciego piętra”. Po chwili był już w stanie rozejrzeć się. Niestety uderzył się przy tym w czubek głowy. Dopiero teraz poczuł istotę bólu, a wraz z nią wściekłość. Dotarło też do niego, że znajduje się pod stołem. Wyczołgał się spod niego.
Wstał i zorientował się, że jest teraz na parterze gospody „Xerox”. Popularnej pijalni studentów.
Nie rozumiał, dlaczego. Nie był zresztą w stanie się nad tym zastanowić. Był zdenerwowany tym…
…że wszystkie ukradzione rzeczy leżały na ulicy. Widział je przez rozbite okno.
Wkurzony, wyszedł tą samą drogą, jaką tu wleciał. Chciał dobyć łuku, ale nie miał go na plecach. Natomiast jedna jego połowa leżała na brukowanych kostkach, wśród rozrzuconych i podpalonych kartek książek.
„Że co? Co to ma znaczyć...?! JAAAAAAA!!!”
Postanowił szybko zebrać to, za co można było dostać choćby miedziany grosz. Ominął rozbity mikroskop. Płótna z kilkunastu obrazów tworzyły teraz puzzle niemożliwe do ułożenia. Podobne wrażenie sprawiały dogorywające i zwęglone stronice ksiąg. Po przyprawach pozostała jedynie dziwna woń, wymieszana z zapachem dymu prochowego. Dziwnym trafem ocalała w całości „Księga Popiołu” oraz… wódka. I to było wszystko, co zostało z grabieży.
Garrett chwycił osobno obie zdobycze, jedną na rękę. Usłyszał krzyki zza muru oraz z piętra gospody. Zaczął uciekać ulicą w przeciwną stronę. W jego głowie panował emocjonalny, a w dodatku lekko „muzyczny” chaos:
„Po lewej stronie – książeczka; po prawej stronie - wódeczka! Ha! Pośpiewajmy sobie wszyscy, do jasnej cholery!!!”
Biegł, ile sił w nogach. Krwawił ze skóry na twarzy. Skręcił w prawo, z dala od muru Uniwersytetu. Uświadomił sobie, że z kołczanu i peleryny zostały strzępy, specyficznie unoszące się w powietrzu podczas sprintu. Jedynie kaptur jakoś przetrwał, lecz coraz bardziej nasiąkał czerwienią z policzków, brody i czoła. Jego nosiciel przemieszczał się w swoistym zygzaku ulic, aż znalazł jakieś schody. Zwolnił tępo, wszedł na górę. Był teraz na swego rodzaju kamiennym tarasie, skąd rozpościerał się widok na sporą część Starodalów. Złodziej stwierdził, że jest to urokliwe miejsce.
W miejskim tego słowa znaczeniu.
Zmęczony, nie miał zamiaru dalej uciekać. Ani nawet się ukrywać. I tak była to cicha okolica – większość patrycjuszy nie prowadziła nocnego trybu życia. Już dawno, grzecznie poszli spać niczym małe, dobrze wychowane dzieci. Takie, jakim większość z nich niegdyś była. Mistrz złodziejski usiadł na poręczy, tak, że nogi zwisały mu po drugiej stronie. Otworzył wódkę i użył jej jako środek odkażający na ranach twarzy. Syczał z bólu, więc również pił zawartość butli – wtedy był to środek znieczulający. I tak w kółko. W międzyczasie zdążył częściowo się uspokoić.
„Nie wiem, co to miało, do łachera, znaczyć. Chyba strzelił do mnie jeden z arkebuzerów. Trafił mnie, bo zaalarmowany, dostrzegł moją sylwetkę na tle nieba, kiedy stałem na murze. Byłem wtedy widoczny. Ale skąd ta eksplozja? Trafił w woreczek z prochem? Przecież to by nie wywołało takiego wybuchu. Ledwo cały wór by to rozwaliło, a ja jeszcze przeleciałem nad ulicą i zaliczyłem niefortunną glebę wewnątrz ‘Xeroxa’. Dobrze, że nie na piętrze! Heh.
Nic z tego nie rozumiem.”
Po udzieleniu sobie „pierwszej pomocy” pił dalej. W przerwach wsłuchiwał się w szum tych ulic metropolii, które nigdy nie zasypiały… Nie rozważał już nad nie do końca wyjaśnioną porażką dzisiejszej nocy. Zamiast tego marzył o byciu studentem, naiwnie sądząc, że każde dni i noce na uczelni wyglądają tak samo, jak dzisiaj. Że wszyscy, którzy się tam uczą, są nieskończenie bogaci. Że nie mają obowiązków. Myślał, że nie mają problemów i że wszyscy są szczęśliwi.
I że fajnie byłoby być kotem, codziennie przez nich dokarmianym.

_________________
Moje konto DA:
http://keeperhattori.deviantart.com/


Ostatnio edytowano 24 lut 2012 12:16 przez Hattori, łącznie edytowano 3 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 lut 2012 22:27 
Skryba
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 lip 2011 12:31
Posty: 298
Lokalizacja: Lublin
No, bardzo mi się podoba. Na tyle tylko mnie stać. Kiedy kolejna część? Bardzo chciałbym wiedzieć co w końcu będzie miedzy Garrettem i Izoldą.

_________________
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła - Chan


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 lut 2012 23:19 
Paser
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2011 18:18
Posty: 234
Lokalizacja: Doki, Zatopiona Cytadela
Widzisz? Twój Garrett jest genialny! Wszystkich interesują dalsze losy Izoldy i Garretta. ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 139 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Teraz jest 21 paź 2017 11:11


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj: